Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

Piotr Piotrowski (1952 - 2015)

izakow2

Od kilku dni, które minęły od śmierci Piotra Piotrowskiego, mojego nauczyciela, promotora, przyjaciela, noszę się z myślą napisania o nim wspomnienia. Ale wiem, że ostatnią rzeczą, której Piotr by sobie życzył, byłaby wystawiona mu laurka, zwłaszcza przeze mnie, która w recenzjach jego książek i innych tekstach, z uporem maniaka wytykała mu pewne pominięcia, zbytnią ogólność czy ignorowanie miejsca, z którego się mówi.  Bo Piotr przede wszystkim prowokował do dyskusji, stąd też tak trudno pisać coś, co nie zostanie przez niego skomentowane, a nawet skontrowane czy podważone.

Pisanie wspomnień jest też egoistyczne, bo jest zarazem pisaniem o sobie, o relacjach łączących nas z osobą, która odeszła. Pojawia się więc wątpliwość, czy lepiej pisać, czy milczeć. A jednak niemożliwe jest milczenie na temat kogoś tak wyjątkowego i niezwykłego jak Piotr Piotrowski. 

 

PP_lljub_kasiaPiotr w Ljubljanie, fot. Katarzyna Bojarska

 

Jego silna osobowość powodowała, że każdy musiał wobec niego jakoś się określić. Można się było identyfikować z jego poglądami, ale jego silna pozycja prowokowała raczej do ich podważania. Piotr był uparty w bronieniu swych racji, nie uznawał też kompromisów. Tym samym prowokował do tego, aby stanąć do niego w opozycji, co zrobiła część jego uczniów deklarując swoją anty-lewicowość. Wydaje się, że swoista polaryzacja, która pojawia się w polskiej historii sztuki nowoczesnej jest związana właśnie z bardzo mocną i ideologicznie silnie określoną pozycją Piotra. Bo nie można pozostać wobec niego i jego poglądów obojętną czy obojętnym.

Można powiedzieć, że Piotr Piotrowski wyznaczył pozycje w obszarze badań nad naszą nowoczesnością. Pisanie historii polskiej sztuki nowoczesnej i współczesnej bez odniesień do jego tez i dyskusji z nimi jest niemożliwe. Historia sztuki, jak i życie były dla Piotra walką – walką o krytyczność, o demokrację, wolność słowa; o zrozumienie symbolicznej wartości sztuki, docenienie twórczości powstałej w „gorszej” części Europy, były też walką z hipokryzją, cenzurą, zakłamaniem.

Dobrych wspomnień mam wiele, w końcu znaliśmy się od 1990 roku. Najpierw pojawia się Piotr prowadzący inspirujące wykłady ze sztuki nowoczesnej – wciąż są one dla mnie wzorem prowadzenia zajęć. Pamiętam też jego seminaria, na których każdy czuł, że musi coś sensownego powiedzieć, a najlepiej nie zgadzać się z resztą; studenckie objazdy prowadzone przez Piotra, jak na przykład wyjazd do Łodzi, gdy odwiedzaliśmy postrychowe galerie i poszliśmy do kina na „Burtona Finka” (nie pamiętam zbyt wielu zabawnych momentów, ale pamiętam Piotra śmiejącego się najgłośniej w całym kinie). Piotr to brak dystansu, a jednocześnie poczucie autorytetu (proponował swoim seminarzystom przechodzenie na „ty”, czytał nam swoje teksty, które mieliśmy potem dyskutować, ale też zawsze czuło się wagę tych dyskusji i omawianych przez nas problemów). Zawsze zachęcał do zajmowania się trudnymi tematami, do badania obszarów wykluczeń, do poszukiwania tematów, które będą prowokować do dyskusji. Już wtedy prowadziliśmy spory, na przykład długo Piotr nie był przekonany do pojęcia „sztuki krytycznej”, o czym dyskutowaliśmy na seminariach – już wtedy – doktoranckich. Nie podobała mu się ta „kalka z Fostera”, jak mówił, ale w końcu zaczął tego pojęcia używać.  

Cenię szacunek Piotra dla swoich uczniów, który ujawniał się na przykład tym, że ich cytował (nawet, jeśli się z nimi nie zgadzał). Miał też niezwykły zmysł integracji, zapraszał nas jako swoich doktorantów na spotkania u niego w domu organizowane przy zaangażowaniu Marii, jego kochanej, mądrej żony (wtedy nie pomyślałam, ale może ona miała nas już dosyć?). Wśród wspomnień nie może zabraknąć jego celebrowania dobrego jedzenia i znawstwa w tej dziedzinie – instruował, co najlepiej zamówić w restauracji, jak przyrządzać dania. Kiedy byłam młodą mamą, przyjechał do mnie na chwilę po jakąś książkę, ale zdążył wcześniej wypytać przez telefon, co przygotowuję na obiad, na którym zresztą wcale nie zostawał i przywiózł mi puszkę z włoskimi pomidorami, mówiąc, że te do spaghetti są najlepsze.

Wspomnienia dotyczą również wspólnych konferencji, dalekich lotów, podczas których rozmawialiśmy o książkach albo o naszych rodzinach. Zdarzały się też wspólne wyjazdy samochodem. Piotr jeździł zdecydowanie za szybko, bo musiał wyprzedzić wszystkich. Była w tym, nieobca również mi, potrzeba rywalizacji. Po jednym z ostatnich spotkań Otwartej Akademii, mijałam się z nim gdzieś na Dębinie, marząc tylko o tym, że pokażę mu, że jeżdżę szybciej, ale nasze drogi się rozeszły. 

Zresztą nasze drogi rozchodziły się też symbolicznie. Nie pracowaliśmy razem, wcale tego nie chciałam, bo Piotr wydawał mi się zbyt przytłaczający. W takiej sytuacji można było pewnie albo pozostać w jego cieniu, albo z nim otwarcie walczyć. Prawdopodobnie zresztą to było przyczyną porażki jego niektórych, skądinąd ważnych, projektów, takich jak „muzeum krytyczne”. Wiele lat temu odmówiłam mu, gdy chciał, abym stanęła do konkursu na adiunkta w poznańskim Instytucie Historii Sztuki. Piotr długo jeszcze mi to wypominał. Nie chciałam też pracować w Muzeum Narodowym w Warszawie, gdy Piotr miał objąć funkcję dyrektora. Prawdę mówiąc nie bardzo wierzyłam w możliwość zrewolucjonizowania muzeum, choć trzymałam za to kciuki. Cieszyłam się, że pracowała z nim znakomita Kasia Morawska-Muthesius. Piotra zaś jakiś złośliwy muzealnik określił „upiorem w muzeum”. Niestety, muzeum krytyczne pozostało – jak na razie – ideą.

Nasze relacje chyba najbardziej budowała niezgoda, prawdopodobnie widać to w naszych książkach, gdy każde drugiemu wypomina, że pierwsze nie miało racji.  Całkiem niedawno pokłóciliśmy się o sprzątaczki na UAM-ie, a w zasadzie o kwestię outsourcingu na uniwersytetach. To chyba przez tę mejlową awanturę powołanie Otwartej Akademii przeciągnęło się o pół roku, aż do odwołania spektaklu „Golgota Picnic”. Wtedy, przy okazji dyskusji na temat tej cenzury toczącej się na Placu Wolności, ostatni raz poszłam z Piotrem na kawę.  Dyskusja w swej pierwsze części okazała się tak nudna, że postanowiliśmy wyrwać się z Piotrem do pobliskiej kawiarni (zawsze zamawiał espresso). Zapomnieliśmy już wcześniejszą kłótnię i żartowaliśmy, że Piotr mógłby przyjść pracować na Uniwersytet Artystyczny. Opowiadał o swoich dalekosiężnych planach naukowych. Później było jeszcze kilka spotkań Otwartej Akademii i ambitne plany działań, z których zbyt wiele dotychczas nie wyszło. Ale Piotr zawsze był wizjonerem, wierzył w powstanie ogólnopolskiego ruchu akademickiego walczącego o lepsze uniwersytety.

Piotr był zwolennikiem demokracji radykalnej Chantal Mouffe, agonizmu, otwartych konfliktów.  Wierzył, że sztuka jest polityczna i nie w smak były mu teorie Ranciere’a przestrzegającego przed upraszczającym przypisywaniem sztuki znaczeń politycznych. Był też niechętny temu, aby spory ideologiczne łączyć z kwestiami ekonomicznymi. To właśnie różniło nas najbardziej. Dla mnie model demokracji radykalnej nie ma faktycznego zastosowania, oprócz zwulgaryzowanej wersji ujawniającej się w sferze publicznej w postaci takich wydarzeń, jak choćby palenie „Tęczy” w Dzień Niepodległości. Bo myślenie o demokracji radykalnej, nieuwzględniające zaplecza ekonomicznego konfliktów politycznych, może prowadzić w gruncie rzeczy do coraz większego antagonizowania społeczeństwa, do „wojen kulturowych”, o których Piotr tak chętnie w ostatnim czasie mówił (a więc działa to nieco na zasadzie błędnego koła…).  Uważam, że ważniejsze są „bardziej” miękkie metody walki o demokrację, pytania o możliwość otwarcia na innych, również tych z przeciwnych opcji ideologicznych, szukanie dialogu, porozumienia, pytania o wspólne interesy i strategiczne przymierza (jak choćby naukowców ze sprzątaczkami..).  

No i ze wspomnieniami wyszło jak zwykle, bo znowu wdałam się w spór z Piotrem. Ale czy to nie na tym polega właśnie jego siła? Z jego poglądami, tezami, książkami długo jeszcze będziemy się rozprawiać. I w tym sensie Piotr Piotrowski żyje!

© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci