Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

kicz

Kicz i pewna anielica

izakow2

W komentarzu pod wpisem na temat obrazów Cesara Santosa, Almetyna pisze:"Wszystko pięknie, ale jednak jak długo będziemy oswajać kicz? Aż go wszyscy tak polubią, że nawet nie zauważą?"


Jeśli chodzi o obrazy Santosa, nazwałabym je postkiczem. To termin, który proponuje Maria Poprzęcka w książce "O złej sztuce" w odniesieniu do prac świadomie operujących kiczem, oscylujących pomiędzy wyrafinowaniem adresowanym do znawców a kiczem dla szerokiej publiczności. Zastanawiając się nad pojęciem kiczu, autorka zauważa, że jedną z przyczyn powstawania kiczowatych dzieł jest transpozycja – przeniesienie dzieła z jednego środka wyrazu na inny, z jednego medium – na drugie. To faktycznie ma miejsce w sztuce Santosa, wydaje się jednak, że ważniejsze jest u niego pytanie o relacje między mediami – malarstwem i fotografią oraz o ich znaczenia.


Czy jednak, jak pyta Almetyna, można tak oswoić się z kiczem, że już się go nie zauważa? I przede wszystkim, czy słusznie oceniamy kicz jako zjawisko negatywne? Czy nie ujawniamy tutaj swoistej kulturowej wyższości?


Maria Poprzęcka pisze: "Kicz jest nierzetelny, jest robiony ‘nie na serio’, jest pretensjonalny, tani, znamionuje go łatwa dostępność formy i czytelność treści znanej wszystkim". Jest to jednak przede wszystkim pojęcie wieloznaczne, trudne do sprecyzowania, choć najczęściej nie mamy problemu, aby określić coś kiczem.  

 

Zwróciłabym uwagę na kwestię elitarności oraz protekcjonalności, która pojawia się, gdy nazywa się coś kiczem, najczęściej zresztą pogardliwie. Wiąże się to również z utrzymywaniem podziału na lepszą sztukę wyższą i niską kulturę popularną. Kicz jest przecież sztuką dla ubogich, często opisywany był jako zjawisko charakterystyczne dla warstw niższych (i rzeczywiście jest on cechą tanich prac, reprodukcji, produktów wykonanych z kiepskich i tanich materiałów).


Warto tu wspomnieć słynny esej Clemente’a Greenberga "Awangarda i kicz" z 1939 roku. Autor sprzeciwiając się kulturze masowej, pisał, że masy pozostawały obojętne wobec procesów rozwojowych kultury, te należały do wąskiej grupy zabezpieczanej finansowo przez elity rządzące. Elita zabezpieczała awangardę, choć ta się od niej odcinała. Jednak z racji cofnięcia przez elity poparcia dla awangardy, która, jak chciał Greenberg, jest jedynym żywym zjawiskiem w kulturze, to cała jej przyszłość stoi pod znakiem zapytania i kulturze grozi zalew kultury masowej – kiczu. Pisał on: „Kicz sprzyja brakowi wrażliwości oraz go kultywuje. To stępianie wrażliwości jest źródłem jego powodzenia. Kicz działa w sposób mechaniczny, operuje gotowymi formułami. Kicz to namiastka przeżycia. Kicz streszcza w sobie wszystek fałsz naszych czasów. Kicz nie domaga się od nabywcy niczego z wyjątkiem jego pieniędzy – nawet jego czasu”. Oczywiście Greenberg mylił się, elity wciąż popierają sztukę awangardową (czy raczej postawangardową), jest ona znakomitą inwestycją i upadek jej nie grozi. Ale w eseju Greenberga ujawnia się przede wszystkim wspomniana już pogarda dla kultury określanej jako masowa.


Problem polega również na tym, że, jeśli elity mają potrzebę obcowania ze sztuką, to nie znaczy to, że nie mają jej klasy niższe (no i warto na marginesie zastanowić się, kto decyduje, kim są elity, a kim owe „masy” – tu również ujawnia się kulturowa wyższość i protekcjonalizm). Z drugiej strony warstwom niższym brakuje zarówno środków finansowych, jak i obeznania pozwalającego na obcowanie z trudną, wymagającą rozeznania sztuką. Obcują więc z tym, co jest im dostępne, a co zarazem jest proste, zrozumiałe, przyjemne i słodkie. Dlatego też najczęściej pojawia się kicz religijny, a oprócz tego - wyobrażenia dzieci i zwierząt, odwołania do romantycznej miłości, no i nagie kobiety.


 

Kicz może zadziwiać, tak jak mnie zadziwiła figura anioła, na którą natknęłam się w tanim hoteliku w małym karkonoskim miasteczku w Czechach. Hotel o nazwie Sport (na wyrost jest zarówno nazwanie tego miejsca hotelem, jak i Sportem) mieści się nieopodal dworca, a bar, który się w nim znajduje, to prawdziwa dworcowa knajpa, gdzie przy stołach piwo o nazwie Karkonos piją synowie i córki Karkonosza zatopieni w papierosowym dymie.



 

Na ścianach znajduje się wszystko, co można określić kiczem – pejzaż w otoczeniu jelenich poroży, martwa natura z grzybami, grubo ciosany krzyż wiszący w sąsiedztwie kobiecych aktów (niestety nie zrobiłam zdjęcia, bo to akurat znajdowało się w części dość obleganej, a to bractwo Karkonosza trochę budziło mój respekt), no i wspomniany anioł czy raczej anielica ze śliczną twarzą starej lalki ze szklanymi oczyma, podłączona do prądu i kręcąca nieustannie głową, trzymająca w ręce rozświetlony krzyżyk (której zdjęcie już zrobiło furorę na moim facebooku). Ponad anielicą wiszą zaś zegary oraz podróbki europejskich arcydzieł.


 

 

Obrazy zaś to nie żadne reprodukcje, ale prawdziwe płótna namalowane zapewne przez miejscowych artystów.


Kwintesencja kiczu, ale jedyna i niepowtarzalna. I jak tu się nie zachwycać kiczem?



© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci