Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

duchy

Nawiedzony obraz Stonehama

izakow2

Dzisiaj będzie o strasznej, czyli nawiedzonej, sztuce i powinnam dodać, że wpis jest przeznaczony tylko dla osób o mocnych nerwach ;)

 

David Freedberg w książce „Potęga wizerunków. Studia z historii i teorii oddziaływania” krytycznie odnosi się do historii sztuki jako dyscypliny naukowej, gdyż ta przyznała pierwszeństwo intelektualnej postawie wobec dzieł wizualnych. W ten sposób stłumieniu uległa nasza naturalna zdolność do bezpośredniej, spontanicznej reakcji na obrazy. Negowana jest więc magia czy też tytułowa potęga obrazów, stosunek do dzieł sztuki jako obiektów kultu czy też erotyczna siła niektórych przedstawień, które mogą podniecać. Taki, nieintelektualny odbiór traktowany jest jako odbiegający od normy przykład niewłaściwego stosunku do dzieł sztuki, wynikający czy to z braku wykształcenia, choroby, czy też innych czynników. Freedberg wskazuje, że charakterystyczna dla naszego nie-intelektualnego rodzaju odbierania obrazów jest relacja „ożywiania”. Istnieje bowiem „poznawcza relacja między patrzeniem a ożywianiem”. To właśnie dzięki tej relacji obrazy czerpią swoją „potęgę”.

 

Historia odbioru powinna zatem, jak powiada Freedberg, zajmować się nie tylko tym, w jaki sposób ludzie obchodzili się z obrazami, ale również jakie działanie – w sensie całkiem konkretnej aktywności życiowej – im przypisywali. W świetle przekazów literackich, obrazy jawią się jako zdolne do realnego działania, obdarzone nadprzyrodzoną mocą. Freedberg powiada, że obrazy działały cuda, uzdrawiały, niosły pomoc potrzebującym, broniły miasta w obliczu zagrożenia, odstraszały złe duchy, wyzwalały miłość pomiędzy nieznajomymi, a nawet pomagały w zapłodnieniu (towarzysząc małżonkom przy ich łóżku), ale były też mściwe i zdolne do destrukcji (wtedy odwracano je tyłem). Obrazy poruszały się, przemawiały, płakały (zwłaszcza tzw. „święte obrazy”), znikały, a nawet ożywiały. Oczywiście opowieści te mają najczęściej status konwencji, toposu, nie należą do rzeczywistości, wskazują jednak na moc, którą ludzie przypisują obrazom. Freedberg wskazuje na trwałość tych toposów, ich występowanie w najróżniejszych kulturach i epokach.

 

Nawet współcześnie obrazy stają się podstawą różnych niesamowitych opowieści i legend. Polecam książkę „Ręka mistrza” Stephena Kinga o obrazach obdarzonych nadprzyrodzoną mocą, które były w stanie nawet zabijać. W końcu zostały zniszczone przez samego malarza.

 

Z kolei o współczesnej legendzie na temat nawiedzonego malowidła opowiedziała studentka na moich zajęciach, przywołując mrożącą krew w żyłach historię obrazu „The Hands Resist Him” (Dłonie stawiają mu opór) amerykańskiego malarza Billa Stonehama z 1972 roku.

 

 

Obraz przedstawia samego autora jako pięcioletniego chłopca stojącego przy drzwiach prowadzących do świata fantazji, towarzyszy mu zaś lalka, która zdaje się być przewodniczką w tym nierealnym świecie. Pojawia się tu odniesienie do surrealizmu z jednaj strony, a z drugiej – do „Alicji w krainie czarów”.  


Legenda dotycząca tego obrazu powstała natomiast już w świecie wirtualnym, w 2000 roku, co miało związek z wystawieniem go na e-Bayu, i jak sądzę, chodziło o podniesienie jego ceny…


Obraz początkowo należał do aktora Jacka Woltza (który grał między innymi w „Ojcu chrzestnym”), po jego śmierci (ponoć w niewyjaśnionych okolicznościach) został kupiony przez parę kolekcjonerów z Kalifornii. Kolekcjonerzy ci twierdzili, że obraz kupili od zbieracza śmieci, który znalazł go w pobliżu starego browaru. Wystawiając obraz na aukcji w lutym 2000 roku, umieścili ostrzeżenie o jego paranormalnych właściwościach, gdyż ludzie, którzy zetknęli się z obrazem mieli zawroty głowy, niektórzy nawet mdleli. 4,5 letnia córka owych właścicieli skarżyła się, że chłopiec w nocy wychodzi z obrazu i w jej pokoju walczy z innymi dziećmi. Ponoć rodzinie udało się nawet zrobić zdjęcia ukazującego te niesamowite nocne wyprawy namalowanego chłopca. Wtedy zdecydowali się sprzedać obraz.


Zgrabnie stworzono w ten sposób własne 'American Horror Story', zaś obraz, który miał cenę wywoławczą 199 dolarów, został ostatecznie kupiony za  1,025.00 $ przez Perception Gallery w Grand Rapids w stanie Michigan. Autosugestia sprawiała, że o negatywnym działaniu obrazu mówili też inni, którzy go oglądali na aukcji. Ja sama znalazłam polską stronę opisującą tę historię, gdzie jednak obraz nie został ukazany w obawie przed jakimś jego negatywnym działaniem. Oglądający mieli wskazywać na złe samopoczucie, bóle głowy, uczucie niepokoju i zagrożenia oraz to, że obraz nawiedzał ich podczas snu.  Pracownicy galerii, już po zakupie obrazu, powiadomili samego Stonehama o legendzie, którą w krótkim czasie obrosło jego dzieło, zdziwił się on i skwitował akcję słowami, że wystawiono karabin, który jest niczym więcej niż pustym karabinkiem i plątaniną drutów. A w 2004 roku namalował sequel tego obrazu „Resistance at the Threshold”. 

 


 

Ten jednak nie ma już chyba takich szans, aby straszyć i nawiedzać, jak swój poprzednik... I zdaje się, że "The Hands Restist Him" to obraz zdecydowanie bardziej znany od swojego autora. W pierwszym zdaniu w informacji o artyście na na wikipedii można przeczytać: "William Stoneham is an artist and writer who is notable for painting eBay's 'haunted painting' The Hands Resist Him, which became an Internet meme". A swoją drogą ciekawe, że informacje na temat biografii malarza, który spędził dzieciństwo w sierocińcu nie znajdują swego odzwierciedlenia w legendzie.

 

W każdym razie legenda "nawiedzonego obrazu" nie powstałaby, gdyby nie możliwość ożywiania przez spojrzenie, o której pisał Freedberga i która stanowi podstawę magii wizerunków.


Somnambule Moniki Wiechowskiej

izakow2

Jesteśmy zbieraczami wrażeń, wspomnień, myśli, a także zbieraczami obrazów. Blogi są takim miejscem, gdzie można uprawiać zbieractwo. Bo bardzo łatwo zapomnieć jakiś obraz, którym się zachwyciło, coś, co wzbudziło nasze zainteresowanie, wydało się ważne, ciekawe, kontrowersyjne.


Ja właśnie po to założyłam bloga, żeby choć część takich przelotnych obrazów uchwycić, zapamiętać jakieś myśli, wyłapać to, co przelotne.



 

I na przykład teraz szukając czegoś w sieci, natknęłam się na niesamowite zdjęcia Moniki Wiechowskiej z cyklu „Somnambule”.



 

Artystka sfotografowała opustoszałe budynki w dawnej Gruzji. Wydobyła z nich niepokojące piękno. Ale i w jakimś sensie zapytała o duchy tych miejsc. Trochę przypominają mi te zdjęcia fotografie Francesci Woodman, tyle, że tutaj tych duchów możemy się jedynie domyślać, wyczuwamy je w wychwyconej przez Wiechowską pustce.


Ale mogą się też kojarzyć z obrazami po katastrofie, z ziemią, na której zniknęło ludzkie życie...



 

Jak napisano w informacji o wystawie "Terytoria (nie)obecności" (CSW, kuratorka: Ewa Gorządek, w wystawie brała udział również Anna Konik):


„Są to głównie fotografie opustoszałych miejsc i popadających w ruinę domów ze śladami dawnej świetności. Artystka pokazuje ich zmysłowe piękno, a zarazem rejestruje nieuchronny proces entropii, rozpadu, zanikania. Właśnie nieobecność i brak najsilniej ujawniają się w pracach Wiechowskiej. Wyczuwa się w nich nostalgię za tym, czego, już nie ma, czego nie można zobaczyć. Uruchomione zostają mechanizmy pamięci, z której wyłaniają się nieistniejące wspomnienia; jest to próba rekonstrukcji poza czasem czegoś, co mogłoby wypełnić tę pustkę. Napływają obrazy zupełnie innych miejsc i wiążących się z nimi emocji. Dzięki temu możliwe stało się połączenie w jednym projekcie także wcześniejszych prac artystki i skonstruowanie narracji opowiadającej o wędrówce poprzez kolejne warstwy indywidualnej pamięci”.


 


Francesca Woodman - zobaczyć własną śmierć

izakow2


House #3, Providence, Rhode Island, 1975-1976


Roland Barthes napisał: „Fotografia jest niedialektyczna. Jest teatrem o zmienionej naturze, gdzie śmierć nie może „oglądać” siebie, zastanowić się nad sobą czy uwewnętrznić się”.


Untitled, Summer 1980


Zastanawiam się, jak te słowa mają się do fotografii Francesci Woodman, która, jak się wydaje, chciała zobaczyć własną śmierć, naświetlić ją, a może nawet jej dotknąć – właśnie poprzez fotografie.


Untitled (Italy), 1977-78


Ta niezwykła fotografka (1958-1981) zaczęła tworzyć swe widmowe fotografie jeszcze jako dziecko, pierwsze zdjęcia, w tym swój niezwykły autoportret, wykonała w wieku 13 lat.



Self portrait at thirteen, 1972-75


Studiowała w Providence, rok spędziła na stypendium w Rzymie, następnie przeniosła się do Nowego Jorku. Fascynowała się surrealizmem i symbolizmem.



Eel series, Roma , 1977-1978


Stworzyła ponad 500 fotografii, które zdają się przedstawiać duchy i widma, a może jej własne pragnienie śmierci. Zginęła w wieku 22 lat, rzucając się z okna.

 


House #4, Providence, Rhode Island, 1975-1976


Fotografie z: http://www.heenan.net/woodman/


 


Providence, Rhode Island, 1976

duchy i Holokaust

izakow2

Artblox (http://art.blox.pl) zamieścił plakat Mobile Academy, która odbywa się w Warszawie (25.08- 10.09.06.) pod hasłem „Ghosts, Spectres, Phantoms and The Places Were They Live”. Okazało się, że mam ten plakat w domu (leżał sobie na stercie papierów w kuchni). Strasznie dziwny.


 

W zaproszeniu na Mobile Academy napisano: „Upiory - istoty lub idee, mieszkańcy i zjawy, zawieszeni pomiędzy życiem a śmiercią, narodzinami a umieraniem, obecnością i brakiem - kiedy ukazują się na krótką chwilę, rzeczywistość wchodzi w stan zawieszenia, pozbawiona substancji i wiarygodności. Te niewidoczne duchy, fantomy, zjawy, wampiry i upiory można zrozumieć jedynie poprzez konteksty społeczne, które powołały je do życia: wykluczenie, wyparcie, zamknięcie, wymazanie”.


Ciekawe jest to wywoływanie duchów, przywoływanie upiorów przeszłości, moda na historię w sztuce, ale też w kulturze popularnej (czy „Ça ira” Watersa nie była przypadkiem tez takim przywołaniem duchów?). Sztuka każe nam się zastanawiać na paradoksami historii i wciąż przepracowywać traumy przeszłości. Dlaczego teraz?


Nina Braun zwróciła niedawno uwagę na swoim,niestety nieczynnym już, blogu (http://galeriakomoda.blox.pl) na relatywizację Holokaustu i próby zawłaszczenia tego terminu do zupełnie innych praktyk.


A dzisiaj ktoś przesłał mejl z informacją z „Gazetą Wyborczą” o darmowych reklamach w mediach publicznych dla NOP-u. Jest też informacja, że „Wkrótce NOP zacznie kampanię "Aborcja - prawdziwy Holocaust". Gaszyński: -Będziemy pokazywać plakaty ze zdrowym dzieckiem w łonie matki i wychudzonymi zwłokami ofiary Holocaustu”.
http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,53600,3583086.html


Włosy jeżą mi się na głowie czytając takie rzeczy.
Jako komentarz polecam notę u Niny Braun:


"Holokaust znaczy: całopalenie; ofiara złożona w wyniku spalenia.
Kto tu kogo chce palić?

Czy porównanie "mordowania dzieci nienarodzonych" czyli aborcji
płodów do Holokaustu nie stawia Matki-Polki na stanowisku kapo z
obozu koncentracyjnego? To uwłacza godności kobiety, a nie tego
uczył papież.

Pomijam już uparte i świadome praktyki relatywizowania znaczenia
Holokaustu, jako masowej eksterminacji żydów, a to poprzez
relatywizację i przywłaszczenie terminu, którym się określa
nazistowskie tzw. ostateczne rozwiązanie. Ciekawe, że stróżom od
obrony moralności tak łatwo przychodzi relatywizm moralny w
przywłaszczaniu i przeinaczaniu terminu i zdarzenia historycznego
dotyczące Innego, którego przez setki lat prześladowano za tzw.
mordy rytualne na chrześcijanskich dzieciach..."



Dziwne jest to, że upiory faszyzmu wyłażą z kątów i na nowo próbują grać swoją grę. Nękają nas.


Nie wiem, czy sztuka może tu pomóc, ale sądzę, że pokazuje dobrą drogę – jedynie pamięć koszmaru może nas ocalić przed innym koszmarem.


P.S. Artblox – dzięki za tę wzmiankę o strasznej sztuce! A Szabłowski w „Dzienniku” rzeczywiście „wybiórczy”, ale w końcu pisze o pismach o sztuce, a nie o blogach. Ucieszyłam się z tego, że wspomniał mojego bloga, ale szkoda, że nie ma nic o artmixie (jak widać każdy z czegoś niezadowolony ;-).

Buty i akcja Cysia Nowaka

izakow2

1 lipca w opuszczonych budynkach biurowych na ul. Ratajczaka 19 w Poznaniu miała miejsce impreza artystyczna pt. „Biurowiec 24 h – Sztuka w przerwie” z udziałem m.in. Macieja Kozłowskigo, Macieja Kuraka, Moniki Pich i innych.


To ciekawa impreza, nastawiona na wykorzystanie pustostanów, na oswajanie miejsc „nieartystycznych”.

 

Chcę tu wspomnieć tylko o jednej akcji, jaką było „Biuro strategii i controllingu” Krzysztofa Cysia Nowaka.



 

Wykorzystał on jedno z pomieszczeń, by ustawić w nim machinę z butami. Te buty równomiernie „chodziły”, wykonywały jednostajne kroki, przemierzały ograniczony obszar podłogi, wyznaczony tu poprzez zaciemnienie parkietu. Wrażenie rzeczywistego chodu było silne, wydawały się do kogoś przynależeć – kogoś, kto nimi kierował – kogoś niewidzialnego. Wydawało się, że ożywiają je jakieś zabłąkane duchy.



 

Te buty hipnotyzowały widzów. Ileż osób stawało lub nawet siadało w tym pomieszczeniu, przypatrując się tym krokom donikąd... Skojarzenia były różne. Przypominały się schodzone buty Van Gogha. Klimat akcji był trochę jak z Kantora czy też Bałki, ale i trochę jak z Monty Pythona (uderzała absurdalność tej sytuacji, no i – przynajmniej pozorna – absurdalność tytułu).



 

Buty. Czy zastanawiamy się nad tym, czym są, gdzie nas prowadzą, jakie miejsca odwiedzają wraz z nami? Czy zdajemy sobie sprawę, że niosą one ze sobą historię naszych podróży, zwyczajnych wędrówek do szkoły czy do pracy, ale i wydarzeń niezwykłych: ważnych w naszym życiu uroczystości, ślubów, pogrzebów itp. Odciskają się w nich ślady naszego życia.



 

Ale jakie historie niosły ze sobą buty, które zostały tu wystawione?


Jedną parę Cyś dostał od przyjaciela, były to jego wyjściowe buty do garnituru, brał w nich zdaje się ślub. Drugą parę dostał od matki, ale nie były to typowe buty damskie, raczej przyciężkie mokasyny w typie unisex, może jeszcze pamiętające lata 70. Trzecia zaś para była najbardziej tajemnicza, Cyś kupił ją w lumpeksie za parę złotych. Nie wiadomo, do kogo należała i nie da się zrekonstruować dróg, które te buty przemierzyły.


W ten sposób wyszła z tego niezła rodzinka, która dokądś próbuje dojść, Freud miał by tu zapewne sporo do powiedzenia. (Ale może to odczytanie to skutek niedawnego obejrzenia wystawy „Family Affairs”, o której piszę w „Obiegu”).


 

Ale co ma do tego wszystkiego zawarta w tytule „strategia i controlling”? Coś tu kieruje tymi butami. W ruch wprawia je... maszyna.


Czyżby pytanie, kto kieruje naszymi wędrówkami i wyborami. Czy rządzi nami przypadek czy też świadomy wybór? A na ile jesteśmy zdeterminowani przez nasze geny, nasze rodziny i ich przeszłość?


Może więc współczesna wariacja na temat „Skąd przychodzimy?, Kim jesteśmy?, Dokąd idziemy?”

© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci