Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

dzieci

O filmie Nasza klątwa

izakow2

 

Już niedługo rozdanie Oskarów. Cieszą nominacje dla polskich produkcji, wśród których znalazła się „Nasz klątwa” Tomasza Śliwińskiego.

 

 

 

 

Ten poruszający dokument opowiada historię twórcy filmu i jego żony – Magdy Hueckel, którzy od urodzenia swojego syna Leosia mierzą się z jego chorobą, jaką jest klątwa Ondyny. To bardzo rzadka choroba nosząca fachową nazwę zespołu wrodzonej ośrodkowej hipowentylacji. Chorzy na tę przypadłość mogą podczas snu doznać zatrzymania oddechu, zaburzona jest u nich bowiem kontrola oddychania. Dlatego też chorzy muszą żyć z tracheotomią i zależni są przez cale życie od aparatury wentylacyjnej.

 

Siłą filmu jest jego bolesna szczerość. Otwierająca scena ukazuje Magdę i Tomka przed powrotem ich synka ze szpitala. Siedzą na kanapie, przed którą ustawili kamerę i rozmawiają ze sobą o sytuacji, w jakiej się znaleźli. Widać ich przemęczenie oraz smutek. Problem zdaje się ich przerastać. Nie wiedzą, czy sprostają opiece nad tak ciężko chorym dzieckiem, czy będą umieli z nim żyć.  Z drugiej strony przeraża ich myśl, że mogliby go stracić. Zastanawiają się też nad piętnem, jakie choroba odciśnie na psychice ich syna. Towarzyszą im lęk, niepokój, ale pojawia się też nadzieja.

 

 

 

 

Nieuleczalna choroba dziecka zawsze jest ciosem, a, jak w tym przypadku, odkryta po porodzie powoduje, że w rodzicach pojawiają się sprzeczne uczucia – radości z przyjścia dziecka na świat, ale też złości, że dotknęło to akurat ich oraz strachu związanego z tym, co będzie dalej. Rodzice próbują sobie na najróżniejsze sposoby zracjonalizować tę sytuację. W rozmowie Magdy i Tomka pada stwierdzenie, że Leoś jest materializacją lęków Magdy, które towarzyszyły jej w czasie ciąży.  Ale też w tym momencie Magda zdaje sobie sprawę z tego, że nie może już dłużej myśleć negatywnie, że od teraz muszą zacząć walczyć o życie Leosia oraz jakość tego życia.

 

Wraz z Magdą i Tomkiem oraz towarzyszącą im kamerą poznajemy ich świat – długie i puste szpitalne korytarze; dom, który przypomina szpital ze względu na ilość sprzętu potrzebnego, aby uchronić dziecko przed śmiercią; kłębiące się po podłodze rurki. Mimo, że pomysł na film zrodził się z potrzeby wspólnych rozmów, nie jest on jednak przegadany. Niezwykle sugestywne, niemal minimalistyczne sceny mówią tyle samo, albo i więcej, co słowa.

 

Rodzice Leosia wprowadzają nas do swojego świata, który próbują oswoić. Nie jest to łatwe, gdyż mierzą się nie tylko z chorobą dziecka, ale też z nieprzyjaznym systemem polskiej służby zdrowia. Uczą się żyć z chorobą, przyzwyczaić do świszczącego oddechu swojego dziecka, do głośnej aparatury, nauczyć się czynności pielęgnacyjnych, choćby takich jak zmiana rurki do tracheotomii – to jedna z najtrudniejszych i najmocniejszych scen w filmie. Powoli ich życie normalnieje, a symbolem tego jest pierwszy wspólny wypad za miasto. Ostatnie sceny pokazują, że zwycięża jednak nadzieja. Wspólny taniec, przebitki ukazujące uśmiechniętego Leosia, jego zabawę, poznawanie świata, pierwsze urodziny…  Szczęście wyrwane chorobie, a może nawet i śmierci.

 

 

 

 

Choć nakręcili ten film przede wszystkim po to, aby poradzić sobie z własnymi lękami, Magda Hueckel i Tomek Śliwiński opowiadają tę historię nie tylko dla siebie, a raczej dla wszystkich rodziców chorych dzieci, a także dla ludzi mierzących się z ciężkimi doświadczeniami.  Pokazują, że trzeba walczyć w każdym przypadku i nie wolno się poddawać, nawet, jeśli wiemy, ze nie będzie happy endu. Autorzy już wykorzystali ten film, aby zbierać pieniądze na badania nad tą chorobą. Może on stać się też przyczynkiem do dyskusji na temat życia z chorobą, wykluczenia, jakie dotyka osoby chore czy ich bliskich, medycznej opieki nad chorymi czy niepełnosprawnymi dziećmi.

 

To ważny film, mocno trzymam kciuki.

 

Można go zobaczyć na stronie The New York Timesa, a historia życia Leosia można śledzić na bieżąco na Leoblogu.

Marzenia małych dziewczynek?

izakow2

Czas wracać do blogu! Będzie teraz trochę remanentów, przeglądów odłożonych prac.  

Najpierw „Boginie rzeczy małychAnny Tyczyńskiej z 2006 roku. Praca ta podejmuje problem dziewczęcych marzeń i ich zderzenia z rzeczywistością dorosłej kobiety. Dziewczynki marzą, by być królewnami, wróżkami, ale też wojowniczkami. Ale, co dzieje się z ich marzeniami, gdy dorastają?



Ukazane zostały tu dziewczynki w strojach baletnic, księżniczek, nimf, o nieco zbyt odważnym makijażu, ubrane w piękne stroje, białe suknie ze złotymi obszyciami. Przybierają one pozy znane z historii sztuki, jedna z nich przypomina „Baletnicę” Degasa, inna – minojską figurkę kapłanki z wężami.



Dziewczynki te ukazane są jednak z atrybutami typowymi dla zająć domowych: ścierkami, miotłami, odkurzaczem, pralką, przyrządami kuchennymi, itp.


Jedna z nich ukazana została z kuchennym nożem oraz pokrywką, ale przybiera pozę dumnej wojowniczki (Amazonki, lub walczącej syrenki).


Możliwe, że ukryta została tu obietnica, że ucieczka ze świata krzątaniny jest możliwa, albo wręcz, że możliwa jest realizacja swoich najodważniejszych marzeń. Artystka od dłuższego czasu tworzy prace, w których poszukuje małej dziewczynki. Ta świetnie oddaje sprzeczności związane z dziewczęcym światem.


Szczeniactwo

izakow2

Brzydkie określenie, ale uwaga, nie używam go w sensie negatywnym, a raczej chcę zwrócić uwagę na przewrotność i subwersywną siłę tego pojęcia. Długo się zastanawiałam, co mają ze sobą wspólnego obrazki Basi Bańdy, estetyka „Włatców móch”, rysunki i prace „Krechy” oraz The Krasnals. Już parę razy do tematu podchodziłam i dopiero dzisiaj przyszło mi do głowy to „szczeniactwo”.



Chodzi mi o to, że w tym wszystkim pojawia się coś w rodzaju dziecięcej estetyki, albo wręcz dziecięcej wulgarności. Swego rodzaju bazgrolizm, który znaleźć można na marginesach szkolnych zeszytów znudzonych uczniów. Z komentarzami, głupimi wierszykami, skreśleniami, itp. Ta estetyka odnosi się również do wulgarnych rysunków i napisów w szkolnych ubikacjach, oznaczających niekiedy pierwsze zetknięcie z otoczonym tajemnicą seksem. Kto jest w tym lepszy, kto bardziej wulgarny, ten wygrywa. To także coś w rodzaju szczeniackiego wybryku, ekscesu. Dzieciaki pozbawione władzy, uziemione w szkolnym rygorze, w jakiś sposób próbują sobie odbić swoje zrepresjonowanie.



Sama w szkole podstawowej rysowałam z koleżanką scenki przedstawiające naszego wychowawcę (straszny był z niego prymityw i zaglądał w dekolt mojej koleżance, która była bardziej rozwinięta niż ja). Nie były to niewinne scenki. Rysowałyśmy, jak całuje się czy chadza do łóżka ze swoją żoną (on był wielki, ona malutka, co dawało nam pole do popisu). Pech chciał, że pewnego dnia te rysunki wpadły mu w ręce. Od tej pory strasznie nas nienawidził, a mi kazał iść do szkoły zawodowej, bo, według niego, tylko na to było mnie stać. Strasznie wkurzyło to moją matkę. A może on chciał ustrzec innych nauczycieli przed moimi następnymi wyskokami, jak choćby topienie dziennika w szkolnym kiblu w liceum? Boże! Sama jestem nauczycielką i uważam, że tego rodzaju działania zasługują na potępienie. Chodzi mi jednak o to, że takie szczeniackie wybryki są czymś w rodzaju wyrwania się z sytuacji „bezwolności”, są próbą przejęcia kontroli nad tym, nad czym i tak tej kontroli mieć nie można. Dają jednak poczucie wolności i sprawstwa.

 



 

Szkoła to dziwna instytucja, to właśnie z jej represyjnym charakterem zmagają się chłopcy z „Włatców móch” Bartka Kędzierskiego (ci chłopcy to bardziej autorzy serialu, niż sam Czesio i jego koledzy. Piotr Bernatowicz zwrócił mi uwagę, że chodzi tam raczej o szkołę z lat 70., która nie ukrywajmy, była czymś w rodzaju totalitarnej instytucji).



Pamiętam, kiedy pierwszy raz usłyszałam o tym filmie. Siedzieliśmy w jakiejś knajpie ze Zbigniewem Liberą, Darkiem Foksem i Edziem Pasewiczem, gdy w pewnym momencie Foks i Pasewicz zaczęli przerzucać się cytatami z Czesia. My z Liberą mogliśmy tylko wysyłać sobie zadziwione spojrzenia, bo wszystko wskazywało na to, że nagle tym dwóm zupełnie odbiło. Po jakimś czasie zaczęłam oglądać serial i nie ukrywam, że bawiłam się wyśmienicie, choć wulgarny język drugoklasistów niekiedy szokował. Znudziło mi się po obejrzeniu filmu pełnometrażowego, na który zaciągnęłam swojego syna.

 



 

Ale zafrapowała mnie też kreska, którą ten film jest zrobiony, właśnie taka szkolna, koślawa estetyka. Powrót do dziecięcego bazgrolizmu, może właśnie po to, aby sobie coś „odbić”. Stąd biorą się świństwa, obrzydlistwa i wulgaryzmy. Zastanawiałam się też, na ile wrocławscy twórcy filmu sięgają do estetyki wrocławskiego magistra – Janka Kozy.

 

Ale z drugiej strony, mam wrażenie, że mamy do czynienia z jakąś szersza tendencją zwrotu ku dziecięcej estetyce z marginesów zeszytów szkolnych. Pojawia się tak naprawdę na różnych obszarach i w różnych kontekstach. U artystów bardziej oficjalnych i uznanych, jak Basia Bańda, u niektórych młodych, jak np. Piotr Bosacki czy Mariusz Tarkawian, chociaż ten ostatni to akurat nie zawsze gryzmoli i lubi historię sztuki:

 





To rysunki ścienne na korytarzu starego szpitala w Lublinie, 2007, Więcej

Może zresztą Tarkawian do tego przeglądu do końca nie pasuje, bo nie obrzydza i nie zohydza. Raczej rejestruje.


Basia natomiast eksploruje przede wszystkim seksualność i jej ciemne strony, Bosacki zaś ukazuje pasożyty, flegmiaki i żyjątka mieszkające w rurach kanalizacyjnych, („Dobranocka”, ), pojawiają się też u niego kostuchy i inne dziwne rzeczy. Bo dzieci często fascynują się tym, co obrzydliwe, jakby badały granice, jakby chciały dotknąć rzeczywistości.





 

Basia Bańda swój bazgrolizm łączy z podziwem dla różu Marii Pinińskiej-Bereś.

 




Mimo, że jej obrazki wydają się tylko dziewczyńskimi, niewinnymi opowieściami, pełno w nich bezeceństw, wulgaryzmów, cipek i penisów (tych ostatnich chyba zdecydowanie więcej).

 




Basia też gryzmoli, pisze, skreśla:

 





 

Ta praca z 2004 roku ma tytuł "Chuj z kąpielą", ale w na obrazie napis głosi: "Chuj z kąpielom" (ale czesiowy język!).


Basia jest traktowana z przymrużeniem oka, wzbudza kontrowersje, bywa wyśmiewana.



Ale, żeby było śmiesznie, uważam, że nawet ci, którzy wyśmiewają się z Bańdy, mają z nią coś wspólnego. Obawiam się, że doprowadzę niektórych znajomych do palpitacji serca, ale myślę o The Krasnals.

 



 

Oczywiście, tu nic nie jest różowe, no może z wyjątkiem przedstawionej złośliwie Bańdy ("Blachara"). A jeśli mówić o fascynacjach, to raczej Danem Perjovschim.
To Perjovschi:

 





 

The Krasnals:




 

A na czas kryzysu, jeśli się nie mylę, Krasnale dali po prostu obrazki Perjovshiego:

 



 

U The Krasnals ze szczeniackim ekscesem mamy do czynienia na całego. Jak kogoś nie lubią, to go przedstawiają w różnych wulgarnych scenkach (nie będę ich dawać, bo oskarżacie mnie o stronniczość). Mówią o przemocy symbolicznej, która ma miejsce w polskim polu sztuki. I jak te opisane przeze mnie dzieciaki, próbują się odegrać na silniejszych, robiąc im różne „kuku”. Mam dość ambiwalentny stosunek do wulgarności w ich pracach, bo z jednej strony łatwo kogoś w ten sposób po prostu skrzywdzić, ale z drugiej – rozumiem tę potrzebę odegrania się (niestety, ale w tych różnych okropnych scenkach jest po prostu wiele prawdy). Mam jednak też wrażenie, że to im samym trochę szkodzi.. Trudno takiego bezczelnego dzieciaka traktować poważnie, raczej wysyła się go do zawodówki, a może i nawet do szkoły specjalnej. Nikt go i tak nie chce słuchać. Ale może im wcale nie zależy na poważnym traktowaniu?

 


Jeszcze z innej strony patrząc, te wulgaryzmu mają wywoływać emocje, bo dzieci nie wstydzą się okazywania emocji i mówienia wprost. Może chodzi więc o to, aby nad przeintelektualizowany dyskurs o sztuce postawić dyskurs emocji?
Poza tym również tu mamy do czynienia z gryzmołami, szkicowością, parodiowaniem, no i cipek i penisów również tu dużo, w dodatku często o monstrualnych rozmiarach.

 


 


 (Conan Barbarzyńca)

 


(Dzieci rewolucji)


„Pionierka według Rodchenko / Droga od ikony do fotografii jest długa”


Jest jeszcze opisywana już przeze mnie Krecha  Tu znowu pełno jest bazgrolizmu, całe pismo przypomina trochę pogryzmolony szkolny zeszyt, pojawiają się kreski, kleksy, na marginesach – powstają całe scenki.


 

Chłopakom chodzi o utrwalanie artystycznego nieładu. Szkolne ekscesy? Proszę bardzo, można wysłać komuś kopertę z wąglikiem...


Jest w tym wszystkim jednak coś niepokojącego. Nie tak dawno temu postawiono diagnozę, że ludzie nie chcą być dorośli, że wciąż starają się zatrzymać na etapie bycia młodzieżą. Granica wiekowa dla młodzieży znacznie się przesunęła, sięga może nawet 50... Ale dzisiaj ta diagnoza wydaje się nieaktualna. Sądząc po przedstawionych przeze mnie przykładach, raczej chodzi o to, aby pozostać na etapie dzieciństwa. Być beztroskim, bezkarnym (z tym wiąże się częsta anonimowość, o której pisałam w poprzednim wpisie) dzieciakiem, płatać figle, robić „kuku” i wciąż odgrywać się na „dorosłych” (tu: silnych w polu sztuki).


Dziecięctwo, szczeniactwo, przedszkole artystycznej demokracji??? - czy faktycznie z czymś takim mamy do czynienia?


Czasami zdarza się też, że dzieci są martwe, jak Czesio z „Włatców Móch”...


 

Jest więc jeszcze drugi aspekt tej sprawy – taki, że tak powiem truposzowaty, ale o tym w następnym wpisie.


P.S. Akurat Tomek Kozak napisał dzisiaj w komentarzu: „W ogóle cały ten oddolny, kłębiący się u podstaw ruch frustracyjno-kontestacyjny wydaje mi się ważnym i ciekawym zjawiskiem. Powstają oczywiście pytania, jak ten ruch opisywać, przy pomocy, jakich kryteriów oceniać, a wreszcie - jak go wykorzystać w konstruktywnych celach... Czy możliwy jest dialog między tym oficjalnym, zakompleksionym, zaściankowym, cholernie spastycznym światkiem artystycznego establishementu, a równie zaściankowym, resentymentalnym światem "wykluczonych/odrzuconych"? To nie są pytania retoryczne - warto próbować na nie odpowiadać, choć o jednoznaczne odpowiedzi będzie chyba ciężko... I czy w ogóle są jakieś platformy dialogu? (albo wspólny język?)”.


Trochę to rozwala moją koncepcję, albo też jest inaczej niż pisze Tomek. Bo pod względem estetycznym (szczeniactwo czy też bazgrolizm) ten podział na establishment a wykluczonych/odrzuconych nie rysuje się wcale tak prosto.


Zresztą nie łudźmy się, nie chodzi przecież tylko o „odbicie sobie czegoś”, ale o to, aby w tym establishmencie się znaleźć...Czyż tak nie jest?

 

P.S.2 entombed podrzucił jeszcze komiks "Wilq. Superbohater" Bartosza i Tomasza Minkiewiczów (Dzięki, bo na komiksie to ja się nie znam!), również przypominający dziecięce bazgroły, używający dość wyrafinowanego, tudzież wulgarnego języka. Jego bohater to raczej anty-bohater, skwaszony buc z Opola. Pojawiają się tam również muchy (np. na pisankach), zaś niektóre postacie przypominają Żwirka i Muchomorka. Ciekawa mieszanka.

 





Mali powstańcy i duzi chłopcy

izakow2

Nie odzywałam się ostatnio, bo dopadło mnie jakieś grypsko. Poza tym, tydzień temu byłam w Warszawie i przytłoczyła mnie ilość wystaw, które widziałam: ‘Zabawy dużych chłopców’, Zbigniew Libera: ‘The gay, innocent and heartless’, Kubę Bąkowskiego w Kordegardzie, Yoko Ono i jeszcze ‘Pożądanie, patrzenie, przerażenie’.

 

Na dodatek, z przyczyn badawczych wybrałam się do Muzeum Powstania Warszawskiego, które również zupełnie mnie przytłoczyło. To taki lunapark, kompletna symulacja historii, rodzaj historycznego Disneylandu, które wydaje się zrobione nie tyle dla wiedzy, ale dla wrażeń. Nastawione jest na uczucia, iluzję uczestnictwa, a ponadto we wszystkim widoczna jest ideologia i polityka.

 

 

Najgorsza jest Sala Małego Powstańca. Tam przy patriotycznych piosenkach śpiewanych przez Jana Pospieszalskiego wraz z grupą dzieci, każde dziecko może zapragnąć być Małym Powstańcem. Znajdują się tam zabawki, modele, konie na biegunach, na których można się pobujać oraz hełmy, które dziecko może założyć na głowę. Brakuje tylko Niemców, do których dzieci mogłyby sobie postrzelać (albo i figur Niemców strzelających do dzieci). Ta historia powstania, walki z udziałem dzieci, nawet, jeśli okrutnej, krwawej i zakończonej klęską, jawi się tu jako coś niezwykle atrakcyjnego i pociągającego. Wojna to przygoda, w której chce się uczestniczyć?

Zastanawiam się, na ile to, pokazane w zasadzie jako bezproblemowe, uczestnictwo dzieci w wojnie jest sprzeczne z ONZ-owską deklaracją praw dziecka.

 

To poprzez takie dyskursy, kulturowe produkcje, wojna zagnieżdża się w naszej wyobraźni.

To z kolei świetnie pokazała wystawa „Zabawy dużych chłopców” w warszawskiej galerii Appendix2. Zapraszam do lektury recenzji w „Obiegu”.

 

Jerzy Kosałka, Chłopaki, mam go!, 2001


Sprawa australijska C.D. a przedstawienia dzieci

izakow2

Nie sądziłam, że wpis na temat cenzury w Australii wywoła tak żywe reakcje. Emocje nie są tu chyba potrzebne, potrzebna jest natomiast dyskusja, której w zasadzie w ogóle w tym kraju się nie prowadzi. Dyskusja na temat tego, jak faktycznie chronić dzieci przed przemocą.


Bo oczywiście, że przemoc wobec dzieci (również seksualna) jest wielkim problemem i należy je uczyć, jak się jej przeciwstawić, jak się przed nią bronić. Jest to szczególnie trudne, gdyż, jak pokazują statystyki, ta przemoc, wykorzystywanie czy molestowanie dzieci najczęściej dokonywana jest przez najbliższych. Pedofil czyhający za rogiem na nasze dziecko to jednak rzadki przypadek.


I trudno mi jednak znaleźć powiązanie pomiędzy tą przemocą a artystycznymi fotografiami wiszącymi w galerii.


Przypomina mi się przekonanie dotyczącego innego, pokrewnego problemu: „pornografia jest teorią, gwałt praktyką”. Tymczasem, trudno udowodnić jakiekolwiek powiązanie między jednym a drugim. Czytałam, że w Japonii, gdzie wizualnej pornografii jest bardzo dużo (w tym, nie ukrywajmy, również dziecięcej), do gwałtów dochodzi najrzadziej.


Oczywiście jestem zdecydowanie przeciwniczką dziecięcej pornografii, uważam jednak, że trudno wrzucać wszystko do jednego wora i tym samym zamykać jakąkolwiek dyskusję, choćby na temat dziecięcej seksualności i poszanowania dziecięcej autonomii.  


Zresztą na marginesie, może z tą ostatnią jest właśnie największy problem, bo dziecięca autonomia wcale nie jest dla nas czymś oczywistym. Dzieci wciąż wolno bić, o obruszeni zwolennicy klapsów protestują przeciwko propozycjom wprowadzania jakichkolwiek zakazów. I to jest dopiero problem. Bo, jeśli przypomnimy sobie choćby ostatnie głośne przypadki maltretowania dzieci, to zakaz powinien być wprowadzony już dawno i to w trybie pilnym. Kiedy Tusk obiecał, że zajmie się wprowadzeniem zakazu, pomyślałam sobie, że to jego pierwsze mądre posunięcie. Obawiam się, że skończyło się na obietnicy.


Jeśli ta autonomia dziecka nie jest czymś oczywistym, to niestety znajduje to swoje szczególnie złe konsekwencje w przypadkach seksualnego molestowania.


Tymczasem regulacje prawne i zakazy idą przede wszystkim w stronę kontroli wizerunków. Niedawno przyjęto kuriozalne poprawki do Kodeksu Karnego (równeiż pisała o tym Ewa Majewska), dotyczące pornografii z udziałem nieletnich. Rozszerzono w nich pojęcie treści pornograficznych, obejmując tym zakresem także wygenerowane komputerowo realistyczne wizerunki „wirtualnych” osób, w tym małoletnich, w sytuacjach mających charakter pornograficzny. Karane będzie więc nie tylko rozpowszechnianie pornograficznych filmów z udziałem nieletnich, ale także grafik komputerowych czy komiksów, stworzonych bez udziału dzieci (co z japońskimi komiksami?). Mam pytanie, jak to się ma do sztuki, również do sztuki dawnej? Czy takie przykłady jak poniżej mogą uchodzić za pornografię?


Chcę jeszcze raz zwrócić uwagę na fakt, że bardzo podobne wizerunki możemy znaleźć w dawnej sztuce. Ktoś napisał, że pomijam zupełnie podstawowy fakt, że nagość w sztuce była atrybutem figur niebiańskich (choć nie tylko!). Zresztą można powiedzieć inaczej, to tematyka mitologiczna, a nawet religijna umożliwiała artystom podejmowanie pewnych tematów oraz przedstawianie nagiego ciała, również ciała dziecięcego. Ale czy ciała ziemskie czy niebiańskie, problem pozostaje. Jest nim pewien erotyczny naddatek, który możemy znaleźć w takich przedstawieniach, jak poniższe. I cóż z tym zrobić?



Caravaggio, Amor Vicit Omnia, 1601-02

 


Parmigianino, Amor, 1533



Parmigianino, Madonna z różą, 1527 - 31




William Bouguereau, Cupido, 1875




Greuze, Dziewczynka z gołębiami, 1800



I chyba najbardziej problematyczne przedstawienie:


Fragonard, Dziewczynka igrająca z pieskiem, 1783


Moje pytanie teraz jest takie, jak wobec tego traktować takie przedstawienia? Czy może również je zakazać? Te wiszą w muzeach, fotografie Hansona (który według mnie wyraźnie inspirował się Caravaggiem) wisiały w galerii...


No i jeszcze jedna kwestia, tak bardzo ktoś tu oburzył się na fotografie Hansona. Ja przyznaję, że byłam w szoku w odniesieniu do zupełnie innych fotografii, a mianowicie zdjęć szkolnych koleżanek mojego syna zamieszczonych na ‘naszej klasie’ (a więc dostępnych tym samym dla wszystkich). 11-letnie dziewczynki wypinają biusty (sic!), eksponują swoje gołe brzuchy, długie nogi i pomalowane paznokcie. Prawdę mówiąc te dziewczynki są dużo bardziej seksualne niż modelki i modele u Hansona. Zresztą ile na ‘naszej klasie’ jest zdjęć gołych maluchów zamieszczanych przez rodziców!


A może to właśnie ten szok jest czymś nie na miejscu, bo oni traktują swoją seksualność (w przypadku tych dziewczynek) czy cielesność (w przypadku rodziców dzieci) jako coś naturalnego? Zaś my, kiedy jesteśmy zdegustowani, zniesmaczeni, obrzydzeni, ujawniamy, że mamy z tym problem.


Jak dla mnie za wiele tu komplikacji i niuansów, by jednoznacznie osądzać fotografie Hansona. A przede wszystkim za mało rozmów dotyczących problemu ochrony dzieci przed przemocą.

© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci