Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

wystawy

Nowe inicjatywy kuratorskie w Poznaniu

izakow2

W Poznaniu, 14.01.2016 została otwarta nowa galeria FWD, mieści się w Pasażu Różowym, a więc wśród sklepów, studia tatuażu i innych miejsc związanych z komercją. Prowadzące galerię Maria Ancukiewicz i Ewa Mrozikiewicz, absolwentki specjalności kuratorskiej na Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu, nie są jednak nastawione na działalność typowo komercyjną, ale raczej na podejmowanie dyskusji o sztuce.

 

DSC_9142_a

 

Pierwsza wystawa „Art at the First Sight” odnosi się do kwestii autorstwa, znaczenia sygnatury artysty/artystki oraz problemu kopii i oryginału. Pomysł ekspozycji powstał po zakupieniu na pchlim targu w Holandii małych kolaży Kurta Schwittersa, które choć noszą podpis autora, mogą być jedynie udanymi podróbkami. Skłoniło to autorki ekspozycji do pytań, czym jest podpis artysty/artystki? Poprosiły więc wybranych polskich twórców (Ewę Axelrad, Wojciecha Bąkowskiego, Tymka Borowskiego, Olafa Brzeskiego, Nicolasa Grospierre’a, Izabellę Gustowską, Adę Karczmarczyk, Łukasza Jastrubczaka, Jerzego Kosałkę, Jarosława Kozłowskiego, Zofię Kulik, Przemysława Mateckiego, Gizelę Mickiewicz, Dorotę Nieznalską, Joannę Rajkowską, Józefa Robakowskiego, Jadwigę Sawicką, Pawła Susida, Jakuba Woynarowskiego) o przesłanie im własnych sygnatur. Niektórzy potraktowali to bardzo dosłownie, wysyłając jedynie podpisy (mniej lub bardziej wyraźnie, skromne lub wielkie – zajmujące całą kartkę.

 

DSC_9244_a

 

Inni postanowili zabawić się tym zadaniem, wskazując zarazem na ambiwalencje związane z autorstwem. Bodaj najciekawsza jest propozycja Doroty Nieznalskiej, która przesłała spreparowaną kopię historycznego zdjęcia, ukazującego m.in. Hitlera, odnoszącą się do jej ostatniego projektu „Przeszłość, która nie chce przeminąć” i na tym zdjęciu umieściła swój podpis. Wskazała tym samym, jak bardzo autor/autorka i jego/jej postrzeganie uzależnione jest od aktualnych projektów.

 

DSC_92862_a

 

Paweł Susid przemienił własną sygnaturę w obraz, w którym oferuje usługi malarskie, Przemysław Matecki podpisał się na kartce z kopią obrazu Andy’ego Warhola z Marilyn Monroe, zaś Jerzy Kosałka przesłał jakby odcięty kawałek obrazu z własnym podpisem.

 

DSC_9253_a

 

DSC_9252_a

 

DSC_9254_a

 

Czym bowiem jest sygnatura artysty dzisiaj, gdy teza o śmierci autora wydaje się już mocno ugruntowana? Ale, dlaczego wobec tego tak bardzo zwracamy uwagę na autorstwo? Dlaczego ma dla nas znaczenie, czy praca jest prawdziwa, czy jest kopią? Czy wciąż nie postrzegamy sztuki przez pryzmat tego, kto jest autorem/autorką? Czy wobec tego sama sygnatura posiada swoistą aurę, o której mówił Walter Benjamin? Czym jest autorski podpis w kontekście prac, które są współtworzone przez innych, gdy być może jedynie, co autorskie – to sam podpis? Jakie znaczenie ma autorstwo, gdy prace stają się – jak u Schwittersa – kolażami i zlepkami innych prac, mediów, wycinków rzeczywistości?

 

DSC_9201_a

Przy okazji warto odnotować, że na wystawie zjawił się niewyobrażalny tłum ludzi. Podobnie dzieje się w otwartej stosunkowo niedawno galerii Rodriguez (tam, również w ostatni czwartek zaprezentowano ciekawą wystawę Natalii Bażowskiej odnoszącą się do związków kultury i natury).

 

bazowska

 

Wskazuje to na ogromną potrzebę tego rodzaju inicjatyw w Poznaniu oraz problemy instytucjonalne tego miasta. Pisałam niedawno o coraz bardziej konserwatywnym Poznaniu, o niewystarczającej ilości miejsc dla bardzo ciekawego i zróżnicowanego środowiska związanego z poznańskim Uniwersytetem Artystycznym i o braku wystaw ważnych poznańskich artystów. Bo odkąd zlikwidowana została Galeria ON, a Arsenał stał się ostoją konserwatyzmu, w zasadzie poznańskie środowisko artystyczne nie ma swojego miejsca. Niezrozumiałe jest, że nasza szkoła nie ma własnej galerii w Poznaniu (ma za to w Berlinie, co uważam za absurd). Dziwi to zwłaszcza w kontekście wystaw dyplomowych i końcoworocznych oraz prowadzonych przez nas studiów kuratorskich.

Organizowanie wystaw w ramach zajęć na specjalności kuratorskiej to porywanie się z motyką na słońce. Właśnie teraz moje świetne studentki  - Ola Janz, Ola Jaraszkiewicz i Sylwia Siwiak przygotowują wystawę „Status: Pasożyt” (otwarcie w piątek, 22.01., godz. 19, ul. Fredry 7/100), pracując, wraz z artystami i artystkami w dość chłodnym budynku MONY - Inner Spaces.

Zdając sobie sprawę z rozmaitych przeciwności, a przede wszystkim braku odpowiednich środków na zorganizowanie ekspozycji, dałam im wybór: mogą robić wystawę na zaliczenie, albo jej nie robić. Zdecydowały, że ją zrobią i chyba słusznie, bo jak inaczej mają nauczyć się praktyki kuratorskiej? Udało się to dzięki gościnności MONY, a szczególnie Kasi Kucharskiej. Jednak jestem zła, że musimy funkcjonować pasożytując na innych instytucjach, nie mając własnego miejsca.

Dobrą ilustracją do tej sytuacji wydaje mi się praca „Wolny Strzelec” (2013) Zbigniewa Libery, która będzie prezentowana na wystawie…

 

libera_strzelec_a

Josephine, Izabella i inne

izakow2

Wystawa Izabelli Gustowskiej „Nowy Jork i dziewczyna” w poznańskiej galerii Art Stations to jeden z ważniejszych projektów tej artystki.

Historia odnosząca się do postaci Josephine – Jo – Hopper opowiadana jest poprzez multimedialne prace umieszczone na trzech poziomach galerii. Pierwszy poziom mówi o wirtualnym wejściu autorki w obrazy Edwarda Hoppera, w których spotyka ona swoją bohaterkę, a jego żonę i modelkę. To również zapowiedź wirtualnego wejścia w świat tej zapomnianej artystki, znanej jedynie jako żona i muza wielkiego amerykańskiego malarza. Drugi poziom to archiwalia odnoszące się do postaci Josephine, a także do sztuki feministycznej. Znalazły się tu również prace Anety Grzeszykowskiej, Ady Karczmarczyk i Evy Rubinstein. Trzeci – jest poziomem, na którym odbywa się odgrywanie głównej protagonistki przez współczesne Josephiny, do których należy też sama artystka. To próba odtworzenia jej świata, miejsc, z którymi była związana, które odwiedzała, dróg, które pokonywała. Znakiem rozpoznawczym Josephine staje się kapelusz znany z obrazów Hoppera, który Gustowska kupiła w nowojorskim second-handzie, który być może należał kiedyś do samej Jo.

 

 

 

NY3

 

 

 

Josephine (1883 – 1968) po ślubie z Hopperem w 1924 roku z artystki i aktorki stała się przede wszystkim jego żoną i modelką. Swoją twórczość, już po śmierci Hoppera chciała przekazać do Whitney Museum, jednak muzeum nie było nią zainteresowane, przyjęło tylko część prac wraz ze spuścizną Hoppera. Większość jej obrazów i rysunków zaginęło.  Nie jest więc postacią znaną z historii sztuki, jeśli już to jako tajemnicza kobieta w kapeluszu występująca na obrazach Edwarda.

Kuratorka wystawy Agata Jakubowska napisała, że celem Gustowskiej było przeciwstawienie się wymazywaniu kobiet, przywrócenie Josephine Hopper zbiorowej pamięci. Można więc uznać ten projekt za artystyczne „przepisywanie” historii sztuki. Jednak dla Gustowskiej Josephine jest punktem wyjścia, jak pisze Jakubowska, „do rozbudowanej refleksji na temat losu kobiet i ich twórczości, (nie)możliwości rozwijania potencjału twórczego i (nie)spełnienia”.

 

 

 

NY4

 

 

 

Dlatego postać Josephine zostaje uwspółcześniona, jej życie jest niejako odgrywane przez dwanaście kobiet. Tym samym artystka zadaje pytanie o trajektorie życia współczesnych kobiet – artystek. Ile z nich zmuszonych jest zrezygnować z własnych marzeń i ambicji, ile przestaje marzyć o sławie i rezygnuje z własnej kariery ze względu na rzeczywistość obsadzającą kobiety wciąż w tradycyjnych rolach, niewidzącą w nich genialnych twórczyń? Jest to więc opowieść pytająca o możliwości artystycznego spełnienia, ale też pokazująca pewną wspólnotę doświadczeń, związaną z podążaniem tymi samymi „ścieżkami”.  

Odczytuję tę pracę również jako narrację o artystycznej geografii, bo to nie przypadek, że historia dzieje się w Nowym Jorku, a więc mieście uchodzącym za stolicę światowej sztuki, mieście dyktującym trendy artystyczne, ale też miejscu, gdzie pojawia się największa konkurencja, gdzie sukces udaje się osiągnąć jedynie nielicznym i gdzie najliczniejsza jest tzw. ciemna materia świata sztuki.

 

 

NY_1

 

 

 

Artystka odwiedzając muzea i wystawy poświecone tórczości feministycznej odkrywa, że również ta sztuka posiada swój kanon, że także ona oparta jest na zachodnio-centrycznym paradygmacie. Ujawnia to poziom rzeczy, a więc swoiste archiwum wizualne artystki, w którym możemy odnaleźć odwołania do Judy Chicago, Diane Arbus, Cindy Sherman. Wydaje się jednak, że Gustowska chce zdywersyfikować ten kanon, wprowadzając takie artystki jak: campowa Ada Karczmarczyk czy Aneta Grzeszykowska stosująca mimikrę i zawłaszczająca fotosy Cindy Sherman. Tym samym ekspozycja staje się też polemiką ze słynną, przywoływaną tu, pracą Judy Chicago „Dinner Party”, pokazując, że historia kobiet to nie tylko kanon znanych twórczyń, którym Chicago przydzieliła miejsca przy swoim stole, ale też historia kobiet zapomnianych, wymazanych, skazanych na milczenie, historia modelek i żon artystów (przywołana jest również Ada Katz, żona Alexa Katza, a więc kobieta w czepku). To także historia artystek z „prowincji”. Tym samym realizacja Gustowskiej staje się przede wszystkim dyskusją z kanonem, zarówno tym tradycyjnie przyjętym przez historię sztuki, jak i kanonem feministycznym, marginalizującym artystki z innych – gorszych części świata. Wystawa zmusza też do postawienia pytania o sens funkcjonowania kanonów w świecie, w którym kariera artystyczna jest wynikiem splotu sprzyjających okoliczności, a do tych raczej nie należy bycie kobietą.

 

 

 

NY2

 

 

 

Izabella Gustowska po raz kolejny podjęła udaną próbę przejścia, niczym Alicja, na drugą stronę lustra; praca jest niezwykle poetycka, nasycona wieloma znaczeniami; perfekcyjnie wykonana jest wielokanałowa projekcja ukazująca współczesne Josephiny, szkoda tylko, że głos narratora w przypadku niższych poziomów jest męski. Bo jest to zdecydowanie opowieść o kobietach i kulturowych uwarunkowaniach, z jakimi muszą się mierzyć.

 

Wystawa jest prezentowana w poznańskim Art Stations do 7.02.2016.

 

Manie i obsesje - wystawa Adoracja słodyczy

izakow2

 

Wspomniałam ostatnio o czarującej wystawie w warszawskiej Zachęcie, a mianowicie o „Adoracji słodyczy”, której kuratorką jest Krystyna Piotrowska.  

Punktem wyjścia jest twórczość Krystiany Robb-Narbutt (1945-2006), artystki, która planowała wystawę pod takim tytułem, jednak ze względu na swoją przedwczesną śmierć, nie zdążyła jej zrealizować.

 

Krystiana Robb-Narbutt, bez tytułu, lata 90. XX wieku, fot. Krystyna Piotrowska, materiały prasowe Zachęty

 

W jej sztuce pojawiają się przedmioty zwyczajne, nietrwałe, z pozoru nieważne. Miały one jednak dla artystki znaczenie osobiste, poprzez te obiekty mówiła o biografii własnej oraz swojej rodziny. W pracy zatytułowanej „Fuga pamięci”, przy użyciu banalnych przedmiotów, artystka opowiedziała o historii zagłady żydowskich członków swojej rodziny.

 


 

Biografie rzeczy i ludzi wiążą się ze sobą. Rzeczy mają swoją historię, towarzyszą nam, na nich zostawiamy odciski naszych palców. Rzeczy zużywają się, niszczeją, ale jednak pozostają. Kiedy ludzie umierają, zostają po nich tylko rzeczy, które mogą stać się swoistymi wywoływaczami pamięci.

 

W sztuce tradycję zbieractwa zapoczątkował Kurt Schwitters w obrazach z cyklu „Merz” , wklejając banalne przedmioty będące odpadkami z życia jego i jego przyjaciół. Później jeszcze chował tego rodzaju znaleziska i pozostałości w Kolumnach Nędzy Erotycznej – Merzbau.

 

Niektórzy wykazują jednak przesadne przywiązanie do rzeczy, nie potrafią niczego się pozbyć, każda – najbanalniejsza rzecz jest dla nich ważna. Przeradza się to w swoistą manię zbieractwa, która bywa też przypadłością artystów, a z pewnością tę manię przejawiali zarówno Schwitters, jak i Krystiana Robb-Narbutt.

 


Nicolas Grospierre, Pracownia Krystiany Robb-Narbutt, 2010, materiały prasowe Zachęty

 

 

Ekspozycja stworzona przez Krystynę Piotrowską wskazuje właśnie na rozmaite natręctwa, manie, obsesje, między innymi seksualne oraz związane z jedzeniem. Chodzi więc o wszystko, co jest przyjemne, ale w nadmiarze może szkodzić, jak tytułowe słodycze.

 

Krystiana Robb-Narbutt zaczęła używać słodyczy w swoich pracach po roku 2000. Wykorzystywała pierniczki, cukierki, odpustowe ciastka, które mocowała na deseczkach i umieszczała w gablotkach. Sztuka do zjedzenia? Niekoniecznie, bo przecież nie można mieć ciastka i go zjeść. Ale z pewnością mamy tu do czynienia ze swoistą grą wyobraźni, z pytaniami o smak – w życiu i w sztuce, a zarazem o cielesne doświadczanie sztuki. Cukierki pojawiają się na wystawie także w pracy „Fred Flinstone z Knossos” (1995) duetu Kijewski & Kocur.

 

fragment

 

Zabawny Fred wykonany z cukierków malinek ukazany jest z rogami, przez co kojarzy się z diabłem. Przyjemne i zabawne miesza się tu z groźnym i niebezpiecznym. Podobnie dzieje się w pracy Doroty Podlaskiej, jaką jest zestaw przepięknych czekoladek, które po przyjrzeniu się bliżej ujawniają swoją zawartość – robaki, żuki, ćmy, coś, co raczej odrzuca i czego nie wzięlibyśmy do ust…

 

ador_podl2_ok

Dorota Podlaska, Czekoladki smaczne, zdrowe, fot. ze strony artystki

 

A może to tylko żart i owadzie odwłoki też wykonane są z czekolady? A może są pyszne? Chęć poznawania różnych smaków, smakowania świata również może stać się obsesją. Dorota Podlaska jest też autorką cyklu małych obrazków zatytułowanych „Wszystkiego najlepszego, Dorotko”, przywołujących mit słodkiego, niewinnego dzieciństwa, a może obsesję związana ze stworzeniem sobie takiegoż obrazu…

 

 

 

Z kolei u Zuzanny Janin mamy słodką dziewczynę i słodkiego chłopaka wykonanych z warty cukrowej. Ludzie do zjedzenia? Nawiązanie do kanibalizmu? Z tym ostatnim mamy przecież wciąż do czynienia w kulturze popularnej ukazującej pięknych ludzi, którymi mamy sycić nasze oczy. Nawet popularne metafory na to wskazują, według których atrakcyjne kobiety to babeczki, a przystojni mężczyźni to ciacha…

 


 

 

Manią, obsesją, która łączy wszystkich twórców jest mania tworzenia - kompulsywne przetwarzanie rzeczywistości, ozdabianie, malowanie, wycinanie, dzierganie...

 

Wisława Szymborska, autorska kadra pocztowa, 1995, fot. dzięki uprzejmości MOCAK, Kraków, materiały prasowe Zachęty

 

 

Przymus tworzenia ujawniają zabawne kolażowe pocztówki wykonywane przez Wisławę Szymborską. Pojawia się też charakterystyczny dla zachowań obsesyjnych nadmiar, na przykład w pracach Małgorzaty Dmitruk  - przepięknych swetrach ozdobionych ludzkimi twarzami, których nie sposób zliczyć. Te swetry tworzące krąg jakby nieobecnych osób, również działają obsesyjnie. A ja jestem przekonana, że gdzieś już je widziałam – tylko gdzie, a może raczej na kim?

 


 

Obsesję rysowania ludzkiej twarzy, w kółko takiej samej, przejawiał Edmund Monsiel, który zaczął rysować w czasie II wojny światowej, gdy ukrywał się na strychu. Nie przypadkiem Georges Didi-Huberman pisał o tym, że przymus tworzenia i próba utrzymania ludzkiego wizerunku w warunkach zagrożenia życia, a dokładnie w obliczu Zagłady, była próbą ocalenia człowieczeństwa. W setkach twarzy zapełniających całe kartki można również dostrzec zarysy postaci, również o powtarzalnym układzie.

 

 


Edmund Monsiel, Twarze, 1956, fot. Edward Koprowski, kolekcja Państwowego Muzeum Etnograficznego w Warszawie, materiały prasowe Zachęty

 

Sama Krystiana Robb-Narbutt odczuwała silny przymus tworzenia, niekiedy przybierało ono formę kompulsywną, jak w obrazach składających się z tysięcy punktów nanoszonych stalówką maczaną w ekolinie, które wykonywane były po śmierci matki artystki.

W wielu pracach pojawia się też dbałość o szczegół, o drobiazgowe wykańczanie najmniejszych elementów, jak na przykład w obrusie Katarzyny Józefowicz.

 


 

Nadmiar charakteryzuje też obrazy Magdaleny Shummer, odkrytej zupełnie przez przypadek przez Krystynę Piotrowską w Muzeum Etnograficznym w Warszawie.

 

Magdalena Shummer, Prehistoria, 2005, fot. Krystyna Piotrowska

 

Shummer, choć jest żoną Wojciecha Fangora, zaś sama skończyła historię sztuki, malarstwa uczyła się samodzielnie. Widać u niej fascynację sztuką naiwną, a przede wszystkim obrazami Henriego Rouseseau, zwanego Celnikiem. U niej, tak jak u Rousseau, pojawiają się sielskie krajobrazy, zaś ludzie żyją w symbiozie ze zwierzętami i z całą naturą. Inne obrazy ukazują pulchne kobiety i radość zmysłowego istnienia. Pojawiają się też sceny we wnętrzach, w których roi się od zwierząt, przede wszystkim kotów – magicznych i dostojnych, jak w kociej uczcie.

 


Magdalena Shummer, "Obiad kotów", 2003, fot. Muzeum Etnograficzne w Warszawie 

 

 

Zwierzęce szczęście przedstawia także film Izabelli Gustowskiej prezentujący ogonek jej jamnika. A zarazem praca ta prowokuje do pytań, czy zwierzęta także posiadają własne obsesje, czy okazywana przez psy miłość do ludzi nie jest w gruncie rzeczy obsesyjna?

 

Ciekawe są także dokonane przez kuratorkę zestawienia. Obrazy Shummer zostały zestawione z naturalnych rozmiarów figurami kobiet wykonanymi z drewna lipowego (a więc niczym figury świętych) przez innego „naiwnego” twórcę, Bogdana Ziętka. Powstały one w latach 60. i 70. XX wieku, a więc w czasach tęsknoty za amerykańską kulturą popularną. Czy zresztą te rzeźby nie sa cudownie pop-artowskie?

 

 

Autor ten mówi, że ma powołanie do pięknych kobiet, a one są dla niego całym światem. Nadaje więc tym figurom imiona, pielęgnuje je, ubiera. W jego obsesji ujawnia się magia sztuki, według której przedstawienia żyją własnym życiem, mają moc działania. I może dlatego jego miłość przypomina nieco mit o Pigmalionie i Galatei.

 

Bogdan Ziętek, Kobiety, lata 60.-70 XX wieku, fot. Grzegorz Piaskowski, materiały prasowe Zachęty

 

 

Obsesyjne uwielbienia dla kobiecości, a raczej kobiecej maskarady ujawnia się także w pięknych i tajemniczych zdjęciach Macieja Osiki, które towarzyszą pracom Shummer oraz Ziętka.

 


Maciej Osika, Autoportret 2, 2006, fot. dzięki uprzejmości Dolnośląskiego Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych, materiały prasowe Zachęty

 

 

Adoracja słodyczy zamienia się w adorację sztuki oraz życia. Zarazem wystawa nie jest ani przesłodzona, ani przegadana. Nie musimy obawiać się mdłości, raczej wychodząc z niej odczuwa się jeszcze niedosyt…

 

Mediastions Biennale: Viva la Globalisation!

izakow2

 

Ostatnio działo się dużo, najbardziej pochłonęły mnie wystawy. Pomagałam w przygotowaniach do ekspozycji „Gorzki to chleb jest polskość” w BWA Karkonosze w Jeleniej Górze (stawiającej pytania o krytyczny patriotyzm). W Poznaniu organizowałam wystawę „Etnografowie w terenie”, mierząc się z materiałem z archiwum poznańskiego Instytutu Etnografii i Antropologii Kulturowej (odsyłam do recenzji Eweliny Jarosz). Teraz pracuję nad wstawą „Zapisane w ciele”, która odbędzie się w przyszłym roku w Warszawie. W Poznaniu było też kilka awantur, np. o powtórzony na wystawie w Zamku neon z Od-zysku Rafała Jakubowicza (ekspozycję widziałam, co podkreślam, bo niektórzy kazali mi nie wypowiadać się przed jej zobaczeniem, i uważam, że chwyt ten był zneutralizowaniem wywrotowego znaczenia pracy Rafała). Odbyły się też interesujące spotkania, jak choćby gorąca dyskusja w poznańskiej Zemście na temat sztuki krytycznej i książki Karola Sienkiewicza. Odsyłam do recenzji, która już, co poniektórych zdążyła zdenerwować. 

 

A dopiero co, w Art Stations otwarta została wystawa De.Fi.Cien.Cy., w której prace Andrzeja Wróblewskiego zdecydowanie deklasują twórczość Luca Tuymansa i Rene Danielsa (co wynika zresztą nie tylko z siły rażenia prac naszego artysty, ale też z nieprzemyślanej strategii kuratorskiej Ulricha Loocka)

 

Toteż zaskoczyła mnie prośba Maxa Dogina o relację z Mediations Biennale (bo kiedy to było?), ale i uświadomiła mi, jak bardzo zapuściłam blog, na którym zaczęły już nawet wyskakiwać strasznie denerwujące reklamy. Syn wyłączył mi ogląd reklam, więc nie mam już tego problemu, ale nie wiem, jak to wygląda u Was. Niepokojąc się więc o brzydki wygląd mojego blogu, postanowiłam spełnić prośbę Maxa i nadrobić nieco zaległości.

 

Recenzję z Mediations pisałam dla Kwartalnika Rzeźby w Orońsku, dlatego też tu zamieszczę jedynie krótką relację i przegląd najciekawszych prac. Jednak nie byłabym sobą, gdybym nie zaczęła od krytyki. Wystawa odbyła się pod hasłem „When Nowhere Becomes Here – Kiedy Nigdzie staje się Tutaj”, dotykając tym samym problematyki związanej z globalizmem, przemieszaniem się kultur, zanikiem znaczenia geograficznych odległości oraz nieograniczonym przepływem informacji. Ale – czy na ten temat można powiedzieć coś nowego i czy rzeczywiście geografia przestała się liczyć w świecie sztuki?

 

W ramach Mediations miało miejsce kilka niekompatybilnych wystaw, w tym trzy główne. Najważniejszą była „Berlin Heist” w Muzeum Narodowym i Bibliotece Raczyńskich, mająca zwracać uwagę na znaczenie nowej stolicy sztuki, jaką stał się Berlin; ekspozycja „Shifting Africa” prezentowana w Galerii u Jezuitów przedstawiała prace wybranych artystów afrykańskich oraz refleksje artystów europejskich na temat tego kontynentu. Natomiast wystawa „The Limits of Globalisation” w Centrum Kultury Zamek prezentowała z kolei 18 młodych polskich artystów wyłonionych z grona 200 twórców w projekcie badawczym Polish Art Tomorrow.

 

 

Ekspozycja dotycząca Berlina, oprócz kilku perełek, była niestety nudną, galeryjną wystawą. Do perełek zaliczyć można:  lustro z blizną Kadera Attii „Repair Analysis” (niestety umieszczona w takim miejscu, że wielu odbiorców do niej nie dotarło).

 

 

Znakomite były filmy i fotografie Juliena Rosefeldta, przywołujące z jednej strony atmosferę Berlina lat 20., a z drugiej – dziedzictwo niemieckiego romantyzmu. W wideo instalacji „My Home is a dark and cloud-hung land” pojawiały się urzekające krajobrazy z Bastei – Saksońskiej Szwajcarii, miejsca ulubionego przez niemieckich romantycznych malarzy, zaś część ujęć w charakterystyczny sposób odwoływała się do obrazów Caspara Davida Friedricha, ukazując pojedyncze sylwetki ludzkie – jednakże jak najbardziej współczesne, odwrócone tyłem do widza i kontemplujące naturę.

 

 

Świetna była feministyczna praca z pocztówkami Mathilde ter Heijne „Women to go” odnosząca się do odzyskiwania kobiecych biografii. Niesamowite wrażenie robiła też instalacja prac zmarłego tuż przed otwarciem Biennale Jana Berdyszaka. Tych kilka niezwykłych prac nie zacierało jednak wrażenia nijakości całej wystawy, zaś Berlin i jego aktualne znaczenia i uwarunkowania znikały.

 

Podobnie było w przypadku wystawy odnoszącej się do Afryki. Jej niespójność, przypadkowe wręcz zestawienia prac, prowadziły do konstatacji Rolfa Biera: „Ceci n‘est pas l’Afrique”. Skromna pocztówka z tym pomarańczowym napisem była chyba najlepszą pracą na tej wystawie, bo czym jest wrzucenie tego ogromnego i jakże różnorodnego kontynentu do jednej przegródki zatytułowanej „Shifting Africa”?

 


 

To zresztą mój największy zarzut do całego tego Biennale zorientowanego rzekomo na krytyczny namysł nad zjawiskiem globalizacji. Wątpliwości budziły już same kryteria doboru tematów głównych wystaw. Przy dwóch dużych ekspozycjach, z których najważniejsza odnosiła się tylko do sztuki jednej metropolii, jakim jest Berlin, druga zaś – do wąsko sprecyzowanej, młodej polskiej twórczości, trzecia ekspozycja umieszczona w dodatku w najmniej atrakcyjnej przestrzeni wystawienniczej, która odnosić się miała do całego kontynentu, taki geograficzny podział zmuszał do postawienia zarzutu powtórnego kolonializmu. Bo czy ktoś dzisiaj odważyłby się na wystawę próbującą w sposób całościowy ukazać Europę, albo chociaż Stany Zjednoczone? To podejście do Afryki potraktowanej ogólnie i całościowo potwierdza bezrefleksyjne potraktowanie przez kuratorów samej globalizacji, która została przywołana chyba tylko na zasadzie modnego hasła. Tym samym znikło z pola widzenia to, co lokalne, a raczej zostało zamienione w nieprawdziwy twór, w towar wystawiony na pokaz i na sprzedaż. Bo przecież „Ceci n‘est pas l’Afrique”!

 

Zdecydowanie najciekawsza była wystawa „The Limits of Globalisation” przygotowana przez Sławomira Sobczaka w Centrum Kultury Zamek, zadająca pytania o przyszły obraz polskiej sztuki.  Jednak również pod jej adresem pojawiły się zarzuty, wskazywano np., że ta ekspozycja wcale nie prorokuje na przyszłość, a jest jedynie potwierdzeniem obecnych zainteresowań pojawiających się we współczesnej sztuce polskiej. Wskazywano też, jak zwykle zresztą, na problemy techniczne. Mnie najbardziej zastanawiał sam tytuł wskazujący na granice globalizacji. Bo czy oznacza to, że tymi granicami jest „naszość” lub „rodzimość”, a więc coś w rodzaju młodej polskiej reprezentacji w sztuce?  Brzmi to dość naiwnie, zwłaszcza, że prezentowana na wystawie twórczość potwierdzała wpływ globalizacji. Choć pojedyncze prace zwracały się w stronę lokalności, większość z nich wpisywała się w uniwersalny język sztuki. Nie jest to zresztą zarzut, bo przeciez odnoszenie się do modnych trendów czy teorii może przynosić bardzo ciekawe rezultaty artystyczne, a sztuka chce uczestniczyć w uniwersalnych dyskuskursach. Ale, choć tytuł wydał mi się dziwny, wystawa była udana, a poza tym było na niej sporo "strasznej sztuki".  

 

Za dominujący trend można uznać posthumanizm, którego wpływ ujawniała np. świetna wideo-instalacja Elvina Flamingo (Jarosława Czarneckiego), śledzącego symbiotyczną naturę tworzenia charakterystyczną dla owadów (m.in. mrówek) budujących też własne struktury społeczne.

 

 

Jakub Jasiukiewicz przedstawił z kolei wizualizację planety zbudowanej z tkanki nowotworowej, która, jeśli o tym nie wiemy, przede wszystkim urzeka swoją estetyczną formą. Autor wskazuje w tej pracy na potencjalnych obcych zamieszkujących nasze ciała.  

 

 

Do relacji z innymi organizmami odwołał się też Artur Malewski w obiekcie pt. „Agnusek”, który ma kształt tradycyjnego wielkanocnego baranka, jakie wykonuje się z masła lub cukru, ale stworzony został z kurzu zebranego przez artystę w kościele, a więc pozostawionego po wiernych.

 


 

Do ludzko-zwierzęcych relacji odwołuje się też Liliana Piskorska w „Autoportrecie z kochanką”, w której przedstawiła pod postacią figur pokrytych futrem siebie i swoją partnerkę. Autorka zwraca tu uwagę na homoseksualne zachowania, które pojawiają się zarówno wśród ludzi, jak i wśród zwierząt, a tym samym są czymś wpisanym w naturę, koniecznym dla przetrwania gatunków. 

 


 

Pytanie o przetrwanie było obecne również w pracy „Białe rośliny” Katarzyny Szeszyckiej, ukazującej kłącza, które rozwijają się mimo braku warunków, ujawniając tym samym niezwykłą „wolę” życia. Na symbiozę z naturą  wskazywał też film wideo Izabeli Chamczyk „Faza fali”, w którym artystka zmaga się z morskimi falami. Z jednej strony odnieść można ten obraz do wzburzenia emocjonalnego, gdyż wideo działa silnie na odbiorców, sprawiając wrażenie, jakby fale miały za chwilę wciągnąć również ich, z drugiej strony obraz Chamczyk odczytać można jako przewrotną interpretację mitu o Wenus, która narodziła się z morskich fal. W kontekście posthumanizmu można odczytać także fotografie Michala Szlagi z serii „Stocznia” 1999 – 2014", zwracające uwagę na życie i śmierć maszyn (tu odsyłam do wcześniejszego wpisu na temat tej pracy).  Inni artyści wskazywali m.in. na stechnologizowane podejście do śmierci (Natalia Wiśniewska), jej fetyszyzowanie (Ewa Axelrad), pamięć i znaczenie fotografii (film Urszuli Pieregończuk), modelowanie rzeczywistości (Kornel Janczyk i Nicolas Grospierre).

 

 

Prezentowana była też instalacja Tomasza Kulki, gdzie przy użyciu miniaturowych figurek została przedstawiona typowa kibolska ustawka. Podczas otwarcia miał miejsce performance Angeliki Fojtuch, która zaprosiła widzów do małego pomieszczenia, w którym prezentowany miał być pełen okrucieństwa film, który autorka nakręciła w Strefie Gazy. Okazał się on jednak mentalną projekcją, z jednej strony nawiązując do słynnego happening 4’33’’ Johna Cage’a (na co zwrócił mi uwagę mój syn), z drugiej zaś – pytając o granice naszej wyobraźni.

 

Świetna ekspozycja nie przysłania jednak podstawowego problemu tej edycji Mediations Biennale, jakim jest brak krytycznego dyskursu na temat globalizacji i jej bolączek, na temat wciąż dominujących centrów (takich, jak Berlin) i powierzchownie, ogólnie traktowanych peryferii. Zabrakło krytycznej analizy na temat znaczenia sztuki współczesnej jako narzędzia globalizacji. Obraz współczesnej sztuki coraz bardziej zależny jest od globalnych mechanizmów, popytu rynkowego oraz zinstytucjonalizowanego świata sztuki budowanego przez centra. W gruncie rzeczy „Mediations Biennale” tę globalizację jedynie potwierdzało.

 

© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci