Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

Klęska feminizmu i queer?

izakow2

Zmieniam na chwilę temat, bo na homikach.pl ukazała się bardzo ciekawa diagnoza sytuacji politycznej, autorstwa Tomka Kitlińskiego i Pawła Leszkowicza, z towarzyszącym jej rysunkiem wspomnianego ostatnio przeze mnie Mariusza Tarkawiana.


 

 

Diagnoza zatytułowana jest „20 lat minęło z naszej perspektywy i nic” i dotyczy klęski postępowej polityki feministycznej i queer w Polsce. Jest to opis sytuacji bardzo pesymistyczny, wskazujący na to, że w zakresie prawnym, jeśli chodzi o wolności obywatelskie nic się nie zmieniło.


„Po pierwsze, restrykcyjne przepisy antyaborcyjne wprowadzone w 1993 r. i wynikająca z nich okrutna praktyka pozostały niezmienione, a przyszłość wygląda tu jeszcze mroczniej - jesteśmy wciągani w coraz bardziej restrykcyjną politykę reprodukcyjną”. I „po drugie, żaden przepis prawa polskiego nie gwarantuje zabezpieczenia praw par jednopłciowych. Polska jest jednym z niewielu europejskich krajów nie posiadających tego rodzaju rozwiązań prawnych. Jedynym przepisem chroniącym osoby homoseksualne przed dyskryminacją jest kodeks pracy, gdzie wprowadzenie takiego rozwiązania było wymuszone przyjęciem dyrektywy o zatrudnieniu przy wejściu do Unii”.


Kitliński i Leszkowicz piszą dalej:


„(...) ciągle żyjemy w społeczeństwie, które nie uznaje naszych podstawowych praw obywatelskich. Żyjemy w wyjątkowo dwoistej sytuacji - i dlatego właśnie zadajemy pytanie o klęskę. Bo nie odnieśliśmy prawdziwego zwycięstwa.
Nauczyliśmy się akceptować ten niesprawiedliwy stan rzeczy, a często wręcz udajemy, że nasza kultura jest otwarta i liberalna, bo obecny jest w niej silny nurt dyskursu dotyczącego płci i seksualności - mimo, że rozwiązania polityczne i prawne pozostają daleko w tyle za nim, pozostawiając Polskę i NAS na obrzeżach europejskiej cywilizacji praw człowieka”.


Zmienia się również perspektywa autorów patrzenia na sztukę feministyczną oraz queer:


„Kiedyś uważaliśmy sztukę feministyczną i queerową za rodzaj rodziny zastępczej dla demokracji i praw obywatelskich w Polsce, za zwiastun i siłę inicjowania zmiany.


Dziś jednak chcielibyśmy zmienić perspektywę i pokazać sztukę jako pesymistycznego proroka, pokazującego klęskę postępowej polityki w naszym kraju i świadka tego specyficznego dualizmu i hipokryzji otwartego/zamkniętego społeczeństwa i kultury, z którymi musimy się mierzyć i żyć”.


Tu już od siebie zadałabym pytanie, czym więc jest ta sztuka? W najlepszych przypadkach – obszarem uświadomienia, wentylem bezpieczeństwa, a w najgorszym – modą, jak sugerowała niedawno jedna z moich komentatorek, która ułatwia sukces artystyczny? Czy więc twierdzenie, że sztuka ma polityczną siłę jest jedynie ułudą?


Kitliński i Leszkowicz kontynuują:


„Nie zrobiliśmy wystarczająco dużo. Pławimy się w substytutach - rozmawianiu, publikowaniu, maszerowaniu, wizualizowaniu, na które pozwala się nam w tym „demokratycznym” kraju, aby utrzymać nas we frustrującym stanie zmniejszającym napięcie i stwarzając iluzję liberalizacji.
Jest to iluzja demokracji (...)”.


A może też trzeba zmienić opcję i zacząć baczniej przyglądać się regułom neoliberalizmu i wpływom rynku? Czy nie jest czasami tak, że wykształcone, dobrze zarabiające kobiety z dużych miast, żyjące w partnerskich związkach, korzystające z uroków pop-kultury w zasadzie prawie żadnej dyskryminacji na swojej skórze nie odczuwają? Kultura popularna czy wychwalany niegdyś przez Leszkowicza liberalizm, odsyłają mizoginizm do lamusa. Chyba gorzej jest z homofobią, ta wydaje się w Polsce silniejsza, ujawnia się w widocznym wciąż w kulturze popularnej dominującym heteronormatywie. Ale z drugiej strony, czy nie jest tak, że narzekać aż tak bardzo na sytuację nie mogą geje i lesbijki z wolnych zawodów, naukowcy, artyści, którym te referaty, publikacje, wizualizacje przynoszą konkretne profity? Takich profitów nie daje polityka, która również jest jak żmudna orka na ugorze (tu prostuję „donos” Banasiaka, sama już od dawna w polityce nie działam).


Czy nie należy raczej wyjść poza swój ogródek i na ten obraz przedstawiony przez Kitlińskiego i Leszkowicza nałożyć problem wykluczeń ekonomicznych, związanych z biedą, długotrwałym bezrobociem, brakiem wykształcenia i związanym z tym brakiem perspektyw i brakiem szans na samorealizację?


Ustawa antyaborcyjna uderza w kobiety biedne, żyjące w tradycyjnych rodzinach. Podobnie homofobia sprawia, że młodzi ludzie z tradycyjnych rodzin często skazani są na swoistą autocenzurę, cenzurując swoje uczucia, skazując się niejednokrotnie na dramaty czy życie w nieudanych związkach.


Niestety podobnie, jak autorzy tekstu, za bardzo konkretnych rozwiązań nie widzę (oni sami piszą o realizacji utopii). Może rewolucja? (ale kto ma ją wywołać skoro nam samym jest w miarę dobrze?)  Może dalsza liberalizacja? (ale ta prowadzi do pogłębienia wykluczeń ekonomicznych) A może nowa solidarność, która pozwoli nam wyjrzeć poza swoje opłotki? (choć zawsze pozostaje niebezpieczeństwo, że będziemy w takim przypadku kolonizować innych i wypowiadać się w ich imieniu). Może jednak praca u podstaw (ale ta jest faktycznie żmudna i nie przynosi żadnych widocznych efektów)? A może wszystkie te strategie razem?

Komentarze (18)

Dodaj komentarz
  • Gość *.chello.pl

    Pani Izo, to wszystko prawda, i smutno, i źle że ten postęp taki marny. Tylko ja wciąż nie rozumiem jak się to ma do sztuki. O tej modzie to zdaje się był mój komentarz, nie pierwszy taki, i nadal podtrzymuję. Sztuka to coś co jest jakie jest, a nie ''ma działać''. Nie rozumiem dlaczego w tekście K i L są przyklady ze sztuki, a nie ma przykładów działań społecznych, akcji politycznych, konkretnych i ukierunkowanych na dany cel. Sztuka to zawsze egoistyczna działalność artysty, poza tym odbierana przez raczej wąskie grono odbiorców. Może gdyby te plakaty Breguły były po prostu anonimową akcją społeczną, a nie artystyczną, odniosłyby inny skutek. Odbiorcy są czuli na taki fałsz. Podobnie widzą tę wspomnianą ''modę'' na feminizm wśrod artystek, które w życiu jakże często potwierdzają tylko najbardziej żałosne patriarchalne schematy. W życiu dziala życie, tzw. inspiracja, dobry przykład. Sztuka to wentyl wolnej ekspresji i to jest jej najwyższa wartość, a że nie każdy jej potrzebuje i nie każdy ją rozumie...
    no cóż, są inne drogi dotarcia do ''mas'', które jednak zawsze wyczują fałsz...

  • niebezkozyry

    Podpisuję się pod powyższym komentarzem.

  • izakow2

    Ja też prawie się zgadzam, z pewnymi zastrzeżeniami. Po pierwsze, zastanawia mnie, jak wobec tego odnieść się do stwierdzeń i manifestów, że sztuka ma polityczną siłę? A może inaczej zupełnie tę polityczność należy rozumieć (np. po rancierowsku)?
    A druga sprawa, uważam za niesprawiedliwy atak Pani chello ;-) na plakaty Breguły. Jest coś takiego, jak sztuka czy reklama społeczna, nie musimy doprawdy tkwić w odwiecznie zakreślonych granicach mówiących, co jest sztuką, a co nie. Nie widzę w przekraczaniu granic gatunków nic "fałszywego".
    Zresztą tu pojawia się bardziej ogólna kwestia, nie wiem, czy sztuka to wentyl wolnej ekspresji, bo patrząc na historię sztuki, najczęściej była ona po prostu tubą rozmaitych ideologii.
    Ponadto, to nie była cenzura dokonana przez owe "masy", odbiorcy nie wyczuli tu żadnego fałszu, bo po prostu tych prac nie widzieli, tylko przez homofobiczne władze miast (np. w Krakowie), lub homofobiczne władze uniwersytetów (Słubice,czyli poznański UAM oraz w Lublinie).

  • niebezkozyry

    Uważam, że Chello nie atakuje plakatów B., ale jej strategię i ma rację. Wszystko co jest nieznane lub nieakceptowane (w tym wypadku homoseksualizm) musi zostać oswojone. Oswajaniem musi zajmować się fachowiec, ktoś kto zna się na technikach wywierania wpływu, promocji idei, kto potrafi rozpoznać grupę docelową i dostosowuje przekaz do jej upodobań i potrzeb (tak jak w reklamie). Obraz (sztuka) musi być wtedy całkowicie podporządkowany wymienionym elementom, a nie autorskiej wizji artysty. Odbiorca odczytuje fałsz, bo tu albo sztuka nie jest sztuką tylko polityką, albo idea nie jest polityczna tylko estetyczna.

    Sztuka, musi odcinać się od obowiązujących w polityce i reklamie strategii (co robi Breguła), ale postępując tak obniża skuteczność, a nawet funduje akcji porażkę, a antagonistom przysparza chwały..

    Proponując produkt artystyczny (i ideologiczny) siłą rzeczy nie może liczyć na duże poparcie, a tym bardziej na zmianę przekonań. Ale masy jednak są i zabierają głos, nawet nie widząc plakatów. Bo tu chodzi o ideę (sprzeczną z ich przekonaniami), a nie o wizualizację idei. Ponieważ politycy znają swój elektorat, nie zaryzykują udziału w kampanii, która im zaszkodzi. Racją stanu polityka jest wygrać wybory, więc na wszelki wypadek uprzedzi ewentualne niezadowolenie swoich wyborców. W ten sposób w dobrej wierze niekompetentnie przygotowana kampania stała się kampanią promocyjną polityków. "Swój chłop" zapobiegł.

    Dobre intencje to za mało, same działają na szkodę promowanej idei.

  • izakow2

    Dostałam komentarz od Ali, która nie dała rady wpisać go tutaj... Mam nadzieję, że inne osoby nie mają takich problemów??? Tu chyba była kwestia tego, że ta, w gruncie rzeczy ciekawa polemika z Tomkiem i Pawłem była zbyt długa. Te pytania, które zadała Ala wydają mi się przede wszystkim skierowane właśnie do Kitlińskiego i Leszkowicza.

    Iza,

    Dzięki za ten wpis i info o tekście Leszkowicza i Kitlińskiego.

    Zapytam Cię przy okazji tego tekstu o kilka rzeczy (możesz mi odpowiedzieć na priva; wiesz, dlaczego mnie to interesuje). Budując na Twoim wpisie, z którym się zupełnie zgadzam. ;)

    Czy znasz jakieś fragmenty z współcześnych diagnostyków sytuacji politycznej i stanu ruchu praw obywatelskich w Polsce, którzy wychodzą poza dialektyczny schemat typu my a oni? Czy są jakieś inne, bardziej głębsze, strategie tłumaczenia rzeczywistości społecznej a politycznej, które nie odwoływałyby się do takich dość prostych zero-jedynkowych schematów?

    Uderzyły mnie w Twoich wypisach z ich tekstu sformułowania, które wskazują, że jest pewna grupa upośledzona: homoseksualiści i kobiety (które/którzy?) i są oni (wszyscy wiemy kto), którzy prześladują (tu zdaje się mamy i obojętne a nawet seksistowskie elity, a także ogół nieoświeconego społeczeństwa - czy to nie brzmi jak jakiś głos politycznie wypartego z dawnych, retoryka polityczna i komunistów, i dysydentów?). Osobiście uważam ten brak konkretności w adresowaniu argumentacji politycznej (praktykę powszechna, bo bardzo wygodną), za jedną z oznak słabości polskiego feminizmu i queer. Czy są jakieś sensowne próby skonkretyzowania argumentacji politycznej? Wyjścia z zaklętego kręgu uogólniającego bablania, który nie wnosi na tym etapie niewiele więcej poza podkreślaniem własnej racji moralnej poprzez podkreślanie własnej martyrologii?
    Wiem, że bardzo nie lubimy, jak nam się nadal wmawia mentalność post-komunistyczną ale w tego typu argumentacji/diagnozie politycznej rzeczywistości nie mogę jej nie widzieć: polaryzacja konfliktu, jeśli już nie klasowego, to grupowego, z tendencją do uniwersalizacji i przenoszenia niemal w sfery metafizyczne, używanie martyrologii jako podstawy do postawy roszczeniowej, zero wizji, gdzie i z kim szukać kompromisów, założenie o wiodącej roli elity-awangardy i dołującej roli zacofanych tłumów, które uniemożliwiają brrrr. I to właśnie interesujące (i pesymistyczne), że takie typy argumentacji znajduje się w tekstach znanych intelektualistów związanych z postępowymi ruchami estetycznymi i politycznymi

    Drugi przykład takiej pop-dialektyki widzę w kolejnym cytacie że sztuka feministyczna miała być rodzajem rodziny zastępczej dla demokracji i praw obywatelskich (???), a stała się Kassandrą klęski polityki w naszym kraju. ??? O co tu chodzi? Dla kogo konkretnie sztuka miała być taką rodziną zastępczą? Dla humanistów-homoseksualistów? To już jest dla mnie poezja polityczna (choć oczywiście rozumiem skąd ten rodzaj ekspresji). Czy to znaczy, że środowiska homoseksualne nie zdołały wypracować sobie przez 20 lat politycznych, a nie tylko estetycznych, form walki o swoje prawa? Dlaczego? Ze względu na złych onych, którzy nie pozwalali, czy ze względu na niedowład w dziedzinie negocjacji i budowania politycznych instytucji i lobbingu, który by wspierał postulaty prawne i polityczne tego środowiska (i piszę to w odwołaniu do Twojego i Edyty świetnego tekstu w dyskusji nad falami w ostatniej Zadrze i co z tego wynika dla skuteczności rodzimego feminizmu)?

  • izakow2

    C.D. listu Ali:

    Sztuka jako świadek tego specyficznego dualizmu i hipokryzji Właśnie. Czy aby nie gubimy czegoś zasadniczego w tej łatwej dialektyce??? Czy sami sobie tak płaskim argumentem nie podstawiamy nogi, a jednocześnie chowamy własne niedowłady??? I naprawdę nie chodzi mi tu o analizę dla analizy w polityce pies pogrzebany w argumentacji politycznej, bo na niej przecież opiera się skuteczność polityczna Na estetyce jest łatwiej budować własne eseje naukowe, niż organizować bazę społeczną do ruchu politycznego

    I czy np. ktoś konkretnie wypowiedział się na temat roli mody na feminizm i queer w Polskiej sztuce i humanistyce? Czy te dwie bardzo różne przecież dziedziny nie mają na sumieniu tego, że potraktowały oba nurty polityczne właśnie estetycznie, płytko, popowo, pod publiczkę (i pod zamówienia zagraniczne) bo takie tematy były przez dwadzieścia lat trendy, modne, był na nie zbyt, jeśli nie na rynku krajowym, to na zagranicznym? Ja to wyraźnie widzę (jak wiesz ;) w większej części akademickiej produkcji humanistycznej, która nie wydała specjalnie wielu ciekawych analiz feministycznych/queer, a za to masy kobietologii i płciologii, z którą nie bardzo wiadomo, co zrobić, tak jest tradycyjna. Czy np. wpisanie kobiety lub homoseksualistów w tytuł pracy naukowej czyni z niej pracę feministyczną lub queer? A takich intelektualnych przebieranek mamy w naszej humanistyce najwięcej.
    Wiem od Ciebie, że ze sztuką jest (trochę?) inaczej niż z humanistyką, ale zdaje mi się, że właśnie w dziedzinie sztuki feministycznej i queer (a teraz w kolejnym trendy temacie postkolonializmie) inspiracje z humanistyki mocno się zaznaczają, tworząc kalki z często - niezbyt głęboko przetrawionych, a głęboko chaotycznie zebranych, tez humanistycznych.

    Czy nie mamy takich intelektualnych przebieranek w sztuce? Ja je widzę w różnych pracach, które opisałaś na swoim blogu (rozmawiałyśmy o tym). Jaki jest wpływ tych modnych przebieranek na skuteczność ruchów politycznych (poza tym, że od czasu do czasu widać je na ulicy, więc mamy poczucie, że nie jesteśmy zacofani)?

  • Gość *.chello.pl

    Cytat: "I czy np. ktoś konkretnie wypowiedział się na temat roli mody na feminizm i queer w Polskiej sztuce i humanistyce? Czy te dwie bardzo różne przecież dziedziny nie mają na sumieniu tego, że potraktowały oba nurty polityczne właśnie estetycznie, płytko, popowo, pod publiczkę"

    Owszem, wypowiadałam się nie raz, i na tym blogu, i w tekstach itp. Pewnie nie tylko ja. Ale to Pani Iza lub Pani Ala musi pobłogosławić tak ''odkrywczą'' he he myśl, by oficjalnie ujrzała światło dzienne. Drogie Panie. To nie jest żadna nowina że od paru ładnych lat tak to w sztuce hula i na pewno Pani Iza jest tu jedną ze współodpowiedzialnych osób - ktoś tak światły nie mógł tego nie dostrzegać. Niemniej za takie sugestie niedawno na tym blogu leciały gromy. A teraz panie sobie razem stolik kawka fiu fiu że no może taka jakaś przebieranka moda tendencja jest i to może źle... No sorry, papieroska może nie palę cukier śmietanka...Pazdrawiam!:)

  • izakow2

    Drogie Panie Niebezkozyry i Chello,
    oj, chyba chodzi o coś innego: Ali o to, że politykę zastąpiła estetyka. Ja już od dłuższego czasu pytam na tym blogu o to, czy sztuka ma polityczną siłę i w jakim znaczeniu. Dyskutowałam między innymi z manifestem Żmijewskiego. Ale właśnie dlatego, że wydał mi się za mało wywrotowy, a za bardzo uwikłany kontekstualnie.
    Dla mnie samej dobra sztuka polityczna czy też wywrotowa, nie musi mieć jednoznacznego, propagandowego przekazu (wciąż niestety takim podparciem tego myślenia byłby Ranciere). Ale, jeszcze przed Rancierem (tzn. przed przeczytaniem jego teorii) o sztuce politycznej pisałam: strasznasztuka.blox.pl/2006/06/Sztuka-polityczna-Kozyra-i-Kilian.html
    Tyle tylko, że nie chodzi tu o wywieranie bezpośredniego wpływu na politykę, ile o zmiany w obszarze pola widzialności.
    Nie neguję istnienia sztuki politycznej, bo jak już wyraźnie napisałam w komentarzach, do czego Pani Chello nie raczyła się odnieść, musiałabym zanegować połowę, albo i większą część historii sztuki.
    Dla mnie to kompletna mrzonka, co pisze Niebezkozyry: "Odbiorca odczytuje fałsz, bo tu albo sztuka nie jest sztuką tylko polityką, albo idea nie jest polityczna tylko estetyczna".
    Estetyka jest też polityką i na odwrót. Polecam jednak tego nieszczęsnego, wykorzystywanego na prawo i lewo, Ranciere'a.
    Przecież uznane za największe dzieła sztuki są dziełami politycznymi, ideologicznymi (choćby sztuka sakralna)!
    Ta mrzonka o niepolityczności sztuki została wymyślona po pierwsze w XIX wieku (idea sztuki dla sztuki), a w Polsce była bardzo silna w epoce po socrealizmie. Ale, żeby było śmieszniej taka sztuka (nastawiona na kwestię formalistyczne) była tu ceniona również ze względów politycznych. Twórczość taka była wspierana przez państwo, bo świadczyła o jego otwartości, a zarazem nie zagrażała żadną społeczną krytyką. Można dać też inny przykład - amerykańskiego abstrakcyjnego ekspresjonizmu, który rzekomo miał być ekspresją uczuć artysty, tyle, że jego wykreowanie też miało związek z przyczynami politycznymi. Ameryce w okresie zimnej wojny była potrzebna własna sztuka - silna, męska, ekspresyjna, odważna; a przede wszystkim własna, oddająca dominację również na polu kultury (kłania się Serge Guilbault).
    Czy naprawdę Panie wierzycie w to, że sztuka nie ma nic wspólnego z polityką?

  • ala_k_b

    Można zaprzeczać temu, że każda sztuka jest uwarunkowana politycznie - jeśli komuś odpowiada taki idealizm i esencjalizm - to kwestia własnego wyboru. Ja nadal czekam na argument, który mnie do takiego poglądu przekona. Każda działalność artystyczna czy intelektulana *jest* historyczna, w związku z tym *jest* osadzona w określonym kontekście politycznym - nawet jeśli się odżegnuje, stara się być apolityczna - to od czegoś.

    Wypowiedź Chello... Mnie tu nie interesuje wrażenie, "zdrowy rozdądek", wiedza/odczucie potoczne, że to, co trendy, jest pod publiczkę. Wiesz dlaczego? Bo to jedzie właśnie esencjalizacją - stare, nasze, przetrawione, domowe jest ok. To co "trendy" jest be. Znowu ta sama dialektyka rodem z PRL-u. Pisałam o formułowaniu postulatów politycznych, o roli wulgarnej dialektyki, a nie o tym, "jak to jest naprawdę".

    Iza jest krytykiem sztuki, ja nie. Ja zajmuje się innym obszarem dyskursu. I w humanistyce widzę problem. W Polsce jest zbyt mało *dobrych* przykładów humanistyki krytycznej, takiej, która by tworzyła podstawy do konceptualizowania postulatów politycznych - u nas nie ma właściwie humanistyki feministycznej, która byłaby w stanie - ba! miała takie aspiracje, jak humanistyka np. amerykańska, by realnie wpłynąć na równouprawnienie kobiet. Pytam - dlaczego nie ma? Odpowiadam - bo jesteśmy zbyt płytcy w badaniach, w przemyśleniu tego, co do nas dociera. Być może demokracja nas przytłacza? Być może jesteśmy niedojrzali? Zarówno jako twórcy, jak i konsumenci demokracji? Także dlatego, że w Polsce nie ma zwyczaju, by intelektualista był jednocześnie społecznym aktywistą. Dlatego powstaje tyle martwej nauki, bez aspiracji jakiegokolwiek odniesienia do rzeczywistości politycznej i społecznej. I to uważam za modę. Nie uważam na przykład, że modą na feminizm kierowała się Iza Kowalczyk pisząc swoje prace - bo jest jedną z nielicznych, która łączyła uprawianie krytyki i nauki z działalnością społeczną. Uważam że gross straszych profesorów i młodych adeptów nauki traktuje feminizm i queer jako modę, bo coś tam popisze "na temat", bez znajomości podstaw teoretycznych, bez odniesień do literatury przedmiotu, bez refleksji *po co to pisze?* (czy tylko dla kolejnej linijki w CV?) i czuje się ekspertem w dziedzinie. Jest też grupa osób, którzy przyjmują pozę, a nie postawę feministyczną. I to jest koniunkturalizm. Czyli - tak, wierzę w taką sztukę i w taką naukę, która wynika z rzetelności intelektualnej i jest podparta jeśli nie aktywnym działaniem na rzecz tradycji intelektualnej, jaką się prezentuje, to przynajmniej postawą w zgodzie z tą ideologią - a nie pozą. I owszem, jest to bardzo subiektywne rozróżnienie. Ale moim zdaniem jedyne uczciwe.

    Iza! Dzięki, że to wkleiłaś! ;)

  • Gość *.chello.pl

    Jeśli sztuka ma jednoznaczny, propagandowy przekaz, to JEST propagandą, nie sztuką. Rozumiem niechęć do podziałów, ale od nich jednak nie uciekniemy, a nawet powiedziałabym, że ich rozmywanie się już owocuje potrzebą pewnych redefinicji. Nie neguję faktu, że sztuka inspiruje się kontekstem społecznym, politycznym, ideami, sama nie uciekam w swoich pracach od znaczeń, ale uważam że to właśnie od artysty należy wymagać przynajmniej próby niekonwencjonalnego zagłębienia się w temat. Inaczej mamy do czynienia z plagą wtórnych, naiwnych wyrobów, 'przeslań' z którymi o wiele lpiej radzą sobie konkretne dziedziny np. nauki, socjologii / tu uwaga do P. Ali że faktycznie humanistyka ma tu wiele do powiedzenia, jednak nie należy perspektywy naukowej utożsamiac z artystyczną. /. Moje 'trendy' nie odnosi się krytycznie do faktu, że pewne idee są aktualne, zajmują ludzi, ale do POPIERANIA, LANSOWANIA BYLE JAKIEJ I PSEUDOZAANGAZOANEJ SZTUKI PRZEZ IDEOLOGICZNIE ZORIENTOWANYCH KRYTYKOW I KURATOROW, KTORZY CHYBA Z LENISTWA ALBO I WŁASNEJ NIEWIEDZY NAWET NIE PRÓBUJĄ POSZUKAĆ INNYCH, MENTALNIE BARDZIEJ WYMAGAJĄCYCH PROPOZYCJI, ALE ZATRZYMUJĄ SIĘ NA KOLEJNYCH KLISZACH, WTÓRNYCH TEMATYCZNIE WYSTAWACH I WCIĄŻ TYCH SAMYCH NAZWISKACH. TO PO PROSTU PSUJE SZTUKĘ - ŻE WYRAŻĘ SIE PROSTACKO. A TAKŻE PODWAŻA WIARYGODNOŚĆ JAKICHKOLWIEK DZIAŁAŃ W PRZESTRZENI SZTUKI, KTÓRE SĄ ZORIENTOWANE NA IDEE. TO PO PROSTU SZTUKĘ KOMPROMITUJE - TAKŻE W OCZACH ODBIORĆÓW.
    To dotyczy ściśle rzeczywistości świata sztuki, która przeciez opiera się na tzw. karierach poszczególnych artystów, a nie pospolitym ruszeniu anonimowych mas.
    A jeszcze odnośnie mojego ostatniego wpisu - proszę zerknąć na wywiad Doroty Jareckiej z Wodiczką w GW. Genialne ostatnie pytanie. Odpowiedź - nieprzekonująca.
    Tu faktycznie zawarty jest cały mój argument. Sztuka to działanie autorskie, które nigdy nie jest altruistyczne. Ale jeśli już się z tym godzimy, to wymagajmy przynajmniej jakiegoś POZIOMU tych dzialań, nie lansujmy nazwisk tylko dlatego, że grzecznie odrabiają zadania godne przedszkolaka. Nic złego w modzie na feminizm, ale koniunkturalne tworzenie pseudofeministycznej sztuki to już jest jakiś problem.
    A Ranciere to faktycznie już bokiem wyłazi...zanim KP wydała Ranciera, też była sztuka zaangażowana (czyli taka, która zadaje celne pytania o istotne sprawy naszych czasów - tak to rozumiem). I będzie. Oby jak najlepsza.

  • ala_k_b

    "Jeśli sztuka ma jednoznaczny, propagandowy przekaz, to JEST propagandą, nie sztuką."
    -- Jeśli widzimy w dziele sztuki tylko jeden wymiar - to widzenie bardzo krótkowzroczne i rzeczywiście łatwo w ten sposób dzieło sztuki zredukować do propagandy. To wówczas nadużycie interpretacji - redukcjonizm bardzo popularny (żeby nie powiedzieć populistyczny) w debatach politycznych w byłych demoludach, właśnie ze względu na trening w wulgarnej dialektyce. Ale owszem - wielu kupuje taką interpretację, bo to proste.

    "Rozumiem niechęć do podziałów, ale od nich jednak nie uciekniemy, a nawet powiedziałabym, że ich rozmywanie się już owocuje potrzebą pewnych redefinicji."
    -- Otóż właśnie. Nie uciekniemy od dialektyki. Za bardzo wrosła w świadomość post-komunistyczną? Zdaje się, że tak. Biało-czarne, populistyczne... Wczesna demokracja nie nauczyła nas ani tolerancji, ani myślenia pluralistycznego. To jedna z moich diagnoz i dzieki za przykład takiego myślenia.

    "Nie neguję faktu, że sztuka inspiruje się kontekstem społecznym, politycznym, ideami, sama nie uciekam w swoich pracach od znaczeń, ale uważam że to właśnie od artysty należy wymagać przynajmniej próby niekonwencjonalnego zagłębienia się w temat."
    -- Sztuka nie tyle "inspiruje się kontekstem społecznym", ale w nim powstaje - jak każda ludzka działalność. Jeśli Pani wierzy w czystą świadomość, która może wykroczyć poza kontekst społeczny, w którym powstaje - czyli poza świadomość samego artysty - to ciekawa idea, ale dosyć... idealistyczna.

    "Moje 'trendy' nie odnosi się krytycznie do faktu, że pewne idee są aktualne, zajmują ludzi, ale do POPIERANIA, LANSOWANIA BYLE JAKIEJ I PSEUDOZAANGAZOANEJ SZTUKI PRZEZ IDEOLOGICZNIE ZORIENTOWANYCH KRYTYKOW I KURATOROW, KTORZY CHYBA Z LENISTWA ALBO I WŁASNEJ NIEWIEDZY NAWET NIE PRÓBUJĄ POSZUKAĆ INNYCH, MENTALNIE BARDZIEJ WYMAGAJĄCYCH PROPOZYCJI, ALE ZATRZYMUJĄ SIĘ NA KOLEJNYCH KLISZACH, WTÓRNYCH TEMATYCZNIE WYSTAWACH I WCIĄŻ TYCH SAMYCH NAZWISKACH. I dalej..."
    -- Nie ma "nieideologicznie" zorientowanych krytyków", bo każdy krytyk, tak jak humanista, interpretuje poprzez pryzmat tego, co ma w głowie (między innymi poprzez pryzmat tego, czego się nauczył...). Natomiast zgadzam się z tym, że "bylejakości" jest dużo - w sztuce, w humanistyce, w literaturze, w polityce, w stosunkach międzyludzkich, w supermarketach. Ale też o tym, co i dla kogo jest byle jakie, decyduje osobisty gust/przekonania odbiorcy (w tym i krytyka). W pluralizm opinii i gustu też nie wierzymy? Jeśli tak, to kolejny przykład na myślenie esencjalne, w starym, totalizującym stylu.

    "To dotyczy ściśle rzeczywistości świata sztuki, która przeciez opiera się na tzw. karierach poszczególnych artystów, a nie pospolitym ruszeniu anonimowych mas."
    -- Artysta - to elita, potwierdzona pieczątką krytyka? OK. Tak było w XIX-tym wieku. I jeszcze wcześniej. Ale było tak przede wszystkim za komuny - przecież bez dyplomu mgr artysty nie można było kupić nawet profesjonalnego pędzla malarskiego... Czyli znowu tęsknota za poukładanym światem, gdzie jasne było kto jest kto, a dyplom i pieczątka załatwiała raz na zawsze przynależność do "elity" i stemplowała oryginalność interpretacji? Czy to nie ostateczny przejaw nostalgia post-komunistycznej?

  • Gość *.chello.pl

    Przykro mi, ale jestem za młoda by być przesiąkniętą tą komuną, do której Pani wciąż tak wraca. Spędziłam też sporo czasu poza Polską. Ale dialektyka wszędzie ma się dobrze, i mnie osobiście razi niezależnie od kolorytu miejsca ;)
    Reinterpretacja o której mówię wynika z potrzeby ratowania przestrzeni sztuki przed banalizacją, zawładnięciem przez łopatologię. Są to różne fajne, subwersywne ruchy też bardzo młodych ludzi, którzy z komuną już absolutnie nic nie maja...
    Pani ma za to wyraźny kompleks na tym punkcie.

    ''Jeśli widzimy w dziele sztuki tylko jeden wymiar - to widzenie bardzo krótkowzroczne i rzeczywiście łatwo w ten sposób dzieło sztuki zredukować do propagandy. To wówczas nadużycie interpretacji - redukcjonizm bardzo popularny (żeby nie powiedzieć populistyczny) w debatach politycznych w byłych demoludach, właśnie ze względu na trening w wulgarnej dialektyce. Ale owszem - wielu kupuje taką interpretację, bo to proste.''
    Ja mówie o sytuacji, kiedy w dziele po prostu tylko ten wymiar JEST. I nawet sam artysta to deklaruje. Natomiast to, że wielu kupuje jedynie prostą interpretację dzieła faktycznie złożonego - to poważny problem, na który właśnie zwracam uwagę. Krytycy i zwolennicy sztuki zaangażowanej po prostu nie szukają dzieł złożonych. Tu się właśnie chyba zgadzamy?

    W pluralizm wierzę, w ewidentną tendencyjność i krótkowzroczność - już nie.

    Idealizm - czy jest jakaś inna przestrzeń na utopię i idealizm oprócz sztuki?
    Co do kontekstu zgadzam sie / to to samo co napisalam, tylko inne slowa.

    Końcowki nie rozumiem - o zadnym stemplu dla artysty nie bylo, tylko o wszechwladzy np. kuratorow - m.in. tych ze stemplami płatnych studiów kuratorskich ;)


  • izakow2

    Pani Chello,
    myślę, że my się jednak zgadzamy, tylko mówimy innymi językami ;-)
    Zresztą zabawne, że Pani pisze: "A Ranciere to faktycznie już bokiem wyłazi...zanim KP wydała Ranciera, też była sztuka zaangażowana (czyli taka, która zadaje celne pytania o istotne sprawy naszych czasów - tak to rozumiem)."
    A tymczasem Ranciere wręcz przeciwnie, jest raczej podejrzliwy wobec sztuki zaangażowanej, pisząc, co raczej powinno Pani odpowiadać, że [s]ztuka jest wyemancypowana i emancypująca, gdy wyrzeka się władzy narzuconego przekazu, określonej widowni i jednoznacznego sposobu wyjaśniania świata, gdy mówiąc inaczej, przestaje chcieć nas wyemancypować.
    Tyle tylko, że on proponuje odejście właśnie od dialektyki i to jest chyba najbardziej cenna myśl jego przekazu, bo jak słusznie stwierdza Ala, my się od dialektycznego myślenia nie możemy niestety wciąż odczepić... I w sztuce, i w humanistyce... Albo białe, albo czarne; albo my, albo oni; albo sztuka, albo polityka; albo idealizm, albo materializm, i wszędzie budujemy nieprzekraczalne granice. Tymczasem najciekawsze rzeczy dzieją się zawsze pomiędzy...
    Zażartowałam z tego braku języka, ale chyba to jest jeden z najważniejszych problemów. I choć często zdarza mi się krytykować Krytykę Polityczną, to akurat, jeśli chodzi o kwestię języka współczesnej myśli krytycznej, trzeba przyznać, że odwalają znakomitą robotę. Inna sprawa, że język też jest narzędziem wykluczenia. To również trzeba brać pod uwagę.

  • ala_k_b

    Pani Chello,

    Jeśli się zgadzamy - w jakimś zakresie przynajmniej - to świetnie. Przestrzegałabym jednak przed zbytnim optymizmem jeśli chodzi o świadomość (post)komunistyczną - i wśród krytyków/decydentów i wśród artystów, nawet tych młodych. Pisze Pani o pokoleniu "bardzo młodych ludzi, którzy z komuną już absolutnie nic nie maja" - czyżby? A kto ich wychowywał? Kto tworzył kontekst ich wczesnej osobowej i zawodowej edukacji? W jakim systemie teraz funkcjonują? Kto ten system tworzy - i kto nim rządzi?

    To kolejny problem. Wmawiano nam przez 20 lat - dość prostacko zresztą - że wystarczy, aby stare pokolenie wymarło (także zawodowo), a wszystko się zmieni, bo młodzi będą mieli "inną mentalność" - mentalność mają rzeczywiście inną, ale przesiąkniętą myśleniem post-komunistycznym. Są rzeczywiście inni, ale czy rzeczywiście pokolenie młodych lat 90-tych i 2000-tych zdało egzamin z demokracji, pluralizmu i tolerancji? Czy jedynie stworzyło hybrydę z mentalności wyrosłej z neoliberalizmu i post-komunistycznych ksenofobii?
    Proszę tego nie traktować jako zarzut, a raczej ogólną refleksję kogoś, kto też zbyt stary nie jest, a mimo to widzi drastyczne różnice w praktykowaniu demokracji i pluralizmu w różnych kulturach, a tym, jak te normy polityczne i kulturalne się spłaszcza i instrumentalnie traktuje w nowych demokracjach. Wszyscy uczymy się myślenia w innych kategoriach, a to długi i żmudny proces. I nie ma żadnych gwarancji, że się ich nauczymy (historia pokazuje, żeśmy się niewiele nauczyli przez dwadzieścia lat międzywojnia...) Zaś najlepszym punktem wyjścia do przewartościowań - o których sama Pani wspominała, jest autorefleksja - skąd przychodzimy, dokąd zmierzamy - i którędy. Indywidualnie i zbiorowo.

    Pozdrawiam,

  • Gość *.chello.pl

    No i mamy sumę wszystkich strachów - dialektykę. Łatkę.
    Oraz ratunek - pomiędzy!
    Łał.
    Jeśli to, co próbowałam powiedzieć zamyka się dla Pań w tych dwu magicznych kluczach - to wysiadam, przynajmniej chwilowo.
    Zainteresowanym polecam powtórną lekturę.
    Ale jak mawial Terminator - I'll be back ;)
    I naprawdę "pomiędzy" - jak zawsze.

    ps. z mojej autopsji wynika, że im bardziej "pomiędzy" i niedialektycznie dziala się w sztuce, tym mniejsze szanse na cokolwiek. Te deklaracje o poszukiwaniach między oczywistościami póki co są dla mnie puste, wyrazaja co najwyzej trzecią oczywistośc w stylu np. gender, że plcie są nie tylko dwie itp. Tymczasem tych warstw, znaczeń, niesamowitości bywa o wiele, wiele więcej... ale komu by się chcialo tym zajmować...
    Pozdrawiam.

  • izakow2

    "Tymczasem tych warstw, znaczeń, niesamowitości bywa o wiele, wiele więcej... ale komu by się chcialo tym zajmować..."
    No właśnie, mi na przykład też o to chodzi. Więc nie rozumiem zupełnie po co te wszystkie ironiczne, sarkastyczne i złośliwe uwagi.
    To też jest charakterystyczne dla dialektyki, ale tym razem dyskusji: nastawienie na konfrontację, ośmieszenie przeciwnika (bo nie partnera w dyskusji), zdezawuowanie tego, co mówi.
    Tylko po co? Co nam ma właściwie dać taka dyskusja?

  • Gość *.chello.pl

    Pani Izo,
    chyba jednak nie jest tak dramatycznie, choć to raczej moje argumenty bywają dewaluowane do uproszczeń. Ale to Pani blog, i gdybym jednak nie widziala w nim wartościowych i ciekawych przesłanek, to bym tu nie zaglądała i nie spędzala czasu na dyskusjach. Ale po to też prowadzi się blog, prawda? By się trochę ponarażać;)
    Może trochę prowokuję licząc jednak na ten moment, że pojawi się tu więcej prawdziwej anarchii, także wobec tych tak już bezpiecznie zajętych pozycji, w których się Pani jednak okopala.
    Ale faktycznie, to troche obciach tak się tu produkować, i to anonimowo, powiedzmy...
    Jednak intencje nie sa tak skrajne, jak Pani to widzi. Tymczasem pas.

  • izakow2

    No właśnie, po to się między innymi prowadzi blog, żeby była dyskusja. Ja widzę w Pani wypowiedziach wiele ciekawych aspektów, ale jak ja Pani przyznam rację, to Pani od razu, przechodzi do okopów (tak, tak, Pani, nie ja ;-) Dlatego pytałam, do czego ta dyskusja prowadzi? Wrócę do tematu niebawem ;-)

Dodaj komentarz

© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci