Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

Przeciwko polityzacji sztuki

izakow2

 

Dzisiaj poznańskie środowisko związane ze sztuką zostało zelektryzowane newsem, że nowym dyrektorem Galerii Miejskiej Arsenał, mianowanym poza konkursem, ma zostać Piotr Bernatowicz. Uważam, że jest to decyzja zła, bo przecież dyrektor Arsenału miał zostać wyłoniony w konkursie. Miasto wciąż nie wytłumaczyło się z powodów odwołania konkursu i idącego za tym – braku szacunku dla kandydatów, którzy do niego przystąpili.

 

Ponadto, kandydatura Bernatowicza pociąga za sobą niebezpieczeństwem polityzacji sztuki. W jednej ze swych wypowiedzi mówi on wyraźnie: „prawdziwa sztuka w swej istocie jest konserwatywna – potrzebuje czasu by wybrzmieć. Opiera się o tradycję”. Sprzeciwia się on również tradycji kontrkultury, wiążąc ją w przedziwny sposób z ideologiami totalitarnymi.

 

O problemie polityzacji sztuki mówiłam na ubiegłorocznej sesji Stowarzyszenia Historyków Sztuki. Swojego tekstu nie opublikowałam, wraz z kilkoma innymi osobami, w geście sprzeciwu wobec – nomen omen – polityzacji historii sztuki… W związku z tym pozwalam sobie na publikację jego fragmentów, choć jestem świadoma, że takim tekstem narażam się na ostrzał z obydwu stron. Uważam jednak, że polityzacja sztuki jest po prostu czymś niebezpiecznym i takie też niebezpieczeństwo grozi w tej chwili „Arsenałowi” (ale ostrzegam - tekst nie jest krótki):

 

O pułapkach związków sztuki i polityki

 

Do napisania tego tekstu skłoniły mnie paradoksy obserwowane w polskim życiu artystycznym, wojny polityczne, jakie zaczęli toczyć artyści, krytycy, kuratorzy oraz historycy sztuki. W tych sporach znika sama sztuka lub traktowana zaczyna być w sposób instrumentalny. Chcę przyjrzeć się współczesnej polityzacji sztuki, zastanowić się, co się za nią kryje, a także wskazać na jej pułapki i niebezpieczeństwa. Przyświeca mi myśl francuskiego teoretyka Nicolasa Bourriauda, że „[j]eśli artysta angażuje się politycznie, zadowalając się kopiowaniem pewnych ideologii i ‘denuncjowaniem’ systemu, prowadzi to do powstania marnej sztuki”. Jestem przekonana, że najlepsze prace artystyczne to takie, które pozwalają w inny sposób spojrzeć na rzeczywistość, takie, które nas zmieniają, „wytrącają z automatyzmu patrzenia i myślenia”, jak powiadał Piotr Piotrowski, ale niekoniecznie muszą to być prace, które powstają w myśl określonych ideologicznych założeń. Prace przykrojone do politycznych programów stają się jedynie ilustracją danych tez, zaczynają w końcu ograniczać także samych artystów.

 

Nie chcę przez to powiedzieć, że sztuka nie ma nic wspólnego z polityką albo, że polityka jest czymś wobec niej zewnętrznym. Wręcz przeciwnie. Bliskie są mi rozważania Jacquesa Rancière’a, który wskazuje, że estetyka ma swoją własną politykę. Ta polityka wewnątrz estetyki ustanawia widzialność lub niewidzialność, zakłada hierarchię tematów lub dokonuje demokratyzacji porządku estetycznego. Można mówić tu również o ekonomii politycznej artystycznego dyskursu, dla której ważne jest to, kto, co, z jaką siłą i w jaki sposób wypowiada, a co zostaje przemilczane. Rancière uważa, że wobec polityki wewnątrz obrazowości rozważania na temat politycznego oddziaływania sztuki czy politycznego zaangażowania są czymś zdecydowanie zewnętrznym i drugorzędnym. Dlatego też chcę wskazać, jakie pułapki wiążą się z prostym implementowaniem pojęć politycznych do sztuki, przy jednoczesnym zapominaniu o jej rynkowych uwikłaniach oraz z brakiem teoretycznego namysłu nad tym, co wiąże ze sobą obszary sztuki i polityki.

 

Mam bowiem wrażenie, że w polskim dyskursie artystycznym dochodzi do ciągłego mylenia pojęć, do zbyt łatwego używania określeń: „lewicowe” i „prawicowe”, do cynicznego wykorzystywania sztuki zarówno przez jedną, jak i drugą stronę. Najbardziej jaskrawymi przykładami tego była wystawa „Thymos. Sztuka gniewu” przygotowana przez Kazimierza Piotrowskiego w 2011 roku, jak i tegoroczne Biennale w Berlinie, którego kuratorem był Artur Żmijewski. Choć kuratorzy ci stoją po dwóch stronach barykady, strategia ich działania i używania sztuki do potwierdzenia swoich politycznych tez jest w zasadzie identyczna.

 

Obecnie w polskiej sztuce mamy do czynienia z nową sytuacją w porównaniu z czasami PRL-u (nie licząc socrealistycznego epizodu), gdzie wytworzony został układ pozornego rozdziału między sztuką a polityką. Mamy jednak także do czynienia z nową sytuacją po przełomie 1989 roku, gdy artyści odnosili się krytycznie do systemów władzy (przede wszystkim wskazując na władzę symboliczną, władzę konwencji czy cielesny rygor), ale nie byli zainteresowani samą polityką. Wydaje się, że przełom nastąpił w 2007 roku wraz z manifestem Artura Żmijewskiego pt. Stosowane sztuki społeczne będącym próbą stworzenia nowego projektu dla sztuki, w którym jej moc sprawcza zostaje utożsamiona z mocą polityki oraz nauki. Projekt ten zakłada, że sztuka ma zmieniać rzeczywistość, a więc tym samym być w pełni świadoma swojej ideologizacji oraz działania. Jednakże, jak wskazała Ewa Majewska, w manifeście pominięte zostały całkowicie aspekty ekonomiczne związane z funkcjonowaniem sztuki. U Żmijewskiego mamy do czynienia z taka wizją, „w której ekonomiczne podstawy sprawowania władzy zostają praktycznie pominięte, zaś polityka zostaje utożsamiona z absolutną skutecznością, która (…) narzuca skojarzenie z bezwzględnością”. Konserwatywny rys tego manifestu zauważa również Anna Markowska pisząc, że jego tłem jest „tradycyjna męska tożsamość, potwierdzająca własną nadrzędność, egzekucję dominacji oraz wywiązania się z określonych powinności” („Dwa przełomy”, s. 410).

 

Żmijewski deklaruje się jako artysta lewicy. Przez drugą stronę określany jest jako należący do tzw. układu (czy jednak faktycznie jest on lewicowy jest sprawą problematyczną, do czego powrócę w dalszej części tekstu). Ów „układ” to również: „Krytyka Polityczna”, Obywatelskie Forum Sztuki, Anda Rottenberg, Joanna Rajkowska, Yeal Bartana i jeszcze parę osób z nimi związanych. Według głównych krytyków tzw. układu, którzy pojawili się w polu sztuki, a więc grupy The Krasnals, opcja ta wspiera propagandę skrajnie lewicową oraz utrwala stereotyp polskiej sztuki: „zaflegmiona inteligencja pod sztandarami Krytyki Politycznej obejmuje przewodnictwo nad resztą społeczeństwa, które wrzucono do wspólnego wora pod hasłem ciemnogród”. Stwierdzenia te wydają się kuriozalne, ale powtarzane są na tyle często i również przez osoby, które mogą uchodzić za opiniotwórcze, że trudno przejść obok nich obojętnie.

 

W tę ofensywę ideologiczną prawicy wpisuje się także domaganie się miejsca dla sztuki prawicowej (tudzież awangardowej sztuki prawicowej, czymkolwiek miałaby ona być). Piotr Bernatowicz w podsumowaniu roku 2011 dla pisma „Obieg” napisał:


„Miniony rok upłynął - w mojej opinii - pod znakiem zdecydowanej dominacji nowej lewicy w sztuce współczesnej. Nie jest to szczególny fenomen. Sztuka nowoczesna darzyła od początku różne lewicowe ideologie miłością mocną i oddaniem bezgranicznym, jakie można dostrzec także w oczach cieląt wiezionych do rzeźni. Swoją drogą główni ideolodzy lewicy zachowywali się dokładnie tak, jak ci rzeźnicy, którzy zanim przyłożą pałką po głowie, najpierw po tej głowie pogłaszczą. Bo oto mamy tu jak w pigułce zaprezentowaną anatomię nowego rodzaju socrealizmu. Soc-, bo wystarczy nawet pobieżny rzut oka na prace, żeby stwierdzić, że to perspektywa nowej lewicy stanowi filtr wyboru tematów. Realizm, bo choć realizm duchampowskiego ready-made zastąpił dziewiętnastowieczny realizm malarski, to mamy do czynienia z tą samą plakatową nachalnością, cechującą dzieła dawnych politycznych wyrobników”.

 

Te konstatacje zadziwiają, gdyż ich autor bierze jakby w nawias historię sztuki awangardowej pierwszej połowy XX wieku. Warto przypomnieć więc fakty, wydawałoby się, oczywiste. Powstająca na początku XX wieku awangarda była lewicowa z założenia (wyłączając futuryzm bliski faszyzmowi oraz, starający się zachować neutralność polityczną, dadaizm), wyrosła z krytyki ówczesnej rzeczywistości i burżuazyjnej kultury, niechęci do starego porządku i umiłowania wolności. Najbardziej radykalny był konstruktywizm, głosząc postulat przebudowy świata i wcielenie rewolucyjnych idei poprzez sztukę. Największym wrogiem awangardy stały się systemy totalitarne, to one określiły ją sztuką zdegenerowaną, a przeciwko niej stworzyły własny rodzaj sztuki, ideologicznej, poddanej całkowicie regułom systemu. I tak w Niemczech hitlerowskich represjonowaną awangardę określoną sztuką zdegenerowaną zastąpiła prawicowa, tradycyjna sztuka tworzona przez twórców odwołujących się do takich pojęć jak krew i ojczyzna, wychwalających tradycję i silną zdrową rodzinę. Sztuka konstruktywizmu w Związku Radzieckim także stała się niewygodna, tu stało się to zgodnie z zasadą „rewolucji pożerającej własne dzieci”, zaś wprowadzony na jej miejsce socrealizm był przedziwnym tworem, który traktowane instrumentalnie lewicowe tematy osadzał w tzw. „narodowej formie”, a więc w stylistyce odwołującej się do tradycji oraz sztuki narodowej, umacniając paradygmat, który można określić jako soc-nacjonalistyczny. Paradoksalnie więc, przynajmniej pod względem formalnym, było socrealizmowi bliżej do idei prawicy, aniżeli lewicy.

 

Na tym tle, nie dziwi traktowanie sztuki awangardowej jako ekspresji wolności, toteż stwierdzenia Bernatowicza o „cielętach prowadzonych na rzeź” wynikać mogą chyba jedynie ze świadomej manipulacji faktami. Tak, jakby zapomniał on czy raczej świadomie pominął fakt, że: „losy sztuki nowoczesnej, jak powiada Krzysztof Pomian, splotły się z losami swobód obywatelskich tak silnie, że uprawianie jej zaczęło uchodzić za manifestację wolności, a stosunek do niej stał się jednym z wyznaczników postawy otwartej, pluralistycznej i demokratycznej” („Sztuka nowoczesna i demokracja”). I choć awangarda uległa instytucjonalizacji i akademizacji, to jednak wciąż dzisiejsza neoawangarda zachowuje związki „tego, co krytyczne z tym, co marginalne oraz tego, co subwersywne z tym, co represjonowane”, jak wskazuje Hal Foster w książce "Powrót realnego" (s. 29). Problematyczne jest jednak, czy rzeczywiście sztukę, o której pisze Bernatowicz, można określić lewicową.

 

Należy bowiem pamiętać o rynkowym uwikłaniu sztuki awangardowej. Jej wyraźne włączenie w reguły rynkowe nastąpiło wraz ze zwycięstwem abstrakcyjnego ekspresjonizmu. Istotny w tym kontekście jest esej Clemente’a Greenberga pt. „Awangarda i kicz” z 1939 roku. Warto zaznaczyć, że wcześniej ten krytyk związany był krótko z trockistami, a wspomniany tekst opublikował na łamach lewicowego „Partisan Review”. Przeciwstawił on kulturze masowej kulturę elitarną, określaną jako awangardowa. Jednakże, jak zauważył Serge Guilbaut, awangarda ta żegnała się już z rewolucyjnymi marzeniami, a Greenberg w gruncie rzeczy opowiadał się za obroną jakości, rezygnując z walki politycznej oraz sankcjonując konserwatywną misję ratowania kultury burżuazyjnej („Jak Nowy Jork ukradł Europie ideę sztuki nowoczesnej”, s. 59). Według Guilbaulta, Greenberg, mimo, że posługiwał się jeszcze niektórymi elementami marksizmu, kładł w gruncie rzeczy podwaliny pod modernistyczny „elitaryzm”.

 

Późniejsi teoretycy, wychodzący z założeń lewicowych, opisali uwikłanie sztuki awangardowej czy postawangardowej, a więc z jednej strony – jej dążenie do radykalizmu, formułowanie wypowiedzi krytycznych, ale z drugiej – jej niemożność ucieczki z rynkowego, nazywanego burżuazyjnym bądź elitarnym, pola. Pisał o tym między innymi Bourdieu, wskazując, że kultura wysoka uważana jest wciąż za domenę elit i dlatego nawet sztuka radykalna jest z natury burżuazyjna. Podobnie uważał Barthes, pisząc, że sztuka awangardowa w gruncie rzeczy funkcjonuje w obiegu ideologii mieszczańskiej, nie mając publiczności poza tą klasą i choć podważa jej język, to już nie jej status, nie prowadząc tym samym do konfliktów klasowych. Przywołujący te opinie John Fiske w książce o kulturze popularnej wskazuje, że to właśnie ta kultura ma większy potencjał sprzyjania postępowi i zmianom aniżeli sztuka („Zrozumieć kulturę popularną”, s. 167), co oczywiście dla ortodoksyjnych artystów, historyków sztuki czy krytyków może brzmieć jak herezja. Ale ukazuje zarazem, jak złudne, a wręcz niebezpieczne są założenia o politycznym oddziaływaniu sztuki (bo deklarując się po stronie „artystycznej lewicy”, a jednocześnie ignorując rynkowe uwarunkowania sztuki, w gruncie rzeczy wspiera się system konserwatywny, czytaj: prawicowy).


Pisze o tym również Ewa Majewska w swojej najnowszej, nieopublikowanej jeszcze książce na temat cenzury i upolitycznienia kultury: „Posługiwanie się pojęciem ‘polityczności’ pełni dziś w Polsce rolę, którą można by, jak sądzę, interpretować w kategoriach listka figowego. ‘To, co polityczne’ przysłania dziś wstydliwy aspekt sztuki i kultury w ogóle, który polega na tym, że sztuka stała się, jak wszystko inne, sprawą przede wszystkim rynkową, i to rynek – przekierowanie produkcji kulturalnej na generowanie zysku przede wszystkim – dyktuje jej podstawowe prawa oraz na najbardziej ogólnym poziomie określa jej sytuację”.

 

Dlatego wątpliwości budzą też działania oraz rozważania o sztuce prowadzone przez „Krytykę Polityczną” i składane tam deklaracje lewicowości (przez Żmijewskiego, ale również Wilhelma Sasnala). Czy jednak deklaracje oraz nacisk na lewicowy dyskurs wystarczą, aby określić działania „Krytyki” lewicowymi? Działania „Krytyki politycznej” wpisują się znakomicie w rynkowe mechanizmy promocji i pomnażania zysków (wydawanie modnych książek, odpowiadanie na zapotrzebowanie rynkowe, organizowanie promocji itp.). Zespół „Krytyki Politycznej” przy okazji wydania przewodnika po Sasnalu zadeklarował swoja wizję „artystycznej lewicy”: „Otwieramy artystów na myślenie w kategoriach politycznych, a uczestników życia politycznego skłaniamy do traktowania kultury jako równoprawnego języka decydującego o kształcie tegoż społeczeństwa” (s. 234). Znamienne, że stroną aktywną powyższej wypowiedzi jest: „my” („Krytyka polityczna”, elity) oraz artyści (ich jednak najpierw trzeba otworzyć). Stroną bierną jest społeczeństwo, o którego kształcie ci pierwsi mają decydować. W tymże przewodniku w rozmowie Patrycji Musiał z Sasnalem, ta pierwsza mówi: „To elity i liderzy formują poglądy i zmieniają rzeczywistość” (s. 295). Mamy tu więc do czynienia z nową wersją elitaryzmu oraz z protekcjonalizmem, który jak wskazują niektórzy badacze, charakteryzuje wiele teorii określających się jako lewicowe. Tę sytuację można odnieść też do funkcjonowania modernizmu w okresie PRL-u, gdy, zgodnie z konstatacjami Anny Markowskiej, usankcjonowano kult „nowoczesnego artysty geniusza, który wie dokąd powinno zmierzać społeczeństwo (…)” oraz spetryfikowano koncepcję sztuki, w której dominuje „misjonarstwo zamiast partycypacji, protekcjonalizm z kultem mistrzostwa i autorytetu zamiast ironii, demaskacji, analizy (…)” („Dwa przełomy, s. 15, 89). Zaskakujące jest, że te uwagi pisane w odniesieniu do sztuki powstającej w Polsce przed 1989 rokiem, można odnieść do sztuki spod znaku „Krytyki Politycznej”. Świadczy to być może o tym, jak trwały jest model sztuki wypracowany na mocy poodwilżowego konsensusu oraz jak trudno o jego dekonstrukcję.

 

Ten protekcjonalizm ujawniło chyba najdobitniej ostatnie Biennale w Berlinie, którego kuratorem był Artur Żmijewski. Głównym przesłaniem miało być zaprezentowanie radykalizmu oraz polityki w miejscu sztuki. To działanie zostało jednak odebrane przez niektórych, a zwłaszcza przez osoby związane bezpośrednio z wolnościowymi ruchami, wyłącznie jako fałszywe i cyniczne. Przedstawiciele ruchów wolnościowych poczuli się wykorzystani, zaś ich idee zawłaszczone do sztuki, która funkcjonuje jednak wciąż w instytucjonalnym obiegu, finansowana jest według neoliberalnych reguł, a także jest istotnym elementem służącym promocji miast i rozwijania się turyzmu (co wydaje się niepodważalne w przypadku imprez typu biennale). Jak napisał Stanisław Krastowicz z poznańskiego Rozbratu, rozpoznając burżuazyjny rys tego przedsięwzięcia: „Śmiesznie wygląda godzinne spotkanie o ‘demokracji teraz’ w konfrontacji z ostatnimi debatami na berlińskich skłotach, ulicach i dzielnicach, w których brały udział tysiące ludzi, nie zaś garstka spragnionych lepszego życia gości z klasy średniej”.

 

Ten przykład ukazuje nie tylko instrumentalne traktowanie sztuki, ale także instrumentalne traktowane ruchów społecznych czy konkretnych ludzi. Jest też wyrazem postawy, w której artysta stawia się ponad społeczeństwem, uznaje się za nieomylnego, posiadającego niemal nadprzyrodzoną moc, co jak wskazuje Majewska, pochodzi już z repertuaru politycznej prawicy. Autorka powiada, że Żmijewski jest artystą prowadzącym wojnę ze społeczeństwem w imię wyższych celów. I dalej powiada: „Ten konserwatywny model uprawiania sztuki świetnie wpisuje się w polityczną sytuację w Polsce, w której główny nurt rozumienia wspólnoty, polityki i jej uprawiania został wyznaczony przez konserwatywnych, nacjonalistycznych polityków prawicy. Żmijewski jako wcielenie konserwatywnego ideału sztuki – tak powinna się w moim przekonaniu zaczynać każda próba analizowania jego dorobku”.


Pisząc zaś wraz z Muzyczukiem tekst odnoszący się do wystawy "Thymos" autorka ta wskazuje, jak bardzo wystawa zorganizowana przez Kazimierza Piotrowskiego realizuje niezgrabnie, ale skutecznie wizję „artystycznej rewolucji” nakreśloną przez Żmijewskiego. Również w tym przypadku sztuka została wykorzystana instrumentalnie, czemu próbowali przeciwstawić się artyści (Krzysztof Bednarski, Marcin Berdyszak, Hubert Czerepok, Ryszard Grzyb, Józef Robakowski, Aleksandra Ska i Marek Wasilewski), którzy już po otwarciu wycofali swoje prace z wystawy, nie zgadzając się na to, aby uwiarygodniały one nacjonalistyczną wizję kuratora, wizję, którą Majewska i Muzyczuk odczytali jako rasistowską i faszystowską.  Autorzy piszą również o istotnych pominięciach w odbiorze tej wystawy: „Reakcja na wystawę ograniczyła się do punktowania nadużyć wobec prac artystów oraz ograniczenia wolności wypowiedzi. Osoby piszące o wystawie starały się jak mogły pozostawać na znajomym gruncie oznaczonym przez aktualne reguły pola sztuki. Po miejscach, które aż toną od faszystowskiej ornamentyki, wzrok recenzentów się jedynie ślizgał. Wystarczy postrzegać pola sztuki i polityki jako rozłączne, aby pozostać ślepym na nawoływania do nienawiści. Lekcja, którą dał Piotrowskiemu Żmijewski cały czas wydaje się dla komentatorów nieuchwytna”. Tym samym wraz z autorami, wracamy do postulatu Rancière’a, aby przede wszystkim śledzić politykę wewnątrz obrazowości. W przypadku toruńskiej wystawy jest to chociażby polityka twardego nacjonalizmu ujawniająca się w pracach, tak hołubionego przez kuratora, Stacha z Warty Szukalskiego, zaś stworzona przez niego symbolika, również dzisiaj jest chętnie używana przez ugrupowania skrajnie nacjonalistyczne (przede wszystkim symbol topokrzyża).

 

Paradoks opisanej przeze mnie sytuacji polega więc na tym, że jedni określają się jako lewica, wskazują na konieczność zmian społecznych, działają jednak zgodnie z zasadami neoliberalnej gospodarki, drudzy produkując fikcje o byciu uciśnionym i zdominowanym, przemycają przy okazji nacjonalistyczne i ksenofobiczne przesłania, przy czym jedni i drudzy w identyczny sposób używają sztuki dla poparcia swych politycznych tez.

 

 

Komentarze (26)

Dodaj komentarz
  • Gość: [Biała Dama na Blogu Izy] *.centertel.pl

    Gdyby ktoś mi powierzył funkcję dyrektora Galerii poza konkurem, a także zwłaszcza po wszystkim, co się wydarzyło w związku z jego zawieszeniem, przyznam że chcąc być przyzwoitą osobą, miałabym poważny problem, aby funkcję tę przyjąć. Mnie zwłaszcza niepokoi ewentualność powierzenia jej komuś, kto w tak łatwy sposób potrafi skojarzyć poglądy lewicowe z totalitaryzmem, odżegnując je od poszanowania dla indywidualności jednostki. No brzmi to mocno asekuracyjnie...

  • Gość: [schodydonieba] 142.243.254.*

    Wydawalo mi sie ze w wypowiedzi na teledysku zamieszczonym na stronie "Obiegu" przyznala pani niejako ze najbardziej "do przodu" i postepowe jest to co robi Andrzej Biernacki. Bo jest.

  • Gość: [Kaszubka] *.dynamic.chello.pl

    w Gdyni również 'po starej znajomości' :(
    radiogdansk.pl/index.php/wydarzenia/item/3196-jacek-friedrich-bedzie-nowym-dyrektorem-muzeum-miasta-gdyni.html
    i to na pięć lat, na P I Ę Ć lat...

  • Gość: [schodydonieba] 142.243.254.*

    Ten polski "faszyzm" to raczej folklor, ale system ekonomiczny ktory pani sie podoba to system neofeudalny. Z tej perspektywy faszyzm wydaje sie atrakcyjna opcja.
    Nie ma innych krajow niz socjalistyczne. Rozne sa tylko sposoby osiagania, zasadniczo tego samego celu. Kraje kapitalistyczne to podzbior w zbiorze krajow socjalistycznych. Kapitalizm jest jak dojrzalosc plciowa, kiedys przychodzi i cos z tym trzeba zrobic i tyle ;-)

  • Gość: [Poznanianka] *.neoplus.adsl.tpnet.pl

    Z wypowiedzi p. Bernatowicza: "Godny zastanowienia jest fakt, że o ile współcześnie istnieje wiele tzw. sztuki reprezentującej przekonania lewicy, o tyle nie ma sztuki wyrażającej wprost przekonania konserwatywne. Totalitarne myślenie o sztuce, które w dwudziestym wieku objawiło się dobitnie w ZSRS i Niemczech rządzonych przez narodowych-socjalistów ma swoje korzenie właśnie w lewicowym schemacie myślenia kategoriami zbiorowości, a nie jednostek. Natomiast prawdziwa sztuka w swej istocie jest konserwatywna potrzebuje czasu by wybrzmieć."
    nie wynika , że
    "Ponadto, kandydatura Bernatowicza pociąga za sobą niebezpieczeństwem polityzacji sztuki. W jednej ze swych wypowiedzi mówi on wyraźnie: prawdziwa sztuka w swej istocie jest konserwatywna potrzebuje czasu by wybrzmieć. Opiera się o tradycję. Sprzeciwia się on również tradycji kontrkultury, wiążąc ją w przedziwny sposób z ideologiami totalitarnymi."

    Wyjaśnia jedynie, że źródłem totalitarnego pojmowania sztuki jest lewicowe myślenie, które nie przekonuje Bernatowicza.

    Poza tym w aktualnym wywiadzie na obiegu.pl Bernatowicz podaje "Jeśli Dariusz Jaworski rzeczywiście okaże się mało wrażliwy i poleci mi wystawić prostackie dzieło" w rodzaju polskiej flagi wbitej w psią kupę tego nie zdzierżę."

    To może być wyjaśnieniem dla słów o konserwatywnym podejściu do sztuki: pojęcie to nabrało zatrważającego wydźwięku powiązanego z tradycjonalizmem, ale rzeczywiście dobra sztuka wynika z konserwatywnych pobudek, tzn. takich, które wyznaczają konkretną drogę twórczą.

    Czy Pani Iza zgłaszała swoją kandydaturę w konkursie na stanowisko dyrektorki Arsenału?

    Dobrze zauważyła Pani odnośnie Krytyki Politycznej. Podzielam i zgadzam się (modne książki itp.)

    Jest jeszcze ciekawa rzecz. Obserwując konkurs Gepperta od chwili ogłoszenia listu kandydatów, przy nazwisku nominującego - p. Bernatowicza - pojawiło się dwóch artystów i artystka, jeden z nich (Łukasz Stokłosa) maluje obrazy przedstawiające m.in scenki gejowskich orgii.
    Bernatowicz proponując takie malarstwo wykazał się dużą otwartością. I to kolejny dowód, że nie jest on "konserwatywny" w niewłaściwym rozumieniu tego słowa.

    PS Żywię nadzieję, że Arsenał nie ma w podziemiu przygotowanego arsenału i w środowisku krew się nie poleje - ale to tylko taki żarcik z pogranicza czarnego humoru ; - )

    Pozdrawiam
    Majka - uczestniczka w życiu kulturalnym

  • Gość: [schodydonieba] 142.243.254.*

    Wszyscy wiedza ze po 1989 Polska podzielila sie na "solidaruchow" i na "komuchow". Obie strony napierdalaja sie po lbach, bez opamietania. Jezeli jakis mlody facet chce cos w tym kraju znaczyc, albo nawet tylko przezyc, to musi sie podlaczyc/podwiesic pod jednych, albo pod drugich. Lub tez musi byc fachowcem z prawdziwego zdarzenia, ale w waszej branzy ten typchyba jeszcze nie wystepuje. Lekarstwem na politycyzacje bylaby sensowna polityka kulturalna, ale wy po prostu nie potraficie takiej stworzyc. Nie sposob nie zastanawiac sie nad skutkami feminizacji niektorych zawodow. Wiadomo ze na te wszystkie - znawstwa id dziewczyny ktore chca wyjsc dobrze za maz, ewentualnie miec "spokojna prace, najlepiej w biurze". Jak chca dobrze wyjsc za maz to musza dbac o cnote. Wiec nie moga miec stosunkow z rynkiem, bo dostana neolibo.

  • Gość: [schodydonieba] 142.243.254.*

    A tak wyglada facet, ktory lubi piosenki ktore juz zna.

    www.youtube.com/watch?v=1F8gLejzxLk

  • Gość: [schodydonieba] 142.243.254.*

    Cos na temat orgii:

    www.youtube.com/watch?v=rgF5SxGaCzc

  • Gość: [andrzej biernacki] *.xdsl.centertel.pl

    Iza czy Ty widziałaś coś takiego o czym piszesz czyli:"sztukę, która funkcjonuje w instytucjonalnym obiegu i finansowana jest według neoliberalnych reguł". Otóż w instytucjonalnym obiegu jest tylko i wyłącznie rozdzielnik i koncesja, z całkowitą pogardą dla liberalnych (przypominam: wolnościowych) reguł. Obywatel zmuszony jest pod pistoletem państwa płacić na to, czego sam nie wybrał i czego nie chce, a także zwykle o czym nie ma bladego pojęcia. To jest taka sama opresja jak stawianie mi przed domem za PRL-u pomnika czerwonego kacyka wbrew mojej woli ale za moje pieniądze. A dzisiaj jak stawianie "Tęczy", "Palmy" czy "Minaretów" za moją kasę bez mojej zgody i wiedzy.

    Oczywiście, Twój tekst, ukazujący się po newsie, że na stołek instytucji, do której było Ci blisko ujawnia, za jaką Ty jesteś instytucją: z przyjazną Tobie konstelacją, na której koncesje i rozdzielnik możesz się ewentualnie załapać, w której masz przyjaciół i która sprzyja Twoim wyborom. Jeśli te warunki mogą nie być spełnione, łapiesz się jak pijany płotu tego odwołanego konkursu, jakbyś nie wiedziała, że teraz przewalone są komisje, konkursy, granty etc. jak zawsze i wszędzie tam, gdzie DZIELI SIĘ NIE SWOJE. Widziałaś kiedykolwiek takie dziwo, żeby ktoś -jak może wybierać komu dać, dał obcemu albo wrogiemu a pominął swoich? Litości.

    Ty jesteś przeciw ideologizacji sztuki? Ty, pierwsza zwolenniczka SZTUKI Z PRZYMIOTNIKAMI (krytyczna), która zapuściłaś jej korzenie w polskim gruncie, obficie podlewając swoimi tekstami. Ty, która o sztuce wolisz słuchać od facetów zza biurka a nie zza sztalugi. Nafaszerowana teoriami i wymachująca nimi przed oczami ludzi z nimi deko na bakier, bo przecież normalnie zajętych robieniem sztuki. Jak czytam tę cytowaną przez Ciebie nawałnicę nazwisk przy byle okazji, przypomina mi się fragment z Dzienników Cybisa: "Potworowski tłumaczył prezydentowi swoją sztukę Einsteinem. Prezydent zrozumiał".

  • Gość: [schodydonieba] 142.243.254.*

    Nikt nigdy nie obalil zadnej komuny. To jest tranformacja, na ktora pozwolil Gorbaczow. Jak przebudowa domu.
    To ze polska transformacja zostala przeprowadzona zle, to jest juz w podrecznikach. Tak jak i to ze rozpoczeta zostala w pore, zanim dach sie kompletnie zawalil. Ale gdy Kuron spotkal sie z J. Sachsem to nie znal nawet angielskiego. Sachs z kolei nic praktycznie nie wiedzial o gospodarce planowanej. Ale Sachs akurat wrocil z Boliwii, gdzie reformowal tamtejsza gospodarke. Na podjecie decyzji mieli jeden wieczor. Wiec uzgodnili ze beda traktowac Polske "jakby byla Boliwia".
    I od tego czasu aparat "upowszechniania kultury" wpiera Polakom ze sa Boliwijczykami. Caly ten "krem kremu" nie zauwazyl ze Polska to nie Boliwia. Mam kolege z Boliwii, jego matka jest z Lodzi. Wiec on - z bardzo bogatej w tej Boliwii rodziny - odwiedzil Lodz, dekade temu. I dla niego to byla Europa.
    ..........
    Co do liberalizmu. Patronem duchowym liberalizmu jest amerykanski pisarz David Thoreau.
    W pewnym momencie swojego zycia zamieszkal w lesniczowce, gdzie pisal swoje ksiazki na temat liberalizmu i pamietniki. Tylko ze siekiery, ktorej uzywal na codzien nie bylby w stanie sam wyprodukowac ( wytopic stali, itd. ) no i przez czas zamieszkiwania w tej lesniczowce ( 2 lata chyba ) pranie nosil do swojej przyjaciolki.
    ......
    Mysle ze tu jednak zadecyduja konkrety, bo nikt nie potrzebuje tandetnych podrobek "zachodu". Chinczycy robia lepsze, tansze i w wiekszych ilosciach. Kiedys pojawia sie po prostu ludzie zyjacy z "poszukiwania skarbow".
    ....
    A Iza lubi rozwiazywac problemy, ktore dawno sa juz rozwiazane. Pewnie po to zeby wygladac na zasfrasowana ;-)
    www.youtube.com/watch?v=dd3tfRGkHe8

  • max.dogin

    Pani Izo!


    1. Jeżeli kandydatura Piotra Bernatowicza na nowego dyrektora Galerii Miejskiej Arsenał pociąga za sobą niebezpieczeństwo polityzacji sztuki, to wybór innego kandydata, czy kandydatki na to stanowisko, nie oznacza zarazem, że niebezpieczeństwo polityzacji sztuki zostanie tym samym zażegnane.

    2. Nowi kandydaci, choćby poprzez wagę zajmowanego stanowiska i interesów instytucji, i tak pozostaną w różnych formach zależności od polityki. Jeżeli będą zarazem posiadać jasno skonkretyzowany program estetyczny co do rodzaju sztuki, którego się najczęściej od nich oczekuje z racji zajmowanej pozycji, będą zarazem wywierać nacisk, także poprzez dobór odpowiednich kuratorów na rodzaj i sposób wystawianej sztuki. To profilowanie sztuki, lub też instrumentalizowanie sztuki dla własnych celów na poziomie estetyki jest obecnie nieodłącznym zjawiskiem w instytucjach wystawienniczych i jest wynikiem współzawodnictwa pomiędzy nimi i marketingowej kalkulacji, którą także wykorzystują instytucje publiczne.

    3. Mechanizm instrumentalizacji sztuki dla własnych celów na poziomie estetyki i polityki nie jest domeną instytucji wystawienniczych, nie obcy jest on estetykom, historykom sztuki, nie zapominając o filozofach, którzy według Artura C. Danto w książce "The philosophical Disenfranchisement of Art", począwszy od Platona, chętnie oddają się tej fascynacji. Jak twierdzi, cała zachodnia tradycja filozofii sztuki jest rodzajem więzienia dla sztuki i każdy filozoficzny system sposobem ochrony świata przed nią. O dziwo (!) i Pani wpis na blogu zawierający tekst "O pułapkach związków sztuki i polityki", czytając go pod tym kątem, zdradza także podobny mechanizm.

    4. Pomimo trafnej analizy dotyczącej wojny politycznej w polskim życiu artystycznym i pułapek związków sztuki i polityki przemyca Pani własne poglądy estetyczne ("Przyświeca mi myśl francuskiego kuratora Nicolasa Bourriauda...i liskie są mi rozważania Jacquesa Rancirea"). Wpływy estetyk obu panów kształtują wizję Pani sztuki i takim oto zabiegiem wraca Pani do powodu napisania tekstu, czyli krytyki poglądów na sztukę Piotra Bernatowicza, która domaga się miejsca dla sztuki prawicowej ("prawdziwa sztuka w swej istocie jest konserwatywna - potrzebuje czasu by wybrzmieć") i jego kandydatury na nowego dyrektora Galerii Miejskiej Arsenał, która pociąga za sobą niebezpieczeństwo polityzacji sztuki, proponując w zamian swoją, posiłkując się Rancireem ("[estetyką, która] ma swoją własną politykę. Ta polityka wewnątrz estetyki ustanawia widzialność lub niewidzialność, zakłada hierarchię tematów lub dokonuje demokratyzacji porządku estetycznego."). Tym samym oscyluje Pani w ramach "ekonomii politycznej estetycznego dyskursu", parafrazując Pani zwrot w tekście, czyli formułując prościej, uprawia Pani za sprawą estetyki także swoją politykę.

  • max.dogin

    5. Wspomniani przez Panią Nicolas Bourriaud i Rancire zachowali się podobnie. Z nieco większym światowym rozgłosem walczyli na początku 2011 roku w niezwykle żarliwej i burzliwej debacie we Francji o to, jak powinna wyglądać sztuka nowoczesna www.faz.net/aktuell/feuilleton/kunst/frankreichs-kunststreit-kuenstler-als-koeche-verderben-den-brei-1641936.html (zlinkowany artykuł w FAZ relacjonuje ten pojedynek w języku niemieckim). Obydwie strony sporu żarliwie atakowaly się wzajemnie. Podenerwowany Bourriaud zarzutami Rancire, który swoim konserwatywnym pojęciem sztuki widzi emancypacyjny potencjał dzieła sztuki w bezczynności, "zajmującego dystans do społeczynch zjawisk i aktywistycznych projektów", wytknął mu w tekście "Precarious Constructions - Answers to Jacques Rancire on Art and Politics" w holenderskim Cahier "Open" www.skor.nl/_files/Files/OPEN17_P20-37(3).pdf "optical deformation" w oku. Naturalnie, estetyki obu panów nie zawierają ostatecznej prawdy o sztuce, nawet, kiedy w nią tak bardzo wierzą, bo tradycja dyskursu o niej uczy, że to co uznamy za ważne i obowiązujące w historii sztuki "verdankt sich weniger einer Erkenntnis als vielmehr einem Bekenntnis" (Demand) i jak słusznie zauważył Andrew Russeth w krytycznym artykule "The Fall of Relational Aesthetics" w New York Observer "Like Fauvism, Cubism and the names of many other art movements, RA is a label that was applied to artists by a writer, not a name those artists came up with to describe their work, or one that theyve ever really embraced. Maybe its time to rethink the term; maybe its time to discard it. This fall, you can decide for yourself." observer.com/2011/09/the-fall-of-relational-aesthetics/ . W pierszej kolejności teorie estetyczne służą przede wszystkim wspomianym autorom, a potem sztuce.


    Pozdrowiena z Hamburga - max dogin :)

  • max.dogin

    Podczas formatyzacji tekstu francuskie e przy nazwisku Ranciere zostało wymazane podczas wklejania komentarza na blog. Nie moja wina, mimo to koryguję błąd - max dogin.

  • Gość: [andrzej biernacki] *.xdsl.centertel.pl

    Żmijewski nie prowadzi żadnej wojny ze społeczeństwem, bo dokładnie wie że tzw. społeczeństwo olewa jego działkę ciepłym strumieniem. Żmijewski - polityk w sztuce, przede wszystkim, a właściwie wyłącznie, prowadzi wojnę z artystami trudnej formy, artystami kontekstu sztuki przyjmując, że najważniejszą cechą sztuki nie jest jej jakość tylko "społeczna skuteczność". Tymczasem sztuka dla społeczeństwa jest jak NAGRODA DLA WYSIŁKU. Ze swej istoty nie należy się społeczeństwu jak psu zupa. Nic mu się właściwie oprócz tlenu nie należy bez wysiłku. Żmijewski POZORUJE więc SWOJĄ, JAKO ARTYSTY NOWEGO TYPU, PRZYDATNOŚĆ SPOŁECZNĄ, chcąc wyciągnąć od społeczeństwa to, czego ono nie chce oddać artyście formy za jej kształtowanie czyli za szyfrowanie tą formą przekazu, którego społeczeństwu nie chce się -jak sądzi -dochodzić po próżnicy. Oczywiście, Żmijewski nie wymyślił sam siebie jako artysty- socjopolityka, tak jak i np. Kozyra nie wymyśliła siebie jako artystki krytycznej. Ośmieleni edukacją Kowalskiego, podjęli zachodnie, sprawdzone wzory indywidualne, dokładnie tak, jak polskie instytucje sztuki podjęli zachodnie wzory instytucjonalne. Ich obecna działalność to rodzaj certyfikatu na adekwatność, czytelnej LOJALKI, obliczonej na szybkie zaliczenie w poczet i na listę płac "artystycznego postępu".

  • izakow2

    Ja tylko dodam, że ideologizacja sztuki a polityzacja sztuki to dwie różne rzeczy. Nigdy nie pisałam, że jestem przeciwko ideologizacji, bo każda sztuka jest ideologiczna. Pozdrawiam

  • izakow2

    Panie Maxie, problem, o którym Pan pisze i zarzut - poważny. Możliwe, że ma Pan rację i należałoby z innej perspektywy sprawę przedstawić. Właśnie czytam o ataku na siedzibę "Krytyki politycznej", niedawno jakąś substancją żrąca oblano Kubę Wojewódzkiego, jeszcze wcześniej dokonano dewastacji toruńskiej Galerii nad Wisłą, bo miała pokazać jakiś spektakl lesbijski, pobito geja we Wrocławiu, a jeszcze wcześniej narodowcy napadli na wrocławski skłot. Skala przemocy polskiej skrajnej prawicy wzrasta, a przeświadczenie, że prawda leży po prawej stronie w swoisty sposób autoryzuje tego rodzaju zachowania. Tym bardziej nie mogę zrozumieć aprobaty dla propozycji przejęcia Arsenału przez Bernatowicza, wyrażanej również przez niektórych moich znajomych. Ja mam wciąż nadzieję, że konflikty można załagodzić, że eskalacja konfliktu nic nie daje, może przyczynić się jedynie do większej przemocy (chyba dyskutowaliśmy już kiedyś o problemie z agonizmem...). Żyję w innym świecie niż panowie ziejący jadem i niechęcią do wszystkiego, co inne, mój świat jest zabawny, zróżnicowany, subtelny. Nie umiem więc zrozumieć tych panów, staram się to tłumaczyć na różne sposoby, mając wciąż nadzieję, że myślenie ma przyszłość. Dlatego wolę inspirujące teorie, niż walenie się po pyskach ;)

  • Gość: [andrzej biernacki] *.xdsl.centertel.pl

    Jeżeli dobrze rozumiem, jeśli gospodyni bloga pisze, co myśli, to jej świat jest zabawny, zróżnicowany i subtelny, a jeżeli piszą, co myślą blogowi goście, wtedy walą sie po pyskach z myśleniem bez przyszłości czyli na bakier.

  • Gość: [schodydonieba] 142.243.254.*

    @ Izakow 2
    Czy w tej sytuacji wezmiecie sie do uczciwej pracy, wy ludzie kultury?
    .........................
    A jezeli chodzi o humor z zeszytow szkolnych. Gdy Straszna Sztuka nic nie pisze, to sobie klikam na sasiadujace blogi, redagowane przez dziewczyny z dobrego towarzystwa. No wiec jedna deklarujaca sie jako katoliczka, druga jako krytyczkapolityczka. Obie, niezaleznie od siebie, uwazaja ze gwaltom nalezy zapobiegac przez "apelowanie" do gwalcicieli. To juz chyba jest czarny humor. Moze ojcowie, bracia, partnerzy tych krolewien powinni stworzyc jakis feminizm z prawdziwego zdarzenia?
    ....................................
    No i dlaczego 90 % tych "faszysto" to faceci? Moze gender studies ( nie mam nic przeciwko ) ma jakas inspirujaca teorie na ten temat?

  • Gość: [schodydonieba] 142.243.254.*

    Robicie ogromny blad podporzoadkowujac feminizm kumunie. Powinno byc odwrotnie. To by zlagodzilo bole transformacyjne. Komuny, pomimo niezaprzeczalnych osiagniec, tak naprawde nikt nie lubil; z "komunistami" wlacznie. A nawet nie chodzi tu o lubienie, czy nielubienie, tylko o to ze to byla faza rozwojowa, a teraz jest nastepna. W USA tez byl jeden program w telewizji, czarno-bialy, tez byla propaganda, tajniacy. Gdy sie spoleczenstwem steruje z jednego centralnego osrodka, to popelnia sie mnostwo bledow. Zeby nie zdestabiliozowac calego systemu, obcina sie "fredzle".
    ....
    Mam wrazenie ze wy traktujecie PRL jak posag. Ale posag to kapital, mozna trzosik z dukatami zakopac w ziemi, mozna te dukaty roztropnie zainwestowac.

  • Gość: [schodydonieba] 142.243.254.*

    Moze tak: Gdy rozmawiam z Francuzami o Francji to robia gest reka jakby pokazywali warstwy w torcie. Swego rodzaju piramida doskonalosci. Natomiast gdy rozmawiam z Amrykanami to robia gest jakby kroili tort - pokazuja tak zwany "grid". Poskie elity chcialyby miec anglosaski system gospodarczy i jednoczesnie francuska hierarchie spoleczna w ktorej decydujaca role odgrywa "kapital kulturowy". Tyle ze ten kapital kulturowy w tej Warszawie kiepsciutki. A nawet jakby byl to i tak niewiele bylby wart wobec wyzwan jakie stawia dzisiejszy swiat. Wiec wiele osob ma wrazenie ze krajem rzadzi banda blaznow. Na dodatek "bycie z Warszawy" kiedys pewnie bedzie figurowac w indeksie chorob psychicznych.
    No i te "fojny kulturofe" to naprawde moglibyscie sobie darowac. Wystarczy zobaczyc "People vs. Larry Flynt" zeby wiedziec o co chodzi. Ale coz - papuga narodow.

  • izakow2

    ja tam nie wiem, o co chodzi Schodom, ale w sumie to się cieszę, że się dobrze bawią ;), a nie wysnuwają jakichś dziwnych wniosków z tego, co piszę, jak np. robi to Andrzej Biernacki (też nie wiem, co co chodzi, więc nie odpisuję..).

  • Gość: [jadzia] *.play-internet.pl

    to zabawne bo czytam tego bloga od jakiegoś czasu i zawsze myślałam że Pan Schody to jakieś trollkonto pana Biernackiego

  • kastaka

    W protestach wobec Bernatowicza widać bezmiar hipokryzji i wściekłość, że nie wybrano kogoś z "naszych". Kiedy promowane są w sztuce wartości lewicowe wszystko gra, uznaje się to za przejaw wolności itd, ale kiedy pojawia się element myślenia kojarzony z prawicą natychmiast uznaje się go za tejże wolności zagrożenie. Sorry, ale już w takim myśleniu zawarta jest pełzająca i prewencyjna cenzura i zawężenie pola dyskusji. Druga sprawa - jeżeli jesteśmy wszyscy tacy otwarci to powinniśmy zakładać MOŻLIWOŚĆ (choćby tylko na potrzeby rozmowy), że prawda może leżeć na prawo, na lewo czy pośrodku - a takiej otwartości nie widzę...

  • Gość: [schodydonieba] 142.243.254.*

    Ten pan nie "przejmuje" galerii ( sformulowanie Izakow 2 ), ale zostaje wynajety do jej poprowadzenia. Wiec bedzie wypelnial statutowe obowiazki przewidziane dla tego stanowiska. Sfera budzetowa to nie szlachta. O ile wiem, panstwo nie ma tez zadnych, ale to zadnych zobowiazan wobec artystow. Ma natomiast konstytucyjne zobowiazania wobec obywateli.

  • Gość: [schodydonieba] 142.243.254.*

    Czasem nie o idee chodzi, ale o forme ich podania. Na przyklad tutaj
    wyborcza.pl/1,76842,14862424,Raper_przekonuje__ze_zycie_w_realu_jest_lepsze_niz.html#MT

    cos co nie ma nic wspolnego ani z prawica, ani z lewica. Ale juz ktos musi poczuc sie zle, zeby ktos inny mogl poczuc sie dobrze. No chlopek-roztropek gra role eksperta, jutro autoryteta, pojutrze guru.

  • Gość: [rick deckard] *.toya.net.pl

    "[...] John Fiske w książce o kulturze popularnej wskazuje, że to właśnie ta kultura ma większy potencjał sprzyjania postępowi i zmianom aniżeli sztuka".

    Bardzo trafnie, ale jak to się ma do uwikłania w pole rynku? Skoro kultura popularna przy całej swojej merkantylizacji może sprzyjać postępowi, to sztuka (powiedzmy umownie "wysoka") tym bardziej nie powinna mieć z tym problemów, zważywszy jej kiepską sprzedajność.

Dodaj komentarz

© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci