Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej
Blog > Komentarze do wpisu
ACTA: jestem piratką!

 

 

O ACTA dyskutują teraz niemal wszyscy, choć nie wszyscy wiedzą, o co w tej sprawie w ogóle chodzi. Osobiście nie lubię zabierać głosu na modne tematy, ale ten akurat dotyczy mnie osobiście. Bowiem według dokumentów ACTA jestem piratką! Jestem piratką, umieszczając fotografie prac, które opisuję, a co więcej, jestem piratką, jeśli umieszczam jakieś fragmenty własnych tekstów, które zostały już opublikowane. Czyli inaczej mówiąc, kradnę swoją „własność intelektualną”. Również co najmniej połowa prac z obszaru sztuki współczesnej to prace pirackie. Bo korzystają one z gotowych obrazów, znaków firmowych, fotografii dokumentalnych lub filmowych (co gorsza, w świetle ACTA, wiele np. z polskich prac skorzystało z produkcji zagranicznych), stając się tym samym czymś w rodzaju „podrobionych towarów”. Wiele prac współczesnych tworzonych jest na zasadzie remiksu, kłusownictwa, inne tworzone są wręcz jako celowe powtórzenia, o czym już pisałam na blogu. Nie jest to jednak wyłącznie cecha sztuki współczesnej. Stary Ernst Gombrich, długo przed powstaniem internetu pisał, że wszelka sztuka rodzi się ze sztuki. Artyści przerabiają schematy, wzorce, tworząc w ten sposób nowe obrazy. Jeśli potraktować poważnie ACTA, możliwe, że trzeba by skazać pośmiertnie Edouarda Maneta za to, że tworząc Olimpię odwołał się do obrazu Wenus z Urbino Tycjana, czyli wykorzystał jego „własność intelektualną”. Nie wspominając już o Kozyrze, która wykorzystała „własność intelektualną” Maneta i można się zastanawiać, czy korzystając z czegoś, co już było wykorzystaniem czegoś innego stała się ona w ten sposób podwójną piratką? Co z takimi pracami jak Co robi łączniczka Libery i Foksa, Powtórzenie Artura Żmijewskiego czy Naziści Piotra Uklańskiego? Przecież wszystkie one wprost wykorzystały czyjąś "własność intelektualną".

Oczywiście nie chodzi tylko o sztukę, ACTA dotyczy wszelkiego rodzaju produktów, ale może też uderzyć w produkcje fanowskie, które jak pisze Henry Jenkins, były zawsze traktowane podejrzliwie przez producentów (np. Star Wars czy Harry’ego Pottera), a które wskazują na aktywność i możliwości twórcze młodych użytkowników internetu.  Korporacje obawiały się przede wszystkim tego, że ta twórczość powstawała poza ich kontrolą. Ale, jak podkreśla Jenkins: „Tu dzieci stały się aktywnymi użytkownikami nowego pejzażu medialnego, poszukują własnych środków artykulacji przez uczestnictwo w społecznościach fanów, domagają się swoich praw, przeciwstawiając się nawet potężnym podmiotom”. Mowa tu o „młodych”, a mój wpis by nie powstał, gdybym nie przeczytała irytującego tekstu Małgorzaty Boguni-Borowskiej o rojach, które nie dają miodu, którego najważniejszą tezą jest, że „młodzi” wyszli na ulicę, protestując przeciwko ACTA, aby w gruncie rzeczy chronić swoich praw do kradzieży własności intelektualnej, a nie prawa do wolności:

Oczywiście, że nie chodzi o wolność wypowiedzi, ale możliwość ściągania i oglądania filmów czy muzyki. W tej myślowej układance nie ma jednak drugiej strony – twórców własności intelektualnej. Wprowadzenie nowych zasad funkcjonowania internetu jest przez nich postrzegane jako ograniczenie ich wolności. Nie dostrzegają natomiast faktu, że ta ich wolność i swoboda w korzystaniu z cudzej twórczości była ograniczeniem dla innych. Ściąganie filmów i muzyki z sieci nie jest postrzegane w kategoriach nieuczciwych działań czy kradzieży. Łatwy dostęp do produktów i możliwość ich ściągania miała charakter demoralizujący. Toteż są oni dzisiaj wściekli i tę złość manifestują publicznie, ukazując oblicze, którego wielu z nas wolałoby nie widzieć. Reagują jak małe dzieci, które miały nieograniczony dostęp do zabawek, a które się im nagle zabiera.

Tymczasem, zarówno pojęcie własności intelektualnej, jak i praw autorskich są wielce dyskusyjne. W gruncie rzeczy służą one przede wszystkim interesom korporacji. Można wspomnieć słynną historię z Kubusiem Puchatkiem, do którego prawa ma obecnie wyłącznie koncern Disneya, co oznacza np., że już jakiś czas temu lokalny poznański Teatr Animacji musiał zaprzestać wystawiania przedstawienia o Kubusiu Puchatku. Zapewniam więc, że o ochronę praw A.A. Millne’a jako autora na pewno tutaj nie chodzi. Chodzi bowiem przede wszystkim o kontrolę i interes finansowy korporacji, koncernów, producentów, wydawców. Jeśli chodzi o wydawców, ciekawe jest to, że bardzo często żądają oni scedowania na siebie praw autorskich (tym samym przestają one należeć już do autora, a w najlepszym przypadku należą do obu podmiotów równocześnie). Miałam do czynienia z taką kuriozalną sytuacją niedawno, gdy dawałam tekst do czasopisma naukowego UMK. Nie dość, że nie dostałam za ten tekst złamanej złotówki, to wydawca wskazał w umowie, że prawa autorskie należą do niego. Można do określić najdelikatniej jako rodzaj wyzysku.

Słyszałam wczoraj w TV wypowiedź pana, który wskazywał, że na wyższych uczelniach kradnie się własność intelektualną, kserując książki i przez to tracą przede wszystkim autorzy. Po pierwsze jednak tych książek już się nie kseruje, niestety zresztą, a po drugie sytuacja uderzać może w gruncie rzeczy właśnie w autorów. Parę lat temu wydałam książkę o sztuce krytycznej pt. Ciało i władza. Książka ta bardzo szybko znikła z księgarń i stała się całkowicie niedostępna, a ja wciąż otrzymuję zapytania, również od bibliotek, czy nie mam może przypadkiem jakiegoś egzemplarza, który mogłabym im wysłać. Nie mam, choć w moim interesie byłoby, aby ta książka była dostępna w różnych miejscach, również w bibliotekach. Chciałabym, aby na czarnym rynku idei krążyły jej nielegalne kopie. Wolałabym, aby biblioteki miały kserokopię tej książki, ale tego zrobić nie mogą, bo jest to sprzeczne z ustawą o prawach autorskich…

O tych ostatnich pisał między innymi Jarosław Lipszyc dla Indeksu 73, wskazując, że gdy wszystko ulega digitalizacji, zaciera się różnica między publikacjami a innymi rodzajami komunikacji i wymiany informacji. I dlatego prawami autorskimi zostały objęte niemal wszystkie dziedziny życia społecznego. Zazwyczaj ze złym skutkiem. Bogunia-Borowska we wspominanym tekście pisała, że ACTA umożliwi walkę z piractwem i, jak rozumiem, autorka się z tym zgadza: Stany Zjednoczone są w stanie przekonać swoich obywateli, że ACTA służy społeczeństwu, zapewnia im bezpieczeństwo, chroni dorobek intelektualny i artystyczny.

Jest to jednak całkowita mrzonka, gdyż, jak wskazał Lipszyc piractwo ma dwa wymiary: po pierwsze mamy z nim do czynienia, gdy ktoś ze świadomego naruszania prawa tworzy model biznesowy, np. sprzedaje zastrzeżone programy komputerowe na bazarach, ale po drugie, co zresztą jest ważniejsze dla diagnozy kondycji prawa autorskiego, gdy masowe naruszenia istniejącego prawa powstają nie z chęci zysku, ale wynikają z normalnych działań w przestrzeni kultury. Dotyczy to więc zarówno moich działań, działań artystów, twórczości dzieciaków na youtube’ie, jak i pewnie rozmaitych działań większości czytających te słowa (a według ACTA piratem staje się też ten, kto przegląda pirackie strony…). Tutaj dokładanie restrykcji, ograniczanie zakresu dozwolonego użytku i wprowadzanie nowych, coraz wyższych kar i tak nie pomoże rozwiązać problemu naruszeń – pisze Lipszyc. Przyczynia się zaś przede wszystkim do kurczenia się publicznej sfery kultury.

Jeszcze bardziej radykalnie kwestię „własności intelektualnej” określa Adam Ostolski, mówiąc, że ona sama w gruncie rzeczy łączy się z kradzieżą. Daje on przykład, już nie z dziedziny kultury: jeśli pfizer eksperymentuje sobie na dzieciach w Nigerii, żeby wynaleźć jakiś lek, na którym zarobi, ale jeśli Nigeryjczycy chcieliby się nim leczyć, to muszą bulić, to pytanie - kto powinien mieć prawa do tego leku, pfizer czy dzieci? Tę wypowiedź wzięłam z Facebooka, naruszając „własność intelektualną” Ostolskiego.

W przeciwieństwie do Boguni-Borowskiej, która pisze o Internecie, że okazał się on być dla biernego, polskiego społeczeństwa wentylem bezpieczeństwa, gdzie każdy może skomentować coś, co mu się nie podoba. To kultura „click” –  pozornego wpływu na rzeczywistość; uważam, podobnie, jak przywołany tu Jenkins, że Internet jest miejscem rozwoju sieciowego obywatelstwa. Nie było by zresztą protestów przeciwko ACTA, podobnie jak nie było by Ruchu Oburzonych i innych obywatelskich inicjatyw, gdyby nie internet. Tu uczymy się być obywatelami monitorialnymi, sprawdzać przepływ informacji, reagować na zmiany i rozwiązania prawne, które nas dotyczą, aktywizujemy się i dotyczy to również, a może przede wszystkim owych „młodych”, o których pisała Bogunia-Borowska. Bo jeśli, jak wskazuje Jenkins, nie nauczymy się aktywnie korzystać z mediów, nie będziemy dobrymi obywatelami. A korzystanie z mediów przez takie rozwiązania prawne jak ACTA, może zostać radykalnie ograniczone. W gruncie rzeczy chodzi więc o odesłanie nas na pozycję biernych obywateli, nie mających kontroli nad wiedzą i informacjami. Bo przecież wiedza to władza…



piątek, 27 stycznia 2012, izakow2
Tagi: ACTA
Komentarze
Gość: Zdegustowany, msa.hachette-livre.com.pl
2012/01/27 15:29:12
Pomijając wszystko inne - nie ma czegoś takiego jak piratka... Jest pirat. Przykro mi, ale w czasach piractwa - piratek nie było;-)
-
2012/01/27 16:28:37
Na szczęście słowo "pirat" nie zostało jeszcze opatentowane, więc póki co, może być używane w różnych znaczeniach i rodzajach.
-
Gość: eris, host-79.173.31.205.tesatnet.pl
2012/01/27 16:46:31
panie zdegustowany, proszę nie komentować jak nie ma pan zielonego pojęcia o czym mówi...
pl.wikipedia.org/wiki/Anne_Bonny
pl.wikipedia.org/wiki/Mary_Read
pierwsze lepsze przykłady.

A z felietonem zgadzam się w 100%!
-
Gość: schody_do_nieba, bas1-montreal29-1279650077.dsl.bell.ca
2012/01/27 19:33:14
Pomiedzy robiieniem tego 'jak Bozia kazala" a "anything goes", powinno byc bardzo duzo miejsca na eksperymenta i okreslenie tego co dozwolone a co nie. Gdy miasto oszczedza na oswietleniu ulic to 17 letnie dziewczeta nie zawsze najlepiej na tym wychodza.
.......
Wpis powiela schematy "lewica vs. prawica" i "ci kulturni vs. ci z bazaru".
-
2012/01/27 19:56:38
Dobre sobie! Akurat protesty przeciw ACTA jednoczą prawicę i lewice, a może raczej ukazują, jak bardzo w dzisiejszym świecie te sformułowania są przestarzałe. Więc nie wiem, o co chodzi.
-
2012/01/27 20:28:41
Panie Zdegustowany, niedawno na jednej z konferencji naukowych (o kulturze popularnej), w której brałam udział rozpętała się dyskusja nad tym, od kiedy można używać słowa gej, (w sensie historycznym jeszcze niedawno nie istniało, a jak się mówi o dawniejszych czasach to nie powinno go się używać, jeśli w tamtych czasach o których się mówi termin ten nie był znany, więc nie powinno się uwspółcześniać - używać go w referacie. Sprawa była jeszcze bardziej skomplikowana, ale taki wyłapałam sens.

Teraz czasy się zmieniają, wchodzą w życie zaskakujące końcówki wyrazów, zmienia się język i odmiana, panuje epoka skrótowców, i zalew anglojęzycznych terminów, kto wie jakim zmianą język ulegnie na przestrzeni następnych kilkudziesięciu lat. W mojej opinii to wszystko się dzieje, ponieważ kobiety chcą między innymi wyzwolić się spod ciężaru stereotypów i powoli mogą osiągać coraz więcej. Wystarczy sobie wpisać to słowo w google, a wyskoczą zdjęcia kostiumów - piratki.

Prawda o AKTA się mówi dużo i głośno, i tutaj nie ma mocno zarysowanych podziałów politycznych - z tego co osobiście obserwuję. Dlatego zostawiam linka do akcji jednej z firm z siedzibą w Poznaniu, podpisy przeciwko akta, co zrobicie Pastwo jako internauci i czytelnicy tego wpisu, zostawiam tylko i wyłącznie do rozwagi własnej:
jestemprzeciwacta.pl/

Pozdrawiam:)
-
Gość: schody_do_nieba, bas1-montreal29-1279650077.dsl.bell.ca
2012/01/28 00:32:49
Izakow 2

W swiatecznym numerze The Economist jest artykul o brytyjskiej klasie prozniaczej ktory bardzo polecam. W tym samym numerze drugi, obszerniejszy artykul o tym jak do biznesu podchodzil Albrecht Durer. W PL lewicowo-alterglobalistyczna frazeologia sluzy podtrzymywaniu stosunkow ekonomiczno-spolecznych w ktorych jedni sa zajeci produkowaniem, a inni sa zajeci konsumowaniem - na przyklad sztuki.
-
Gość: misa, 89-68-48-200.dynamic.chello.pl
2012/01/28 08:10:11
100% zgodności! :) Najważniejsze (dla mnie) w protestach jest właśnie to, że są ponad polityczne. I cudownie, że głos zabierają też "ludzie kultury", że to jest jeden głos ludzi różnych środowisk. Dzięki wielkie za takie głosy i wpisy, jak Pani! Uczciwie deklaruję, że będę powielać :)
-
Gość: schody_do_nieba, bas1-montreal29-1279650077.dsl.bell.ca
2012/01/29 16:18:15
-
2012/01/30 15:18:26
spiraciłam fragmenty tego teksu, jeśli się nie zgadzasz, powiedz,
ja tego sama tak dobrze nie napiszę,
no i takie to jest piractwo,
dzięki za ten blog:)
-
2012/01/30 15:19:49
zapomniałam pokazać to piractwo: signe2.blox.pl/2012/01/acta-wpis-spiracony.html
-
2012/01/30 17:31:49
Ależ proszę bardzo. Pozdrawiam
-
2012/02/13 16:39:21
spoko, żadną piratką nie jesteś, tylko tak ci wmówiono, a ty uwierzyłaś,

w sieci to możesz ukraść... co najwyżej prąd albo ryby...,

politycy wiedzą doskonale, że problem polega na tym, że tzw. "własność intelektualna" podważa fundamenty prawa materialnego i prawo własności materialnej, przez co służy do światowej grabieży,

żeby wyjść z takiego bałaganu i szybko naprawić gospodarkę, to trzeba byłoby w pierwszej kolejności uchylić i na zawsze usunąć całą ustawę o prawie autorskim i prawach pokrewnych oraz wszelkie mechanizmy oparte na tzw. "własności intelektualnej" służącej monopolizacji całej gospodarki i wszystkim sferom życia społecznego,

no i wymyśleć jakiś inny, bardziej uczciwy sposób finansowania pracy artystów i autorów...,

bez tego, to będą tylko pozory i puste machanie rękami...,