Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

Sztuka i polityka: Ranciere, Wodiczko i "4 miesiące.."

izakow2

Zamilkłam. Niekiedy wydarzenia artystyczne, a nawet książki są jak obuch, po uderzeniu, którym pada się ogłuszonym. I dlatego milczałam. Potrzebowałam oddechu, chwili na przetrawienie wszystkiego i dojście do siebie. Nie mówiąc już o tym, że z pewnym zdziwieniem przyjęłam, iż nastał rok akademicki i trzeba uczyć.


To wszystko działo się w ubiegłym tygodniu. Dostałam do zrecenzowania niezwykłą książkę Jaquesa Ranciere’a „Polityka obrazów”. Byłam na wykładzie Krzysztofa Wodiczki z okazji przyznania mu tytułu doktora honoris causa przez ASP w Poznaniu. Byłam w kinie na filmie „4 miesiące, 3 tygodnie, 2 dni” Cristiana Mungiu.


Klamrą dla tego wszystkiego jest problem sztuki i polityki.


Streszczać myśli Ranciere’a nie będę. Omówienie tej książki, w tym mój tekst wisi już na internetowym „Obiegu”. Ale muszę powiedzieć, że jest to książka, która wywraca do góry nogami myślenie o sztuce. Dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że Rancierowi jakąś szarlatańską metodą udaje się uchwycić dwuznaczności, ambiwalencje, paradoksy związane z rozumieniem obrazu.


Ja się tym zachwyciłam, bo nieraz wpadałam w pułapkę, że dyskutując o sztuce, chciałam opowiedzieć się po jednej stronie (np. polityczności sztuki), jak i zarazem po drugiej (znaczenia formy), a tymczasem trzeba było wybrać jakąś opcję.


Te wybory są tak powszechne, że prawie ich nie zauważamy, niekiedy wyrażane w sloganach, jak „sztuka dla sztuki” versus „sztuka dla społeczeństwa”, zaangażowanie versus forma, kontekst versus odczytanie hermeneutyczne, itd., itp. Tymczasem Ranciere, dzięki niezwykle precyzyjnym opisom, pokazuje, że te binarne opozycje są właściwie fikcyjne. Znakomicie widać to, gdy przywołuje on Rolanda Barthesa – z jednej strony jako semiologa, a z drugiej jako autora „Światła obrazu”, stwierdzając, że do prawdy obrazu, dojdziemy dopiero wtedy, gdy przyznamy rację zarówno jednemu, jak i drugiemu.


Bo obraz, jak pisze Ranciere, jest z jednej strony nośnikiem niemego dyskursu, który należy przełożyć na zdania, a z drugiej obraz przemawia do nas w momencie, w którym milknie i nie przekazuje nam już żadnych wiadomości, a więc z jednej strony jest surową obecnością zmysłową, a z drugiej dyskursem szyfrującym pewną historię.


No i znakomite uchwycenie ambiwalencji związanej z politycznością sztuki (oj, roztrząsałam przecież już podobne dylematy tu na blogu, przy okazji sztuki Kozyry, jak i Żmijewskiego). Rancier pisze: „sztuka jest wyemancypowana i emancypująca, gdy wyrzeka się władzy narzuconego przekazu, określonej widowni i jednoznacznego sposobu wyjaśniania świata, gdy mówiąc inaczej, przestaje chcieć nas wyemancypować".


Zupełnie inne rozumienie polityczności sztuki przedstawił w swoim wykładzie „Miasto, demokracja i sztukaKrzysztof Wodiczko – jeden z najważniejszych artystów „postmodernizmu oporu”. To, co było najbardziej niezwykłe w jego wywodzie to próba powrotu do pierwotnych znaczeń podstawowych dla jego sztuki pojęć, a wręcz odczytania pewnych znaczeń na nowo. I tak na przykład pojęcie „odpowiedzialności” Wodiczko odczytał jako umożliwienie dania odpowiedzi, zdolność do artystycznej odpowiedzi (response-a-blility), zdolność do wysłuchania odpowiedzi (tych, którzy zwykle milczą, którzy są wykluczeni, niemi).


Mówił o demokracji agonistycznej (w odwołaniu do Chantal Mouffe), o mieście, pomnikach. Słowo pomnik, jak zauważył pochodzi od słowa pomnieć, upomnieć, tak jak słowo memoriał od pamiętać i pojęcia te wyznaczają projekty na przyszłość – upominania, pamiętania. Tymczasem pomniki w naszych miastach służą gloryfikacji przeszłości, a nie zwracają się do przyszłości i w ten sposób stają się matwe. Należy je więc ożywić, animować, należy zwrócić je ku przyszłość. Należy animować pomniki, jak i niemych obywateli, należy dać im głos.


I tak Wodiczko widzi projekt sztuki dla przestrzeni publicznej – projekt, który sam stara się realizować.



Krzysztof Wodiczko, Pomnikoterapia, Galeria Zachęta, grudzień 2005


Równie niesamowity okazał się film „4 miesiące, 3 tygodnie, 2 dni” rumuńskiego reżysera Cristiana Mungiu, film nagrodzony w Cannes Zlotą Palmą. Historia toczy się w Rumuni w roku 1987, opowiada o przerażającej sytuacji dziewczyny, która zachodzi w niechcianą ciążę. Ale główną protagonistką jest jej przyjaciółka, która dla przyjaźni (choć te dziewczyny więcej dzieli niż łączy), a może z poczucia kobiecej solidarności (bo wie doskonale, że to samo mogłoby się również jej przytrafić) decyduje się na desperackie czyny, aby tylko pomóc ciężarnej koleżance.


Ta dziewczyna ma w sobie coś z bohaterek greckich tragedii, ma w sobie coś z Antygony, która wbrew prawu, narażając samą siebie, robi to, co uważa za słuszne. Jest w stanie ponieść największe wyrzeczenia, przeżyć prawdziwy koszmar. Od Antygony przeskakujemy do porównań z thrillerami hollywoodzkimi. Gdzieś tam błąkało mi się jeszcze skojarzenie z „Mullholand Drive”, tyle tylko, że w filmach hollywoodzkich wiemy, że to się dzieje na niby, jesteśmy w ramach fikcji, a tu reżyser stworzył taką wizję, że mamy przeświadczenie, że ten koszmar dzieje się naprawdę (opowiedziana jest zresztą autentyczna historia znajomych reżysera).


Wrażenie autentyczności, ale zarazem „garażowości”, zaściankowości (innego systemu) podkreślone jest przez rozedrganą kamerę z ręki podążającą za główną protagonistkę. To wszystko czyni z tego filmu arcydzieło.



kadr z filmu


Fabuły opowiadać nie będę, film trzeba zobaczyć. W wywiadzie zamieszczonym w ostatnim numerze „Wysokich Obcasach” Mungiu mówi, że w Rumunii do roku 1989 w wyniku nielegalnych zabiegów aborcji zginęło około 500 tysięcy kobiet.


To film niezwykle polityczny, choć nie pojawia się w nim polityka sensu stricto. Sam reżyser mówi tak: „Nie założyłem sobie, że zrobię film o komunizmie. I może właśnie to jest najbardziej przerażające w minionym systemie, że pokazując osobisty dramat, nie mogłem uniknąć opowieści o polityce”.


I tu wracamy do cytowanej powyżej myśli Ranciere’a o sztuce wyemancypowanej i emancypującej zarazem, o sztuce, która choć z założenia nie jest polityczna, staje się najbardziej wywrotowa. Zawdzięcza to wewnętrznej polityce obrazowości, temu jakim systemem obrazowania twórca operuje, na ile rozsadza tradycyjne kownencje obrazowania.


Na pewno film „4 miesiące...” zyskuje głębszy (bardziej tragiczny) sens w polskim kontekście. Zastanawiam się, dlaczego w skądinąd całkiem długim wywiadzie w „Wysokich obcasach”, nie pada ani jedno pytanie, czy Mungiu orientuje się, że aborcja jest zakazana we współczesnej Polsce, że tu kobiety są traktowane tak, jak były w Rumunii za dyktatury Nicolae Ceauşescu i co myśli o takiej demokracji.


I chyba fakt, że to pytanie nie pada, wydaje się z kolei najbardziej przerażające w naszym obecnym systemie.


P.S. Ukazał się też nowy artmix - tym razem tematem są "odczarowania".

Komentarze (5)

Dodaj komentarz
  • Gość: [basta] *.neoplus.adsl.tpnet.pl

    Jak wyglądają mężczyźni w filmie Mungiu?

  • izakow2

    zwyczajnie, roznie...

  • Gość: [jah] *.neoplus.adsl.tpnet.pl

    Miałem sposobność zamienić z reżyserem parę zdań podczas jego wizyty na Nowych Horyzontach. Najbardziej, co mnie w nim ujęło, to dystans do siebie przy jednoczesnym podkreślaniu, iż film nawiązuje do bliskich mu historii, których był świadkiem.
    Może dlatego wydał mi się ponadto pełen mądrej pokorny. To właściwa postawa, jeśli chce się opowiadać o czyimś cierpieniu,

  • Gość: [jah] *.neoplus.adsl.tpnet.pl

    Miałem sposobność zamienić z reżyserem parę zdań podczas jego wizyty na Nowych Horyzontach. Najbardziej, co mnie w nim ujęło, to dystans do siebie przy jednoczesnym podkreślaniu, iż film nawiązuje do bliskich mu historii, których był świadkiem.
    Może dlatego wydał mi się ponadto pełen mądrej pokory. To właściwa postawa, jeśli chce się opowiadać o czyimś cierpieniu,

  • Gość: [kkasia] *.ip.netia.com.pl

    wczoraj widziałam film. przez większą jego część siedziałam jak na szpilkach i wzbierało we mnie napięcie i... złość. denerwowała mnie dziewczyna, która absolutnie nie robiła żadnych gestów by sobie pomóc, była jak kukiełka licząca na to, że oto ktoś z zewnątrz rozwiąże jej problemy. wszystkie. wielkie szczęście, że przyjaciółka nie uniosła się honorem, poczuciem własnej godności, niczym, tylko zrobiła to, co na ten moment trzeba było zrobić. bardzo mocne kino, bardzo poruszające obrazki, bardzo duże napięcie.

© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci