Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

Frida Kahlo - w uścisku życia i śmierci

izakow2

Wrócę jeszcze na chwilę do Fridy Kahlo (1907 – 1954) i jej niesamowitych obrazów, w których aspekty cielesne przeplatają się z formami natury, przez co powstaje wizja świata, gdzie ziemia, rośliny, zwierzęta i ludzie spleceni są w odwiecznym tańcu życia i śmierci.


Frida odwoływała się między innymi do wyobrażenia Matki-Ziemi.


 

 

W tym obrazie (The Love Embrace of the Universe, the Earth (Mexico), Diego, Me and Señor Xólotl, 1949) mityczna kobieta symbolizująca ziemię trzyma na kolanach Fridę, która z kolei obejmuje Diego, jakby przytulała niemowlę. Odnośnie wyobrażeń laktacyjnych, o których było we wcześniejszych wpisach, tu również z piersi matki ziemi kapie mleko (ziemia ukazana jest jako spękana, zniszczona, ale zarazem żyzna i płodna). Ta trójca obejmowana jest przez jeszcze jedną parę rąk: czarną i zieloną (a w tle majaczy się jeszcze jedna twarz, prawdopodobnie Xolotla - boga śmierci, pana światła i ciemności). Tym samym, Matka ziemia, Frida i Diego znajdują się tu w uścisku życia i śmierci.


(Ala, to jest ten obraz, którego kopię od Ciebie dostałam. Fantastyczny, prawda? Dziękuję raz jeszcze.)


Kahlo przedstawiała siebie nie tylko w bliskości ze światem natury, ale także jako fragment tego świata. Pojawiają się u niej formy ludzko-zwierzęce, jak autoportrecie, w którym ukazała siebie jako młodego, zranionego strzałami, jelonka (1946). Z dzisiejszej perspektywy jej obrazy odczytać można jako antygatunkowistyczne.



 

W naturze Frida widziała witalność życia, to przez jej formy ukazywała seksualność. W obrazie Kwiat życia z 1944 krytycy dopatrują się wyobrażenia przywołującego zarówno kobiece, jak i męskie organy seksualne, a także przedstawienia wytrysku. 



 

Poprzez wyobrażenia natury oddawała siłę życia (Słońce i życie, 1947).



 

Te symboliczne wyobrażenia witalności powstały, gdy Frida była już ciężko schorowana.  Natomiast w 1954 roku, krótko przed śmiercią, namalowała obraz z arbuzami Viva la Vida (Niech żyje życie).


 

 

Natura towarzyszy Fridzie do końca, jest źródłem radości, ale też więzi, uwiera (jak jej chore ciało), zadaje ból, rani, jak cierniowy naszyjnik w autoportrecie z 1940 roku.



 

Możliwe, że martwy koliber przyczepiony do tego naszyjnika symbolizuje jej nienarodzony płód, utracone dziecko, z którego stratą już do końca życia nie mogła się pogodzić.


W tym kontekście zresztą odczytać można także przywołany przeze mnie pierwszy obraz, gdzie Frida zamiast dziecka, trzyma na kolanach Diego.


 

 

Poronienie przedstawiła w obrazie Henry Ford Hospital z 1932 roku. Jest to wyobrażenie zupełnie niezwykłe w historii sztuki, dlatego, że przed Kahlo nie istniała żadna ikonografia dotycząca tego bolesnego tematu.


Podobnie w dawnej sztuce nie ma obrazów ukazujących poród w jego fizjologicznym aspekcie. W przypadku sztuki Fridy, również z 1932 roku pochodzi obraz My Birth.



 

Obraz odczytywany jest zarazem jako przedstawienie narodzin Fridy, jak i odwołanie do śmierci jej matki, jak i doświadczeń związanych z poronieniem. Na tym wyobrażeniu martwa jest rodząca matka, o czym świadczy przykryta białym materiałem twarz, a pusta przestrzeń wokół jej łóżka mówi o opuszczeniu i samotności.


Frida mówi w tym obrazie o własnej samotności, o utracie i żałobie. Ten rok był dla niej szczególnie tragiczny: straciła dziecko, zmarła jej matka, a Diego miał romans z jej siostrą Cristiną.


Poród przedstawiony jest tu w sposób niezwykle fizjologiczny, frontalność tego wyobrażenia nie pozwala naszemu spojrzeniu na ucieczkę. Jednak najbardziej niesamowite jest to, że opowieść o porodzie staje się tu opowieścią o śmierci.

Komentarze (38)

Dodaj komentarz
  • blogali

    Iza,
    Cała przyjemność po mojej stronie. :)

    A propos Fridy, i religijnego pop-artu, ale nieco rykoszetem od laktacji, choć nadal w kręgu 'płynów cielesnych'. ;)
    W moich przeszukiwaniach sklepów z folkową sztuką południowo-amerykańską zauważyłam jedno: Frida Kahlo jest święta w meksykańskiej pop-religii. Jej wizerunki pojawiają się w ołtarzykach razem ze świętą Matką Boską z Guadelupe i innymi.
    Pisałam o tym tu:
    blogali.wordpress.com/2007/12/30/angel-of-the-morning-i-inne-anioly/

    Frida i kitch-art zobacz także:
    www.farflungarts.com/Far_Flung_Arts_About_Us_s/31.htm
    www.farflungarts.com/Mexican_Frida_Kahlo_Folk_Art_s/21.htm
    search.store.yahoo.net/cgi-bin/nsearch?query=frida&x=0&y=0&catalog=directfrommexico

    Pokusiłabym się nawet o opinię, że Frida Kahlo stała się folkowym avatarem kobiecego boskiego pierwiastka - wybacz, nie będę mówić Wielkiej Bogini, bo to nic nie znaczy. Może azteckiej bogini Tonantzin, może Coatlicue. W symbolice Matki Boskiej z Guadalupe, *matki-boskiej-metyskiej* elementy katolickie Maryjne splatają się z kultem obu wspomnianych azteckich bogiń. Kolory Matki Boskiej z Guadalupe to szmaragd i szafir - kolory ziemskiego i niebiańskiego smoka. I Frida jest też świętą mestizo - w tym samym znaczeniu co Matka Boska z Guadalupe - jest fuzją, hybrydą pomiędzy "matką boską bolesną", "żoną-boską-bolesną", cierpiącym Jezusem i elementami post-azteckiej duchowości etc.

    I coś poniekąd o Fridzie, lecz niekoniecznie o laktacji. ;)
    blogali.wordpress.com/2010/01/08/astrid-hadad-i-najswietsza-panna-z-guadalupe-czyli-o/

    Serdecznie,

  • blogali

    P.S. I jednak w kontekście:

    Może warto byłoby przemyśleć związek pomiędzy metyzacją, a 'kontrolowaniem płynów' - kontrolowaniem ciała. Konstrukcją ciała. Wymykaniem się ciała spod kontroli?

  • izakow2

    Ala, zdecydowanie masz rację, że to jest taka hybryda pod każdym względem. Ja, szukając dzisiaj czegoś w necie natknęłam się na opis jakiejś religijnej pielgrzymki do Meksyku, ale w programie było też zwiedzanie muzeum Fridy Kahlo ;-) Genialne są też te "dewocjonalia" z Fridą. Można by zresztą ten łańcuch "świętych" kobiet pociągnąć: Evita, Madonna.. ;-) Przeczytałam też dzisiaj w necie, że obraz "My Birth" jest w kolekcji Madonny. Zresztą ona jako jedna z pierwszych zainteresowała się Fridą i przyczyniła się do tego boomu na Fridę. Dla mnie to jest niezwykle fascynujące, że zainteresowanie w historii sztuki pojawia się wtórnie wobec zainteresowania w kulturze popularnej. Madonna ponoć wściekała się, że rola w filmie przypadła Salmie Hayek, a nie jej. O Madonnie piszę zupełnie serio. Kiedyś wpadły mi w ręce teksty o Fridzie i Madonnie, a jeśli piszesz o kiczu religijnym, no to jesteśmy w domu ;-)
    Co do fascynacji Meksykiem, to podzielam całkowicie. Kiedyś obmyślałyśmy z Edytą wyjazd do Meksyku. Edyta miała pomysł, żeby podłączyć się pod jakąś pielgrzymkę, a ja miałam pomysł, żeby nawiedzić Maurycego Gomulickiego i jakoś nie doszłyśmy w tej sprawie do porozumienia. Ale może byśmy się kiedyś umówiły na spotkanie w Meksyku?
    Z tą metyzacją i kontrolowaniem płynów, to jednak nie bardzo Cię rozumiem.

  • mojarzezba

    Pani Izo, czytamy chyba sobie w myślach, ponieważ chciałem dziś napisać coś o Fridzie :-)
    Studiując dziennikarstwo kiedyś jeszcze, napisałem artykuł, w którym zestawiłem obie artystki: Szapocznikow i Fridę właśnie. Ze względu na dyscypliny sztuki, zestawienie wydaje się co najmniej dziwne, jednak sądzę, że możliwe jest wykazanie podobieństw, choćby w kontekście kobiecości, seksualności i erotyki, cierpienia wywołanego chorobą - wiem też, że Szapocznikow wykonywała rysunki przedstawiające siebie z zaszytą piersią (widziałem w telewizji), Frida również pokazywała ciało zmienione przez chorobę.

    Dla mnie najpiękniejszym obrazem Fridy, najbardziej żywym, wstrząsającym jest "Frida i cesarskie cięcie"
    hosting02.imagecross.com/image-hosting-05/45451932---frida-and-the-caesarian-operation-copy.jpg

    a tu znajduje się strona internetowa dla zainteresowanych twórczością Kahlo
    fridakahlo.prv.pl/malarstwo.html

  • blogali

    Iza,
    Wspólny Meksyk - jak najbardziej. ;) A najlepiej jakiś "rezerwat dla białych" typu Cancun czy Acapulco. ;) Żartuje. Może jak się w Meksyku zrobi spokojniej - i nie chodzi mi tutaj o świńską grypę.

    Wiesz, Madonna i Frida - tak. Ale ja *nigdzie* nie widziałam dewocjonaliów z Madonną. A z Fridą jest ich masa. I to jest dla mnie różnica.

    Metyzacja a kontrola płynów ustrojowych? Metyzacja to mieszaństwo, czasami dobrowolne, historycznie częściej przymusowe. Pamiętam książki o handlu afrykańskimi niewolnikami, listy przewozowe "towaru" i cyfry - ilu zmarło po drodze, ile kobiet po drodze zapłodniono. Ciężarna niewolnica była na rynku znacznie droższa, a więc handlarze niewolników je masowo gwałcili, do skutku. Ojcostwo takich dzieci w ogóle nie było problemem - dziecko handlarza handlarz traktował jak towar.
    Inny przykład: one-drop rule.
    Inny wymiar: konstrukcja "czarnego gwałciciela", ochrona białych kobiet i lincze na Południu. W kulturze popularnej ten mit przetrwał aż to Kong Konga i jaki był popularny! Inny wymiar: krew. Kary cielesne. Chłosta jako część rytyny relacji władzy pomiędzy niewolnikami a plantatorami.
    Inny wymiar - większość dzieci białej arystokracji na Południu w czasach kolonialnych (i po) miały czarne niańki - większość tych dzieci karmiły czarne niewolnice. "Rodzeństwo mleczne" pomiędzy plantatorami a niewolnikami? Często. Metyzacja w obie strony? Kreolizm nie wziął się z niczego, ale z podejrzliwości białej-białej metropolii. Metyzacja a kontrola płynów ustrojowych. Cywilizowany a 'dzikus'. Pewne płyny się kontroluje, a pewne nie. Pewne płyną bez konsekwencji, pewne z konsekwencjami. A same reguły i praktyki przepływu i znaczenie konsekwencji są konstruowane.
    Ciało, jako znaczone metyzacją. "Zmetyzowane" ciało jako znaczące politycznie (np. dyskryminacja, hierarchizacja, reglamentacja praw).
    To też a propos Twojego komentarza pod moim wpisem o ikonach indiańskich ojca Giulianiego. Świat post-kolonialny *jest* zmetyzowany i to jest rzeczywistość.
    Podobnie dzieje się w kulturze. Ciała, tożsamości i kultury są hybrydami.
    Zresztą tak jak wszędzie...
    Ciepło,

  • Gość: [Dorota] 109.243.149.*

    Ten obraz z małpką, kotem i martwym kolibrem bardzo mi się podoba. Chyba najbardziej.

    Ale największe wrażenie robią na mnie przedstawienia związane z porodem. Frida pokazuje, że ciąża, poród i narodziny mogą być sprawą trudną, drastyczna, zarówno psychicznie jak i fizycznie. Obrazy te dotykają jakiejś takiej przerażającej strony porodu, która wiąże się z ryzykiem śmierci, zarówno matki jak i dziecka albo poronieniem, bólem, krwią. Z resztą kiedyś porody były główną przyczyną śmiertelności kobiet. Obrazy te są jakimś odczarowaniem ciąży, porodu i macierzyństwa jako stanu błogosławionego, kojarzonego wyłącznie z obrazem szczęśliwej młodej matki spoglądającej czule na niemowlę. Frida przypomina o całej fizyczności z tym związanej, bólem, krwią i ryzykiem. I podczas gdy macierzyństwo jest jednym z najpopularniejszych tematów w sztuce, sam poród jest tabu, jest właśnie abiektualny.

    Ciekawe jest też w tym ostatnim obrazie to, że twarz rodzącej jest zasłonięta, jedyne co jest widoczne to część ciała związana bezpośrednio z porodem. Tu nasuwają się przeróżne interpretacje, ale wszystkie niezbyt przyjemne: że kobieta jest sprowadzona do narządów rozrodczych albo, żeby zasłonić jej pełen wysiłku i bólu wyraz twarzy. Ale też kojarzy mi się z zasłonięciem ciała trupa. To by się oczywiście wiązało z cyklem życia i śmierci, matka daje życie, a sama umiera. Ale jednak te obrazy opowiadają raczej o jednostkowym doświadczeniu ciąży i porodu, który dla Fridy z racji choroby kręgosłupa musiał być potwornie bolesny. A może to zasłonięcie wiąże się z jakąś tradycja indiańską lub meksykańską...?

  • Gość: [jurgen] *.mnc.pl

    A mnie fascynuje przedziwna banalizacja (medialno-myślowa, Frida w każdej kuchni w roli kolorowego akcentu) Fridy - jako postaci, osoby, ikony, ale też autorki, malarki. Zadziwiają mnie artykuły w pismach kobiecych, które tak rzadko dotykają sedna jej twórczości (wiem, wiem, taka kultura, specyfika itp.), prezentują za to nieszczęśliwą kobietę, która mogłaby być szczęśliwa, gdyby nie była taka jak była... I w tan sposób każdy Fridę zna, ale tak naskórkowo i powierzchownie!
    Trudno tam znaleźć Fridę z 'My Birth'...

  • izakow2

    Panie Tomku, tak, myślę, że to ciekawe zestawienie: Fridy i Szapocznikow. Też o tym myślałam, gdy zamieszczałam te obrazy z kwiatem życia (nasuwa tu się jakaś analogia do naszej ulubionej "Szalonej Białej narzeczonej") i obraz z arbuzami; chodzi o prace tworzone pod koniec życia a wyrażające jego apoteozę. Chodzi też o przekonanie, które wyraziła Szapocznikow, że ciało jest źródłem wszelkiej radości, i wszelkiego bólu, co można też doskonale odnieść do Kahlo. No to rzeczywiście trochę czytamy sobie w myślach ;-)

    Ala, "dewocjonalia" z Madonną na pewno istnieją w gronie jej fanów, ale ja bym to odwróciła trochę w inną stronę, chodziło mi o to, jak Madonna cały czas sama używa dewocjonaliów w swojej autokreacji. To chyba ona wprowadziła modę na ozdobne krzyże, które stają się glamour, ale nie mają już chyba nic wspólnego z religią jako taką. No i jeszcze przypomina mi się Arkadius i jego suknie z Madonnami.
    Co do metyzacji i kontroli płynów cielesnych - masz rację. To ciekawe i wiedzie trochę w stronę traktowania płynów jako substancji niewolniczych. Zgadzasz się z tym?

    Dorota - mi też się podoba ten autoportret, zwłaszcza, że ten kot wygląda zupełnie jak mój Benek ;-) Co do porodu, ja bym jednak podkreśliła, że to jest doświadczenie poronienia, a nie porodu. W obrazie "Mój poród" chodzi bardziej o to, że ona przedstawia, jak została urodzona przez swoją matkę, która właśnie w tym czasie zmarła. Jest to więc obraz żałobny poświęcony matce, ale oczywiście też związany ze stratą jej dziecka.

    Jurgen - to prawda, ale z drugiej strony ten kult Fridy wydaje się niezwykle fascynujący. I jak każdy kult świętego - powierzchowny... To, co dramatyczne, transgresyjne, niepokojące, lub niezrozumiałe jest zwykle wymazywane, lub oswajane.

  • blogali

    Płyny jako substancje "niewolnicze"? Niekoniecznie. Kontrola nad płynami ustrojowymi, jako wyraz relacji władzy (afirmacji, kontestacji) - tak. Ptanie - gdzie się kończy "ciało wrogie" a zaczyna "ciało własne" - ciągle aktualne.
    Ciepło,

  • blogali

    P.S. Czy Madonna wprowadziła do pop-kultury krzyże to nie jestem pewna. Chętnie bym o tym coś przeczytała. Natomiast na pewno duże krzyże i różańce ostentacyjnie noszone np. przez mężczyzn były elementem deklaracji tożsamości etnicznych w Stanach, przede wszystkim wśród Włochów i Latynosów. W tym sensie to też część tożsamości kulturowej Madonny. W jej przypadku to campowanie katolicyzmu.

    A dewocjonalia katolickie jako biżuteria? Od XVI-go wieku bardzo popularna - w Japonii. Zupełnie poza kontekstem religijnym. Po prostu krzyże i różańce uznano za bardzo szykowny rodzaj biżuterii...

    I tym sposobem pop-sztuka-religijna dopada Cię rykoszetem... To jest przeznaczenie Iza. Musisz zrobić wstawę... ;)

  • mojarzezba

    Płyny jako substancje niewolnicze... Coś w tym jest. Na co dzień chodzimy, oddychamy, wydaje nam się, że jesteśmy nienaruszalnymi organizmami, ubranymi w nietyklany pancerz i nie chcemy myśleć o tym, że przepływa przez żyły, tętnice i drobne naczynia krwionośne krew, że buzują w nas soki ciała, że przed chwilą zrobiliśmy siusiu lub kupę, nie chcemy odczuwać dyskomfortu wynikającego z naruszenia czystości, higieny ciała, że za chwilę z nosa pocieknie nam krew i "ubrudzi" biały szalik lub jej krople spadną na ziemię, na której przez jakiś czas zostanie śladem, wokół którego zbiorą się bakterie, trawiące resztki organiczne, a więc trawiące naszą część ciała, za naszego życia. Nie chcemy obrzydzać się własnym ciałem, wydzielinami, boimy się przyznać do tego, że nosimy w sobie spermę, komórki jajowe, masy kałowe, mocz, a przecież to naturalne, w jakimś stopniu nas buduje i niszczy, stanowi o tym, że takimi ciałami właśnie jesteśmy. Dobrze, że istnieje coś takiego jak abjcet, dobrze, że jest malarstwo Fridy,bo to wszystko , co mieści się w kategoriach takiej sztuki, przypomina nam o tym, co jest wstydliwe, niby oczywiste, a o czym na co dzień nie chcemy mówić. Podoba mi się określenie "płyny jako substancje niewolnicze".

  • Gość: [andrzej biernacki] *.xdsl.centertel.pl

    Ktoś tu najwyraźniej ma nadmiar płynu pod nosem a braki nad nim. Słowem usmarkany a krew do mózgu jeszcze nie dotarła. Sztuka to materia płynna ale czy strony o sztuce (nawet wstrętnej, jak chce Iza Kowalczyk) to najlepszy adres na konglomerat "spermy z masą kałową"? Przecież śmietniki internetowe i tak wypełnione są po brzegi treścią w dziale: AnalArt. Polecam mojejrzeźbie rysunek Mleczki z nosorożcem i żyrafą, a zwłaszcza podpis: Obywatelu nie pieprz bez sensu!

  • mojarzezba

    Dziękuję, Panie Andrzeju. Jest Pan cudownym człowiekiem. Takich ludzi potrzeba nam!
    Tramtatatam!
    :-)

  • izakow2

    Ala, ja tam nie wiem, czy to temat na osobną wystawę, ale np. numer Artmixa, dlaczego nie? (chociaż z drugiej strony, jeden z archiwalnych numerów był już poświęcony sacrum). Mam wrażenie, że to jeden z tematów, którymi zajmował się Paweł Leszkowicz. Trzeba by poszukać. Wiesz, ja teraz raczej nabrałam ochoty, by poszperać w dawnej sztuce.
    A na marginesie robię teraz wystawę Ewy Świdzińskiej: strasznasztuka.blox.pl/2008/06/Czarna-bizuteria-Ewy-Swidzinskiej.html (pokazywane będą inne prace, niż te na blogu z wyjątkiem jednej). Wiesz, to będzie naprawdę niezła wystawa ;-))

    Panie Andrzeju, ten konglomerat "spermy z masą kałową" gości w sztukach od wieków, od razu skojarzył mi się "Audigier", poemat z końca XII wieku pisany w języku starofrancuskim, o którym pisze w "Profanacjach" Giorgio Agamben, nazywając to "rozpasaną skatologią". To jest dopiero szczyt obrzydliwej perwersji.

  • mojarzezba

    To jest dobry przykład na wykorzystanie wizerunku kupy :

    www.poopreport.com/Images/Feedback/Images/Gilbert___George.jpg

    Nie powiem, żeby mnie to zachwycało - wiadomo czym to pachnie - ale na pewno ma w sobie coś, co przyciąga i zwraca uwagę. Na pierwszy rzut oka widzimy coś estetycznie wykonanego - potem dociera do nas, że podoba nam się kupa! ;-) Zapewne G&G mieli to na uwadze, aby zaszokować odbiorcę takim wizerunkiem. To poniekąd również, jak sądzę, celowy cios wymierzony w kulturę pop, gdzie umasowieniu może podlegać dosłownie wszystko. W tym przypadku umasowieniu uległa masa kałowa ;-)


    A tu jeszcze Salvador Dali:
    activephilosophy.files.wordpress.com/2009/12/lugubrious-game-salvador-dali.jpg

    w prawym dolnym rogu proszę zwrócić uwagę na majty mężczyzny.

    No i chyba nikt nie ma zamiaru ukrywać, że co jakiś czas każdy z nas nosi w sobie masy. To ludzkie bardzo. Poza tym jest polski artysta (nazwiska nie pamiętam), który rozważał możliwość rzeźbienia w "gównianej" (przepraszam za słowo) materii... :-p

  • izakow2

    Klasyka to Pierro Manzoni (Medrde'd Artitsa). No i szokująca Alicja Żebrowska: strasznasztuka.blox.pl/2006/07/piekno-i-dobro-wedlug-Beres-i-Zebrowskiej.html

  • mojarzezba

    Tak, już to widziałem na Pani blogu.

  • mojarzezba

    farm3.static.flickr.com/2364/2318022504_b88e8e8ca4_m.jpg

    :-)

  • Gość: [andrzej biernacki] *.xdsl.centertel.pl

    Biorąc pod uwagę zaułek, w który pobłądziły wpisy do tematu: Frida Kahlo- w uścisku życia i śmierci proponuję niewinną licencję: Frajda w Kale - w dupościsku życi i śmierdzi.
    To trochę też a propos obyczajów mojej jamnikopodobnej suczki Hyzi, która lubi z nudów pożreć coś gównopodobnego. Mojarzezba lubi pieski, więc do boju: koprofagi wszystkich blogów - łączcie się!

  • mojarzezba

    Panie Andrzeju jest mi miło, że odwiedził Pan mojego bloga, dziękuję, cieszę się :-)

    Odnośnie mas kałowych to jest jeszcze rzeźba Kiki Smith :

    www.artsjournal.com/artopia/images/tale92.jpg

    Nie znam tytułu tej pracy, dlatego byłbym wdzięczny za pomoc w jego ustaleniu.

  • kanibalia

    Ciekawa dyskusja...
    Czytając dopadła mnie nagle nostalgia za czasami kiedy obraz poza szokowaniem/prowokowaniem/epatowaniem mógł być też zwyczajnie piękny... Pamiętacie - zestawienia kolorów, faktur... Niekoniecznie chciałbym to narzucać jako normę ale zaczyna mi tego brakować nawet jako opcji.

  • mojarzezba

    I takie malarstwo też istnieje, przecież nikt nie mówi, że jest tylko abject, sztuka krytyczna. Rozumiem, o co Ci chodzi, ale obok nowoczesnoci istnieje też klasyka. Co więcej nowoczesność czerpie nieraz pełnymi garściami z klasyki - to jest naturalna kolej rzeczy, ale nie jest powiedziane, że jedno wypiera drugie :-)

  • Gość: [andrzej biernacki] *.xdsl.centertel.pl

    Warto zauważyć ciekawe proporcje tych tutaj wpisów -jakby nie było- POD OBRAZAMI Kahlo. Sam, zawsze miałem wątpliwości czy tego typu prokreacje, pomimo że farbą na płótnie, w ogóle należą do sfery estetyki. Dla mnie to połączenie wizualnej dukaniny i nudy formy z amatorską autohisterią w treści. Oczywiście trafia to w gusta tych, wszystkich "trafionych" bez gustu, którzy dzisiaj mają dożynki, ale też tylko do pewnego stopnia. Tego dowodzi i ta tutaj dyskusja: po chwili względnej uwagi poświęconej Kahlo, emocje zwekslowały w bardziej elektryzujące niewybrednych rejony.

  • Gość: [andrzej biernacki] *.xdsl.centertel.pl

    Sorry, mojarzezbo, że znowu rozczaruję, ale nie odwiedziłem bloga.
    Co do "tramtatatam", tutaj akurat lepsze byłoby srutututu.

  • mojarzezba

    Panie Andrzeju jest Pan niezwykle dowcipnym człowiekiem. Zupełnie nie wiem jak Pan to robi, że potrafi Pan rozbawić mnie do łez.
    Pozdrawiam Pana i dziękuję :-)

  • izakow2

    Kanibalio, ja też, pewnie jak wszyscy, tęsknię za pięknem. Ale przecież właśnie takie są obrazy Fridy. I może z tego wynika ta dziwna dyskusja - patrzymy na piękne obrazy, a dyskusja toczy się swoim torem, na inne tematy, i jak rozumiem, jest ona jeszcze kontynuacją poprzednich dyskusji. Poza tym postawiłabym trochę prowokującą tezę: piękne obrazy nigdy nie były tylko piękne ;-)
    A i jeszcze jedno - panie Andrzeju, wszystko pewnie będzie zależało od tego o jakiej estetyce mówimy...

  • mojarzezba

    Ale dyskusja nie toczy się własnym torem, na inne tematy. Wręcz przeciwnie, to te właśnie obrazy skłaniają do skupienia się nad ludzką egzystencją, nad przemianami ciała, procesami jakie w nim zachodzą. Obrazy Fridy stanowią bodziec do poruszenia podstawowych kwestii, następuje jakiś rozwój, a mówienie konkretne odnośnie przedstawianych tu prac - tych , czy innych - byłoby nudne i stanęłoby w miejscu. Dobrze, że wszyscy prowokujemy się tu do dyskusji, choć ważne, aby przebiegało to w pozytywnym jej tonie, bez złośliwości i głupich uwag.
    Hołk! Rzekłem ;-)

  • Gość: [Dorota] 109.243.235.*

    Acha, czyli matka Fridy umarła po urodzeniu jej, tak? To by się w takim razie zgadzało z tym moim skojarzeniem z trupem i porodem jako momentem łączącym życie i śmierć.

    A mnie dalej interesuje najbardziej tematu przedstawień porodu w sztuce. Czy znacie coś oprócz Kahlo i Narodzin Barbie Żebrowskiej?

    P.S. Z innej beczki:
    Pani Biernacki! Pan ma talent literacki, może powinien Pan pisać literaturę?! :) Mógłby Pan być niezły, swój styl już Pan ma, ciekawe metafory. I to wcale nie ironia. :)
    Ale z pisaniem o sztuce zawsze i wyłącznie prześmiewczo to już trochę przesada...

  • Gość: [Dorota] 109.243.235.*

    Swoją drogą Panie Andrzeju, niech Pan odwiedzi jednak blog Tomka. Jeśli Pan ceni formę, to powinny się Panu spodobać jego pieski. :)

  • mojarzezba

    Dorota, tzn. matka Fridy umarła po jej urodzeniu, ale nie od razu. Frida miała 23 lata, gdy jej matka umarła, było to w 1930 roku.
    Zainteresowanym polecam jedną z wielu, ale za to świetną książkę "Kahlo" Gerry Souter, wydawca Firma Księgarska. Kosztuje 19,90 zł w salonach Empik, posiada duży zbiór reprodukcji obrazów, kalendarium oraz biografię Fridy.
    :-)

  • mojarzezba

    "A mnie dalej interesuje najbardziej tematu przedstawień porodu w sztuce."

    Jest taki fajny rzeźbiarz Marc Quinn oraz Ron Mueck, którzy ukazują narodziny, czy też kształtowanie się dziecka w łonie matki.
    Np. Quinn zrobił świetną rzeźbę niepełnosprawnej kobiety brzemiennej i ustawił go nawet na cokole w mieście:
    www.smh.com.au/ffximage/2004/03/17/marc_quinn,0.jpg

    commentisfree.guardian.co.uk/lapper.jpg

    mailer.e-flux.com/mail_images/1185394962image_web.jpg - tu jest raczej motyw życia, śmierci, być może religii..., ale jak sądzę mamy do czynienia ze szkieletem małego dziecka

    www.yatzer.com/assets/Image/9.september08/Beyond_Limits_Chatsworth_House/marc_quinn.jpg - to jest świetna praca, mniejszy model Quinn wykonał z masy w skład której wchodzi sproszkowane mleko - pokarm małego bobo;-)

    insidecatholic.com/Joomla/images/75/Evolution.jpg - to porównałbym do rzeźbiarskiej profesji, za pomocą dłuta rodzi się dziecko, jest więc jakiś motyw porodu , ale twórczego (trochę naciągane względem tego, co Cię interesuje, ale może zainteresuje Ciebie)

    To z kolei prace Rona Mueck'a:
    www.suspectguru.com/images/1144912_mu7%20ron%20mueck.jpg
    fantastyczna sprawa

    foodforanimals.com/aurora/mueck2.jpg

    to już chyba bardziej coś, na co liczyłaś ;-)
    4.bp.blogspot.com/_E9ZtA_3ijJg/RpOZ6xh_bjI/AAAAAAAAAis/01qPHwOZhWU/s400/RonMueck2.jpg

    laswompe.files.wordpress.com/2007/03/mueck3.jpg

    a to Kiki Smith - bardziej metaforyczne narodziny, ale jednak poród:

    media.walkerart.org/4076480.jpg

    www.kellysalerno.com/art21/images/image08.jpg

    a to Daniela Edwards'a:

    www.culturekiosque.com/art/exhibiti/britney_spears_birth_sculpture.html

    Może któraś z tych rzeźb Ciebie usatysfakcjonuje :-)

  • izakow2

    A ja korzystałam z informacji, że matka Kahlo zmarła w 1932 roku, co czasowo zbiegło się z jej drugim poronieniem (pierwsze w 1930). Dorota, ja mam wrażenie, że napisałam o tym dość jasno: "Frida mówi w tym obrazie o własnej samotności, o utracie i żałobie. Ten rok był dla niej szczególnie tragiczny: straciła dziecko, zmarła jej matka, a Diego miał romans z jej siostrą Cristiną." Choć fakt, że połączenie tych wątków w jednym obrazie (nie romansu, ale poronienia i śmierci matki) może prowadzić do omyłkowych odczytań.

    Tomku (może już bez tych panów i pań ;-), masz rację, że dyskusja wciąż idzie torem mówienia o cielesnych (i wykluczanych) aspektach egzystencji. I masz rację, że to nie jest odrębny tor. Tak jakoś mi się napisało ;-)

    Co do wyobrażeń porodu, tak zdecydowanie Mueck. Ja tę pracę dawałam tutaj: strasznasztuka.blox.pl/2006/09/Ron-Mueck-iluzje-zycia-i-smierci.html
    Zresztą pod podobnym tytułem notki, więc problem wraca rykoszetem.
    No i Quinn: strasznasztuka.blox.pl/2006/08/Marc-Quinn.html I nie tylko ta ciężarna, niepełnosprawna kobieta, ale przede wszystkim "Day One" - głowa dziecka wykonana z łożyska matki.
    Ale wy jesteście niesamowicie szybcy, ja za wami nie nadążam ;-) Zbieram materiały do kolejnego wpisu, a tu już dorzucacie nowe, ciekawe tematy, jak np. ten poród.
    "Judyta dokonująca zabójstwa" Holofernesa Artemizji Gentileschi bywa też interpretowana w kontekście ukazania porodu. Może też kiedyś o tym napiszę.

  • mojarzezba

    OK, Iza ;-)

  • mojarzezba

    Ojej, jak ja mogłem pominąć jeszcze jedną rzeźbę : "Mężczyzna brzemienny" Michała Dudka

    www.culture.pl/pl/culture/artykuly/wy_wy_dudek_wytwornia_sztuki_2007

  • mojarzezba

    Tu lepiej to widać :

    www.culture.pl/pl/culture/artykuly/fo_dudek_wytwornia_pregnent_l

  • Gość: [andrzej biernacki] *.xdsl.centertel.pl

    http://images.google.pl/imgres?imgurl=http://www.arte.rs/files/opus/0/17/3946.jpg&imgrefurl=http://www.arte.rs/sr/umetnici/vladimir_velickovic-17/opus/agresija-3946/&usg=__e0gYkUQCKreYC2I4zT_hAMrQXDk=&h=359&w=500&sz=32&hl=pl&start=39&um=1&itbs=1&tbnid=Dy8VtaIZy0ZyxM:&tbnh=93&tbnw=130&prev=/images%3Fq%3Dvladimir%2Bveli%25C4%2587kovi%25C4%2587%26ndsp%3D20%26hl%3Dpl%26lr%3D%26sa%3DN%26start%3D20%26um%3D1

  • Gość: [Gość Niedzielny] *.neoplus.adsl.tpnet.pl

    www.arte.rs/files/opus/0/17/3946.jpg
    może tak będzie lepiej...()?

  • Gość: [andrzej biernacki] *.xdsl.centertel.pl

    Niewątpliwie lepiej

Dodaj komentarz

© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci