Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

O etyce w sztuce

izakow2

Widać po ostatnich komentarzach, że problem etyki wywołuje emocje. W dodatku dostało mi się, że sama jestem nieetyczna (a to dlatego, że jednych wymieniam z nazwiska, innych nie, albo, że przyjechałam za późno na konferencję i przekręcam fakty, a wiadomo, ile osób, tyle interpretacji...).


Zresztą problem etyki zawsze wydawał mi się o tyle niebezpieczny, że osoba, która się o etyce wypowiada sprawia wrażenie, jakby mówiła z wyższych pozycji, jakoby sama była etyczna. Ja nie chciałabym być tak odebrana. Owszem, dywaguję tu na różne tematy, ale nie znaczy to, że mam na nie monopol. Chodzi mi o to, że jeśli etyka jest w różnych kontekstach przywoływana, to warto zastanowić się, co ona może oznaczać.


Chyba jeszcze większy problem jest z etyką w sztuce. Przechodząc do rzeczy. W ostatnich „Kresach” (3/2007) Dorota Jarecka przywołała głośny tekst Pawła LeszkowiczaCzy twój umysł jest pełen dobroci?”, w którym autor podjął właśnie problem etyki. I co się okazało? Na nieszczęście („klęska nas wszystkich” – jak powiada Jarecka), odezwała się Izabela Kowalczyk i zamknęła tę ważną dyskusję, „waląc Leszkowicza po głowie pałka faszyzmu”. Taka jest wymowa tekstu Jareckiej. Kto chce może sprawdzić.


Autorka powiada, że ucięłam dyskusję używając swojego ulubionego porównania: krytyków sztuki najnowszej i nazistów. Wskazuje ona również, że przez takich krytyków jak ja, sztuka krytyczna zyskała immunitet nietykalności, co oznacza, że należy o niej pisać tylko dobrze. I na zakończenie: „Odrzucenie jakiegoś filmu z dorobku Żmijewskiego nie oznacza, że popieram księdza Rydzyka”.


Według logiki, którą niejako zarzuca mi Jarecka: ustanowiłam dla sztuki krytycznej immunitet, wprowadzając swoisty terror pisania o tej sztuce w sposób pozytywny, a kto napisze źle, ten w gronie Rydzyka!


Wyznaję więc, że nigdy nie miałam takiego zamiaru, a co więcej nie przyszłoby mi coś takiego do głowy. A na dowód mam tekst zamieszczony w tym samym numerze „Kresów”, a co więcej zaczynający się na tej samej stronie, gdzie kończy się tekst Jareckiej. Tekst podpisany jest nazwiskiem Iza Kowalczyk i w owym tekście przynajmniej o dwóch filmach Żmijewskiego piszę niepochlebnie.


Zgodnie z logiką opisaną przez Jarecką Iza Kowalczyk powinna zaliczyć Izę Kowalczyk do grona zwolenników Rydzyka! (Chyba, że są dwie krytyczki o nazwisku Iza Kowalczyk. Może coś przeoczyłam...)


Ale dość kpin. Chyba wiem, na czym polega ten ciąg nieporozumień. W pewnym sensie ma rację Jarecka pisząc o porównaniach dotyczących sztuki zdegenerowanej, że używam ich często, a może i nadużywam. (Choć na przykład według Kuby Krytykanta nadużywam pojęcia władzy, ale ten problem zostawmy na inną okazję).


Poczułam się wywołana przez Jarecką do odpowiedzi, więc postaram się wytłumaczyć. Jestem przeczulona na robienie ze sztuki swoistego abiektu, tak jak jestem przeczulona na antysemityzm, homofobię i mizoginię, na różnego rodzaju „mowy nienawiści”. Jestem przeczulona na opisane przez Julię Kristevą mechanizmy zohydzania inności i jestem przekonana, że te mechanizmy „abiektowienia” nie przynoszą niczego dobrego, a wręcz, że mogą prowadzić do czegoś złego, w skrajnych przypadkach – do czegoś bardzo złego.


Diabeł tkwi w szczegółach, a Zagłada nie wybuchła nagle i niespodziewanie, nie wzięła się z niczego. Jej korzenie tkwią właśnie w takich niepozornych mechanizmach zohydzania inności. I jestem przekonana, że, jeśli po Holokauście ciąży nad nami jakaś powinność etyczna, to jest nią przestrzeganie przed tymi mechanizmami (bo do niczego nie prowadzi przecież mówienie o Zagładzie w tonie podniosłym i ciągłe rozdrapywanie rany przeszłości, chodzi raczej o troskę o przyszłość).


I między innymi, dlatego tak bardzo przeczulona jestem na używane w krytyce gazetowej (którą przecież Jarecka zna dobrze) porównań zohydzających sztukę (a to, że plugastwo, a że artyści są chorzy, albo, że to plwocina na chodniku...). Te porównania były tak głupie, że wydawało się, że aż niezręcznie się tym językiem zohydzania sztuki zajmować. Ale, według mnie tu jest pies pogrzebany. Jeśli o tym nie mówimy, nie wskazujemy na problem, to w pewnym sensie wyrażamy milczącą zgodę na taki stan rzeczy, a więc na ten język mówienia o sztuce przepełniony niechęcią, nienawiścią, zohydzający twórczość. Z drugiej strony, jeśli o tym mówimy, narażamy się na śmieszność, a przynajmniej na przytyki o „ulubionych porównaniach”. Ale jeśli mam wybierać, to ja już wolę być śmieszna.


I dalej całą sprawę tłumacząc – jeśli jakoś tam przyzwyczailiśmy się do takich porównań w krytyce gazetowej, to jednak zaskakują one w krytyce profesjonalnej. Toteż, z dużym zdziwieniem czytałam wspomniany tekst Leszkowicza, krytyka i historyka sztuki, którego cenię, którego zdanie bardzo się dla mnie liczy i który pisze o rzeczach niezwykle ważnych. Bo przypomnę, że Leszkowicz rozpoczął swój tekst od wymienienia takich potępienia godnych działań, jak robienie sobie zdjęć z wcześniakami przez pielęgniarki w którymś z polskich szpitali, a także znęcanie się przez amerykańskich żołnierzy nad irackimi więźniami w Abu Ghraib i fotografowanie tego, a następnie przeszedł do przykładów sztuki Żmijewskiego i Kozyry.


I nie chodzi o to, że prace Kozyry, Żmijewskiego czy Nieznalskiej mają się wszystkim podobać (jak pisze Jarecka), tylko o to, w jaki sposób o nich piszemy, jakim językiem, czy piszemy o samej sztuce, czy też posiłkujemy się czymś wobec niej zupełnie zewnętrznym. Czy zastanawiamy się, co ta sztuka analizuje, czy odwrotnie - zestawiamy ją na równi z przedmiotem jej analiz (na tym, według mnie, przede wszystkim polegał problem tekstu Leszkowicza).


Bo czy te porównania do czegoś prowadzą, do czegoś innego, jeśli nie zniechęcenie do omawianej sztuki? I czy możemy mówić, tak jak napisał Leszkowicz, że wejście Kozyry do łaźni w Budapeszcie można usprawiedliwić jej chorobą nowotworową? Czy to rozwiązuje problem braku etyki w tej pracy, o czym mówi Leszkowicz? Wydaje mi się, że nie tędy droga.


Sądzę jednak, że problem etyki w sztuce jest istotny i chwała Leszkowiczowi, że ten problem podniósł, ale w zasadzie nikt, ani Leszkowicz, ani Jarecka lamentująca, że tę dyskusję ucięłam, ani rzeczona Kowalczyk, w zasadzie nie zaczęli nawet zastanawiać się, czym właściwie ta etyka w sztuce jest.


Bo czy nie jest raczej tak, że etyka artysty / artystki zasadza się na rzetelności w doborze metod odpowiadających nurtującemu jego /ją problemowi, a także na wzięciu odpowiedzialności za użyte narzędzia, a więc również na ukazaniu swojej postawy, odsłonięciu jej?

Wtedy jasne staje się, że na przykład Kozyra nie mogła użyć innych metod, chcąc przedstawić to, co ukazała w „Łaźniach”.


Mam wrażenie, że zwyczajowa etyka (czy wręcz zwyczajowa moralność, bo niektórzy stosują te pojęcia zamiennie, co wydaje mi się pewnym nieporozumieniem) nie jest możliwa do prostego przeniesienia do dziedziny sztuk plastycznych. Wiele dzieł musielibyśmy skreślić, gdyż artyści są badaczami obszarów granicznych, choć nie twierdzę, ze stoją ponad etyką. Ale, co na przykład zrobić z niektórymi pracami Leonarda da Vinci, który wykradał zwłoki z prosektorium, by studiować anatomię? Co z pracami Caravaggia, który, żeby namalować „Zaśnięcie Marii”, użył zwłok wyłowionych z Tybru? Co z artystami współczesnymi, którzy właśnie „używają” martwych ciał, jak Andreas Serrano w „Kostnicy”? A co z kłamstwami artystycznymi, które przeszły do historii sztuki, stając się wręcz punktami granicznymi, jak akt Duchampa, który jako Robert Mutt wysłał na Salon Niezależnych w Nowym Jorku swoją słynną „Fontannę”? Co z celowym szarganiem zwyczajowej moralności przez Wiedeńskich Akcjonistów, którzy w ten sposób właśnie chcieli uderzyć w społeczeństwo „moralnie uśpione”?


Artyści testując granice, również te etyczne, uzmysławiają nam problem etyki, zmuszają nas do postawienia pytania o etykę w odniesieniu do konkretnych przypadków, tematów, poszczególnych sfer naszej aktywności.


Kozyra w "Łaźniach" pyta między innymi o obecne w naszej kulturze mechanizmy podglądania, odzierania z prywatności - czy inne metody byłyby równie adekwatne, czy z taką samą ostrością ukazałyby problem?


Filmem, o którym pisze Jarecka i o którym pisał Leszkowicz, że jest nieetyczny jest „80064” Artura Żmijewskiego. Pisałam już tu na blogu o tej pracy w kontekście postpamięci. Wskazałam na swoje bardzo ambiwalentne odczucia, a jednak, mimo, że ostatnio drę koty ze Żmijewskim (a zresztą z kim nie drę?!), wciąż będę bronić tego filmu, dlatego, że uzmysławia on właśnie problem etyki (czy raczej jej braku) w mówieniu (pisaniu, badaniu) o Holokauście. Choćby ów wampiryzm badaczy rzucających się by spisywać wspomnienia (odnawiając te wszystkie tatuaże, blizny, rany – tyle tylko, że mentalne) i to poczucie wyższości zakładające, że to my właśnie mówimy o Holokauście w sposób etyczny.


Podczas wspominanej w tamtej notce konferencji o Zagładzie uderzyło mnie, jak wiele osób upaja się posiadaną wiedzą, choć miałam wrażenie, że w gruncie rzeczy same mechanizmy zawładnięcia wiedzą (przecież w przypadku Holokaustu to niemożliwe!), zapanowania nad fragmentem historii, niechęci do zastanowienia się nad współczesnością, że to wszystko niewiele kogokolwiek obchodzi i w tym sensie dalekie jest od etyki.


Coraz częściej ostatnio napotykam na takie działania (Holokaust jako temat badań, jako temat sztuki, jako temat kultury popularnej i wreszcie jako element kultury...) i zastanawia mnie, na ile jest to rodzaj mody, a więc temat, który przynosi konkretne profity.


Wydaje mi się zresztą, że to zastanawianie się nad problemem jest jedyną rzeczą, która mnie samą może, chociaż częściowo od wspomnianej pychy uchronić, bo przecież sama również zajmuję się częściowo tym tematem. Wiem, że nie podcina się gałęzi, na której się siedzi, ale milcząca zgoda na zastany status quo i udawanie, że nie ma żadnego problemu, według mnie jest tak naprawdę największym problemem.


I uważam, że właśnie tych problemów dotyka film Żmijewskiego, ukazując ten rodzaj przemocy, pychy, który na przykład w badaniach naukowych również występuje, ale niemal całkowicie ukryty.


Żmijewski w tym filmie nie idzie z prądem mówienia o Holokauście (np. zacieranie, wymazywanie, jak np. w „Shoah” Sasnala, ale to już temat na inną okazję), on idzie pod prąd, w druga stronę, na przekór. I dlatego ten film wydaje mi się tak ważny i etyczny, że wyrywa nas z tego samozadowolenia (z wiedzy o Holokauście, sztuki o Holokauście itd.). Popycha nasze myślenie dalej, może część z nas wyrwać z tej pychy, ukazując, że nikt nie jest niewinny. Wskazuje, jak działa obraz oraz jak działa analogiczne zadanie badacza, pyta o tę różnicę, o to, co ona dla nas znaczy...


Rzetelność w doborze metod, odpowiedzialność, solidność, rezygnacja z własnej władzy, z własnej pewności? Może coś takiego oznaczała by etyka w sztuce?


Przyznaję, że czuję się w tej materii bezradna, ale chyba też nie o to chodzi, żeby używać tego pojęcia na zasadzie swoistego wytrycha, ale zastanowić się, co ono może oznaczać...

Komentarze (6)

Dodaj komentarz
  • kroplewski-j

    Zawziąłem się i przeczytałem. Czy sprawę etyki w sztuce rozciągnąć na fazę tworzenia, czy zawęzić do samego dzieła. Co z tego, że ktoś tam trupy podprowadzał, żeby tworzyć. Sztuka, to dzieło. A czy dla inspiracji on żonę tłucze - jego i policji sprawa. Bill Viola pokazał w Zachęcie dzieło - przewijały się osoby jakby nad grobem - zgrywali się, czy tam była prawdziwa trumna? Czy pedofil (postawa całkiem zła) może sportretować dziewczynkę? Etyka? Ja mówię: tylko dzieło! Po owocach ... No chyba, że owoce są zatrute. A to już inna bajka.

    Czytuję i mam na liście ulubionych.
    Pozdrawiam

  • izakow2

    No właśnie, sprawa jest zagmatwana i niejednoznaczna... Może dlatego powoduje te rumieńce u widzów... Może bez tego stąpania po granicy nie byłoby sztuki...
    I przepraszam, że tak się rozpisałam, ale tego tematu nie da się w sposób krótki potraktować. Pozdrawiam

  • Gość *.chello.pl

    Sprawa jest zagmatwana i prosta jak drut jednoczesnie.
    Tak, CHWAŁA Leszkowiczowi, że w ogóle ją podniósł, a był to pierwszy 'oficjalny' głos w tej sprawie. I fakt, że zaraz podniosły się protesty, m.in. autorki tego bloga. To nie była zła argumentacja, ale jednak mocno stronnicza i zbyt przywiązana do /izmów. Pytanie jest takie: czy etyka w ogóle jest kwestią ideologii, i na ile zgadzamy się na jej relatywizację?
    Wg. mnie sztuka jest przestrzenią wolności i ideologie nie powinny mieć tu taryfy ulgowej. Leszkowicz pisał dobrze bo skupił się na problemie, a nie poprawności. Pani Iza jest jednak zbyt przywiązana do obrony ideologii, z którą sympatyzuje. Bardzo często pojawiają się tu opisy prac dość pochopnie uznanych za warte uwagi tylko dlatego, że są zgodne z trendem.
    Myślę, że sztuka jest dobra, jeśli zadaje wielkie lub małe, ale celne pytanie o elementy naszej rzeczywistości, budzi niepokój. Kwestia etyki tak naprawdę leży tu w uczciwości artysty: jeśli otwarcie przyznaje, że nie jest lepszy od reszty, i ukazuje pewien mechanizm, to ja to szanuję *np. Sierra. Nie wiem czy to jest dobro, ale jest to uczciwe. Ale np. Wodiczko i jego wielkonakładowe sentymentalne projekcje, z którymi jeździ po świecie już nie koniecznie. A jak widzę kolejne gnioty produkowane przez kolejne bojowniczki i bojownikow poprawnosci, to mnie trzęsie. Wydaje mi się, że zarówno Żmijewski jak i Kozyra(kiedyś, bo teraz robi show) otwarcie robią rzeczy, które ustawiają ich pod pręgierzem. Czasem jest to lepsza lub gorsza sztuka, ale są uczciwi. Godzą się na bycie 'złymi'. Nie każdego na to stać.
    Za to poprawne ściemnianie wg. gotowej recepty nigdy nie jest etyczne. Ale wg. wielu kariera usprawiedliwia wszystko. Brak etyki w sztuce zaczyna się od tych którzy się na to godzą. Kuratorów i krytyków. Autorów blogów też.

  • izakow2

    Oj, rozumiem, że znowu się naraziłam ;-)

    I przyjmuję częściowo tę krytykę. Zgadzam się, że tworzenie prac przyciętych do ideologicznych ram to za mało. Zgadzam się, że niekiedy powstają pod dyktando ideologii bardzo słabe prace, a wręcz, że proste założenia ideologiczne osłabiają dobrą twórczość (co pisałam przy okazji ostatnich filmów Żmijewskiego - nomen omen, które były dla mnie właśnie takim ściemnianiem według gotowej recepty).

    Zgadzam się zupełnie z tym, że dobra sztuka prowokuje do trudnych pytań, niepokoi, wprowadza nas w stan niepewności, o czym też już nie raz tu pisałam.

    Może faktycznie piszę tu niekiedy o pracach, które z "wielką sztuką" nie mają wiele wspólnego. Ale też nie takie mam założenie, o czym świadczy nagłówek tego bloga. Generalnie piszę o strasznej sztuce, jakkolwiek by to rozumieć. Zresztą sama "dobra sztuka" jest też w pewnym sensie konstrukcją ideologiczną.
    Ale nie zgadzam się na imputowanie mi, że jestem przywiązana do obrony ideologii, z która sympatyzuję. No właśnie - z którą? Z jedną? Z kilkoma?

    Raz z nią sympatyzują, raz ją krytykuję. Nawet czasem wydaje mi się, że jestem zupełnie niekonsekwentna.

    Raczej sądzę, że komentator(lub komentatorka) wyrobił sobie dość pochopne zdanie o mnie na podstawie tego, co piszą, lub mówią inni, albo pobieżnej lektury tego, o czym tu piszę.

    Pozdrawiam.

  • Gość *.chello.pl

    Nie nie, czytam uważnie!
    Nie tylko tu.
    Doceniam nie bez sympatii.
    Podziwiam za wiedzę. pasję i konsekwencję.
    Czasem się nie zgadzam i mnie ponosi, ale to może krytyka taka ogólna pewnych postaw w sztuce pl, i przy okazji się rozpędzam i tu.
    Za co przepraszam.
    I pozdrawiam z Nowym Rokiem, i w ogóle!
    komentatorKA (ale nie tamta komentatorka bloga, tylko ja:)

  • izakow2

    Ależ nic nie szkodzi! Mam wrażenie, że się po prostu zgadzamy. A, że ponosi? W jakimś sensie to rozumiem. Ja czasami nie zgadzam się sama ze sobą (pisałam już o tym braku konsekwencji) i też mnie ponosi ;-)
    Również życzę wszystkiego najlepszego!

© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci