Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

baśnie

Zagubione w tłumaczeniu

izakow2

Niedawno odwiedziłam Olsztyn, gdzie w tamtejszym BWA jeszcze do 21.07 ma miejsce wystawa „Zagubione w tłumaczeniuDoroty Podlaskiej.



 

Jest to przedstawiona w formie zapisanej i zobrazowanej narracji historia – bajka – baśń, zaczynająca się od słów „Pewnego dnia w mieście X na skrzyżowaniu czekała dziewczyna”.



 

Dalej historia toczy się w dość zagadkowy sposób. Dziewczyna spotyka wilka, a przy okazji pojawiają się odniesienie do „czerwonego kapturka”, spotyka tez chłopaka z lwem.



 

Zwierzęta te giną, a chłopak i dziewczyna ich poszukują, znajdują je martwe, ale później zwierzęta ożywiają i cała historia kończy się dobrze, jak to w bajkach. W narracji tej trudno się połapać, co rusz zmienia się w sposób dość zaskakujący, a towarzyszące obrazkom komentarze wcale niczego nie wyjaśniają, bo zapisane są w różnych językach. Historia ta powstała bowiem w czasie podróży artystki, m.in. po Finlandii, Francji, Włoszech, Korei Południowej, ale też w wyniku rozmów artystki z mieszkającymi w Polsce obcokrajowcami.



 

Podlaska przedstawiała im ostatni fragment historii i kazała dopowiadać następny. Trochę więc jest to historia powstała na zasadzie głuchego telefonu. Sens gubi się w tłumaczeniu i zastępowany jest innym, nowym, który znowu zostaje gdzieś zagubiony. W całej tej historii pojawiają się też różne odwołania kulturowe, przemieszane są tu elementy kultury europejskiej oraz kultur wschodnich, m.in. indyjskiej, arabskiej i chińskiej.



 

Tym samym nie jest to banalna opowiastka, ale historia pytająca o naszą globalność, w której, niczym w garnku, przemieszane są elementy różnych kultur, które uatrakcyjniają opowieści i nadają im lokalnego kolorytu. Giną jednakże lokalne sensy i wszystko zostaje podporządkowane jednej narracji. Warto zapytać, co pozostaje z kulturowej specyfiki, na ile, podróżując próbujemy zrozumieć inne kultury, a na ile poddajemy się tylko ich urokowi? Co z kulturową specyfiką i z językami, które najczęściej zastępowane są w naszym zglobalizowanym świecie przez język angielski? Co więc tracimy posługując się globalną narracją i co zostaje zagubione w tłumaczeniu?



 

Myślę, że kwestia języka jest najważniejsza, jeśli próbujemy budować wspólne narracje, na przykład w odniesieniu do Europy Wschodniej. Wróciłam wczoraj z konferencji w Pradze na temat edukacji uniwersyteckiej w zakresie historii sztuki i kultury wizualnej. Wypowiadały się  tam osoby, które prowadziły innowacyjne kursy dla studentów w ramach programu "Patterns Lectures" finansowanego przez ERSTE. Okazało się, że głównym problemem był właśnie język. Część prowadzących zgromadziła anglojęzyczną literaturę i zorganizowała gościnne wykłady odbywające się w języku angielskim. W paru przypadkach okazało się, że studenci nie znają w ogóle angielskiego.  Inni prowadzili kursy w języku angielskim, w związku z czym uczęszczali na nie głównie obcokrajowcy, choć założeniem było, aby rozwijać krytyczne myślenie wśród studentów z tych konkretnych krajów. Z drugiej strony, warto pamiętać, że język angielski, jak i cały angloamerykański dyskurs, którym posługujemy się w tzw. nowej humanistyce, powoduje, że sami dokonujemy swoistej autokolonizacji. I pewnie również gubimy naszą lokalną specyfikę. A więc również w tym przypadku warto spytać, co zostaje zagubione w tłumaczeniu.


W Pradze miał miejsce również bardzo ciekawy wykład Renaty Salecl na temat potrzeby krytycznej edukacji w kontekście neoliberalizmu, ale to już nieco inny temat.


Fotografie z wystawy Doroty Podlaskiej z sieci i dzięki uprzejmości Galerii BWA Olsztyn (niestety nie zabrałam ze sobą aparatu).

Katarzyna Kozyra: Pani Bond staje się Królewną Śnieżką

izakow2

Jadąc do Drezna, zatrzymałyśmy się z Edytą w Zielonej Górze, gdzie w Galerii BWA prezentowana była „Opowieść zimowa” Katarzyny Kozyry, odwołująca się do baśni o Królewnie Śnieżce.




 

Jak zwykle w tej galerii, publiczność stawiła się tłumnie. Szkoda jednak, że zabrakło jakiejś dyskusji po filmie, bo komentarze, które później podsłuchałam (oj, wiem, że to nieładnie!) były, mówiąc delikatnie, nieprzychylne. Stojące niedaleko mnie, młode dziewczyny prychały, że cóż to za sztuka!, wielka rzecz zrobić taki filmik!, żenada!, no i te sceny – okropieństwo, a najgorsze te ohydne białe gacie, które rozwieszała Śnieżka - Kozyra.


Przypomniało mi to reakcje, które wywoływały wcześniejsze prace Kozyry. Też prychano, mówiąc, że to nie sztuka zrobić taką sztukę, że Kozyra chodzi na łatwiznę i że jej prace są pozbawione sensu. Ciekawe, że również jej współczesne prace wzbudzają podobne reakcje.


Wydaje mi się, że widzowie często nie potrafią sobie radzić z emocjami wobec sztuki. Jej odbiór wcale nie przychodzi „naturalnie”. Dlatego o wrażeniach i emocjach, które sztuka wywołuje warto rozmawiać, pokazując różne możliwości jej interpretacji. Tutaj tego zabrakło.


A że przypomniało mi się „święte oburzenie”, które towarzyszyło pierwszym pracom Kaśki („Piramidzie zwierząt”, „Olimpii”, „Łaźniom”), pomyślałam sobie o „Opowieści zimowej” w kontekście tego, o czym pisała Ewa Toniak w tekście „Pani Bond z siatką..”. Zwróciła uwagę, jak prasa codzienna, ale też ogólnie media konstruowały obraz Kozyry jako „skandalistki”, „potwora”, „monstrum” i że to ciągłe napominanie, pouczanie, zohydzanie doprowadziło w końcu do odrzucenia postawy radykalnej w sztuce. „Obcy” został wydalony i zaczął się proces oswajania, ukobiecania. Toniak kończąc swój tekst przywołuje fotografię Kozyry z kobiecego czasopisma, gdzie artystka ukazana jest przed lustrem, podczas makijażu.


Ale powiedzmy sobie szczerze, kto długo wytrzymałby funkcjonując jako monstrum, albo, która kobieta wytrzymałaby ciągłe dyskredytowanie swojej kobiecości?



 

Artystka postanowiła więc pójść za ciosem i stać się „prawdziwą kobietą”, a zarazem „gwiazdą”, a więc, jak sama wskazuje spełnić swoje dziecięce marzenia. Ale może też chciała odpowiedzieć na oczekiwania tych, którzy jej twórczość krytykowali i odrzucali. Temu stawaniu się „kobietą” i „gwiazdą” poświęcony jest cykl „W sztuce marzenia stają się rzeczywistością”, do którego należy też „Opowieść zimowa”.


Gloria Viagra, berliński transwestyta, uczył ją więc, jak być kobietą (bo wiadomo, że transwestyta cytuje czy „performuje” kobiecość lepiej od kobiet). Natomiast śpiewak operowy, Grzegorz Pitulej, „Maestro”, uczył ją pięknego śpiewu.


W „Opowieści zimowej” Kozyra wcieliła się w królewnę Śnieżkę, której towarzyszą krasnoludki – karły, Viagra występuje zaś jako zła królowa, „Maestro” uczy Śnieżkę śpiewać, aby mogła ona swym śpiewem sprawić przyjemność Królowej.


Ta prosta opowieść wydaje się mieć drugie dno. W kontekście wcześniejszych perypetii Kozyry, jej marzenie, by stać się „kobiecą kobietą” oraz gwiazdą, która zachwyca publiczność swym śpiewem, odnieść można do chęci przypodobania się „władzy” – bulwarowym krytykom, decydentom, znudzonej publiczności i prawicowym krzykaczom. O odniesieniach do tej rzeczywistości świadczy niezwykła sceneria tej „bajki”. Wszystko dzieje się w leśnym domku, w którym nagromadzono mnóstwo przedziwnych akcesoriów. Oprócz dziwnych lalek, uderza wielka ilość porozwieszanych po ścianach „świętych obrazków” oraz dewocyjnych figurek.




„Władzę” w tym filmie uosabia „zła królowa” – Gloria Viagra, krasnoludki zaś są jej zausznikami i wciąż próbują się jej przypodobać. Biegają za nią krok w krok. Zaganiają Śnieżkę do pracy (dodajmy: do wykonywania „typowo kobiecych” czynności). Ale w zamian Królowa wymierza krasnoludkom, co najwyżej „baty” swym pejczem, lub, gdy jest w lepszym nastroju – daje do potrzymania swój kieliszek. Maestro jest tu nikim więcej, jak tylko treserem, sam zaś jest zupełnie bezwolny, można go wyjąć ze skrzyni i do niej schować, gdy jest już niepotrzebny.



 

Czy jednak „władza” jest w stanie zadowolić się sztuką w wykonaniu Śnieżki-Kozyry? Raczej nie. Gdy ta wykonuje finalną arię, śpiew drażni uszy Królowej – Glorii, znudzenie okazuje ona w sposób iście teatralny, ziewając i oglądając swoje paznokcie. Czy Śnieżka-Kozyra ma szanse w takiej rzeczywistości stać się gwiazdą? Też raczej nie. Gloria dmucha jej w twarz dymem z papierosa, co powoduje, że finalna aria kończy się pokasływaniem artystki. Bajka skończona, a „władza” znudzona – chciałoby się rzec.



 

Marny jest los artystki, mimo, że tak bardzo stara się być „gwiazdą” czy „prawdziwą kobietą”. Pozostaje jej jedynie śnić swoje marzenia.


Zdjęcia pochodzą ze strony Katarzyny Kozyry. Tekst Ewy Toniak, „Pani Bond z siatką, albo o zmianie płci sztuki polskiej w latach dziewięćdziesiatych” zamieszczony jest w zbiorze „Kobiety w kulturze popularnej”, (red. E. Zierkiewicz, I. Kowalczyk, 2002).

rzeźna rzeźba

izakow2



 

"Piramida zwierząt" w Rydze - nadesłane przez jednego z moich studentów. (Michał, dzięki!!!)


Rzeźba odnosi się oczywiście do pięknej bajki braci Grimm pod tytułem "Czterej muzykanci z Bremy" - bajki o okrucieństwie antropocentryzmu, ale też o starości, byciu niepotrzebnym i przez to odrzuconym oraz znalezieniu szczęścia w przyjaźni i sztuce...


Oczywiście przypomina się znakomita praca dyplomowa Katarzyny Kozyry z 1993:





Ale warto pokazać też przy okazji "Pomnik ku czci zwierząt rzeźnych" na wrocławskich Jatkach:





w sumie smutne...

© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci