Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

cyborgi

Siła cyborgów

izakow2

Od czasu do czasu ujawnia się na moim blogu komentator, który nienawidzi, gdy piszę o cyborgach. Wszystko mu się nie podoba. Nie twierdzę, że jestem znawczynią tematu, ale wydaje mi się to dość zabawne, że do tematu cyborgów ktoś może podchodzić tak bardzo... dogmatycznie. Bo czy cyborgi mogą być dogmatyczne? Dogmatyzm wydaje się sprzeczny z ich naturą.


Jakiś czas temu ukazała się książka Magdaleny Radkowskiej-Walkowicz Od Golema do Terminatora. Wizerunki sztucznego człowieka w kulturze o micie sztucznego człowieka w literaturze, filmach, podaniach.


Książka ważna i potrzebna na gruncie polskim, bo temat jest rzeczywiście mało poruszany i rozpoznany. Ale tym razem ja czuję się jak mój komentator, bo książka zostawiła we mnie dość duży niedosyt, zwłaszcza, że wcześniejsze artykuły Radkowskiej są świetne.


Otóż, podstawowe pytanie, które towarzyszy rozważaniom zawartym w tej książce dotyczy tożsamości człowieka. I od razu można się czepiać, bo czy my wszystko musimy odnosić do nas samych?


Radkowska-Walkowicz wskazuje, że człowiek sięga po figurę sztucznego człowieka, chcąc dotrzeć do istoty człowieczeństwa, określić to, co w człowieczeństwie jest nieredukowalne. To właśnie z tego, według autorki, wynika popularność motywu sztucznego człowieka w kulturze. Definiując go, mówimy, kim my nie jesteśmy. „Sztuczny człowiek – nawet ten bez metalowej powłoki – jest więc lustrem, w którym przegląda się nasze człowieczeństwo”.


Można jednak polemizować z autorką, czy faktycznie najważniejsze dla podań, powieści i opowiadań o cyborgach jest znalezienie definicji człowieka, oddzielającej nas od sztucznych ludzi, czy najważniejsze jest poszukiwanie różnic czy może raczej należałoby szukać podobieństw...


Teoretycy współczesności właśnie w przekraczaniu, a wręcz likwidacji granic, poszukiwaniu obszarów „pomiędzy”, otwieraniu się na wieloznaczność i hybrydyczność, widzą szansę przekroczenia logo-, euro- i fallogocentrycznego dyskursu zakładającego wyższość człowieka i jego zachodnio-europejskiej kultury oraz skupiającego się właśnie na ustanawianiu granic. Tymczasem poddanie ich w wątpliwość, a nawet ich zniesienie daje szansę otwarcia się na skolonizowane obszary inności. W tym tkwi polityczna siła figury cyborga, która przez autorkę została niemal pominięta.


Jak pisała Donna Haraway w słynnym Manifeście Cyborgów: „wszyscy jesteśmy chimerami, wymyślonymi i sfabrykowanymi hybrydami maszyny i organizmu, słowem, jesteśmy cyborgami. Cyborg jest naszą ontologią, wytwarza naszą politykę”. Według Haraway cyborg uwypukla istniejące już obecnie szczeliny pomiędzy niegdyś nienaruszalnymi granicami: rozmycie linii dzielącej człowieka od innych żywych istot, a także pomiędzy zwierzęco-ludzkim organizmem a maszyną. Ten mit o Cyborgu mówi więc o przekraczaniu granic, stara się, według Haraway, przeciwstawić nasilającemu się na całym świecie wzrostowi władzy oraz ułatwić walkę o inne formy władzy i przyjemności w społeczeństwach, gdzie technologia określa życie. Haraway wskazała na rozmycie granic między „naturalnym” a „sztucznym”, „ludzkim” a „nieludzkim”, a zarazem pokazała, że dotychczasowe próby zdefiniowania człowieczeństwa są raczej iluzją naszej kultury.


Stellarc

 

Czyż my sami nie jesteśmy coraz bardziej zcyborgizowani? Wszczepiane w ciało endoprotezy, rozruszniki serca, śruby noszone w kościach po ich złamaniach, sztuczne zęby, szkła kontaktowe czy sztuczne substancje, które serwujemy naszym ciałom, jak np. antybiotyki, czynią nasze ciała coraz mniej „naturalne”. Pomysły na wszczepianie w ciało chipów, minimalizacja urządzeń elektronicznych, które wnikają coraz bardziej w nasze ciała (jak choćby popularne słuchawki telefonów komórkowych noszone głównie przez kierowców) sprawiają, że granica między ludzkim ciałem a maszyną staje się coraz mniej czytelna. Ludzie egzystują coraz bardziej bezcieleśnie, coraz modniejsze stają się wirtualne społeczności (jeśli nie ma cię na facebooku, nie istniejesz, choć to jednak dość nudna rozrywka ;-)



Mariko Mori

 

Samo pojęcie „natury” wydaje się nie mieć już znaczenia, wszak nie istnieje nieskażona „natura”, nieskażony „naturalny wygląd”, zaś to, co myślimy o naturze jest w gruncie rzeczy, jak udowodniła Judith Butler, jedynie kulturową interpretacją natury.


Czy ma więc sens argumentować na rzecz różnic pomiędzy człowiekiem a androidem, jakby na siłę poszukiwać definicji „człowieczeństwa”? Bo może jest tak, że te próby wynikają z naszego strachu przed naszą coraz bardziej cyborgiczną naturą? (Hm, ktoś nawet się na mnie obraził za to, że mówiłam, iż stajemy się cyborgami, nie jest jednak ten pogląd tak łatwo przyjmowany.) Jak stwierdza sama Radkowska-Walkowicz: „Wraz z obcym do uporządkowanej przestrzeni przedostaje się groźba chaosu. Boimy się, że otworzy się przed nami świat, którego reguł nie znamy”. Ale, czy rzeczywiście może chodzić o to, że androidy, jak ostrzegają twórcy science-fiction, niosą zagrożenie dla ludzkości? Czy raczej o to, że gdy brak ściśle wyznaczonych granic, będziemy zmuszeni, by wciąż na nowo definiować siebie, każdą sytuację rozpatrywać jednostkowo, zamiast używać utartych schematów myślowych? A więc być może, paradoksalnie, staniemy się dzięki temu bardziej ludzcy („Myślę, więc jestem”), zamiast jak automaty odtwarzać utarte wzorce kulturowe?


To przekraczanie granic, otwarcie na związki ze światem maszyn i zwierząt, wydaje się czymś najbardziej inspirującym, a zarazem krytycznym względem wciąż jeszcze ujawniających się założeń oświeceniowej filozofii (śmiem twierdzić, że dominująca pozycja, którą zajmuje człowiek w rozważaniach Radkowskiej-Walkiewicz, jest również bliska tejże filozofii). A przecież, jak pisała Claudia Springer w książce Electronic Eros. Bodies and Desire in the Postindustrial Age:


Kiedy granica między ludzkim i sztucznym upadnie, wszystkie inne dualizmy również ulegną rozproszeniu, a ich obie części staną się nierozróżnialne, usuwając człowieka z unikatowej i uprzywilejowanej pozycji, którą zajmował w filozofii oświeceniowej. Faktycznie, granice ulegające transgresji są zasadniczą cechą postmodernizmu, a cyborg jest ostateczną transgresją granicy (za: Monika Bakke, Ciało otwarte, s. 155).



Orlan

 

I czy w kulturowych wyobrażeniach na temat cyborgów właśnie ta transgresja granic nie wydaje się najbardziej pociągająca?


Książka inspiruje do przemyśleń, ale zabrakło mi w niej podkreślenia tej transgresywnej siły cyborga.

Wszech-widzialni

izakow2

Znowu opuściłam się w pisaniu. Umknęło mi parę interesujących rzeczy, jak np. wycie wilków przy pełni księżyca przy warszawskich osiedlach zamkniętych.


Była to akcja społeczna ukazująca zagrożenia związane z nadmierną segregacją przestrzeni, jej zamykaniem, dzieleniem, otaczaniem murami, a więc budowaniem współczesnych twierdz.


Tylko, na co nam te twierdze, kiedy i tak wszystko jest dostępne i widzialne?


Ładnie to opisał Zygmunt Bauman w swojej starej książce „Globalizacja i co z tego dla ludzi wynika?”, wskazując, że owo zamykanie daje nam względne poczucie bezpieczeństwa, ale realnie wzrasta strach przed obcymi, innymi, intruzami. W gruncie rzeczy więc realnie to grodzenie przestrzeni wpływa raczej na większe poczucie zagrożenia...


Co do tej widzialności, byłam ostatnio pod dużym wrażeniem, kiedy syn pokazywał mi zdjęcia satelitarne Nowego Jorku. Wszystko dostępne jak na dłoni, widać ludzi, którzy gdzieś tam się spieszą. Zabłąkaliśmy się pod sklep, w którym kiedyś robiłam zakupy.


Kiedy już nam się znudziło, Kuba wstukał adres naszego domu i w dwie sekundy znaleźliśmy się tuż nad nim. Przyznaję, że mimo ślęczenia wciąż w internecie, robienia zakupów, po części pracowania, czasami błąkania się bez celu, ta szybkość, z którą opuściliśmy NY, by znaleźć się nad naszym domem, przyprawiła mnie o ciarki. No i kwestia widzialności każdego zakątka. Tylko czekać na kamery, które zaczną prześwietlać ściany (oczywiście działające w imię naszego bezpieczeństwa...).


Artyści czasem biorą na warsztat tę dziwność współczesności. Znakomicie, pokazała to Izabella Gustowska w multimedialnym dziele - spektaklu „She-Ona. Media Story”, który był prezentowany na terenie Starej Rzeźni w Poznaniu podczas tegorocznego Festiwalu Teatralnego Malta. Pisałam o tym w Artmixie, nie będę się tutaj powtarzać. Niesamowite było to, że z jednej strony była to bardzo poetycka, miłosna opowieść o pożądaniu i niemożności spełnienia, ale z drugiej opowieść o przemocy spojrzenia, widzialności, podglądania.


Byłam pod dużym wrażeniem tego, że artystce tak znakomicie udało się to połączyć! Na przykład część filmów wyświetlana na ścianach była nakręcona przy użyciu kamer przemysłowych oraz satelitarnych. Niektóre z tych kamer namierzały określone osoby i dokonywały zbliżeń....Niesamowita była sama pogoń spojrzenia za umykającymi twarzami i jakby ich chwytanie w kleszcze spojrzenia.. Ale zaczynam już opowiadać pracę. Niepotrzebnie. Jeśli ktoś nie czytał(a), zapraszam do tekstu :-)



 


Czy sztuka Izabelli Gustowskiej jest polityczna?

izakow2


Do teraz wydawało mi się, że nie.


Że jest to sztuka spoza czasu, ideologii i polityki.



Tymczasem w odniesieniu do ostatniej wystawy, która jest prezentowana w Muzeum Narodowym w Poznaniu, najpierw przyszło mi do głowy, że jest to sztuka bardzo cyborgiczna, a potem odczytałam ją jako polityczną, wręcz radykalnie polityczną, bo ekofeministyczną.




Life is a Story, 2002, fragment



Nie wiem, co na to artystka. Ja sama zdziwiłam się tym odczytaniem.



Oto fragment mojego tekstu:



"Stworzony (a może raczej wygenerowany) przez artystkę świat - zwielokrotnionych ekranów, które ukazują ślady życia nasuwa jeszcze jedno futurologiczno-ufologiczne skojarzenie. Przebywając we wnętrzu tego totalnego dzieła - możemy poczuć się tak, jakbyśmy byli na pokładzie wielkiego statku kosmicznego, gdzie przybysze z innych planet zbierają, rejestrują i przetwarzają ślady życia na ziemi.
Ale też próbują zachować i wydobyć z tego wszystkiego, co rejestrują, jakąś esencję - to, co jest najlepsze i najpiękniejsze. Takie wrażenie można mieć zwłaszcza w przypadku oglądania, chyba najbardziej poetyckiej, pracy pt. "Namiętności i inne przypadki".




Namiętności i inne przypadki, 2000



Otwierające się formy - ni to kapsuły, ni to muszle przywołują na myśl kokony, które pojawiają się na filmach SF i w których hodowane jest ludzkie życie, lub też z których wylęgają się cyborgi. Te formy kojarzą się z próbą ochrony tego, co najbardziej cenne. Być może artystka wskazuje, że w świecie zdominowanym przez maszyny i media - to, co jest najcenniejsze to uczucia.


W "Namiętnościach...", jak i w "L'amour passion" artystka przedstawia różne rodzaje miłości - pomiędzy kochankami (zarówno hetero-, jak i homoseksualnymi), miłości (do) dziecka, ale i (do) zwierzęcia; miłości siostrzanej i miłości przyjacielskiej. Jakby właśnie to należało chronić najbardziej!




L'amour passion, 2001-2005


Tym samym ta cyborgiczna opowieść staje się utopijnym ekofeministycznym projektem świata, w którym na pierwszym miejscu znajdują się takie wartości, jak miłość i przyjaźń, szacunek do świata, opiekuńczość, bliskość ze światem przyrody - zamiast rywalizacji, zdobywania, postępu i wojny. To wizja nowej ekofeministycznej etyki, w której najważniejsze jest nasze powiązanie z otoczeniem (zamiast rygorystycznego podziału na "ja" i "inni"), kontakt z drugim człowiekiem, jak i z przyrodą (traktowaną na równi, na zasadach partnerskich - zamiast stosunku panowania i podległości), otwarcie na inność, szacunek dla różnic. To etyka pochwały różnorodności. To wizja wielogłosowości (same głosy są zresztą na wystawie bardzo ważne, słyszymy, jak przeplatają się ze sobą: szepty, krzyki, rozmowy - tworząc w ten sposób wielogłosowy szum)."




Sztuka łatwego wyboru, 2006

Sama nie wiem. Boję się "naciąganych" interpretacji. Ale też w przypadku prac Gustowskiej, znaczenia wydają się prawie niemożliwe do uchwycenia. Może więc, zwłaszcza w tym przypadku, możliwe są jedynie różne sposoby odczytania.



Cały tekst tutaj

Bauman, blogi i Sosnowska

izakow2

Mamy w Poznaniu tydzień Zygmunta Baumana... Wczoraj miał wykład w Kapitałce, podczas którego mówił o kształtowaniu swojego życia jako dzieła sztuki. Ale nie jako obrazu, tylko raczej jako happeningu czy instalacji (bo nie można mówić już o linearności, ciągłości tej narracji, jaką jest nasze życie).


 
Monika Sosnowska, Loop, Kunstmuseum Liechtenstein


Chodzi więc o pojmowanie tożsamości jako zmiennej, kształtowanej wciąż na nowo, zaskakującej (nawet samego użytkownika). Taki jest nasz program na życie – stawanie się wciąż kimś innym, nieustanne przeobrażanie się. Swego rodzaju recycling.


 A przykładem takiego kształtowania siebie są według profesora Baumana blogi.


Profesor znalazł (zapewne w internecie) informację, że w ubiegłym roku liczba blogów na świecie przekroczyła 50 milionów i od tego czasu rośnie ona o około 157 tysięcy dziennie.


W każdym blogu wystawia się wybrane cząstki siebie na sprzedaż – ładnie powiedziane, choć troszkę bolesne ;-)


Profesor wskazał jednak na to, że żyjąc w sieci żyjemy w pewnej ułudzie, która nie ma większego wpływu na realne życie. Nie zgodzę się z tym, bliższe są mi tezy Wolfganga Welscha, który pisząc o sztucznych rajach, podkreślił jak obie rzeczywistości: realna i wirtualna wzajemnie na siebie wpływają, wzajemnie się kształtują.


Tak a’propos: „Gazeta” donosi dzisiaj, że być może blogi stają się szóstą władzą. Chodzi o tropienie oszustw „słynnej” antyfeministki Elizy Michalik, która szczególnie upodobała sobie występy u Pospieszalskiego i osmieszanie feministek, mniejszości seksualnych itp. (trudno więc nie mieć satysfakcji z jej upadku ;-)


Bauman mówił też wczoraj o zastępowaniu w metaforach opisujących rzeczywistość pojęcia struktura – pojęciem sieć. Struktura ma zawsze wymiar przestrzenny, odnosi się do zamykania, trzymania na uwięzi, w ryzach. Zaś sieć tworzona jest przez łączenie i rozłączanie, jest ekspansywna bez końca, zmienna ze swej natury.  



Monika Sosnowska, Loop, Kunstmuseum Liechtenstein


I znowu wydaje się to bardzo ciekawe, ale też do końca trudno się z tym zgodzić. Bo czy nie wyobrażamy sobie przestrzeni wirtualnej jednak jako struktury? Świadczą o tym różne cyberpunkowe wizje ukazujące przestrzenie, których nie ma. Zresztą sama nazwa cyberprzestrzeń jest w tym kontekście sprzecznością.


Niedawno Adam Budak wysłał mi zdjęcia z Kunstmuseum w Liechtensteinie, gdzie ma miejsce wystawa Moniki Sosnowskiej „Loop” (16.02-6.05.2007).


 
Monika Sosnowska, Loop, Kunstmuseum Liechtenstein


Wiadomo – artystka odwołuje się do konstruktywizmu i minimalizmu. Analizuje właśnie przestrzeń i to, jak ją odbieramy. Ale łamie jej normalne reguły, powodując niepewność i zmuszenie nas do zastanowienia się, czym jest w ogóle przestrzeń.


A w tym przypadku te zdjęcia ukazujące jakiś niesamowity labirynt, gdzie otwierają się wciąż nowe możliwości wejścia, korytarze prowadzące donikąd, a może w nieskończoność, kryjąca się za nimi niewiadoma, klaustrofobiczność tej przestrzeni, a zarazem izolacja, odcięcie od zewnętrznego świata, i zapętlenie - na co wskazuje tytuł – to wszystko kojarzy mi się z cyberkanałami, z wędrówkami po sieci, które podejmujemy nieustannie.



Monika Sosnowska, Loop, Kunstmuseum Liechtenstein


A więc również sieć musi mieć swoją strukturę (przeciwstawienie, którego dokonał Bauman jest efektowne, ale w gruncie rzeczy chyba nieprawdziwe).


Trzeba jednak przyznać, że wykład był bardzo ciekawy.

Wartopia Oli Polisiewicz

izakow2


Już dawno chciałam tu wspomnieć o „Wartopii” Oli Polisiewicz – pracy prezentowanej w Galerii Le Guern (19.12.06 - 17.02.07).


Jest to wirtualna wizualizacji Warszawy – tak, jak miała ona wyglądać według projektów urbanistów III Rzeszy, a później – socrealistów z czasów stalinowskich.


Inaczej – to wizualizacja miasta poddanego całkowicie dyktatowi totalitarnych władz. Ale zarazem to miasto wirtualne, w które można wejść, jak w komputerowej grze. Dlatego przeraża i poraża swą nieludzkością, ale i pociąga i prowokuje naszą ciekawość.


“Stworzone przez nią miasto jest pustynią ludzką, miastem-widmem, po ulicach którego hula wiatr niespełnionej historii” – pisze Michał Suchora w internetowym “Obiegu”.



 

O powstawaniu tej pracy, jej koncepcji oraz o problemie miasta (na przykładzie Warszawy i Gliwic) pisze z kolei Ewa Toniak w "artmixie".


Mnie interesuje w tej pracy jeszcze jeden problem – a mianowicie cyborgizacji miasta.


Bo Ola Polisiewicz stworzyła właśnie takie miasto-Cyborga, które jest hybrydą (łącząc rzeczywistość i wirtualność, stan faktyczny z tym, co pozostało jedynie w sferze planów, porządki, które są ze sobą sprzeczne. To wytwór rzeczywistości społecznej i fikcji, jak powiada Donna Haraway w „Manifeście cyborgów”).


Jaki jest cel tego zaskakującego projektu? Rekonstrukcja historii? Pytanie o miasto? Może pytanie o wirtualizację historii? Czy pytanie o działanie totalitarnej władzy?



 

Do opisu miasta nieraz używano cielesnych metafor.


Miasta pielęgnowane przyjmują piękny wygląd, pozostawione same sobie, zarastają i dziczeją. Noszą blizny przeszłości. Rozmaite plastyczne operacje próbują naprawić wcześniejsze błędy. Miasta starzeją się i są odmładzane. Itp., itd.


A w tym przypadku mamy do czynienia bardziej z metaforą ciała-Cyborga. Sztucznego konstruktu powstającego na użytek ideologii i władzy.


Zastanawia mnie możliwość wyzwolenia, która jest ukryta w tym projekcie. Cyborgi bowiem, jak pisała Donna Haraway we wspomnianym Manifeście, są nieposłuszne swym ojcom, nieprzewidywalne, rozsadzają dotychczasowe konwencje i definicje. Symulują politykę, a hierarchie zastępują układami scalonymi.


Jest w tym zawarta dekonstrukcja totalitarnej władzy (w sensie ukazanie jej marginesów, ale zarazem tego, co stanowi jej sedno), ukazanie jej złowrogiej potencji, a także możliwości realizacji. Pokazanie, że władza zasadza się również, a może przede wszystkim na organizacji czasu i przestrzeni, na wpisywaniu w taką strukturę ludzkiego ciała, by stało się dla niej użyteczne. Bo totalitarna władza to przede wszystkim zawładnięcie nad czasem i przestrzenią.

© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci