Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

ekologia

Czy zwierzę może być obiektem sztuki?

izakow2

Dorota Łagodzka opisała na swoim blogu Nie-zła sztuka historię papugi, która zmarła podczas wystawy Michała Brzezińskiego w galerii Czytelnia Sztuki w Gliwicach.

 


 

Wystawa Brzezińskiego została przedwcześnie zamknięta decyzją galerii. Artysta obwinia galerię, że nie dopilnowała papugi i o nią nie zadbała; pracownicy bronią się, mówiąc, że umarła ze stresu i że to nie ich wina. Ewa Chudyba z galerii twierdzi, że strategia artysty, aby pokazać koegzystencję ludzi z innymi gatunkami staje się w gruncie rzeczy swoim przeciwieństwem, i można do tego dodać – ukazuje jedynie dominację człowieka.

 

Dorota pisze o tej wystawie: 

 

"Oprócz papugi na wystawie znalazły się rośliny, grzyby, pleśnie, a zatem różne organizmy żywe, tworzywa i multimedia. Brzeziński chciał pokazać, jak wąsko zazwyczaj definiujemy życie, a jak szerokie ma ono znaczenie, w jak wielu miejscach się pojawia, a także, że często jest tam, gdzie go nie dostrzegamy, np. na zamkniętym w gablocie kawałku salami. Na kawałku martwego zwierzęcia rozwija się nowe życie - życie pleśni."

 

Kiedy to czytałam olśniło mnie, że pracę zestawiającą różne kultury organicznego życia (m.in. pszczół, pająków, mrówek, bakterii, ale również roślin stanowiących podstawę substancji halucynogennych) zatytułowaną "Biotop", pokazał w tym roku na Documentach Pierre Huyghe. Wspominałam o tej pracy pisząc o Documentach XIII, a tutaj znalazłam jej opis.

 


 

Białej psiny nie spotkałam (zresztą możliwe, że dość szybko została stamtąd zabrana, bo po prostu uciekała), ale pamiętam nasze zdziwienie, gdy przechodziliśmy obok śpiącego rudego szczeniaka z różową łapką, bo nie było wiadomo, co on tam właściwie robi, skąd się wziął, do kogo należy, a przypuszczenie, że może być częścią pracy odrzuciliśmy jako coś niemożliwego. A jednak! 

 


 

W e-mailu Dorota Łagodzka napisała mi o innym artyście - Janie Fabre, który męczy koty, o ile dobrze zrozumiałam, każe je publiczności podrzucać. Nie obejrzałam filmiku przesłanego przez Dorotę, bo odmawiam uczestnictwa w takiej grze. 

 

Myślę, że taka sztuka jest nic nie warta, a artyści nie mają w sobie żadnej empatii dla zwierząt, a jedynie próbują zająć się modnym tematem, jakim jest posthumanizm i problem relacji ludzi i zwierząt.

 

Nie do końca oceniłabym tak kategorycznie prace Huyghe'a pytającą o granice między sztuką a realnością oraz między kulturą a naturą. Jego praca była niezwykła i imponująca. A jednak ten psiak był zgrzytem, choć możliwe, że był tam przez kogoś przez cały czas chroniony...

 


 

Zaś powtarzalność motywów pojawiających się w pracach Huyghe’a i Brzezińskiego, obojętnie, czy ten ostatni znał pracę Huyghe'a czy nie, wskazuje na pewną łatwość  i schematyzm strategii artystycznych odnoszących się do tej tematyki. A można przecież inaczej, można na przykład tak, jak zrobiła to opisana to Miyoko Ihara, fotografując niezwykłą przyjaźń jej babci i kota. Choć możliwe, że zwolennicy sztuki bio-artu powiedzą, że to naiwne i, że tych prac nie można ze sobą porównywać. A co mi tam! Ja mam już dość nabzdyczonej sztuki tworzonej w myśl określonych programów.

 

W przypadku wystawiania zwierząt nasuwa się nieznośne skojarzenie z wystawianiem ludzi - na przykład niewolników na sprzedaż czy dziwnych ludzkich „okazów” w ludzkim zoo. Te ostatnie określano jako "wystawy etnologiczne" lub "wioski Murzynów". Wystawy takie organizowano od niemal początku XIX wieku do lat 30. wieku XX, ludzie pokazywani byli jako prawie nadzy, pozamykani w klatkach, często akcentowano to, że bliżsi są zwierzętom niż ludziom, akcentowano ich dzikość oraz nieokiełznany instynkt seksualny (taką atrakcją była na przykład Saartjie Baartman nazywana hotentocką Wenus). Do pomysłu wystaw ludzi próbowano wrócić jeszcze po II wojnie światowej – w 1958 roku  podczas Wystawy Światowej w Brukseli zaprezentowano "Wioskę Kongijską". Polecam tekst "Ludożerca w zoo".

 

Dziś już nikt nie ma wątpliwości, że wystawy te były jedną z praktyk europejskiego kolonializmu, objawem rasizmu i związanego z nim odczłowieczenia innych ludzi. Dzisiaj potępiamy nie tylko rasizm, ale i przemoc wobec zwierząt. Ekolodzy domagają się, aby Polska przyjęła europejską konwencję zakazującą występów zwierząt w cyrku. Wiele osób uważa również, że zamykanie zwierząt w klatkach w ogrodach zoologicznych jest nieetyczne. Więc, dlaczego sztuka miałaby mieć status wyjątkowy?

 

P.S. Znakomity komentarz do tego wpisu na blogu Teoria kultury w praktyce, gdzie autorka przywołuje prace artystki Heide Hatry i zauważa, że nie można robić bio artu (podobnie zresztą, jak wszelkiej sztuki krytycznej), pomijając relacje władzy, w które uwikłany jest sam artysta:

 

"Artysta znajduje się wobec wykorzystywanych podmiotów (ludzkich i zwierzęcych) w stosunku dominacji, ponieważ to on / ona posiada narzędzia komunikacji – to artysta, a nie zwierzę, wypowiada się w sztuce i, niezależnie, jakie warunki zostaną stworzone, podejmuje też wszystkie decyzje. Sztuka to przestrzeń ludzka. Dlatego też wszelkie próby zdekonstruowania relacji pomiędzy człowiekiem i naturą z pominięciem relacji władzy, w które uwikłany jest sam artystka, wydają mi się naiwne i utopijne."

 

Sztuka zwierząt?

izakow2



Od jakiegoś czasu zadaję studentom pytanie: czy prawdziwa jest definicja sztuki mówiąca, że jest to dziedzina działalności ludzkiej mająca między innymi na celu dostarczenie wrażeń estetycznych. I nie chodzi mi o kwestię dostarczania wrażeń estetycznych, ale o pytanie, czy można dzisiaj powiedzieć, że sztukę mogą tworzyć tylko ludzie.


Problem ten podejmuje w wielowątkowej książce Bio-transfiguracje. Sztuka i estetyka posthumanizmu Monika Bakke. Autorka przywołuje eksperymenty Desmonda Morrisa, etologa, a zarazem artysty, który pracując w latach 50. XX wieku w londyńskim ogrodzie zoologicznym nauczył małpy malować obrazy.  Malowidła szympansów zostały pokazane w 1957 roku w londyńskim Instytucie Sztuki Współczesnej, były wystawiane również na aukcjach sztuki. Ciekawy jest fakt, że Morris uczył malować małpy w stylu abstrakcyjnego ekspresjonizmu, a nurt ten wiązał się z głębokim przekonaniem, że artysta poprzez ekspresyjne malarstwo oddaje samą istotę aktu twórczego, prezentuje swoje uczucia i emocje, wyraża swą artystyczną duszę. Niejako więc przy okazji malarstwo małp uderzyło w mit action painting.


Innym ciekawym przykładem sztuki zwierząt inspirowanej przez ludzi jest malarstwo słoni, które są w stanie przedstawić konkretne kształty, mogą nawet namalować słonia, choć ponoć najbardziej lubią malować pionowe linie. Historię malarstwa słoni również opisuje Bakke przywołując projekt autorstwa Vitaly’ego Komara i Alexandra Melamida, którzy w 1997 roku założyli organizację charytatywną The Asian Elephant Art and Conservation Project. W gruncie rzeczy jest to projekt ekologiczny, bliski założeniom rzeźby społecznej Josepha Beuysa. Nie chodzi w nim bowiem tylko o pokazanie, że słonie umieją malować, ale o ratowanie zwierząt, które w Tajlandii pod koniec lat 80. straciły zatrudnienie na skutek wyrębu lasów. Zarówno zwierzęta, jak i ich właściciele znaleźli się na skraju ubóstwa. Słoniom kazano żebrać na ulicach, inne wykorzystywano do robienia cyrkowych sztuczek, inne pracowały w przemyśle turystycznym, ale wiele z nich było też zabijanych. Populacja słoni azjatyckich zaczęła drastycznie spadać. Przejęci tym problemem Komar i Melamid postanowili założyć akademie sztuki dla słoni, gdzie zwierzęta mogą nauczyć się nowego zawodu, który pozwoli im na utrzymanie. Ich prace bowiem sprzedawane są na aukcjach sztuki.



 

Akademie sztuki słoni zostały otwarte w Tajlandii, ale też w Kambodży, Indonezji i Indiach. W ten sposób wiele zwierząt zostało uratowanych przed śmiercią, a dziwność tego projektu spowodowała nagłośnienie problemu azjatyckich słoni, o co w gruncie rzeczy  chodziło.


Oczywiście w tych przypadkach, to człowiek jest inicjatorem sztuki zwierząt. Badacze wskazują jednak, że zwierzęta posiadają także swoisty smak estetyczny. Chodzi tu o rozmaite wytwory zwierzęce, jak na przykład niezwykle atrakcyjne i ozdobne gniazda jednego z gatunków ptaków – altannika, który w dodatku drobiazgowo przyozdabia przestrzeń przed gniazdem (w celu zwabienia samicy).



 

Można wspomnieć też konstrukcje wykonywane przez zwierzęta takie jak sieć pajęcza, ule czy budowane przez bobry tamy.



 

Wracając do przytoczonej na początku definicji sztuki, można mieć jednak wątpliwości, czy jest to dziedzina działalności tylko ludzkiej. Poza tym pozostaje jeszcze jedna kwestia – a co ze sztuką tworzoną przez maszyny?


Definiowanie sztuki nie jest łatwe. A może czytelniczki i czytelnicy mają jakieś pomysły, jak zdefiniować, czym jest sztuka?

Holocaust w kampanii PETY

izakow2

 

Wspomniałam ostatnio o kampanii PETA (Ludzie na Rzecz Etycznego Traktowania Zwierząt) „Holocaust on Your Plate” z 2002 roku. Kampania ta szokowała, a w Niemczech została ocenzurowana nakazem sądu orzekającym, że obraża pamięć ofiar.


 

Pojawia się przy tej okazji bardzo sporna kwestia porównań pomiędzy masowym uśmiercaniem zwierząt a Holokaustem. Autorzy kampanii odwołali się do książki Charlesa Pettersona „Wieczna Treblinka”, zainspirowanej wypowiedzią Isaaca Bashevisa Singera: „Zwierzęta doświadczyły, że człowiek to najgorszy osobnik spośród wszystkich gatunków. Zwierzęta zostały stworzone jako dostarczyciele żywności i skór – istoty, które można dręczyć i eksterminować. Dla nich wszyscy ludzie to naziści, a ich Życie – to wieczna Treblinka”. Warto przywołać tu również wypowiedź Theodore’a Adorna: „Auschwitz zaczyna się wszędzie tam, gdzie ktoś patrzy na rzeźnię i myśli: to tylko zwierzęta”.


 

Zarówno obrońcy praw zwierząt, jak i teoretycy sięgają po tego rodzaju porównania dla wzmocnienia swego przekazu oraz pokazania problemu, który jak twierdzą, jest zupełnie niezauważalny. W numerze „Artmixa” na temat gatunkowizmu, Marietta Radomska pisze:

„Gatunkowizm posiada własną logikę. Przede wszystkim, należy najpierw uznać istotę jako nie-ludzką, aby następnie móc ją bezkarnie maltretować lub uśmiercić. Albowiem tylko człowiek zasługuje na godność i odpowiedni szacunek. To właśnie dlatego cierpienie zwierząt i rzeki krwi wylewające się z rzeźni na całej kuli ziemskiej właściwie NIE istnieją (oczywiście z wyjątkiem środowisk związanych z obroną praw zwierząt). Dokładnie taka sama prosta logika działała w przypadku niewolnictwa albo Holokaustu. W momencie, gdy niewolnicy zostali uznani za "zwierzęta juczne", najokrutniejsze traktowanie (wcześniej stosowane wobec nie-ludzkich zwierząt) stało się codzienną praktyką. Z podobnym mechanizmem mamy do czynienia w przypadku nazistowskiego ludobójstwa, które wyznaczywszy linię podziału pomiędzy ludźmi a pod-ludźmi (lub nie-ludźmi - wystarczy przywołać propagandę Trzeciej Rzeszy, według której Żydzi przedstawiani byli jako "robactwo"), automatycznie umożliwiało eksterminację tych, którzy zakwalifikowani zostali poniżej tejże linii podziału. Ponadto, w tych i podobnych sytuacjach, które mają miejsce aż po dziś dzień, jakiekolwiek moralne lub etyczne wątpliwości zostają raczej rozwiane, albowiem - wedle niektórych - status moralny niekoniecznie przynależy nie-ludziom”. Ten mechanizm omówił dokładnie Giorgio Agamben, wskazując, że nagie życie w kontekście biopolityki może zostać bezkarnie unicestwione.


 

Dalej autorka zauważa, że choć różnorodne przejawy rasizmu, seksizmu, homofobii oraz innych form dyskryminacji wciąż mają miejsce zarówno na obszarze teorii (akademia), jak i praktyki (życie codzienne), to postulaty wyżej wymienionych ruchów emancypacyjnych wydają się oczywiste, a przynajmniej uznaje się ich istnienie. Natomiast „ogromne ilości cierpienia oraz eksploatacja zwierząt pozostają niemal niesłyszalne. Stanowią one jedynie element "zwyczajnego" krajobrazu. Ponadto jakakolwiek próba porównania albo przeprowadzenia analogii pomiędzy cierpieniem zwierząt (np. w rzeźni) i niewolnictwem lub Holokaustem zazwyczaj wywołuje oburzenie lub jakąkolwiek inną formę protestu, również ze strony tych, którzy sami podjęli walkę z dualistyczną logiką określającą ich jako "Innych" ludzkiego podmiotu. Tego rodzaju reakcje okazują się być jednak jeszcze jednym przejawem gatunkowizmu” – stwierdza Radmoska.


 

Pytanie, czy uprawnione jest porównanie masowego zabijania zwierząt do Holokaustu jest jak najbardziej aktualne, jednak jak wskazuje Monika Bakke w książce o sztuce i estetyce posthumanizmu, w literaturze przedmiotu wciąż pojawiają się coraz bardziej szczegółowe analizy mechanizmów masowego zabijania ludzi i zwierząt. Bakke wymienia za Davidem Sztybelem podobne sposoby destrukcji i zabijania: „eksperymenty na żywych organizmach, eugenika, eksterminacja ‘szkodników’, polowania, obdzieranie ze skóry, pozyskiwanie włosów i tłuszczu oraz innych części ciała uznanych za cenne, niewolnicza praca, rozrywka kosztem ofiar, wypędzanie z domów-siedlisk, brak możliwości powrotu – dewastacja siedlisk, przymusowa koncentracja, separacja rodziców od dzieci, śmierć głodowa, zmowa milczenia, masowe i nieograniczone zabijanie, masowe groby”.

Trudno nie przyznać racji tym argumentom, podobnie jak tekstowi Darka Gzyry na temat kampanii „Holocaust on Your Plate” (Dorota, dziękuję za ten tekst!), ale z drugiej strony pojawia się tu inny problem, jakim jest instrumentalizacja Holocaustu w rozmaitych dyskursach ideologicznych – z jednej strony – we wspomnianym już antygatunkowizmie i kampaniach na rzecz praw zwierząt, również w dyskursach antyneoliberalnych, które mówią o analogiach między sposobem pracy i zniewolenia w tzw. sweat-shopach a funkcjonowaniem obozów koncentracyjnych, ale z drugiej strony – również w dyskursach zgoła innej opcji światopoglądowej – a mianowicie obrońców tzw. życia nienarodzonego. Oni też chętnie sięgają po porównania z Holocaustem. Jeśli do tego dodać kwestie komercjalizacji i turyzmu Zagięty narożnik: 1Zagłady, o której tu kiedyś również pisałam, wykorzystania związanych z nim symboli (Turystyka Holokaustu), to okazuje się, że Zagłada wykorzystywana jest na wiele, najróżniejszych sposobów. Oczywiście daleka jestem od twierdzenia, że nie wolno dokonywać jakichkolwiek porównań, że o Zagładzie powinniśmy mówić wyłącznie podniosłym tonem, a ponadto, że jest ona czymś niepowtarzalnym. Niepokoi mnie jednak łatwość, z jaką Zagłada wpisywana jest w rozmaite dyskursy i zastanawia mnie na ile jest jeszcze czymś, co faktycznie wywołuje wstrząs...

Podwodny świat Jasona de Cairesa Taylora

izakow2


Jedna ze studentek pokazała mi reprodukcje niezwykłych prac Jasona de Cairesa Taylora (ur. 1974).  Artysta ten wychowywał się częściowo w Europie, częściowo w Azji, dużo czasu spędzając na nurkowaniu i podziwianiu raf koralowych u Wybrzeży Malezji. Jest instruktorem nurkowania. Woda jest jego żywiołem i stała się także naturalnym otoczeniem jego rzeźb.


Vicissitudes, 26 life-size figures. Depth 5m. Grenada, West Indies. 

 

 W 1988 roku Taylor ukończył Instytut Sztuki w Londynie, później kształcił się jeszcze w rzeźbie w tradycyjnym kamieniu. Zachwycony podwodnym światem, zauważa zarazem jego degradację, do której przyczynia się zresztą między innymi turystyczne nurkowanie. Chodzi o nurków, którzy podziwiając rafy koralowe, dotykają je i tym samym niszczą. I dlatego Jason de Caires Taylor postanowił tworzyć podwodną sztukę, aby odciągnąć turystów od raf koralowych. Jego rzeźby przeistaczają się w sztuczną rafę, porastają glonami, stają się siedliskiem dla żywych organizmów i w ten sposób wtapiają się w podwodny świat.



Podwodne zespoły rzeźbiarskie tego artysty, tworzone od 2007 roku, znajdują się między innymi w wodach Morza Karaibskiego u Wybrzeży Meksyku, a także u wybrzeży Grenady.


The Fall from Grace, Depth 6m. Grenada, West Indies


Jedna z największych realizacji powstała na terenie Narodowego Parku Morskiego Cancún, Isla Mujeres i Punta Nizuc, gdzie rocznie nurkuje ok. 750 tysięcy osób.


 

Na głębokości dziewięciu metrów zatopionych zostało 400 rzeźb naturalnej wielkości. Jest to część projektu The Silent Evolution, który realizowany jest w ramach działalności MUSA Museo Subacuático de Arte w Cancún. 



 

Warte podkreślenia wydaje się tu kilka kwestii. To problem utrudnionej dostępności tych rzeźb, gdyż aby je zobaczyć należy wybrać się w to konkretne miejsce, a w dodatku trzeba zanurkować. 


The Garden of Hope, 4m

 

Ta niedostępność nasuwa skojarzenie z pracami artystów sztuki ziemi i po części przynajmniej Taylor wydaje się kontynuatorem tego nurtu. Po drugie – jest to też zerwanie z instytucjonalnym obiegiem sztuki, co zresztą było założeniem artystów ziemi, chociaż w końcu i tak w galeriach wystawiano ich projekty, dokumentacje i fotografie. Oczywiście sztuka Taylora też nie istnieje jedynie w środowisku naturalnym, prezentowana jest przede wszystkim w internecie. Jednak fotografie i filmy, choć znakomite, mogą dać jedynie namiastkę wrażenia, które zapewne sprawiają te rzeźby w rzeczywistości.

 

Zwraca to więc tym samym uwagę na problem materialnego istnienia sztuki w konkretnym miejscu, na dnie morza. Ciekawy jest też proces, który odbywa się na powierzchni tych rzeźb, które stają się coraz bardziej zarośnięte, przeistaczają się w swoiste hybrydy i zaczynają żyć własnym życiem. 




 

Ponadto te prace naprowadzają też na świat fantazji, mogą nasuwać skojarzenia ze światem zatopionej Atlantydy, z historiami o zaginionych rozbitkach, z podróżami do wnętrza ziemi, do tego, co niedostępne lub funkcjonujące jedynie w świecie wyobraźni. I jeszcze jedna sprawa – są te rzeźby ciekawym przykładem sztuki ekologicznej, łącząc zainteresowanie twórczością z próbą ochrony ekosystemu. Można więc je określić również rzeźbą społeczną w rozumienia Josepha Beuysa, który był bodaj pierwszym artystą sztuki ekologicznej i, który uważał, że poprzez sztukę można kształtować rzeczywistość i własne otoczenie. 


 

Polecam też filmy

 

Oszczędzajmy energię

izakow2

 


To jedna z fotografii Spencera Tunicka z 2007 roku, o co w niej chodzi, wyjaśnię jednak później.


Bo najpierw chciałam odnieść się do komentarzy, z którymi ostatnio dość często spotykam się na blogu, dotyczącymi teorii, „izmów” (np. feminizmu), dyskursów (np. queer), w które wpisywana jest sztuka, a przede wszystkim wskazującymi, że dzieje się to ze szkodą dla samej sztuki. Nie mam nic przeciwko tym komentarzom, prawdę mówiąc bardzo się cieszę, że mój blog czytają osoby o tak bardzo zróżnicowanych poglądach. Cieszę się również z tego, że sztuka wciąż wzbudza tyle emocji. Ale z drugiej strony, trochę mnie dziwi, że podejście do sztuki, które na dobre zagościło po socrealizmie i panowało w całym PRL-u (którego nie podzielało zaledwie paru artystów, takich, jak np. Jerzy Bereś czy para KwieKulik), że sztuka jest czymś uniwersalnym, nie ma płci, jest poza polityką i nie powinna angażować się w problematykę społeczną, jest ciągle tak bardzo popularne. A przecież owa apolityczność sztuki była także czymś politycznym (bo była tak bardzo na rękę komunistycznym władzom).


Nie mogę się też zgodzić z odmawianiem wartości artystycznych pracom, które w te wypominane w komentarzach „izmy” wchodzą; odnoszą się do jakiejś konkretnej ideologii, albo też odczytywane bywają w myśl różnych współczesnych dyskursów. Jak w każdej innej twórczości, znajdziemy tu przykłady dzieł wybitnych oraz miałkich, kiepskich, wtórnych (i pod względem formalnym, i w związku z wałkowaniem wciąż tych samych tematów). Nie zgodzę się też, że artyści wchodzą w te „izmy” ze względu na koniunkturalizm. Oczywiście, też tacy są. Ale wierzę w to, że artyści są ludźmi wrażliwymi, którzy reagują na problemy współczesności, odnoszą się do nich w sferze wizualnej, przez co każą nam, widzom, inaczej na te problemy spojrzeć, zastanawiać się nad tym, co wydaje się oczywiste, co pomijamy milczeniem, co jest niewygodne i trudne.

Bliskie są mi myśli Josepha Beuysa na temat „rzeźby społecznej”, a więc twórczego kształtowania swojej rzeczywistości, na rzecz sprawiedliwości i równości, na rzecz dobra nas wszystkich, ludzi, zwierząt, naszej planety. Bliski jest mi artywizm (pojęcie odnoszone m.in. do Sanji Iveković), łączenie działań twórczych i prospołecznych. Takie postawy wskazują, że artyści są zainteresowani czymś więcej, niż tylko tworzeniem pięknych, lub ciekawych form. Nie chowają głowy w piasek, są zainteresowani zmienianiem rzeczywistości (choćby tylko przez zmuszanie nas do myślenia). Swoją umiejętność kształtowania form wizualnych wykorzystują do mówienia o problemach innych, niż sztuka. Oczywiście, to stary dylemat, czy opowiedzieć się za „sztuką dla sztuki” czy „sztuką dla społeczeństwa” i jasne jest, że wybierając którąś z tych postaw, na pewno coś tracimy i coś umyka z naszego pola uwagi.

 


Ostatnio na moim blogu, pojawiały się przykłady prac proekologicznych i antygatunkowistycznych. Kontynuując te rozważania, chciałam przedstawić cykl prac Spencera Tunick wykonany dla Greenpeace, gdzie sfotografował on prawie 600 nagich osób na kurczącym się lodowcu Aletsch w Szwajcarii.

 


O pracach Tunicka pisałam już na swoim blogu, wskazując, że, jego sztuka, choć bardzo ciekawa pod względem formalnym (połączenie body artu z land artem), ma wymiar społeczny (nagość w sferze publicznej jest odczytywana jako gest wystąpienia przeciwko konwencjom społecznym, przeciwko władzy), katastroficzny (obrazy przypominające sceny z Sądu Ostatecznego są jakby ostrzeżeniem przed katastrofami, które sami na siebie sprowadzamy, lub sprowadziliśmy) oraz socjologiczny (mówiąc o stosunku nas samych do nagości, naszego ciała, do wspomnianych już konwencji społecznych).

 

 


Fotografie wykonane dla Greenpeace w sierpniu 2007 roku pokazuję tu nieco przewrotnie, bo odnoszą się do globalnego ocieplenia, a mroźna i biała zima niekoniecznie jest tym, co nastraja do rozmyślań na ten temat, a może i nawet każe zwątpić w sam problem globalnego ocieplenia (oczywiście traktowany też przez wielu jako wydumany, bądź kontrowersyjny).

Jedno jest pewne, energię oszczędzać należy i nie wydatkować jej niepotrzebnie. Dlatego warto zastanawiać się też nad tym, na ile produktywnie wydatkowana jest energia artystyczna.


 

 

 


© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci