Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

miasta

Lublin dla wszystkich a sprawa kibiców

izakow2

W Lublinie kontrowersje wywołały grafiki, które miały znaleźć się na biletach komunikacji miejskiej. Organizatorem akcji, będącej częścią kampanii "Lublin dla wszystkich" jest Pracownia Sztuki Zaangażowanej Społecznie "Rewiry" działająca przy Centrum Kultury w Lublinie. Autorami komiksowych historii są Dominik Szcześniak oraz Maciej Pałka. 

 

 

 

 

Na rewersie biletów Żyd oraz czarnoskóry pojawią się wśród kibiców klubu piłkarskiego Motor Lublin. Miały być jeszcze dwie historyjki - na jednej z nich kibice deklarują: "Motooor! Dla was to tylko piłka! Dla nas styl życia!" i następnie całują się, a na innym obrazku przedstawiony jest Rom, który również jest kibicem i dlatego nie jest już wyzywany od "Cygana"..


Oprócz biletów, przygotowano też plakaty, które mają pojawić się na przystankach.

 


 

 

Wydrukowano już 2,5 miliona biletów, ale zostaną one zniszczone, gdyż Zarząd Transportu Miejskiego postanowił wycofać je ze sprzedaży po protestach kibiców Motoru Lublin, którzy uważają, że akcja jest prowokacją i szkaluje środowisko kibicowskie. 

 

O sprawie zaalarmował mnie Tomek Kitliński, można poczytać o tym w "Gazecie Wyborczej" oraz na stronie Tok FM, ja jednak nie jestem w stanie bronić entuzjastycznie tych biletów, choć oczywiście popieram całkowicie założenia akcji "Lublin dla wszystkich".

 

Drażni mnie, że grafiki, które mają występować przeciwko stereotypom są jednak w pewnym sensie stereotypowe... Czarny ukazany jako dzikus, Żyd - z pejsami i wielkim nosem, a wszyscy kibice są generalnie - brzydalami. Jest to więc specyficzny rodzaj groteski, która jak najbardziej broni się jako sztuka. Ale nie wiem, czy broni się jako akcja społeczna.


Paradoksalnie więc doceniam artyzm tych komiksowych opowieści, nie są to łzawe historyjki czy kiczowate obrazki, z pewnością w sposób ironiczny chcą zmusić do refleksji. Uderzają jednak w ludzi, którzy raczej nie podchodzą do siebie z ironią, pozbawieni są samokrytycyzmu, a jako specyficzna subkultura są też pozbawieni możliwości własnej reprezentacji. Bo kultura kibicowska wywodzi się z klas niższych, z dziewiętnastowiecznej rozrywki proletariatu, jaką była piłka kopana na ulicy ku przerażeniu i oburzeniu przedstawicieli burżuazji. Towarzyszyły temu pijaństwo i rozruby, a burżuazja robiła wszystko, aby tę rozrywkę okiełznać. Zresztą dlatego powstały stadiony, aby ograniczyć zasięg i widoczność tej karnawałowej przyjemności, jak pisze John Fiske w książce "Zrozumieć kulturę popularną". Zdyscyplinowanie tej przyjemności proletariatu udało się znakomicie, dzisiaj nawet wtargnięcie kibica na boisko, zamieniające się w czasie ulewnego deszczu w basen, jest już przestępstwem.


Czasy się zmieniły, ale piłce nożnej wciąż towarzyszy tamta aura rebelii i awantur, od czego zresztą odcinają się kibice, określający się jako "prawdziwi", co w kontekście przywołanych rozważań Fiske'a jest pewnym paradoksem. Oczywiście rasizm na stadionach jest zły, podobnie jak rasizm i ksenofobia w każdej innej dziedzinie. Tylko obawiam się, że te obrazki na biletach mogłyby przynieść odwrotny skutek - zamknięcie się kibiców w swoim poczuciu wykluczenia i urażenia. Bo doskonale wyczuwają oni protekcjonalizm skierowany w ich stronę. Paternalistyczny ton towarzyszył trosce o moralność klas niższych w XIX wieku, ale ten aspekt akurat jest wciąż obecny w jakichkolwiek dyskusjach na temat kibiców i ich zachowań.

 

Jest to specyficzny impas, ale i problem, jak prowadzić akcje społeczne, aby zwalczać szkodliwe postawy społeczne. Ja zresztą wierzę, jak Fiske, który opisuje początki piłki nożnej w kontekście karnawałowych przyjemności, że duża rolę do odegrania ma tu kultura popularna. 

 

A w tym konkretnym przypadku? Może należałoby zaprosić kibiców, aby wspólnie z artystami stworzyli wizualne wyobrażenia na rzecz walki z rasizmem na stadionach? Nie mam pojęcia, czy byłoby to możliwe, ale z pewnością mogłoby być ciekawe.

Poznań how-how w Arsenale

izakow2

 

Oj, działo się w Poznaniu 13 stycznia! W „Arsenale” została otwarta wystawa Arbeitsdisziplin. Duch sztuki poznańskiej około 2012. Trudno jest mi w tej chwili ocenić tę wystawę, bo, jak to na wernisażach bywa, tłumy ludzi i wciąż napotykani znajomi uniemożliwiali skutecznie oglądanie sztuki. Napiszę więc jedynie o pierwszych wrażeniach.


Trzeba było nie lada sprytu, aby dostać się do środka galerii. Chyba zabrakło też nagłośnienia, bo przemowy na otwarciu słychać nie było (to jest właśnie ta słynna poznańska solidność!). A bardzo chciałam dowiedzieć się, jak kurator wystawy, Stach Szabłowski, tłumaczy tytuł ekspozycji.


Na stronie galerii można znaleźć taką oto informację:


"Czy istnieje duch sztuki poznańskiej? Duchy są w zasadzie niewidzialne, a ich realność poddawana w wątpliwość – zwłaszcza w kontekście lokalnych scen artystycznych. Tymczasem wystawa Arbeitdisziplin powstaje w przekonaniu, że taki duch objawia się – w Poznaniu i tylko tu. Trzeba bowiem podkreślić, że takie spirytystyczne rozważania możliwe są wyłącznie wobec Poznania. Wystawa opiera się na tezie, że miasto to jest obecnie jedynym w Polsce ośrodkiem lokalnym, w którym udało się wypracować – i kultywuje się – endemiczne i wyraziście osobne wartości artystyczne. Poznań jest jednym miastem w Polsce, w którym można mówić o środowisku lokalnym, nie ryzykując nazwania go prowincjonalnym. Wystawa Arbeitsdisziplin jest więc próbą uchwycenia ducha sztuki poznańskiej w jego ostatnim wcieleniu – ożywającego w praktykach artystycznych generacji twórców, którzy na nowo definiują specyfikę lokalnej sceny około roku 2012...


Tytuł wystawy zwraca uwagę na „dyscyplinę pracy” jako zasadniczy element paradygmatu tzw. szkoły poznańskiej. Nieprzypadkowo tytułu tego używamy w wersji niemieckiej. Nie przypadkowa jest również jego zbieżność z tytułem słynnej pracy Rafała Jakubowicza. Ikoniczny poznański artysta, należący do generacji poprzedzającej tę, która jest prezentowana na wystawie, uprzejmie pożyczył naszemu projektowi tytuł swojej realizacji. Uczynił to w 10 rocznicę powstania „Arbeitsdisziplin”, oraz kontrowersji wokół pokazania tej pracy w poznańskim Arsenale – prezentacji, do której, jak wiemy, nigdy nie doszło. Współczesne pokolenia poznańskich artystów przenosi uwagę z problematyki społecznej i politycznej – tak ważnej chociażby dla Jakubowicza - na o wiele trudniej uchwytne zagadnienia egzystencjalne, fenomeny subiektywnej percepcji rzeczywistości, wywrotowe potencjały wyobraźni oraz kwestie formalne. Tytułowa „dyscyplina formy” służy często do precyzyjnego określania tego, co nieokreślone i wymykającego się dyskursowi. Kierunek ten można w skrócie opisać tytułem niezwykle zdyscyplinowanego formalnie filmu Wojciecha Bąkowskiego, artysty emblematycznego dla współczesnej sceny poznańskiej: „Robienie nowych światów zamiast dać spokój”. Robione przez artystów „nowe światy” są niezwykle wciągające; symboliczna obecność Arbeitsdisziplin Jakubowicza, przypomina jednak, że istnieją one nie tylko same w sobie, lecz również w konkretnym politycznym, ekonomicznym i instytucjonalnym kontekście."


Warto podkreślić, że kurator użył tego tytułu za zgodą Rafała Jakubowicza, w jakiś sposób wciągając go w ten projekt. Tyle tylko, że miałoby to sens, gdyby artyści biorący udział w wystawie w jakiś sposób odnosili się do sprawy Jakubowicza, kwestii cenzury, uwikłania instytucyjnego sztuki czy krytyki wielkich korporacji. Tymczasem niczego takiego na tej wystawie nie odnajdziemy. Tym samym przejęcie tego tytułu, może wiązać się w gruncie rzeczy z rozbrojeniem i unieszkodliwieniem całej historii wiążącej się z pracą Jakubowicza. Może niektórzy o tej pracy już nie pamiętają, zaś tytuł kojarzyć będą od teraz jedynie z „endemiczną”, jak chce Szabłowski, sztuką pokazaną na wystawie w Arsenale?


Na wszelki wypadek pozwolę sobie pracę Jakubowicza przypomnieć:


 

Wystawa nie jest ani o duchach, ani o dyscyplinie pracy, ani o cenzurze, ani o sztuce krytycznej (którą reprezentuje Jakubowicz) i oczywiście nikt nie ma obowiązku podejmowania tych problemów, ale tytuł na nie właśnie kieruje. A więc tytuł sobie, a wystawa sobie. Zaś „duch sztuki poznańskiej” został tu dość mocno zredukowany do kręgu artystów galerii Stereo przyprawionych szczyptą Galerii Pies. W wystawie biorą udział: Ewa Axelrad, Wojciech Bąkowski, Piotr Bosacki, Galeria Pies, Galeria Niewielka, Gizela Mickiewicz, Tomasz Mróz, Zofia Nierodzińska, Franciszek Orłowski, Mateusz Sadowski, Łukasz Sosiński, Magdalena Starska, Radek Szlaga, Piotr Żyliński.


 

Znalazło się tu trochę zadziornego penerstwa i zwyczajnej poznańskiej gymyli (wyjaśniam nie-Poznaniakom, że chodzi o śmietnik). Jakoś o "wciągających światach" trudno tu mówić, powiewa bowiem nieco nudą.


 

Można mieć też wrażenie, że to wszystko (w gruncie rzeczy wielu z tych artystów osobiście cenię) zostało dość ugrzecznione i brakuje wystawie jaj (z małym wyjątkiem, o czym zaraz). Wystawa jest świetnie zaaranżowana, choć raczej sprawia wrażenie dobrej wystawy złych prac. Choć na szczęście nie wszystkie są złe. Zdecydowanie najlepszy jest Tomasz Mróz, natomiast pomieszczenie dla krasnali, obok którego znajduje się jeszcze mniejsze – dla krasnoludków, jest wyjątkowo udane, choć niektórzy wchodząc do niego, zaliczają spektakularne upadki. Tu jaj nie za brakło, a nawet pojawił się całkiem długaśny penis.




 

Ale skoro o krasnalach mowa, to jeszcze ktoś zdominował wczorajsze otwarcie. A mianowicie grupa The Krasnals, która zdecydowanie wygrała walkę o przestrzeń, wciąż przenosząc się ze swoimi transparentami, chorągiewkami i przyciągając uwagę gawiedzi.


 

Właściwie to nie wiem, czy byli oni na wystawie nieproszonymi intruzami, czy też ściągnął ich ktoś z uczestników wystawy. Nie ma to większego znaczenia. Ciekawe jest natomiast to, że w ich projekcie doszło do swoistej korespondencji z pracą Jakubowicza. Krasnale mieli na transparentach wypisane hasła, które w większości w sposób krytyczny odnosiły się do polityki Poznania, a przecież to galeria miejska w cichym porozumieniu z urzędnikami miasta, za sprawą przerażonych szefów koncernu Volkswagen ocenzurowała pracę Arbeitsdisziplin. Była to również pierwsza cenzura korporacyjna. Artysta zaś krytykował w swojej pracy między innymi neoliberalizm. W tym przypadku neoliberalizm, który zdominował politykę Poznania, stał się przedmiotem krytyki, ale grupy The Krasnals. Wykorzystano tu w większości hasła głoszone przez anarchistów oraz innych krytyków oficjalnej polityki miasta, choćby takie jak „Poznań to nie firma”. Nie zbrakło jednak tez typowego krasnalowego absurdu. Moim ulubionym hasłem jest „Poznań – how how”, co jest przeróbką dziwacznego oficjalnego sloganu reklamowego miasta: „Poznań – know how”.


 

Zastanawiam się, co się stało, że tym razem Krasnale wystąpili z krytyka lewicową, przedstawili swoją wersję krytyki politycznej. Raczej po wystawie o sztuce gniewu w Toruniu, myślałam, że ulokowali się już na dobre po prawej stronie sceny artystycznej.


 

Na marginesie muszę jeszcze sprostować jedno z haseł The Krasnals: „Poznań stawia na sport”. To kompletna bzdura! Poznań stawia bowiem wyłącznie na piłkę nożną (owszem, w innym haśle było też coś o stadionach). Miasto nie jest w ogóle zainteresowane innymi sportami oraz osiągnięciami swoich zawodników. Na przykład, kiedy w ubiegłym roku odbywały się w Niemczech Mistrzostwa Świata w żeglarstwie w klasie Cadet, z Poznania zakwalifikowały się dwie załogi, które zresztą ulokowały się w Mistrzostwach w ścisłych czołówce. Załoga żeńska zajęła zresztą pierwsze miejsce wśród załóg kobiecych, a męska – wśród młodzików. Miasto nie było zainteresowane, aby dołożyć do tego wyjazdu, choćby złotówkę. To tylko przykład, których na pewno znalazłoby się dużo więcej we wszystkich innych dyscyplinach sportowych poza piłką nożną. Ale po co promować zawodników, którzy mają osiągnięcia, jeśli wszystkie pieniądze władowało się w stadion i piłkę nożną, nawet, jeśli tutaj osiągnięciami pochwalić się nie można. Tak działa Poznań – how how.



W Lublinie straszy

izakow2


Jestem fanką prac Maurycego Gomulickiego, czemu dawałam tu wielokrotnie wyraz. Jego najnowsza instalacja pt. "Fantom" została zrealizowana w Lublinie, na fasadzie zamku w ramach projektu "Open City" (kuratorka: Monika Szewczyk).





Praca jest niezwykle atrakcyjna wizualnie. Lubelski zamek zostaje ożywiony, ma twarz i wielkie czerwone oczy. Straszy.





Fantom to mara, widziadło senne, zjawa, przewidzenie. Fantomem jest też model anatomiczny używany do ćwiczeń medycznych. Mówi się też o bólu fantomowym, bólu odczuwanym najczęściej w amputowanej kończynie ciała.
A o jakie znaczenie może chodzić w przypadku lubelskiego fantomu?



Upamiętnione w bruku

izakow2

Odnośnie poprzedniego wpisu o krzyżu, warto wspomnieć o jeszcze jednej kwestii, a mianowicie o stanowczym żądaniu "obrońców krzyża", aby przed Pałacem Prezydenckim stanął pomnik upamiętniający ofiary smoleńskiej katastrofy, najlepiej zawierający w swej strukturze krzyż. Polska pomnikomania jest zadziwiająca. Dość wspomnieć pomniki Jana Pawła II stojące niemal w każdym polskim, większym lub mniejszym, mieście, niektóre doprawdy przerażające, kiczowate, nierespektujące zasad proporcji.


W myśl polskiej pomnikomanii, pomnik powinien być wielki, realistyczny i patetyczny. Krytyka pomników, tendencja stawiania tzw. anty-pomników, myślenie o tym, by pomnik był projektem na przyszlość, a nie zwrócony był jedynie w stronę przeszłości (jak powiadał Krzysztof Wodiczko), są w Polsce niestety zupełnie obce. Brakuje tu zastanowienia się nad innymi, nietradycyjnymi, sposobami upamiętniania. Brakuje krytyki tradycyjnych pomników, wpisanej w nie ideologii władzy i siły, budowania za pomocą tych pomników romantyczno-patetycznej wersji narodowej historii.


Kiedy chodziliśmy latem po ulicach Berlina, naszą uwagę przykuły małe mosiężne kostki, które od czasu do czasu pojawiają się na bruku. Są na nich wypisane nazwiska, daty urodzenia oraz krótkie informacje dotyczące śmierci Żydów, którzy mieszkali w danej okolicy w Berlinie przed wojną i zginęli w czasie Zagłady. Poruszają krótkie informacje na temat śmierci tych osób.


 

Jest to praca Guntera Demniga zatytułowana "Stolpersteine" ("wyboiste kostki"; kostki, o które się potykamy). Znajdują się one też w innych miastach Niemiec, np. w Kolonii. Ten rodzaj upamiętniania pojawił się wczesniej w innych krajach, np. w Argentynie (gdzie upamiętniono w ten sposób ofiary brudnej wojny), o czym mówi instalacja w Muzeum Żydowskim.


 

Na końcu Unter Den Linden, na Bebel Platz znajduje się pomnik (bądź antypomnik) podziemnej, pustej biblioteki z wypisaną nieopodal myślą niemieckiego poety Heinricha Heinego (1797 - 1856): "gdzie się pali książki, tam dojdzie do palenia ludzi". Pomnik autorstwa Michy Ullmanna upamiętnia oczywiście spalenie przez nazistów książek niezgodnych z ich poglądami, 10.05.1933 roku.


 

A to podziemna biblioteka z Muzeum Żydowskiego:


 

W samym muzeum największe wrażenie robi oczywiście sala z pracą Menashe Kadishmana "Schakhelet" upamiętniająca ofiary Zagłady.


 

To też praca, po której się chodzi i która działa poprzez potworny metaliczny dźwięk, jaki wydawany jest przy tym chodzeniu, powodującym przesuwanie się głów. A przed muzeum - Superman, którego głowa wbiła się w bruk... To praca Marcusa Wittmersa pt. "Even Superheroes have bad days" ustawiona w związku z wystawą "Heroes, Freaks and Superrabbis - the Jewish Colour of Comics".


 

To wszystko mówi o historii, upamiętnia tragiczne wydarzenia, ludzi, którzy odeszli, ale w sposób nietradycyjny, a zarazem przykuwający uwagę, wzbudzający zaciekawienie, prowokujący do namysłu.


Przychodzi mi na myśl prosta, może wręcz trywialna, konstatacja - jesli chcemy kogoś upamietnić, spuszczamy głowę, a nie zadzieramy ją do góry. Taka historia zapisana w bruku ciekawa jest dla każdego. W Berlinie szczególnie zainteresowany był nią mój młodszy syn, który fotografował namiętnie to, co pojawiało się pod jego nogami. To on jest autorem większości zamieszczonych tu zdjęć. Uwiecznił też swoje nogi oraz studzienkę kanalizacyjną, która zarazem jest swego rodzaju pieczęcią Berlina (coś dla Piotra C. Kowalskiego, którego fanem jest mój 10-letni syn i wykonał tę fotografię z myślą o nim).


 

Oczywiście w samym Berlinie znajdują się też pomniki gigantyczne (do nich należy pomnik Zagłady Żydów autorstwa Petera Eisenmana, ale ten pozwala na wejście do środka, na zagubienie się, na symboliczne zapadanie się pod ziemię), są też pomniki kiczowate, wiele jest pozostałości z czasów socrealizmu (jak dumni Marks i Engels nieopodal Alexanderplatz czy ogromny Lenin znajdujący się w jednej z dzielnic). Ciekawie upamiętnione są ofiary muru berlińskiego (proste tablice, jakby plakaty z krzyżami i któtkimi informacjami o zaginionych). Historia jest jednak opowiedziana w sposób poruszający, mniej patetycznie, bardziej metaforycznie, niż realistycznie.

Pocztówka z Kežmarok

izakow2

Dość dawno mnie tu nie było. Jednak w nawiązaniu do wcześniejszych gorących dyskusji o projekcie „Pocztówka z Jenin” Joanny Rajkowskiej, przesyłam własną pocztówkę – pocztówkę z Kežmarok.



 

Kežmarok, po polsku Kieżmark, po niemiecku Käsmark. Nazwa pochodzi od niemieckiego słowa Käsemarkt, oznaczającego „targ serowy”.


W tym niewielkim miasteczku na słowackim Spiszu, przy dawnym drewnianym artykularnym kościele ewangelickim, w latach 1873–1894 wybudowano ogromną świątynię w stylu klasycystyczno-orientalnym. Autorem projektu nowego kościoła ewangelickiego był wiedeński architekt Theofil von Hansen, a złośliwi powiadają, że Hansen sprzedał miastu jeden z projektów zalegających w biurku, nie zważając na charakter i rozmiary miasta.


Przewodnik podaje, że kościół przypomina meczet lub synagogę.


 

W zasadzie zależy to od strony, z której na budynek (i na problem) będziemy patrzeć. Wjeżdżając do miasta od strony Tatr, najpierw rzuca się w oczy wąska wieżyczka, dominująca wysokością nad całą budowlą i przypominająca minaret.


 

Mieszanka dość piorunująca: kościół protestancki, który przypomina trochę meczet, trochę synagogę. W dodatku minaret stojący przy kościele ewangelickim!

 

Ale może Hansen wcale nie wyciągnął pierwszego lepszego projektu ze swojego biurka. Może w gruncie rzeczy uwzględnił specyfikę tego miasteczka, które głównie zamieszkiwali karpaccy Niemcy, ale także Słowacy, Węgrzy, Rusini, a nawet Polacy. Była tutaj również sporo mniejszość żydowska. Może zresztą ten „minaret” bardziej nawiązuje do renesansowych wież strażniczych czy też kościelnych, które były bardzo popularne na Spiszu i które również mogą trochę kojarzyć się z minaretami.


 

W każdym razie, jeśli się nad tym głębiej zastanowić, spór wokół projektu Rajkowskiej, można uznać za „wiele hałasu o nic”. Przepływy kulturowe, kulturowa różnorodność na pewno są czymś niezwykle inspirującym. Może warto patrzeć na świat trochę szerzej...


Z drugiej strony pocztówkę z Kežmarok można użyć też przeciwko projektowi Rajkowskiej.


Tu nie mamy do czynienia z żadnym powidokiem, ale realnie istniejącym miejscem. Ten budynek pełni jednak swoją funkcję, mimo dziwnego wyglądu służy przede wszystkim celom sakralnym, a ponadto jego olbrzymie rozmiary mogą odnosić się do dominacji na tym obszarze wyznania ewangelickiego. I tego się nie dowiemy, czy ta symbolika odnosi się do otwartości wobec innych wyznań czy raczej asymiluje ich formy, aby podkreślić właśnie swoją wyższość? Tak czy inaczej wydaje mi się, że w tej formie mogą być ukryte symboliczne wojny religijne.


Patrząc jeszcze z innej strony, warto podkreślić, że forma kościoła w Kežmarok wpisuje się doskonale w XIX-wieczne historycyzmy, kiedy historyczne formy pełniły już niemal wyłącznie funkcję estetyczną. Toteż odwoływano się do różnych stylów i epok raczej dość swobodnie i bez związków z pierwotnym znaczeniem danej formy (bodajże w Dreźnie stoi ogromny meczet, tyle, że nie jest to żaden meczet, ale fabryka papierosów...).


W pewnym sensie odzywa się tu coś w rodzaju wyższości kulturowej, europejskiego kolonializmu, bo czy nie jest tak, że szafujemy dowolnie i z upodobaniem formami charakterystycznymi dla innych kultur, ale nie naszymi własnymi? Albo też, jak pisał już dawno temu, historyk sztuki, Max Dvořák (zm. 1921) nowe formy, które zdobywają władzę nad starymi, dokonują zasymilowania tego, co stare (przezwyciężone, tudzież obce, mniej liczące się, marginalne).


Może zresztą to XIX-wieczny historycyzm był jedną z pierwszych symulacji? Wcale nie postmodernizm, ani Disneyland, jak chciał Baudrillard?


A czym jest „Pocztówka z Jenin”, jeśli nie tylko i wyłącznie symulacją?


I jeszcze pocztówka z wikipedii:



© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci