Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

krytyka

O krytyce zaangażowanej

izakow2

 

Podczas niedawnego zamieszania dotyczącego tekstu Karoliny Plinty na temat wystawy Roberta Maciejuka i Honzy Zamojskiego "Góra i dół", w którym szczególnie oberwało się temu ostatniemu, jak bumerang powrócił problem kryzysu polskiej krytyki artystycznej.


Honza nie wytrzymał i wysłał do redakcji „Szumu” list, w którym zarzuca Plincie operowanie stereotypami, sprowadzającymi Czechów do piwa, knedliczków i prymitywnego humoru. O głębszą analizę pokusił się Iwo Zmyślony zauważając, że poziom tekstu Plinty dorównuje bluzgom rzucanym niegdyś pod adresem Hasiora przez oburzonych widzów wystawy, a problem z tego rodzaju krytyką polega na kompletnej ignorancji oraz banalizacji sztuki, zwłaszcza, że stwierdzenia o złej sztuce nie są tu uzasadnione argumentami merytorycznymi.


Nie mam jednak zamiaru odnosić się do tej dyskusji, ani wnikać w intencje Karoliny Plinty (nie bardzo wiem zresztą, o co w ogóle chodziło w jej tekście), chcę natomiast zapytać o to, co w ogóle stało się z krytyką?


To pytanie było już podnoszone wielokrotnie, w ostatnim czasie pisali na ten temat między innymi: Magda Ujma - o bezbrzeżnej nudzie krytyki, Dorota Łagodzka - o jej jałowości, Jakub Banasiak - o archipelagizacji i wirtualizacji czy wspomniany już Iwo Zmyślony. Ten ostatni, przywołując Adorna, który postrzegał filozofię jako krytykę, zaproponował, aby traktować krytykę jako filozofię – „tylko tą drogą możemy stawić czoła własnym ograniczeniom, zachwiać dyskursem od wewnątrz, przełamać myślowe nawyki, wyruszyć na poszukiwania nowego paradygmatu”. To piękne założenie, pytanie tylko, czy ten postulat ma szansę sprawdzić się w naszym – lokalnym kontekście, gdzie sztuce towarzyszą powszechne niezrozumienie i abnegacja. Prace artystyczne traktowane są najczęściej jako wybryki zblazowanych artystów. Sztuka nie jest doceniana jako obszar rozwijania wyobraźni, nie docenia się też jej roli dla demokracji. A przecież pokazuje ona różne punkty widzenia, wydobywa różnorodność poglądów, a zarazem uczy nas „jak różnić się pięknie”, ale też zwraca uwagę na trudne problemy społeczne (można tu wspomnieć choćby wystawę zorganizowanej przez Monikę Weychert Waluszko „Domy srebrne jak namioty”, która stała się też znakomitą okazja do rozmowy na temat polskich Romów).

 

To właśnie niezrozumienie istoty demokracji, a może wręcz niechęć do niej każe prezesowi Kaczyńskiemu dzielić sztukę na dobrą i złą – destrukcyjną. Jeśli wskazał on, że miejscem dla tej ostatniej powinien być tylko obieg prywatny, to oznacza to zapowiedź zrobienia porządku ze sztuką niepokorną.


Ale tego rodzaju ignorancja pojawia się nawet wśród osób zajmujących się sztuką. Dużo do myślenia dały mi prace zaliczeniowe, które zadałam studentom jednej z uczelni artystycznej. Postawiłam dość proste pytanie: czy wiedza o sztuce współczesnej jest potrzebna dla twojej praktyki artystycznej? Odpowiedzi były oczywiście w przeważającej części twierdzące, ale wielu studentów i studentek pisało o tym, że sztuki współczesnej nie rozumieją, że denerwuje ich twórczość, która wymaga dodatkowych komentarzy, bo bez nich nie są w stanie o współczesnych pracach nic powiedzieć, niektórzy pisali też, że sztuka ich bulwersuje. Natomiast podczas zajęć okazało się, że nikt nie nauczył ich do tej pory (a byli to już słuchacze studiów magisterskich) analitycznego patrzenia na sztukę oraz jej interpretacji. Można powiedzieć: patrzyli i nie wiedzieli, co widzą. Zgadzam się z konstatacjami m.in. Krzysztofa Pomiana, który pisał o tym, że nasze społeczeństwo cechuje analfabetyzm wizualny. Wracając w tym miejscu do postulatu Iwo Zmyślonego – można odpowiedzieć – niestety, ale temu analfabetyzmowi nie zaradzi krytyka jako filozofia. Czy nie dlatego teksty krytyczne nie są czytane, bo są właśnie zbyt filozoficzne, zbyt trudne, zbyt hermetyczne? Może więc należałoby zejść z wyżyn naszych uczonych mikroświatów i wrócić do podstawowych założeń krytyki, jakimi są: tłumaczenie, próba przekładu języka wizualnego na język werbalny, wyjaśnianie, interpretacja, ocenianie. Może więc przede wszystkim powinna ona umożliwić „zobaczenie” pracy artystycznej, a dokładnie – „zobaczenie ze zrozumieniem”. Świetnym pomysłem na realizację tego postulatu był projekt Karoliny Breguły "Biuro tłumaczeń sztuki" .


Oczywiście pytanie pozostaje otwarte, kto, w jaki sposób i przede wszystkim gdzie - na łamach prasy?, w internecie? - ma się tym zajmować? Jak zainteresować czy przyciągnąć odbiorców do sztuki?

 

Warto zastanowić się na początek, jak wygląda dzisiaj rynek pism artystycznych? Swoistym tłumaczeniem sztuki zajmują się wciąż autorzy i autorki publikujący w „Obiegu”, dobre teksty pojawiają się od czasu do czasu w "Dwutygodniku", w „Szumie” jest misz-masz, trochę tekstów i ciekawych dyskusji, a poza tym sporo krótkich notek i fotek, które niczemu nie służą, „Exit” przestał wychodzić, „Arteon” stał się przyczółkiem poglądów na sztukę wyrażonych przez wspomnianego tu Jarosława Kaczyńskiego, „Magazyn Sztuki” ponoć się reaktywował, jest jednak bardzo niszowy.

 

Blogi o sztuce również zamierają. Nim zaczęłam pisać ten tekst, zajrzałam do blogów podlinkowanych do „Obiegu”: większość ostatnich wpisów to listopad lub grudzień 2013, blog „Art Addict” jest rekordzistą – ostatni wpis pochodzi z 29.08.2011 roku. Nie lepsze są „Art Aktualia”  - 8 sierpnia 2012, a tytuł blogu zakrawa w tym kontekście na kpinę. „Blog on Tour" skończył swoje wpisy na relacji z ostatniego Biennale w Wenecji. Aktualny i zmieniany jest tylko blog Wojtka Wilczyka, ale ten nie jest związany z krytyką artystyczną.

 

Nie podlinkowano tu niestety aktualnego i ciekawego blogu „chill-art” ani blogu, który stanowi przykład krytyki zaangażowanej, Doroty Łagodzkiej „Nie-zła sztuka”. Swoją drogą przyglądając się temu ostatniemu, można zauważyć, że autorka pisze o wielu interesujących problemach związanych ze sztuką (np. o dziecięcym artywizmie czy szympansim konkursie malarskim), ale zaczyna coraz częściej omijać szerokim łukiem sztukę profesjonalną. Ja sama publikując notki poświęcone wyłącznie sztuce, mam wrażenie, że nikt ich nie czyta, no może poza jednym Gościem Niedzielnym. Natomiast, kiedy zajmuję się takimi kwestiami, jak gender czy akcje przeciwko przemocy wobec kobiet, od razu zainteresowanie wzrasta – pojawia się mnóstwo polubień i komentarzy. Dużym zainteresowaniem cieszyły się też wpisy o zamieszaniu wokół Arsenału, który w końcu ma zostać przejęty przez Piotra Bernatowicza, który też wie, jaka sztuka jest dobra, a jaka zła. Symptomatyczne jest to, co napisała jakiś czas temu na swoim blogu Magda Ujma, że nie chce jej się pisać o wystawach, bo nikogo to już nie interesuje, może więc należałoby zacząć pisać na tematy niezwiązane ze sztuką. Można przypuszczać, że wspomniane tu blogi umarły śmiercią naturalną, bo ich autorzy i autorki doszli do smutnych konstatacji, że nikt już ich nie czyta...


Wnioski z tego nasuwają się dwa – po pierwsze to potrzeba wspomnianego tłumaczenia sztuki, swoistej pracy u podstaw, której nigdy dosyć, ale po drugie – to potrzeba krytyki zaangażowanej, etycznej oraz świadomej swego celu. Iwo Zmyślony na wyrost pisze o tym, że wyczerpał się dyskurs emancypacyjny. Jeśli chodzi o polską krytykę artystyczną, to nie sądzę, żeby można było ją określić jako „emancypacyjną” (to słowo wydaje się już nieco anachroniczne, a poza tym, kto i w jaki sposób dzięki krytyce miałby być emancypowany?). Owszem, można mówić o krytyce feministycznej, którą cały czas staram się pielęgnować, wydając pismo „Artmix”, które wciąż cieszy się dużą poczytnością.  Nie chodzi jednak o emancypację, ale świadomość wagi podejmowanych problemów, o pisanie o sztuce, która daje nam coś więcej niż chwilowe zaspokojenie nudy. 

 

Wydaje się, że to właśnie dyskusje i zainteresowanie kwestami społecznymi – problematyką gender, sprawami mniejszości, akcjami społecznymi, ekologią i prawami zwierząt, ale też szeroko pojętym artywizmem, sprawami związanymi z instytucjonalizacją sztuki, funkcjonowaniem tych instytucji, złą sytuacją artystów wciąż domagają się zajęcia stanowiska, przyciągają uwagę, ale też pokazują, jak bardzo na tym tle potrzebna jest sztuka. To, co łączy te dwa postulaty to określenie roli sztuki w kontekście społeczno-kulturowym, a to oczywiście wcale nie jest łatwe…


Trochę o tym problemie mówi praca artysty wspomnianego na początku tego wpisu - Honzy Zamojskiego "Anarchia", która prowokuje pytanie - czy sztuka jest obszarem nieskrępowanej wolności i wyzwalania czy może raczej kłamstwem, a może tym, co jest pomiędzy tymi obszarami?



Banasiak o archipelagizacji krytyki

izakow2

 

Muszę pisać tu częściej, bo gdy przejrzałam częstotliwość wpisów, to ze wstydem stwierdziłam, że notki na blogu pojawiają się mniej więcej raz w miesiącu... Mobilizują jednak komentatorzy na blogu oraz facebooku. Ostatnio poproszono mnie, abym napisała o cyckach Maurycego Gomulickiego i o waginie Courbeta (proszę wybaczyć, ale może innym razem!). Mobilizują też wzmianki o moim blogu w tekstach innych. Z przyjemnością przeczytałam, że Straszna Sztuka znalazła się w Top 10 polskich blogów o sztuce autorstwa Patryka Chilewicza.


Mój blog został też doceniony przez Jakuba Banasiaka w tekście pt. "Archipelag, link, troll. Krytyka dzisiaj" zamieszczonym w "Dwutygodniku", co jest dla mnie sporym zaskoczeniem, bo wydawało mi się, że Kuba jest mi raczej nieprzychylny. W tekście o współczesnej krytyce artystycznej zwrócił on uwagę na to, że, jeśli chodzi o "Obiegowe" blogi konstans utrzymuje jedynie Straszna sztuka, a reszta powoli umiera.


Próbując wniknąć w przyczyny spadającej popularności blogów o sztuce, Banasiak wskazuje między innymi na facebook oraz wiążącą się z nim archipelagizację struktury pola krytyki artystycznej. Przyznaję, ja też zastanawiałam się kiedyś nad tym, jak facebook zabija krytykę artystyczną. Mi samej, zamiast pisać kolejną notkę, jest łatwiej dać na facebooku jakiś link, zamieścić fotkę, napisać tam krótki komentarz. Nawet czytelnicy Strasznej sztuki, częściej wpisują komentarze odnośnie moich wpisów zamiast na blogu, na facebooku. Z pewnością facebook rozleniwia i psuje krytykę. 


Ale wracając do tekstu Jakuba Banasiaka, zgodnie z zasadą "jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie", muszę pogratulować autorowi wnikliwej oceny tego, co dzieje w polu polskiej krytyki artystycznej. Jego obserwacje wydają mi się na tyle trafne, że pozwolę sobie przytoczyć kilka z nich.


Pierwsza: "mnogość, czy wręcz polifoniczność tytułów prasowych, blogów, Facebooka itp. nie skutkuje ożywieniem, ale przeciwnie – wyciszeniem dyskursu krytyczno-artystycznego".


Dalej: "demokratyzacja i rozwój internetu doprowadziły do tego, że tekst zamienił się w link – link do wypowiedzi Doroty Jareckiej pierwotnie opublikowanej w głównym grzebcie „Gazety Wyborczej”, link do wpisu na blogu i link do wydarzeniu na Facebooku".


Na marginesie dodam - dzisiaj cała kultura jest hipertekstem, nie uciekniemy już od tego!


Następne ważne spostrzeżenie Banasiaka dotyczy braku dyskusji:


"Bo dzisiejsza krytyka jest właśnie archipelagiem niepodległych wysepek, gett, w których każdy prawi swoje mądrości: krytycy gazetowi swoje, krytycy z okolic środowiskowego mainstreamu swoje, krytycy „niezależni” swoje, „drugi obieg” swoje, „wykluczeni” swoje, „Obieg” swoje i Karolina Plinta swoje. A wszyscy oni są tylko sumą linków do konkretnych tekstów, nie kreują ani polemik, ani szkół myślenia, ani, tym bardziej, środowisk."


No i wspomniana już rzeczywistość facebooka:


"Wydawało się, że internet to potęga komunikacji, jednak masa krytyczna została już chyba przekroczona i teraz mamy do czynienia z potęgą alienacji – separacji zarówno bytów wirtualnych, jak i realnych. I tak, jak ułudą jest posiadanie 765 „przyjaciół” na Facebooku, tak ułudą jest „dyskusja” o sztuce zredukowana do zdań pojedynczych, epitetów i monosylab. Bo po archipelagizacji i linkoizacji dodajmy w końcu „trollizację”, czyli fenomen tyleż banalnego, co bezwstydnego komentowania wszystkiego co się rusza".


I dalej: "nie twierdzę, że dziś krytyka nie istnieje; twierdzę, że się ze sobą nie spotyka. (...) Bo to nie jest tak, że nie ma tekstów. Teksty są, jest nawet potok tekstów, tyle że migotliwych, pulsujących przez moment i zaraz znikających w otchłani internetu. Jak memy, jak wpisy na Facebooku".


No i  "mamy więc archipelag wysp krytyki artystycznej, gdzie każdy linkuje na potęgę, ale nikt ze sobą nie rozmawia – co najwyżej wstuka coś szybko między oglądaniem jednej strony a aktualizowaniem Facebooka".  

 

Banasiak proponuje więc stworzenie wspólnej płaszczyzny dyskusji. Kuba, jeśli chodzi o ten tekst - chapeau bas, tylko gdzie do choinki, jeśli nie w internecie, miałaby powstać taka płaszczyzna? I czym miałaby być - jeśli nie spełnia już oczekiwań "Obieg", blogi o sztuce, jeśli facebook utwierdza tylko wspomnianą przez Ciebie archipelagizację? Trochę się obawiam, że od tej sytuacji nie ma już odwrotu.


Sama zresztą coraz częściej traktuję ten blog jako swoją zewnętrzną pamięć, więc nawet nie martwi mnie aż tak bardzo brak komentarzy, choć pod niektórymi notkami zdarza się ich całkiem sporo. Ale, podobnie, jak Kubie Banasiakowi, też mi brakuje dyskusji o sztuce współczesnej, o tym, co się w niej zmienia, o fałszywej jej polityzacji, o radykalizacji poglądów, o odwrocie od wizualności, o estetyce relacyjnej itd. 


Martwi mnie też inna rzecz, o której akurat nie pisze Kuba - jego konstatacje dotyczą przecież krytyki artystycznej - ja zauważam, że dużo bardziej gorące dyskusje są w stanie wywołać wpisy o kulturze popularnej. Czy to oznacza, że sztuka zaczęła nas nudzić?


W ramach mojego postanowienia, aby pisać na blogu częściej, pomyślałam sobie, że niebawem napiszę obronę atakowanego przez feministki i pismo "Wprost" programu "Perfekcyjna Pani Domu"... 


Ale Kubo, obiecuję Ci, że jeśli pojawi się postulowana przez Ciebie płaszczyzna dyskusji o sztuce - natychmiast wracam! I mam nadzieję, że wtedy znowu będziemy się spierać!


A co Państwo myślicie o kondycji współczesnej krytyki artystycznej i o spostrzeżeniach Kuby Banasiaka?

© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci