Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

Wszystko

Monika Drożyńska: haft krytyczny

izakow2

 

Linda Nochlin w klasycznym eseju „Dlaczego nie było wielkich kobiet artystek?” proponowała przewartościowania dotyczące tzw. sztuki wysokiej i sztuki niskiej, aby zmienić podejście do rękodzieła jako tradycyjnej domeny kobiet. Choć zniesienie granicy dzielącej te dziedziny postulowali też inni teoretycy, okazuje się, że niezwykle trudno w sposób praktyczny włączyć rękodzieło do dziedziny twórczości artystycznej, traktować je na równi z innego rodzaju sztuką. Sztuki użytkowe znajdują się raczej w domenie zainteresowań etnografów czy antropologów, nie zaś historyków, kuratorów czy krytyków sztuki. Z drugiej strony pojawiają się wciąż artystki (oraz mniej liczni artyści), którzy sięgają do tradycyjnych technik rękodzieła.

 

 


Jedną z nich jest Monika Drożyńska wykorzystująca technikę haftu płaskiego do przepisywania cytatów, fragmentów wypowiedzi, a także napisów na murach, jakie można spotkać w zasadzie w każdym mieście. Tego rodzaju napisy szpecą zwykle nasze otoczenie, zaś Drożyńska haftuje je i umieszcza w typowym hafciarskim tamborku, przez co zyskują estetyczny wyraz. Autorka zderza „męski”, często wulgarny język z „kobiecą” – delikatną estetyką haftu. Niekiedy te przepisane hasła zostają przetworzone np. w formie billboardów i wracają – tym samym – do przestrzeni miejskiej. W ten sposób Drożyńska pokazuje, że forma ma znaczenie, wynosząc haft kojarzący się z tym, co kobiece, prywatne, domowe, uznawane za nieistotne do przestrzeni publicznej, nadając mu tym samym rangę i znaczenie.


 


Miałam niedawno okazję współpracować z Moniką Drożyńską przy jej wystawie w Centrum Sztuki w Staniszowie pod hasłem „Zastąpmy smartfony tamborkami”. Tytuł zwraca uwagę na to, jak bardzo zaniedbaliśmy wspólnotowe działania. Kiedyś uczono młode dziewczęta haftować, aby zyskiwały umiejętność ozdabiania otoczenia. Haftowano dla zabicia czasu, ale też po to, aby ten czas spędzać wspólnie z innymi. Podczas haftowania kobiety przekazywały swą wiedzę młodszym, opowiadały im o tym, jak radzić sobie w życiu. Dzisiaj nie spędzamy już wspólnie czasu przy manualnych czynnościach, nasze ręce najczęściej wędrują po klawiaturach i ekranach smartfonów, coraz rzadziej ze sobą rozmawiamy.

 


Dlatego też przed otwarciem wystawy Monika Drożyńska przeprowadziła warsztaty hafciarskie z kołem Gospodyń Wiejskich, będące edycją szkoły haftu dla pań i panów „Złote rączki”.  Okazało się, że Monika Drożyńska nawiązała znakomity kontakt z paniami. Dołożyły się one do jej pracy „Wyhaftuj się”, wspólnie z nią stworzyły krótki film, a przede wszystkim pokazywały jej rezultaty własnej pracy – haftowane serwety, pocztówki, szydełkowane makatki, figurki, a nawet bieliznę.

 

 

 

 

 

Drożyńska postanowiła włączyć te przedmioty do swojej wystawy, rezygnując też z własnego autorstwa ekspozycji. Tym samym wystawa stała się prezentacją zbiorową z udziałem następujących pań: Marii Pacewicz, Romy Krawętkowskiej, Marii Jurczyk, Wandy Jurczyk, Teresy Paluszczyszyn, Krystyny Wróblewskiej, Iwony Lach Rój, Aliny Sobieraj, Grażyny Barańskiej, Cecylii Kowalskiej i Małgorzaty Cygan. Prace Drożyńskiej znakomicie współgrają z haftowanymi obrusami, serwetkami, tworząc na ścianach galerii coś w rodzaju haftowanego graffiti. A tym samym rękodzieło znalazło się w galerii sztuki.


 


Działania Drożyńskiej są interesujące nie tylko w kontekście pytań o granice między tzw. sztuką wysoką a rękodziełem, ale też ze względu na problem sztuki współpracy. Ostatnio coraz częściej zwraca się uwagę na kwestię partycypacji, skuteczności sztuki, twórczości służącej nawiązywaniu relacji, ale też zauważa się negatywne aspekty tego rodzaju działań, jakimi może być na przykład wykorzystanie pracy innych, potraktowanie ich anonimowo oraz czerpanie przez artystów renty z działań, które włączają do współpracy publiczność.


Jednak w przypadku działań Drożyńskiej, należy podkreślić równościowy charakter współpracy. Panie zostały przedstawione jako współautorki wystawy, zaś w zamian za współpracę artystka podarowała im baner z napisem: „Nie! Dziś Ty zrobisz mi kanapkę”, który zawisł w centrum wsi, na zaniedbanym budynku. Wywołał też dyskusje mieszkańców na temat sztuki oraz tego konkretnego hasła. Nawiązując do wydanej niedawno przez Muzeum Sztuki w Łodzi książki „Skuteczność sztuki” pod redakcją Tomasza Zaluskiego, można więc powiedzieć, że sztuka może być „skuteczna”, zaś metodę obraną przez Monikę Drożyńską można przewrotnie określić haftem krytycznym.

 


 

 

Wystawę Moniki Drożyńskiej i pań z Koła Gospodyń Wiejskich w Staniszowie pod Jelenią Górą można oglądać do 20 maja.


Arsenałowej farsy - ciąg dalszy

izakow2

 

Marek Krajewski, Karolina Sikorska, a w tle: magia prezentacji przygotowanej przez poznańskich urzędników, fot. Galeria Miejska Arsenał w Poznaniu

 

 

Warto rozmawiać?

 

Wczorajsza dyskusja zorganizowana przez pracowników Arsenału dotycząca przyszłości tej instytucji była gorąca, nie tylko z powodu panujących upałów. Poznańskie środowisko związane z kulturą zjawiło się tłumnie, pojawiły się też osoby spoza Poznania, jak np. Wojciech Kozłowski, dyrektor Galerii BWA w Zielonej Górze. Przybyli nieliczni radni oraz urzędnicy: Robert Kaźmierczak – dyrektor Wydziału Kultury przy UM i jego zastępca Marcin Kostaszuk. Na chwilę pojawił się też Dariusz Jaworski wiceprezydent Poznania, odpowiedzialny za decyzję odwołania konkursu na stanowisko dyrektora Arsenału oraz propozycję likwidacji tej instytucji w celu jej ponownego utworzenia w zmienionym kształcie i oddania jej w zarząd organizacji pozarządowej (jeśli oczywiście dobrze rozumiem tę logikę). Niestety prezydent Jaworski nie wysłuchał większości argumentów uczestników dyskusji. Po udzieleniu wywiadów mediom oraz swojej krótkiej wypowiedzi na forum zniknął z Arsenału.

 

 

Pytania o kandydatów

 

Argumenty urzędników nie rozwiały wątpliwości pracowników Arsenału i reszty uczestników dyskusji. Wręcz przeciwnie. Trudno było uzyskać konkretne odpowiedzi na wielokrotnie powtarzane pytania, co właściwie zdecydowało o nagłym przerwaniu konkursu, dlaczego zmieniono reguły gry w trakcie jej trwania, dlaczego zignorowano jury, a jeszcze bardziej – samych kandydatów. Dzisiaj na „Obiegu” pojawił się świetny tekst Moniki Weychert Waluszko, w którym pisze, że jako kandydatka dowiedziała się o odwołaniu konkursu z… Facebooka. Oficjalnie do dzisiaj nie otrzymała żadnej informacji w tej sprawie.

 

Urzędnicy mówili przede wszystkim o tym, że swoją decyzję podjęli, kiedy otworzyli koperty i zobaczyli, że większość osób związana jest organizacjami pozarządowymi. Członkowie jury nie byli pytani w tej sprawie o zdanie. Dyskutanci trzeźwo zauważyli, że obecnie praca w środowisku NGO-sów jest czymś naturalnym, więc to nagłe zaskoczenie jest zupełnie niezrozumiałe. Nie było też wiadomo, o jakie konkretnie osoby i organizacje chodzi, gdyż protokół z posiedzenia komisji do dziś nie zawisł na stronie Biuletynu Informacji Publicznej, większość osób nie znała więc nazwisk dwunastu kandydatów. Urzędnicy też nie potrafili tych nazwisk, ani organizacji wymienić, zapierając się, że naliczyli się przy tych kandydatach aż 24 organizacji pozarządowych.  Marta Smolińska, która miała być członkinią jury, próbowała ratować sytuację i wymienić nazwiska z głowy. Po dłuższym czasie ktoś w końcu znalazł protokół i odczytano nazwiska kandydatów.

 

Całe to tłumaczenie, które znalazło się również w oświadczeniu prezydenta Grobelnego, że: „Kandydaci, którzy wystartowali w konkursie na dyrektora Arsenału, reprezentują prężne środowiska twórcze, zrzeszone w organizacjach pozarządowych. Wybór na stanowisko dyrektora Galerii Miejskiej Arsenał oznaczałby dla nich konieczność zerwania z dotychczasową działalnością w stowarzyszeniu lub fundacji i trudność w korzystaniu z jej potencjału”, w kontekście przedstawionych nazwisk wydało się mocno naciągane. Bo czy to oznacza, że na przykład Marek Wasilewski czy Piotr Bernatowicz mieliby teraz przenieść redakcje swych czasopism do Arsenału i zacząć je wydawać pod egidą galerii? Wydaje się, że oni takiego rozwiązania nie brali w ogóle pod uwagę. Niektórzy z kandydatów są raczej luźno związani z danymi organizacjami, dwóch - nie jest w ogóle. Poza tym, jak pisze Monika Weychert Waluszko odpowiadając prezydentowi: „Dziękuję Panu. Jestem już dorosła i jeśli podejmuję decyzję dotyczącą swojej przyszłości to robię to świadoma wszystkich konsekwencji. Przywiązaniu do działań natury społecznej dałam dowód w proponowanej koncepcji programowej: „Najważniejsze jest nawiązywanie miejskich kooperacji na poziomie lokalnym z organizacjami pozarządowymi i obywatelskimi”. Ich udział brałam pod uwagę od procesu programowania, przez działanie, do ewaluacji. Wydaje się, że tworzenie zaplecza instytucjonalnego dla działań wielu organizacji służyłoby lepiej „połączeniu potencjałów mobilności i elastyczności organizacji pozarządowej z infrastrukturą i dorobkiem samorządowej instytucji kultury”, niż niepewne rozwiązanie proponowane przez Grobelnego”.

 

Podobne opinie przedstawiało wczoraj wielu dyskutantów, urzędnicy nie potrafili jednak przyjąć ich do wiadomości, wciąż obstając przy swoim.

 

 

Magia power-pointa

 

Ludzie przybyli na dyskusję chcieli przede wszystkim rozmawiać, urzędnicy chcieli przede wszystkim pokazywać swoją prezentację. Mimo, że prowadząca spotkanie Ewa Obrębowska prosiła o opowiedzenie tego, co mają w prezentacji, swoimi słowami, zwyciężyła opcja Power Pointa. Prezentacja została przygotowana w taki sposób, aby przede wszystkim było widać logo „POZnan – Know How”, niektóre rzeczy były zapisane drobnym maczkiem, a więc i tak musiały zostać przeczytane. Prezentacja ta opierała się głównie na magii liczb. Pokazano, jak mało pieniędzy Arsenał otrzymuje z ministerstwa (przy czym jedyny fundusz w którymś roku został przeznaczony na książkę Anny Nacher, co uznano chyba za szczególnie wymowny przypadek), pokazywano, jak mało osób odwiedza galerię Arsenał, a także jak wielkie kwoty z rozmaitych funduszy zdobywają inne instytucje i fundacje. Nie wspomniano natomiast w ogóle o tym, jakie wpływy ma Arsenał ze sprzedaży książek czy biletów, o tym, że prywatne fundacje (jak Art Stations) otrzymują dużo większe dotacje, gdyż dysponują dużo większym wkładem własnym, a to w przypadku rozmaitych konkursów liczy się najbardziej. Zignorowano uwagi Marka Krajewskiego, który powoływał się na własne badania, że instytucje publiczne, w tym – galerie, są w gruncie rzeczy dużo sprawniejsze w pozyskiwaniu funduszy z zewnątrz. Poza-kontekstowe, wyrywkowe liczby i zestawienia miały przekonać nas o tym, że nie ma czego bronić. Ta sama prezentacja została już wcześniej przedstawiona dziennikarzom, którzy wiele z tych danych przyjęli niestety jako pewnik i z pewnością ma zostać pokazana Radnym Miasta, którzy mają podjąć ostateczną decyzję...


Nie było tam ani słowa o niematerialnym znaczeniu kultury, wartości przeprowadzanych w galerii programów edukacyjnych, spotkaniach, które były platformą wielu ważnych dyskusji, znaczeniu jedynej miejskiej galerii prezentującej w Poznaniu sztukę współczesną… Galeria Arsenał została potraktowana jak każda inna firma, zaś prezentacja danych liczbowych, jak skwitował to jeden z moich znajomych, byłaby odpowiednia do prezentowania wyników skupu żywca, nie zaś miejsca, gdzie prezentowana jest sztuka współczesna.


Biorący udział w dyskusji prawnik, wskazał, że jeśli to, co zawarte było w prezentacji, ma służyć jako argument do zlikwidowania galerii, to z pewnością ta likwidacja nie będzie zgodna z prawem. Zaś osoby związane ze środowiskiem naukowym nie mogły się nadziwić, jak bardzo niemetodologicznie zostały zaprezentowane dane. Większość z nas miało wrażenie, że mamy do czynienia z jedną wielką manipulacją.

 

 

Spekulacje i Biedronka

 

Większość z uczestników po trwającym ponad trzy godziny spotkaniu zadawała sobie wciąż pytanie o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi. Pozostawały jedynie spekulacje. Jedni spekulują, że może chodzić o Fundację Mediations Biennale, o czym pisze Marta Smolińska w tekście, w którym wskazuje, że liczy na mądrość radnych miasta. Z pewnością w przypadku fundacji, która czerpie dotacje od miasta, a która przeszłaby do Arsenału, takie rozwiązanie dałoby miastu jakieś oszczędności. Może jednak chodzi o coś innego? Inni mówią, że ukrytym celem jest w gruncie rzeczy zagarnięcie bardzo intratnego w mieście miejsca i przeznaczenie je na coś, co przynosiłoby zyski (pokazał to happening anarchistów, którzy wczoraj zmienili Arsenał w Biedronkę), choć urzędnicy zapewniali, że galeria pozostanie na swoim miejscu. Przyznali jednak, że niepewny jest los pracowników. Organizacja pozarządowa może ich zatrudnić, ale nie musi. A po co miałaby ich zatrudniać, jeśli ma już swoich? Trzeba więc wyraźnie podkreślić, że z tą decyzją może wiązać się pozostawienie bez pracy całego zespołu specjalistów.

 


 

 

Zresztą, czy Arsenał faktycznie w tym miejscu pozostanie? Jeśli już galeria zostanie zlikwidowana, w zasadzie wszystko będzie możliwe… Inni spekulują, że chodzi o to, aby zawiesić działalność Arsenału, bo przecież te wszystkie zmiany, odwołanie konkursu, powoływanie nowego, rozstrzygnięcie go lub nie, spowoduje paraliż pracy tej instytucji, tudzież pracę w wielkiej niewiadomej. Kto ma bowiem kierować taką instytucją, której przyszłość stoi całkowicie pod znakiem zapytania, jak przygotowywać wystawy (które zwykle planowane są z rocznym, a nawet dwuletnim wyprzedzeniem)? Czy zastępca dyrektora Karolina Sikorska podejmie się tej niepewnej (w istocie – prekarnej) pracy? Taki paraliż, mówią niektórzy, byłby na rękę miastu, które w tym czasie nie musiałoby finansować galerii lub ograniczyłoby fundusze. A przecież gdzieś trzeba znaleźć pieniądze na remont stadionu i następne wymiany murawy. Dodam tylko, że koszt wymiany murawy to mniej więcej jedna trzecia rocznego (!) budżetu jedynej w Poznaniu galerii miejskiej prezentującej sztukę współczesną… Oto Poznań Know How.


O pochwale sztuki pirackiej i pracy Oli Ska

izakow2

 

W dyskusjach na temat wolnej kultury pojawiają się postulaty, aby nie używać określenia piractwo w odniesieniu do sfery komunikacji kulturowej.  Tak mówi np. Jarosław Lipszyc w kontekście sprawy portalu Chomikuj.pl i w tym przypadku te postulaty mają wymiar strategiczny.

 

Ja natomiast mam całkowicie odmienny postulat, aby o sztuce dokonującej przetworzeń (zarówno tworzonej przez sieciowych anonimów, jak i uznanych artystów), mówić właśnie jako o sztuce pirackiej, aby przewartościować to określenie, zmienić jego negatywny wydźwięk, tak jak kiedyś stało się to z pojęciem queer. Mówiłam o tym na konferencji na UAP-ie "Czy wszystko już było?", a poniżej zamieszczam fragment mojego wystąpienia.

 

Przetworzenia, zawłaszczenia, remiksowanie i samplowanie kultury, sztuka kowerów, recykling kulturowy, brikolaż, plagiaryzm, postprodukcja – już mnogość określeń dotyczących zjawiska, o którym mowa może przyprawić o zawrót głowy. I choć w języku angielskim używa się najczęściej terminu appropration art, to jego polskie odpowiedniki: sztuka zawłaszczania czy sztuka apropriacji, nie brzmią dobrze, dlatego też, podkreślając wywrotowy charakter tego rodzaju działań, chcę zaproponować właśnie termin sztuka piracka.

 

Pierwotne znaczenie pojęcia pirat odnosi się do osoby, która przy użyciu statku lub łodzi dokonuje rabunku innego statku. Piraci dokonywali najczęściej abordażu, a więc walki mającej na celu wejście na pokład obcego statku w celu jego zatopienia, a częściej opanowania i przejęcia. Legendarni piraci owiani są wieloma romantycznymi legendami, w czym utwierdza nas kultura popularna i jej superprodukcje takie jak "Piraci z Karaibów".

 

W przenośni termin ten stosowany jest najczęściej wobec osób kopiujących i sprzedających nielegalnie nośniki z utworami artystycznymi, szczególnie z muzyką. Piratami nazywa się zarówno osoby, które czerpią zyski finansowe z tego procederu, jak i te, które ściągają nielegalnie pliki wyłącznie na własny użytek. Pojęciem tym określa się również kierowców drastycznie łamiących przepisy ruchu drogowego, jednak to znaczenie jest najmniej adekwatne w odniesieniu do sztuki, choć można powiedzieć, że artyści używający pirackich praktyk również nie respektują zasad obowiązujących w świecie sztuki, zaś łamiąc je wyprzedzają innych – poruszających się zgodnie z przepisami i dzięki przywłaszczeniom budując własną karierę (mistrzem tej praktyki jest Maurizio Cattelan, choć również na jego dziełach dokonywany jest abordaż).

 

Piractwo wydaje mi się szczególnie atrakcyjnym terminem ze względu na ambiwalencję tego pojęcia. Bo z jednej strony kojarzone jest z rabunkiem, kradzieżą, łamaniem obowiązujących przepisów, ale z drugiej – przywołuje romantyczną aurę dawnych piratów, może kojarzyć się z wolnością, co zostało wydobyte w kontekście protestów ruchu Anonymous przeciwko porozumieniom ACTA, ze wskazaniem na problematyczność obowiązujących praw autorskich, które, jak wskazują niektórzy, hamują rozwój kultury (Lessing), i w konsekwencji – kojarzy się z walką o dostęp do wolnej kultury, co, nawiasem mówiąc, jest jednym z postulatów międzynarodowej Partii Piratów.

 

Można powiedzieć, że w sposób piracki tworzona jest także część kultury, w tym – kultura Internetu i opisywane przeze mnie wczoraj przykłady artystycznych memów (i postmemów ;). Ambiwalencja piractwa wiąże się również z tym, że większość z nas deklaruje potępienie praktyk pirackich, jednak – czy ktokolwiek mógłby powiedzieć, że ani razu nie był piratem? Podobne sprzeczności wiążą się ze sztuką – większość z nas obstaje przy tradycyjnych postulatach oryginalności, nowości, innowacji, ale z drugiej strony powtarzamy teorie o śmierci autora, o tym, że wszystko już było, a przy okazji doskonale bawimy się przy pirackiej sztuce, rozsyłamy zabawne memy przetwarzające dawne obrazy, a niektórzy – jako artyści – sami dokonują pirackich napaści na dawne dzieła.

 

Takiego abordażu dokonała Aleksandra Ska na pracy Brâncuşiego "Niekończąca się kolumna" z 1920 roku, wystawiając niecały tydzień temu pracę pt. "Obiekt w posiadaniu" (tytuł w tym kontekście jest niezwykle znaczący). 

 

 

Modele kolumny zaprojektowanej do Targu Jiu w Rumunii znajdują się w zrekonstruowanej pracowni Brâncuşiego przy Centrum Pompidou w Paryżu. Całość prezentowana jest za grubą pancerną szybą, a więc kolumny oddzielone są od widzów, niedostępne i niedotykalne.

 

 

Praca Ski, choć jest dokładnym powtórzeniem modeli "Niekończącej się kolumny", wykonana jest z pianki z pamięcią kształtu, jakiej używa się do wyrobu wysokiej jakości materacy.

 

 

Prowokuje ona do dotyku, ugniatania, ściskania, przytulania się. A więc, choć wygląda tak samo, praca zmienia całkowicie percepcję widzów, akcentując zaniedbany zmysł dotyku i pozwalając na fizyczne wzięcie w posiadanie…

 


 

Ola Ska to jedna z wielu artystek należących do "idealnych wnucząt" Duchampa - artysty, który w słynnej pracy "LHOOQ" zderzył martwotę arcydzieł z „napaloną” Moną Lizą, a więc odwołaniem do namiętności i tego, co wydaje się kompletnie nie przystawać do tzw. wielkiej sztuki. Praca Ski Obiekt w posiadaniu, dokonująca abordażu na pracy Brâncuşiego, jest działaniem wpisującym się doskonale w strategię Duchampa – to rozbicie muzealnej szyby, chroniącej wielkie dzieła sztuki, aby dokonać na nich czegoś nieodpowiedniego i niestosownego, domalować wąsy i wskazać na wykluczoną z obszaru sztuki namiętność - w przypadku Duchampa lub jak w przypadku Ski – twardy szlachetny materiał zastąpić miękkim materacem i pozwolić na miętoszenie oraz wzięcie w posiadanie.

 



Tym samym istotnym elementem pracy są reakcje oraz działania publiczności, to właśnie publiczności artystka oddaje w posiadanie przechwycony przez siebie obiekt. W ten sposób jej działania wpisują się w to, co Nicolas Bourriaud nazywa estetyką relacyjną. W naszych czasach bowiem największym problemem jest, według teoretyka, kryzys ludzkich relacji i sprowadzenie ich do poziomu relacji handlowych. Istotne znaczenie zyskuje więc sztuka nastawiona na odbudowanie relacji z innymi, dlatego też powstają projekty artystyczne, których tematem jest współobecność, świętowanie, wspólnotowość i współuczestnictwo. Podobnie zresztą dzieje się w innych pracach Ski, np. w przedstawionym tu niedawno "Osobistym akcie artystycznym".

Postmemy i postfiołki

izakow2

A oto komentarz niejakiej Malwiny De do poprzedniego wpisu:

 

 

Naśladowców Fiołków można z kolei nazwać postfiołkami, oczywiście ;)

 

Podziwiam za szybką reakcję! Kultura netu to jednak dobra zabawa!


Lodowy antypomnik Jerzego Kaliny

izakow2

We Wrocławiu z 9 na 10 listopada 74 lata temu spłonęła synagoga na ulicy Łąkowej. Również w innych niemieckich miastach doszło do zniszczeń. Nazwano te wydarzenia Nocą Kryształową, gdyż ulice zostały zasypane szkłem ze zniszczonych żydowskich mieszkań i sklepów. Możliwe też, że nazwa wzięła się od "krystalizacji", a więc postulatu oczyszczenia narodu niemieckiego z Żydów. Język III Rzeszy pełen był podobnych, eufemistycznych, a zarazem niezwykle znaczących, pojęć odnoszących się do biopolityki, w której ochrona życia (własnego narodu) zbiegała się z walką przeciwko innym, którzy mieli zostać wyeliminowani. 


W tym roku wrocławska Fundacja Bente Kahan w rocznicę Nocy Kryształowej zorganizowała Marsz Wzajemnego Szacunku połączony z prezentacją pracy Jerzego Kaliny pt. "Czarny Kryształ" na dziedzińcu przed synagogą pod Białym Bocianem.

 


 

I choć nie jestem zwolenniczką prac Kaliny, instalacja stworzona z 35 bloków lodu w kształcie macew, przywołująca nazwę Nocy Kryształowej, jest niezwykła, wymowna, a przede wszystkim nie jest to kolejny pomnik, który na trwałe wpisze się w przestrzeń miasta, obok którego przechodzi się obojętnie, ale poruszający antypomnik, dzieło efemeryczne, zanikające, kruche jak sama pamięć. 

 


Bo antypomniki przede wszystkim problematyzują samą pamięć, znikając, wskazują na zapomnienie, na wyrzucanie z pamięci ważnych bolesnych wydarzeń z przeszłości; a w tym przypadku przypadku także na to, że niektóre z tych wydarzeń nie do końca mieszczą się w ramach pamięci zbiorowej, jakby nie pasują, bo mówią o Żydach, a nie o Polakach. To znaczące, że gdy wszyscy mówili o przygotowaniach do Marszu Niepodległości, obchody rocznicy Nocy Kryształowej przeszły niemal niezauważone.


Pierwsze antypomniki powstały w Niemczech w latach 80., autorstwa Jochena Gerza i jego żony Ester Shalev-Gerz oraz Horsta Hoheisela i również odnosiły się do Zagłady. Gerz stworzył w Hamburgu 12 metrowy obelisk - "Pomnik przeciwko faszyzmowi i wojnie", który w całości w ciągu kilku lat zapadł się pod ziemię. Cechą antypomnika jest właśnie zanikanie, a równocześnie problematyzowanie pamięci zbiorowej i znaczenia pomników w przestrzeni publicznej. Antypomniki, jak pisze Piotr Piotrowski, zachowują milczenie w obliczu zbrodni, a często też prowokują do interaktywności. W przypadku pomnika Gerza było to umieszczanie przez przechodniów na powierzchni obelisku swoich przemyśleń. 


Chodzi również o to, że pomniki odciążają naszą pamięć, usprawiedliwiają nas w niepamiętaniu, natomiast antypomniki, jak pisze Paul Sigel, "nie tylko zwracają uwagę na bolesne wydarzenia historyczne, lecz także przekazują zwiedzającemu zadanie pielęgnowania pamięci o tych wydarzeniach i wyciągania z nich wniosków". 

 

Chodzi więc o to, że to my mamy być nośnikami pamięci, jej mediami, a nie martwe pomniki, bo wtedy nasza pamięć topnieje.

 


 

O tym własnie mówi roztapiający się i rozpadający "Czarny kryształ" Jerzego Kaliny.

 


 

Fotografie z fanpage'a Fundacji Bente Kahan


© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci