Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

sport

Jak w Polsce wspierany jest sport dzieci i młodzieży

izakow2

Tym razem będzie o sporcie, ale, że sport wiąże się z turystyką, a turystyka ze sztuką, uważam, że to dobre miejsce by opisać dość kuriozalny informator XIX Ogólnopolskiej Olimpiady Młodzieży w Sportach Letnich – Łódzkie 2013, który przywiózł z Olimpiady mój syn.  


Znajduje się w nim tekst Minister Sportu i Turystyki Joanny Muchy, który wraz z innymi informacjami wprawił mnie w zadziwienie. Zastanawiam się, do kogo skierowany jest ten informator, bo wydawać by się mogło, że jego odbiorcami są zawodnicy i zawodniczki. Po przeczytaniu jednak zarówno tekstu Pani Minister, jak i pozostałych, zaczęłam mieć co do tego poważne wątpliwości.


Pani Minister w swoim zagajeniu pisze, że rozwój i promocja sportu dzieci i młodzieży stanowi priorytet w długofalowej strategii jej resortu, zaznaczając, że „jest to warunek sine qua non budowy sportu wyczynowego”. Pomijam fakt, że raczej większość dzieci i młodzieży nie zna łaciny, ale zastanawiam się, na czym polega ta strategia, może poza budową „Orlików”. Sport dzieci, zwłaszcza w dyscyplinach, które wymagają dużych nakładów finansowych, takich jak np. żeglarstwo, opłacany jest głównie przez rodziców. A nie są to małe stawki. Podobnie wszystkie dodatkowe zajęcia sportowe odbywające się przy szkołach (np. karate, judo, taniec) są płatne. Oferta klas sportowych jest z kolei bardzo ograniczona. Oznacza to, że dla dzieci z uboższych rodzin dostęp do niektórych (droższych, ale zwykle też bardziej atrakcyjnych) dyscyplin sportowych jest w zasadzie niemożliwy.


Podobnie zresztą wygląda sprawa promocji. Choćby dobre wyniki młodych żeglarzy i żeglarek nie są nigdzie odnotowywane. Ciekawe więc, na czym ta długofalowa strategia Ministerstwa polega…


Następna rzecz, która również wprawiła mnie w zadziwienie, to forma tekstu pani Minister Muchy. Nie dość, że pisze w takiej formie, jakby zwracała się przede wszystkim do dorosłych („Szanowni Państwo”, wspomniane już: „sine qua non”), to pisze też w taki sposób, jakby zwracała się jedynie osób płci męskiej. Dziwi to, bo przecież to właśnie Minister Mucha chciała, aby nazywać ją „ministrą”. Natomiast tutaj używa tylko i wyłącznie końcówek męskich. Pisze o dostarczaniu wrażeń zawodnikom i kibicom, dziękuje trenerom i organizatorom, życzy zawodnikom sukcesów... Czyżby nie orientowała się, że w Olimpiadzie Młodzieży biorą udział również zawodniczki, wiele jest trenerek, a wśród organizatorów jest też sporo kobiet? Te słowa istnieją przecież w słowniku w przeciwieństwie do pojęcia „ministra”. 


Następne strony w Informatorze to w zasadzie promocja Miast i Gmin, w których odbywają się zawody w poszczególnych dyscyplinach. Zamieszczone tam informacje wydają się pochodzić z miejskich i gminnych informatorów, przewodników, jeśli nie z Wikipedii. W części notek pojawiają się też informacje dotyczące sportu, ale raczej w sensie infrastruktury, działających tam klubów sportowych i czasem wspomniane są osiągnięcia sportowców z danego miasta czy gminy.


Jedyna notka, która faktycznie jest skierowana do uczestników i uczestniczek OOM została napisana przez Prezydenta Miasta Bydgoszczy Rafała Burskiego i zatytułowana jest „Bydgoszcz kocha sport – a sport kocha Bydgoszcz”, zaś nieformalna i osobista forma tej notki oraz fotografie odnoszące się do sportów wodnych, wydają się potwierdzać prawdziwość tego sformułowania. Jeszcze tylko Pani Prezydent Miasta Zgierza Iwona Wieczorek, dała jedynie hasło: „Zgierz, czas na zwycięzców” oraz zdjęcia obiektów sportowych w Zgierzu, co wygląda dość sympatycznie i zachęcająco.


W większości pozostałych informacji, oprócz zdjęcia danego prezydenta, burmistrza czy wójta, (chlubnie wyłamał się z tego tylko wspomniany Prezydent Bydgoszczy), znajdziemy między innymi podstawowe informacje o miastach, o ich rozwoju przemysłowym. Ale czy naprawdę młodych zawodników i zawodniczki interesuje to, że np. w Radomsku prężnie działa Regionalna Izba Przemysłowo-Handlowa, że to miasto jest właścicielem ogromnych terenów inwestycyjnych usytuowanych przy drodze Katowice – Warszawa („Oferowane obszary są niezabudowane, ekologicznie czyste i mają bardzo dobrą dostępność transportową”) oraz, jakie firmy zainwestowały już w radomszczańskiej strefie? Możemy znaleźć też informacje na temat bogatej oferty turystycznej danego miasta czy gminy, w tym - typowe informacje z tradycyjnych przewodników. Warto przywołać choćby opis kościoła parafialnego p.w. św. Bartłomieja w Dobryszycach – „Jest to budowla jednonawowa, z wyższym prezbiterium, dwiema zakrystiami, fasadą o trójkątnym szczycie wspartym na czterech kolumnach doryckich”. Jako historyczka sztuki rozumiem ten opis, ale już moim studentom i studentkom muszę tłumaczyć, czym jest prezbiterium lub na czym polega porządek dorycki, jestem więc przekonana, że te informacje dla młodych zawodników i zawodniczek żadnego znaczenia nie mają, a przede wszystkim są niezrozumiałe. Zaś jako osoba, która wykłada między innymi turystykę kulturową, wiem doskonale, że obecnie nie tak wyglądać powinna promocja turystyki, zwłaszcza, jeśli kierowana jest do ludzi młodych.


To jeszcze nie wszystko, informacje przewodnikowe nie rażą tak bardzo, jak pisanie o inwestycjach czy zachęta do korzystanie z elitarnych atrakcji. Np. Prezydent Miasta Częstochowy pisze o stadninach koni czy kortach tenisowych, a Burmistrz Miasta Wieliczka zaprasza miłośników aktywnego wypoczynku do Solnego Miasta, „gdzie można skorzystać z basenu, sauny, jacuzzi, siłowni”, z kolei pani Burmistrz Miasta i Gminy Wolbórz pisze: „Można również odprężyć się korzystając z odnowy biologicznej w ekskluzywnym spa, które oferuje centrum kongresowe Magellan”, a przy okazji też wskazuje na wolne tereny inwestycyjne. Są to więc oferty skierowane do bogatych, no i zdecydowanie nie do dzieci. Gmina Uniejów z kolei chwali się termalnymi uzdrowiskami, zachęcając między innymi do odwiedzenia czterogwiazdkowego Hotelu Spa. Komentarz wydaje się zbędny.


Rozumiem potrzebę promocji małych miast i gmin, ale nie rozumiem, dlaczego musiała ona znaleźć się akurat w informatorze dla zawodniczek i zawodników finałów Ogólnopolskiej Olimpiady Młodzieży. Zresztą w poprzednich latach te informatory wyglądały podobnie, tylko, że nie miałam czasu, aby się w nie wczytać. W dalszej części informatora znajdziemy terminarz zawodów. Brakuje jednak informacji o ilości zawodników i zawodniczek, którzy do tej olimpiady się zakwalifikowali, co dla wielu jest już sporym wyczynem. Nie zachęca się do dalszego trenowania, nie wskazuje na to, jakie profity daje sport młodym ludziom. Nie pisze się o zawodnikach i zawodniczkach, którzy osiągnęli sukcesy, choćby na poprzednich Olimpiadach. Nie ma zdjęć zawodów sportowych, które niekiedy są niezwykle widowiskowe.

 


 

Wydaje się, że to właśnie zdjęcia młodych zawodników i zawodniczek, a nie prezydentów, burmistrzów czy wójtów, powinny znaleźć się w takiej książeczce. To dzieci, które rezygnują z wakacji, które w przeciwieństwie do swych rówieśników spędzających czas przy komputerze, spędzają go na treningach, to dzieci, z których leje się pot, a niekiedy i krew. Czy otrzymując taki informator mogą czuć się docenione?

 

Nie wiem, w jakim nakładzie wydano tę kuriozalną publikację, ale podejrzewam, że musiał być bardzo duży, bo finaliści i finalistki Olimpiady Młodzieży w Sportach Letnich startowali w 48 dyscyplinach, zaś w wielu z nich było po kilkudziesięciu zawodników i zawodniczek (w żeglarstwie startowało ich ponad 200). Każdy i każda z nich otrzymywali rzeczony informator, z pewnością sfinansowany przez Ministerstwo Sportu i Turystyki, ale tylko w małym stopniu skierowany do nich samych. Cały ten informator jest więc zaprzeczeniem tego, co pisze Pani Minister Joanna Mucha w pierwszym zdaniu swojego tekstu o rozwoju i promocji sportu dzieci i młodzieży. Bowiem po przeczytaniu go ma się wrażenie, że dzieci trenujące sport nie mają tu żadnego znaczenia…

Krytycy a sport

izakow2

Magda Ujma na swoim blogu dała mi prztyczka w nos za to, że się wywnętrzam i piszę o swoich wypadach na biegówki. Ale przy okazji napisała ciekawy tekst, pytając o styl życia krytyków i wskazując, że w naszym (krytyków) przypadku niezwykle trudno jest rozdzielić życie zawodowe od prywatnego:

 

"Często w pracy spotykamy się wszak z takim postawieniem sprawy: z poczuciem nieustannego wymieszania, przyjaźnienia się z ludźmi, którymi się zajmujesz zawodowo, z łączeniem wyjazdów na wakacje z Biennale Weneckim (tradycyjny cel masowych pielgrzymek polskiego świata sztuki) i nieustanne poczucie bycia w pracy, niosące ze sobą w efekcie zmęczenie, zmęczenie i jeszcze raz zmęczenie."

 

Zgadzam się z tym, ale tylko częściowo, bo nie uważam, że musi towarzyszyć temu poczucie nieustannego zmęczenia. Wszystko zależy od tego, co kto lubi. Dodam jednak, że bycie krytykiem traci w zasadzie status zawodu, staje się raczej hobby lub - może nawet właśnie stylem życia, na który składa się bywanie na wernisażach, poruszanie się w określonych kręgach znajomych, rozmowy dotyczące sztuki, odbywanie podróży artystycznych, podczas których bardzo często towarzyszą nam najbliższe osoby. To oczywiście również ślęczenie przy komputerze. Zgadzam się jednak z Magdą, że nie ma to już nic wspólnego z figurą "krytyka przeklętego".

 

Dalej pisze ona:

 

"Dobra kondycja fizyczna i bycie krytyczką / krytykiem? Czy taka osoba ma w ogóle szansę na wiarygodność? Krytyczki i krytyków kojarzy się zazwyczaj z tymi, co uprawiają nasiadówy w knajpach, plotkując i przesiadując długo w noc w niedoświetlonych miejscach, gdzie spotyka się artystyczne środowisko. Jeśli jednak rzeczywiście poznać style życia krytyków i to w jakiej przedziałce społecznej się sytuują, to widać chyba raczej biedę, brak perspektyw i jałowość własnej działalności: kompletny brak poczucia tego do kogo się feruje oceny i w jakim celu. Krytyka jest rodzajem środowiskowej gry, albo – co jeszcze gorsze – rytuału. Taki krytyk bardziej niż w knajpie i bardziej niż w galerii czy pracowni artystów, siedzi przy kompie. To on jest źródłem jego wiedzy i skarbnicy społecznych zachowań."

 

Kończąc swój tekst wskazuje jednak, "że w aktywności fizycznej da się wiele wycisnąć dla różnych potrzeb. Można biegać maratony, można pływać, można uczęszczać na siłownię, grać w gry zespołowe. Ta ostatnia opcja w moich oczach odpada, zespołowość nie rymuje się z krytykami. Tutaj może nie tyle agresja, co ćwiczenie sobie a muzom, ale przy innych, bez ich udziału, bez współzawodnictwa, ale i konieczności współpracy. Biegówki akurat się w takie wymagania wpisują, ale i maratony i zwykły, pospolity fitness".

 

A ja bym jeszcze dorzuciła do tego modną w ostatnim czasie jogę. Ćwiczy przecież zarówno ciało, jak i umysł, uczy harmonii i równowagi, tak niezbędnej dla działalności krytyka. Może być też żeglarstwo jako wyraz wolności i obcowania z żywiołem. Podobnie zresztą - inspirujące mogą być górskie wspinaczki. Dla krytyków, którzy lubią walczyć - proponowałabym karate czy inne odmiany sportów walki, w końcu działalność krytyka bywa nieustającą walką. A dla tych, którym sztuka nie jest w stanie dostarczyć odpowiednio niezwykłych wrażeń - warto polecić sporty ekstremalne. 

 

Zresztą krytyk musi mieć dobrą kondycje fizyczną, bywa, że zwiedzanie wystaw łączy się z przemierzaniem długich, kilku- lub nawet kilkunastokilometrowych tras (tak było chociażby w przypadku ostatnich Documenta), a i wspomniane przez Magdę nasiadówy wymagają dobrej kondycji.

 

Sport może być źródłem inspiracji zarówno dla krytyków, jak i artystów, dość wspomnieć boks, o którym pisałam już dawno temu. Z jego uprawiania, jak i oglądania czerpie się przyjemność, podobnie przecież jak z obcowania ze sztuką. Z pewnością jedno i drugie daje też szansę na ucieczkę od codzienności i rutyny.

 

Oczywiście nie można zapominać też o tym, że sport i dbanie o własną kondycję fizyczną są mocno związane z charakterystycznym dla ery konsumpcyjej inwestowaniem we własną tożsamość oraz dbałością o fizyczną "powłokę". No cóż, takie czasy, że nawet krytyk musi myśleć o własnym "lifstajlu".

 

I na koniec kontynuując tematykę zimową (choć za oknem niestety zimy już nie widać), przykład pracy z pogranicza sztuki, sportu i designu: film Jacoba Suttona "L.E.D. Surfer":

 

Jacob Sutton’s L.E.D. Surfer on Nowness.com.



Boks w sztuce

izakow2

Niebawem w „Obiegu” ukażą się podsumowania roku 2009. Pisząc swoje podsumowanie, zdałam sobie sprawę z tego, że nie był to najlepszy rok dla polskiej sztuki. Ale miały miejsce inne ciekawe, widowiskowe wydarzenia. Jednym z nich była walka Pudzianowskiego z Najmanem podczas Konfrontacji Sztuk Walki, która przyćmiła wcześniejszy pojedynek bokserski Gołoty i Adamka. Pudzianowski poszedł na Najmana jak maszyna i dosłownie go staranował (przy okazji taranując niemalże również sędziego) i jeśli ktoś przeoczył pierwsze sekundy walki, przeoczył cały mecz.




Walka ta stała się tematem jednego z nowszych obrazów The Krasnals. Komizmu scenie walki dodają absurdalne komentarze w dymkach na temat miłości. Bodaj to fragmenty tekstu jednej z piosenek Agnieszki Chylińskiej, na co wskazuje tytuł obrazu: "Nie mogę cię zapomnieć - Zaraz cię zniszczę/ Agnieszka Chylińska vs Mariusz Pudzainowski vs Marcin Najman". Obraz został wystawiony na aukcji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy (a na marginesie dodam, że szkoda, iż inni polscy artyści nie wchodzą w tego rodzaju aukcje, bo abstrahując od tego, że na pewno jest to sposób na podniesienie popularności, to jest to również sposób na przybliżenie społeczeństwu sztuki, która wciąż egzystuje jakby poza tym wszystkim, co aktualnie się dzieje).

 

Wracając do boksu. Fascynacja nim nie jest wcale aż tak odległa od fascynacji sztuką. Jedno i drugie to dotykanie ekstremum, wyjście z konwencji, gra na silnych emocjach, a także, było nie było, zabawianie widzów. Toteż w historii sztuki najnowszej nieraz pojawiały się pojedynki bokserskie czy sięganie do tematu walki.


Dadaista Arthur Cravan był pisarzem i bokserem amatorem, w 1916 roku wyzwał na pojedynek mistrza świata wagi ciężkiej, Jacka Johnsona i został znokautowany już w pierwszej rundzie.

 


Po Cravanie ślad wszelki zaginął, gdy wypłynął małą łódeczką z Meksyku na Morze Karaibskie. Joseph Beuys z kolei w 1971 roku stoczył mecz bokserski na rzecz demokracji bezpośredniej, której był zwolennikiem. Bokserów i inne gwiazdy sportu portretował kilkakrotnie Andy Warhol, zafascynowany ich sławą (a ta była przecież dla niego najważniejsza). Wśród tych portretów nie mogło zabraknąć słynnego Muhammeda Ali.



Akcjonista, Otto Muehl na cześć tego ostatniego stworzył akcję „Ten Rounds for Cassius Clay” (Cassius Clay to wcześniejsze nazwisko Muhammeda Ali, przed jego przejściem na muzułmanizm). Przeróżne przedstawienia odnoszące się do tematu boksu znajdziecie też na blogu trompon metabiotico, który za temat obrał sobie właśnie sztukę i boks.


We współczesnej sztuce polskiej przedstawienia bokserów, między innymi Gołoty, pojawiają się u Marcina Maciejowskiego. W tym pobieżnym przeglądzie nie może też zabraknąć Zuzanny Janin, która stoczyła pojedynek bokserski z Przemysławem Saletą (I love you, too, 2001). Bo dziewczynki też lubią boks.

 


The Krasnals nie mogli obrać lepszego tematu, podejrzewam, że obraz zostanie sprzedany za bardzo wysoką cenę.


Fascynacje dużych dziewczynek

izakow2

Na marginesie wystawy „Zabawy dużych chłopców” w warszawskiej Galerii Appendix2, która, choć krytycznie odnosi się do walki, przemocy i wojny, i na którą bardzo chciałabym się wybrać, zaczęłam się zastanawiać nad tym, czy ta wystawa przewrotnie nie utwierdza jednak pewnych mitów: mężczyzny zafascynowanego walką, wiecznego wojownika, zdobywcy, lub choćby chłopca (małego bądź dużego), który bawi się żołnierzykami i który marzy o tym, aby się bić, by brać udział w prawdziwej walce.


Nie wiem tego, może te mity są i utwierdzane i obalane zarazem? Pojadę, to się przekonam.


Ale od razu przyszły mi do głowy fascynacje kobiet. Bo to przecież nie tylko: koronki, szydełkowanie, obieranie ziemniaków i inne, żmudne i nudne zajęcia.


To również walka i przygoda.


Kobiety wojowniczki pojawiają się choćby w kulturze popularnej, fascynując małe i duże dziewczynki.


To m.in.: Mulan (Fa Mu Lan - chińska dziewczyna., która zastąpiła na polu bitwy swego ojca, okryła się w boju chwałą, a potem wróciła do rodzinnej wioski i zamieszkała w rodzinnym domu, bohaterki Ukrytego Smoka, Przyczajonego tygrysa, Lea i Amidala z Gwiezdnych wojen, Trinity z Matrixa, Lara Croft czy bohaterka odgrywana przez Umę Thurman w „Kill Bill”.


 

Przy tworzeniu tych wizerunków autorzy najczęściej czerpali z tradycji wschodnich sztuk walki, nawiązują do wschodnich podań i legend, w których żywy jest mit kobiety-wojownika.


Stanisław Tokarski w książce Sztuki walki. Ruchowe formy ekspresji filozofii Wschodu, przywołuje podania związane z powstaniem określonych stylów walki w Kung Fu. I tak na przykład Styl Białego Żurawia (Pai Huo) [Bai He Quan] opracowała Ji Niang [Fang Qiniang], córka mistrza Fang Huishi, obserwując nad rzeką kroki i ruchy tego ptaka, które przez następne lata stały się przedmiotem jej studiów. Legendę przytacza, w jednym ze swych niezwykłych opowiadań, Maxine Hong Kingston:


"Owa córka mistrza kształconego w Siao-lin, świątyni zakonu mnichów walczących, była już wówczas doświadczoną zawodniczką walczącą na kije. Pewnego dnia, kiedy czesała włosy, ujrzała białego żurawia, który przyfrunął tuż pod jej okno. Dla zabawy chciała dźgnąć go żerdzią, lecz ptak odepchnął kij na bok jednym miękkim muśnięciem skrzydła. Zdumiona tym dziewczyna wybiegła na dwór i próbowała strącić żurawia kijem z grzędy, na której siedział. Ptak przełamał żerdź na pół. Dziewczyna poznała wówczas, że ma do czynienia z potężną siłą, i zapytała ducha białego żurawia, czy nauczy ją walczyć. Ptak wrócił później pod postacią starca i przez wiele lat uczył dziewczynę boksu" (Kingston Kobieta wojownik. Wspomnienia z dzieciństwa pośród duchów1992).


Inny styl, walki: Ving Tsun Kuen [Yim Wing Chun, Yongchunquan] (Pięść Pięknej Wiosny) założyła zakonnica Ng Mui [Wumei] uratowana wraz z grupą Pięciu Starszych z pożaru w klasztorze Shaolin, co miało miejsce pomiędzy 1662 a 1722 rokiem. Ng Mui również obserwowała ruchy zwierząt, budując fundamenty nowego stylu. Styl ten przekazała swojej uczennicy Ving Tsun [Ving Chun, Yan Yongchun] (Piękna Wiosna), która wraz z ojcem w związku z oskarżeniami, które na niego spadły, uciekła z rodzimego Kantonu w rejon góry Tai Leung (Chai Har). Tam właśnie przebywała po ucieczce z Shaolin Ng Mui, a po spotkaniu kobiety te zaprzyjaźniły się ze sobą. Ving Tsun słynęła ze swej niezwykłej urody, co spowodowało, że jeden z lokalnych złoczyńców chciał ją zmusić to małżeństwa, choć ta miała zostać żoną kogoś innego. Wtedy mniszka Ng Mui zabrała dziewczynę w góry i uczyła ją dniami i nocami Kung Fu, aż w końcu dziewczyna mogła stanąć do walki z jej prześladowcą i go pokonać. Ng Mui udała się następnie w podróż po Chinach, ale wcześniej poprosiła Ving Tsun, by ta obiecała jej, że przekaże dalej tradycję Kung Fu. Ving Tsun po zawarciu małżeństwa uczyła stylu przekazanego jej przez mniszkę, swojego męża Leung Bok Chau, który przekazał go swoim następcom. Tak narodziło się praktykowane do dzisiaj w Chinach Ving Tsun Kung Fu. Inna kobieta, córka ostatniego cesarza dynastii Ming, stworzyć miała Styl Płonącego Smoka (Huo Long Pai, lub raczej: Huolonggong lub Hulongquan).


Te podania, legendy mogą działać na wyobraźnię.


Znam dziewczynki, małe i duże, które lubią się bić. Ale w końcu, czy to coś złego??? ;-)

Nie Olimpiadzie w Pekinie! - u Anny Syczewskiej

izakow2

W mediach wydaje się dominować teraz sport. Temat sportu został też podjęty przez Jarka Lubiaka i Kamila Kuskowskiego na wystawie „Doping” (Galeria Piekary, Poznań, 10.06 - 10.07.2008).


O wystawie piszę w „Obiegu”. Tu chciałam jedynie zaprezentować pracę Anny Syczewskiej (bez tytułu, 2008), chyba najciekawszą na całej tej wystawie.



 

Ta praca wpisuje się w szereg prac artystycznych, używających motywu drutu kolczastego, o których pisałam już jakiś czas temu w notce na temat drutu kolczastego jako elementu estetycznego oraz w odniesieniu do prac Christopha Roddego i Mircei Cantora


Kolczasty drut jest jednym z bardziej popularnych motywów we współczesnej ikonosferze, ukazuje, jak symbolika związana z Holocaustem, przenika do wyobraźni masowej. Ale pojawia się też jako symbol protestu, jak w pracy Syczewskiej.



 

Artystka ułożyła z tego drutu olimpijski symbol, wskazując najpewniej na przemoc związaną z zbliżającą się Olimpiadą w w Chinach, w kraju, w którym panuje komunizm, ale połączony z krwiopijczym neoliberalizmem; w kraju, który ma chyba największą ilość taniej siły roboczej (ludzi pracujących w sweat-shopach, w nieludzkich warunkach, za podłe wynagrodzenie); w kraju, który zaprowadził okupację Tybetu i dąży do eksterminacji Tybetańczyków, w kraju, który nie cofa się przed zabijaniem i upokarzaniem ludzi; który stosuje rozwiązania siłowe do duszenia wszelkich przejawów protestu, w kraju, w którym panuje cenzura i gdzie w więzieniach w nieludzkich warunkach przetrzymuje się więźniów. Ale zarazem w kraju, który jest gospodarczą potęgą.



 

Oprócz olimpijskiego symbolu, na pięciu fotografiach przedstawiona została sportsmenka w czerwonym stroju, która ćwiczy z obręczą wykonaną również z kolczastego drutu. Użyte zostały tutaj te same kółka, które tworzą olimpijski symbol, każda z fotografii odnosi się do jednego z nich. To, co najbardziej zwraca uwagę, to ciało kobiety, które w przypadku każdego zdjęcia ma bezpośredni kontakt z kolczastym drutem, co wskazuje na przemoc, z która wiąże się Olimpiada. Nie widzimy bólu na twarzy dziewczyny, jednakże jest on łatwy do wyobrażenia. Przedziwny spokój tej postaci, oszczędność środków, czystość i estetyka wskazują również na ów estetyczny wymiar sportu. Sport to przede wszystkim widowisko, w którym ciemne strony brud, krew i pot pozostają najczęściej niewidoczne, możemy być pewni, że to wszystko pozostanie dalej w ukryciu podczas Olimpiady w Pekinie, która, w co nie powinniśmy w to wątpić ani przez chwilę, pociąga za sobą szereg ofiar, ludzkich nieszczęść i tragedii.



© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci