Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

symulacje

Kategoria nieistniejącego artysty

izakow2

Nie mogę oprzeć się pokusie zaprezentowania prac Leszka Hirszenberga, artysty, który rzekomo współtworzył pracę Davida Černego Entropa


Kim jest Leszek Hirszenberg?


To artysta krytyczny, zapewne gej, o czym świadczy choćby praca pt. Spectrum, w której sprzęty domowe przywołują wyobrażenie tęczowej flagi:


 

 

Ma on coś z Krzysztofa Wodiczki, nieobojętny jest mu bowiem los bezdomnych, na co wskazuje praca No title:


 

 

Tworzenie prac z wykorzystaniem flag świadczyłoby o jego artystycznym pokrewieństwie z Grzegorzem Klamanem. Oto praca I dont know where I want to live (no tak, Ala miała rację co do eurosceptycyzmu zawartego w pracy Entropa):


 

 

Dostrzega on problem trudnych stosunków polsko-niemieckich, na co wskazuje praca German Shepard (wyobrażenie owczarka na białym mercedesie może kojarzyć się też z Piramidą zwierząt Kozyry, tyle, że tu jest to piramida samochodowo-zwierzęca).


 

 

Hirszenbergowi nieobce są też kwestie zagrożeń dla środowiska naturalnego, może ma on nawet coś wspólnego z ruchem Zielonych (znam jedną Zieloną, która lubi przebierać się za Dartha Vadera). Oto moja ulubiona praca Dark fater cleaning polish waters.


 

 

Ale właściwie kim jest Hirszenberg? Niestety na jego stronie nie znajdziemy jego życiorysu.


A to już on sam we własnej osobie:


 

 

Artysta nieistniejący, a raczej istniejący jedynie wirtualnie, wymyślony przez innego artystę, którym jest David Černy.


A swoją drogą fascynujące jest śledzenie twórczości nieistniejących artystów.


Jedną z nich jest Justine Frank – kobieta, artystka, Żydówka, lesbijka:


 

Postać wykreowana przez izraelskiego twórcę Roee Rosena, zafascynowanego rozważaniami o symulacji Jeana Baudrillarda.


O Justine pisałam jako o doskonałym Innym. Podobnym Innym mógłby być również Hirszenberg. W komentarzach internauci nie omieszkali zwrócić uwagę na jego żydowskie pochodzenie. I nawet nie wiem, czy większa wściekłość nie ogarniała ich właśnie z tego powodu, aniżeli ze względu na fakt, że dali się początkowo nabrać doniesieniom medialnym o istnieniu takowego artysty.


Postaram się wyśledzić innych artystów wymyślonych przez Černego.


Ale dużo wcześniej, przed Baudrillardem i rozważaniem kwestii symulacji, pojawiła się jeszcze jedna nieistniejąca artystka, a mianowicie Rrose Sélavy. Piękna i uwodząca, wymyślona przez Marcela Duchampa, będąca zarazem jego alter ego. Oto Rrose sportretowana przez Man Raya w 1921 roku (jest to oczywiście sam Duchamp):


 

 

W zasadzie najsłynniejsze dzieło Duchampa, a mianowicie „Fontanna”, było chyba również autorstwa Rrose.



 

Robert Mutt, a więc nazwisko, jakim został podpisany ten niezwykły pisuar, był, według samego Duchampa, pseudonimem jego przyjaciółki, a więc kogóż innego, jeśli nie Rrose?


Do niej zaś adresowana była praca Duchampa Why Not Sneeze, Rrose Sélavy? Marmurowe kostki cukru zamknięte w klatce jako podarunek dla nieistniejącej (ale, jak wynika z tytułu, kichającej) artystki...


 

I znowu potwierdza się stwierdzenie, że współcześni artyści to "dzieci Duchampa".


Wydaje mi się też, że z wyjątkiem opisania zabaw z tożsamością Duchampa, historia sztuki nie zajmowała się jeszcze problemem nieistniejących artystów i ich prac. A chyba warto.


A może się mylę? Czy są jeszcze inni nieistniejący artyści, o których warto napisać?

Ludzie z kamienia u Ducruet

izakow2

 

Duże wrażenie zrobiły na mnie fotografie Diane Ducruet z cyklu „Pasażerowie” (2007).



 

Artystka używa techniki fotomontażu komputerowego, łącząc portrety swoich znajomych z fotografiami antycznych posągów z Luwru. Jest coś przerażającego w tych skamieniałych wizerunkach. Widzimy twarze, które są obłupane jak kamienne posągi, niektóre wizerunki mają martwe, kamienne oczy.



 

W jakimś sensie ten cykl dotyka istoty fotografii, naszej wiary w to, że „zatrzymuje ona czas” i że „utrwala chwilę”.


 

Polskiej publiczności Diane Ducreut stała się znana dzięki wystawom zorganizowanym przez Krzysztofa Jureckiego.


O tym cyklu pisze on: „Na fotografiach Diany człowieka trawi choroba, nieokreślona bliżej zaraza powodująca jego zamianę w kamień”.


 

Wskazuje też na mit Pigmaliona, ale tutaj dzieje się rzecz odwrotna. W micie tym, Wenus ożywiła kamienny posąg, poruszona miłością Pigmaliona do wyrzeźbionej przez niego kobiety. Tutaj, wizerunki ludzkie zamieniają się w kamienie. Bo przecież teraz bardziej niż rzeczywistość, w której żyjemy, bardziej zaczynają się liczyć dla nas wizerunki, obrazy, rzeczywistość wirtualna. Podróżujemy więc pomiędzy nimi, tak samo realni, jak i nierealni...

Co robi partyzant? - u Zbyszka Libery

izakow2

Zupełnie wypadłam z rytmu pisania. Leżą odłogiem fotografie, które odłożyłam na wakacje. Ale mam coś a’propos wakacji, a zresztą może to odległe skojarzenie...


Ale od początku. Jakiś czas temu pokazywałam tu fotografie Adi Nessa, ukazujące izraelskich żołnierzy, ale raczej w pozach, które mało się z wojskiem kojarzą: śpiących, odpoczywających, prezentujących swoje atrakcyjne ciała. Te wystudiowane wizerunki nie mają nic wspólnego z walką, agresją, zdobywaniem. Raczej z jakimś nierzeczywistym światem, z pewną nostalgią, melancholią, smutkiem.


Jakiś czas potem Zbyszek Libera przesłał mi zdjęcia będące częścią większego cyklu, nad którym obecnie pracuje. Zgodził się, bym zamieściła te fotografie na blogu, za co uprzejmie dziękuję :-)


Pierwsze skojarzenie z Adi Nessem jest oczywiste. Mamy do czynienia z wizerunkami ukazującymi zmilitaryzowanych mężczyzn, u Adi Nessa – żołnierzy, u Zbyszka - partyzantów. Ale jednak, kiedy znowu przyjrzałam się tym zdjęciom, poza głównym tematem, chyba jednak więcej dzieli te zdjęcia, niż łączy.


Bo u Libery, jednak bardziej chodzi o stwarzanie iluzji rzeczywistości, przy jednoczesnym całkowitym zaprzeczeniu tej rzeczywistości. O ukazanie, że funkcjonuje ona przede wszystkim w formie obrazów (symulacji).


 

W pierwszym momencie zdjęcia partyzantów Libery wydają się doskonale uniwersalne. Można by je wykorzystać w niejednym doniesieniu prasowym, mówiącym o jakichś walkach toczących się na jakichś terenach. No właśnie: jakieś walki, jakieś tereny, jacyś partyzanci... Z pozoru nic nie jest tu określone. Najbardziej uniwersalna jest fotografia ukazująca partyzanta na tle błękitnego nieba. Ujęty z dołu wydaje się prawdziwą ikoną partyzanta.



 

Niby zdjęcia są uniwersalne i można by je wstawić niemal w każdy kontekst, ale jednak, jeśli przyjrzymy im się dokładnie – okazuje się, że pierwsze wrażenie było złudne, a żadnej walki tutaj nie ma (przynajmniej na tych zdjęciach, które tutaj prezentuję, zastrzegam, że nie znam całego cyklu).


Jeden partyzant stoi na jakiejś górze, oglądając górską panoramę, drugi przechadza się jakąś doliną, prawdopodobnie również górską, trzeci przedziera się przez górski, rwący potok.



 

Krajobrazy oraz roślinność wskazują na to, że scenerią owych partyzanckich działań są góry w Europie Środkowej, na przykład Karkonosze. Gdyby nie karabiny oraz pasy z nabojami (nie ważne czy prawdziwe czy sztuczne) można by tych partyzantów potraktować po prostu jako turystów górskich, ewentualnie uczestników ekstremalnych obozów przetrwania (zwłaszcza fotografia z rwącym potokiem).


A więc żadna wojna się tu nie toczy, chłopcy bawią się w partyzantów, ukazują swą dziecięcą miłość do militariów.


 

Może stąd smutek i nostalgia, która pojawia się na jednym zdjęciu i mimo, że tu można by szukać pokrewieństw z pracami Adi Nessa, raczej powody tej nostalgii są inne. U Nessa wyraźny i ważny jest wątek homoseksualny. Tutaj raczej smutek za tym, że nigdy nie doścignie się marzeń i wyprodukowanych przez kulturę ideałów męskości. I dlatego nawet mężczyzna musi przebierać się za mężczyznę. Jest to więc też rodzaj męskiej maskarady, pokazanie, że męskość jest w zasadzie niedoścignionym wzorem. Może jedyne co pozostaje to zabawa w męskość, tak jak zabawa w partyzantów?


Dla mnie zresztą ta praca to trochę ciąg dalszy „Co robi łączniczka


I nie dowiemy się z tych zdjęć tego, co robi partyzant...

Odczarowana Natasza Anny Baumgart

izakow2

Świetna wystawa „Odczarowywanie. Proces ciągły” we wrocławskiej Galerii BWA Awangarda (22.02-30.03).


To kontynuacja „Odczarowania”, które miało miejsce w Zielonej Górze i odnosiło się do mitu czarownic. Jednakże mimo bardzo ciekawych zamierzeń, w realizacji wystawa zielonogórska wypadła dość blado. Przeciwnie – ekspozycja we Wrocławiu, na której zaprezentowano znakomite prace, a ponadto wystawa jest dobrze skonstruowana, zwarta, a przy tym bardzo niejednoznaczna, otwarta na różne możliwości odczytania.


Chodzi w tych wystawach o deformację pamięci, o mityczne deformacje przeszłości, o pokazanie, jak łatwo dajemy się zaczarować – przez media, historyczne mity, a także przez system władzy. Postaram się napisać o przedstawionych tu pracach w kolejnych notkach.


Najpierw „B9” („Natasza”) Anny Baumgart:


 

 

Praca ta została zainspirowana medialnymi doniesieniami na temat odnalezienia Nataschy Kampusch – austriackiej nastolatki, która przez 8 lat przetrzymywana była w zamknięciu przez porywacza. Wśród tych doniesień pojawiło się zdjęcie dziewczyny wyprowadzanej z budynku, w którym była przetrzymywana w policyjnym kocu na głowie.


 

 

Sensacyjne były także następne doniesienia w mediach, że Natasza była seksualną niewolnicą porywacza, ale też że związała się z nim na tyle, iż opłakuje jego śmierć. 


Sensacje, sensacyjne doniesienia (najlepiej, gdy łączące w sobie coś brutalnego z czymś ckliwym, sentymentalnym), towarzyszące im drastyczne fotografie zapełniają wyobraźnię mediów, ale oddziałują przecież także na wyobraźnię odbiorców, odpowiadają na nasz głód sensacji. Tego typu doniesienia najbardziej wpisują się w kanibalizm mediów, pożerających wszystko, tragedie, prywatność, uczucia...


 

 

„Natasza” Anny Baumgart jest malutka, a przez swoje nienaturalne rozmiary – staje się groteskowa. Jest jakimś dziwnym stworem, krasnalem, hybrydą (monstrualną figurą okrytą kocem na malutkich nóżkach). Bo pozbawienie twarzy to odczłowieczenie. Musimy oglądać ją z góry, czując jak bardzo dominujemy nad tą postacią.



 

Z kolei poprzez wypreparowanie tej figury z fotografii dokonane przez Baumgart, można odnieść wrażenie, że jest to przedstawienie postaci w trakcie ucieczki.


Ucieka z domu porywacza czy z medialnej rzeczywistości, w którą została wtłoczona? A może ucieka przed naszym wzrokiem, bo nie chroni jej zasłaniający jej głowę koc? Bo przeciwnie – ten koc powoduje, że możemy gapić się na jej wizerunek bez ograniczeń i bez zażenowania.  


Ale czy jest w stanie uciec?

Niedziela i jej symulakry u Piotra Jedwabnego

izakow2

W sieci podczas codziennych wędrówek bez celu (czy ktoś badał to zjawisko „szwendania się” po sieci, bycia wirtualnym flaneurem?), natknęłam się na prace z serii „Niedziela” Piotra Jedwabnego (2007).



 

Piękne zdjęcia, operujące iluzją sztuczności, sprawiają wrażenie, że mamy do czynienia z makietą, na której umieszczone są figurki małych ludzików.



 

„To makieta!”, „Nie, to zdjęcia rzeczywistości”, „Może jednak makieta...” – rozmawialiśmy z synem, wpatrując się w te fotografie.


 


Autor napisał o tej pracy tak: „Moją myślą przewodnią w tej seri było ukazanie społeczeństwa z perspektywy tego jednego "świątecznego" dnia jakim jest niedziela. Chciałem też poprzez zastosowanie zniekształcenia obrazu ukazać pewne schematy w jakich porusza się dzisiaj człowiek. Moje prace mają udowodnić, że nie istnieje dzisiaj coś takiego jak sacrum związane z tym dniem, a jedynie mechanicznie odtwarzane wzorce kulturowe”.



 

Pojawia się tu ważne pytanie o reprezentacje rzeczywistości? Czym są? Czy faktycznie są czymś wtórnym wobec samej rzeczywistości? A może odwrotnie - może to rzeczywistość jest wtórna wobec jej obrazów? Bo rzeczywistość naśladuje jej reprezentacje. Taka zapetlona gra ma miejsce w tej pracy ukazującej nie tyle niedzielę, ile jej symulakry).

 


© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci