Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

abiekt

Straszne obrazy Marty Antoniak

izakow2

Fascynuje mnie podejście części młodych artystów i artystek do malarstwa. Pisałam już między innymi o Pawle Matyszewskim, Bartoszu Kokosińskim czy Magdzie Moskwie, których obrazy wydają się podatne na zranienie, delikatne, ujawniające swe wnętrze. Są tak bardzo cielesne, że można je potraktować jako metonimię ciała. Podobnie dzieje się w opisywanych niedawno pracach Małgorzaty Kalinowskiej. Ta autorka nie sięga akurat do samego malarstwa, ale z przedmiotów gotowych, takich jak bielizna również tworzy cielesne obrazy (będące swego rodzaju asamblażami).

 

Samo malarstwo jest medium silnym, niemal autorytarnym, ma bowiem za sobą długą i ugruntowaną tradycję i nieodłącznie towarzyszący mu autorytet twórcy. 

 

Młodzi artyści dekonstruują ten autorytet, czyniąc z malarstwa medium krytyczne wobec samego siebie, delikatne, pozbawione pewności i autorytarnej siły.


Dekonstrukcji malarstwa dokonuje też Marta Antoniak, choć w przeciwieństwie do przywołanych tu autorów i autorek ranliwych obrazów, tworzy ona obrazy chore, trawione przez malarskie nowotwory. Antoniak jest finalistką tegorocznego Konkursu Gepperta, a jej prace będzie można zobaczyć niebawem w BWA Sokół w Nowym Sączu.

 

 

Najbardziej charakterystyczne dla malarstwa Antoniak jest nawiązania do obszaru medycyny, a dokładnie do figur i preparatów anatomicznych. Jak wiadomo, istnieje wiele związków łączących sztukę i medycynę. To nie tylko zainteresowanie ludzkim ciałem oraz dominacja spojrzenia będącego podstawowym aparatem poznania, to również wzajemne wpływy ikonograficzne, a w przypadku przedstawień medycznych - charakterystyczna dla sztuki ekspresja, co najbardziej ujawniają przedstawienia anatomicznych męczenników i Wenus.

 


 

 

Antoniak sięga właśnie do tego rodzaju obrazowości, ukazując albo spreparowane ciała i ich wnętrza, albo ludzkie twarze i głowy z dziwnymi, jakby rakowatymi naroślami, które przypominają ilustracje trudnych przypadków chorobowych, jakie można znaleźć w podręcznikach medycznych, a dziś również - w internecie. 

 


 

Najbardziej niezwykłe jest jednak to, w jaki sposób Antoniak posługuje się medium - powierzchnia ciała przedstawiona jest w sposób delikatny, najczęściej przy użyciu cienkopisu, wnętrze natomiast tworzy gruba faktura powstała z akrylu oraz rozpuszczonego plastkiu, w tym - rozpuszczonych plastikowych klocków do zabawy. Przez to obrazy Antkowiak stają się wręcz krzykliwe, agresywne. Żyły, guzy, mięśnie, wypływająca z martwych ciał materia wydaje się przez to bardzo realistyczna, choć wiemy, że to jedynie plastik.

 


Artystka odnosi się w ten sposób do aktualnych w naszej kulturze zainteresowań ludzkim wnętrzem, które z jednej strony okryte jest tajemnicą, a z drugiej - wystawiane na pokaz, eksplorowane i konsumowane, choćby przez takie wydarzenia jak wystawy plastynatów Von Hagensa.  Figury na obrazach Marty Antoniak mogą się też kojarzyć z żywymi trupami, bo choć jak one są nieprawdziwe, tak samo facynują.

 


 

Cielesność według Małgorzaty Kalinowskiej

izakow2

 

Akademia Sztuk Pięknych w Gdańsku już po raz szósty zorganizowała konkurs na najlepszy dyplom artystyczny w Polsce. Główną nagrodę otrzymała Marta Mielcarek z warszawskiej ASP.

 

Moją uwagę przykuła tymczasem praca dyplomowa "Przekleństwa cielesności" Małgorzaty Kalinowskiej z ASP w Gdańsku, która otrzymała wyróżnienie honorowe (jej promotorką była dr hab. Anna Królikiewicz).

 

 

U Kalinowskiej widać wielki szacunek dla prekursorek polskiej sztuki feministycznej: Aliny Szapocznikow i Marii Pinińskiej-Bereś, a jednocześnie autorka nie powtarza schematów zaczerpniętych z ich prac, ale na swój sposób mówi o cielesności, akcentując przede wszystkim ambiwalencje związane z pojmowaniem ciała jako powłoki, ale też stroju będącego metaforą ciała (ten dualizm ujawniał się najczęściej w tradycyjnych obrazach i figurach anatomicznych).

 


Prace Kalinowskiej są opowieścią o chorobie - wydaje się, że chodzi o chorobę nowotworową, bądź może tylko mówią o zagrożeniu czy lęku przed tym, co znajduje się pod powłoką, a może zdominować całe ciało.

 


 

Ten motyw pojawił się już w jej wcześniejszych, studenckich pracach, choćby w tych wykonanych podczas warsztatów twórczych na temat: "Garderoby".

 


 

Można by powiedzieć: że już tyle prac powstało na temat cielesności i wciąż powstają nowe (jeśli chodzi o estetykę i tematy, można dostrzec też bliskość Kalinowskiej m.in. z Magdą Moskwą czy Urszulą Kluz-Knopek). Jednakże subtelna, ale zarazem bardzo dosłowna i abiektualna forma prac Małgorzaty Kalinowskiej, bezpośrednie wskazanie na medykalizację ciała, bardzo ciekawa forma asamblażu będącego zestawieniem materiałów, kobiecej bielizny i obrazu, powodująca, że samo medium staje się niezwykle cielesne - wszystko to zwróciło moją uwagę na prace tej artystki i na pewno z ciekawością będę przyglądać się jej dalszej twórczości.

 


 

Więcej prac na blogu Małgorzaty Kalinowskiej.

Przekraczanie granic u Tomka Rogalińskiego

izakow2

Jakiś czas temu, Tomek Rogaliński przesłał mi link do blogu, na którym prezentuje swoje prace (zmieniał co prawda kilka razy adres blogu, ale to nie szkodzi). Muszę przyznać, że jego rzeźby zrobiły na mnie duże wrażenie. Prace koncentrujące się głównie wokół tematu homoseksualności, męskości, dorastania, ujawniania własnego zranienia, wydały mi się niesamowicie mocne i szczere, a zarazem było w nich coś, co można określić jako obnażenie. To tak jakby artysta obnażał swoje uczucia i przedstawiał je w rzeźbach. Niektóre z nich odnoszą się do spraw brutalnych i bolesnych, jak rzeźba Zgwałcony z 2008 roku.



 

Ja chyba nigdy nie mogłabym być artystką, bo nie wyobrażam sobie, że można się aż tak obnażyć. Z drugiej strony, jestem przekonana, że najlepsze prace powstają bardzo często właśnie z tego obnażania.


Napisałam do Tomka, pogratulowałam mu prac i obiecałam, że o nich napiszę. Jednak nie pisałam tak długo, że Tomek zdążył się na mnie obrazić. W międzyczasie powstały nowe prace, które ukazują nie tylko ludzi, ale też zwierzęta. Tomek zresztą od dawna tworzy ludzko-zwierzęce hybrydy, czego przykładem jest praca Chłopiec-ryba.



 

Zwierzęta w jego pracach są jakieś dziwne, pokiereszowane, wydostają się z nich wnętrzności, a niektóre mają na sobie jakieś obrzydliwe wrzody. Wydają się przy tym bezbronne i potrzebujące opieki i ochrony, dlatego niekiedy są przykryte pościelą albo osłonięte jakąś wełnianą narzutką (na przykład w kolorach tęczy).


Piesek w kolorach tęczy, 2009/2010

 

Pojawiają się przedziwne ślimaki, z których wycieka śluz, ale również pieski.


Ślimak biały

 

Wydaje się, że to właśnie pies jest ulubionym tematem prac Tomka i mam przypuszczenie, że piesek to jego alter ego. To właśnie ze względu na niezwykłe przedstawianie tych zwierząt, Tomek bierze teraz udział w wystawie ZWIERZenia. Czułość istnienia w toruńskiej Wozowni (wystawa potrwa do 13.02.). Drugim artystką biorącym udział w wystawie jest Filip Sadowski, a kuratorką, jak pewnie nietrudno się domyślić – Dorota Łagodzka. Jak napisała Dorota, tym, co łączy wystawione prace jest postać psa: „Jest on głównym bohaterem, człowiek pojawia się jako dopowiedzenie, uzupełnienie, bohater drugoplanowy. Wszystkie kontemplują też w jakiś sposób zwyczajność psa, zwierzęcia samego w sobie, nie zaś jako symbolu czegoś, co ludzkie, nie jako nośnika ludzkich znaczeń i metafor. W tych pracach psy pojawiają się jako konkretne jednostki, jako osoby, ale także jako uniwersalne znaki „psowatości” i zwierzęcości w ogóle”.


Pies w pościeli, 2009

 

A ja mam przynajmniej pretekst, aby wreszcie o pracach Tomka napisać. Tomek Rogaliński to młody artysta, urodzony w 1987 roku, mieszka i pracuje w Koszalinie, ponoć nie ma artystycznego wykształcenia, chociaż, kiedy ogląda się jego prace widać, że ma dużą wiedzę na temat współczesnej sztuki. Nie wstydzi się swoich inspiracji, którymi są między innymi prace Kiki Smith, Louise Bourgois, Marii Pinińskiej-Bereś, (to choćby praca Feminista, przedstawiające rękawice bokserskie w kolorze różowym:),



 

Aliny Szapocznikow, Yayoi Kusamy (tu warto wskazać na Donicę:)



 

i chyba też Cindy Sherman. Z artystów młodszego pokolenia Tomek podziwia Iwonę Demko. To w zasadzie same kobiety! Mówi też, że uwielbia Fridę Kahlo. Ciekawy jest ten podziw dla kobiecości, może wręcz tęsknota za kobiecością, która ujawnia się na przykład w niepozornej pracy pod tytułem Wstyd



 

To jest jedna z prac, przed którymi można powiedzieć: chapeau bas! To niby tylko palce od nóg z pomalowanymi na czerwono paznokciami, ale przecież raczej palce nie kobiece, tylko męskie, nieco koślawe, a w dodatku dziwacznie poodcinane. Tak, jakby artysta chciał pokazać, że wciąż musi odcinać i cenzurować kawałek siebie, że nie ma możliwości by być w pełni sobą (jak sądzę oznaczałoby to w gruncie rzeczy przyjęcie cech i atrybutów kobiecości, które wciąż wydają się zbyt nieadekwatne dla mężczyzny). Prace Tomka opowiadają o męskości, ale jest to męskość otwarta na to, co kobiece.


Stąd też zapewne chęć przekraczania granic: między płciami, gatunkami, ludźmi i zwierzętami, poszukiwanie hybryd, bytów niejednoznacznych, niepewnych i niepokojących. A do tego – brak warstwy ochronnej, ujawnienie tego, co wewnętrzne, podskórne, fizjologiczne. Tak, prace Tomka robią na mnie duże wrażenie, ale nie jest łatwo o nich pisać (może zresztą dlatego tak długo zwlekałam), bo mają w sobie też coś odpychającego.



Królowa-matka

 

Tomka fascynuje abiektualny stan oznaczający bycie przedmiotem, a może nawet raczej pomiotem, odrzucenie, wstręt. Nie jest łatwo patrzeć na te prace, bo moją w sobie coś z widoku martwych zwierząt leżących przy drogach. W książce, którą właśnie czytałam, pojawiło się pytanie: „Czy jest smutniejszy widok od widoku martwych zwierząt na poboczach?” No właśnie. Ale na szczęście Tomek łagodzi ten smutek poprzez ironię. Mimo wszystko jednak te prace mówią przede wszystkim o odrzuceniu. Może zresztą dlatego pojawia się tak często ten pies. Bo czy może być coś smutniejszego niż odrzucenie psa? Niestety może. Media donosiły niedawno o urwaniu psu głowy. Najsmutniejsza w gruncie rzeczy wydaje się ludzka natura (czy raczej to jak ją ukształtowała kultura) zdolna do odrzucenia, bestialstwa, przemocy… Czy niekiedy nie jest wstyd być człowiekiem? Mam wrażenie, że to właśnie ten wstyd ujawniają też prace Tomka Rogalińskiego.

Tryskanie farbą i nie tylko

izakow2

Problem płynów fizjologicznych, a konkretnie mleka oraz związanych z nimi znaczeń symbolicznych, przypomniał mi kwestię konotacji pomiędzy energią artystyczną a energią seksualną oraz płynów fizjologicznych używanych przez niektórych artystów. Pewnie już o tym nieraz pisałam.


Renoir, gdy był już stary i schorowany, zapytany o to, jak to możliwe, że mimo artretyzmu wciąż maluje piękne akty, odpowiedział, że maluje swoim penisem. Kandinsky mówił, że traktuje płótno jak nagą dziewicę, którą zdobywa jak europejski kolonizator. Picasso dolewał ponoć do farby swojej spermy, ale najciekawszy w tym kontekście wydaje się Jackson Pollock, który rozkładał płótna na ziemi, obchodził je z wszystkich stron wylewając na nie farbę, paćkając je, tryskając, brudząc, rzucając na nie śmieci i odpadki (np. martwe osy w „Oczach w upale”). Problem jego tryskanych obrazów został przedstawiony przez Pawła Leszkowicza w tekście „Sexy Pollock”.



 

Pozwolę sobie przytoczyć fragmenty tego fascynującego artykułu. Leszkowicz zwraca uwagę na nową relację do pola obrazowego, na które patrzy się w dół, schodzi w dół ku tym wszystkim elementom, które uznaje się za niskie. Czasami, gdy zbliżymy twarz do pięknych abstrakcji, wydają się one pulsująco odpychające.



 

Wskazując na znaczenie tryskania, Leszkowicz przywołuje interpretacje feministyczne, które wyartykułowały to, co w malarstwie jest niewypowiedzianie oczywiste: smugi bieli przeplatające się wśród innych barw i linii wyglądają niczym wytrysk spermy. Całe te pomazane płaszczyzny mogą kojarzyć się z efektem seksualnego tryskania.


Nieświadomość, której dopatrują się w sztuce Pollocka liczni interpretatorzy, wydaje się ekspresją aktywności czystego libido. Jest to pierwotna nieświadomość związana z popędami i instynktem, stąd wynika jej energia oraz wymykanie się wszelkiemu znaczeniu. Pollock zanurzył wizualność w libidalnej lawie. Feministyczne analizy dotknęły sedna, określając sztukę Pollocka jako głęboko maskulinistyczną, jest to bowiem ekspresja męskiego libido, unikalny przykład jego artystycznego zmaterializowania, a nie tradycyjnej transpozycji objawiającej się w kobiecych aktach.


Pollock nigdy nie wypierał tego pogrążenia w instynktownej bazie. (...) W roku 1989 ukazała się kontrowersyjna książka Stevena Neifeha i Gregory White Smitha pt. "Jackson Pollock: An American Saga", dokładnie dokumentująca jego "ubikacyjne" zwyczaje i skandale.


Najsłynniejszy epizod miał miejsce na przyjęciu u Peggy Guggenheim, kolekcjonującej i wystawiającej dzieła Pollocka. Oburzony jej prośbą o przycięcie monumentalnego "Muralu" tak, by pasował na ścianę mieszkania, artysta nasikał na kominek w obecności swojej patronki i gości.


Autorzy biografii notują również częste przypadki oddawania moczu w miejscach publicznych, a także spektakularne "załatwienie się" na łóżku bogatej i sławnej Ms. Guggenheim. Przytaczane są również plotki głoszące, iż Pollock zwykł oddawać mocz na płótna przeznaczone dla dealerów i klientów, których nie lubił oraz, że w dzieciństwie on i jego brat byli obsikiwani przez pijanego ojca.


Analogia pomiędzy malarstwem akcji, polegającym na rozlewaniu farby na podłoże, a fizjologicznym gestem tryskania nasieniem lub moczem pogłębia rozumienie Pollocka opisywanego zazwyczaj jako artysty, który radykalnie zespolił malarstwo z energią psychiczną i cielesną. Ta cielesna podszewka wydaje się istotą aktu transgresji, z jakim mamy tutaj do czynienia. Akcentowanie tej instynktownej i wysoce indywidualnej strony sztuki Pollocka stanowi interesującą kontrinterpretację inspirowanej Jungiem wizji malarstwa archetypicznego, otwierającego się na uniwersalne mity z dna podświadomości.



 

Ciekawe, prawda?


Dla porządku warto jeszcze wspomnieć o lubującym się w płynach cielesnych Andreasie Serrano i choćby takiej pracy, jak „Frozen Sperm”.


 

 

Ale przede wszystkim chciałam zwrócić uwagę na jedną pracę współczesną, a mianowicie „Cream Pie” mojego ulubionego Maurycego Gomulickiego.


Dodam tylko, że określenie creampie używane jest w slangu pornograficznym, a co oznacza, to już domyślcie się sami, gdyż wynika to z tego obrazka.



 

Ta praca też wydaje się swoistą ekspresją męskiego libido, choć zupełnie inną, niż w przypadku Pollocka. Gomulicki rozsadza kategorie sztuki i pornografii, ale chyba zgodzicie się, że przedstawia niezwykle piękne, choć, w jakimś sensie, niebezpieczne formy. Co prawda to niebezpieczeństwo nie tyle wynika z tego, co przedstawione, bo przecież „róża jest różą”, ale raczej z dwuznacznego tytułu oraz tego, co jawi się w naszej wyobraźni (aż chciałoby się powiedzieć: naszej libidalnej wyobraźni, choć nie wiem, czy to prawidłowy termin).


"Bryzgające" piersi

izakow2

Przedstawione przeze mnie poprzednio obrazy Katarzyny Hołdy wywołały gorącą dyskusję, ale najbardziej kontrowersyjny wydał się moim czytelnikom obraz Madonny „bryzgającej mlekiem”.


 

Wydaje mi się, że jest to nawet dobre określenie, choć gorzej rzecz wygląda z odwołaniami. Bo po pierwsze, większość czytelników zgadza się z tym, że są to obrazy symboliczne (na co wskazywał między innymi Pan Tomek), więc przywoływanie fizjologicznych opisów dotyczących laktacji jest tu chyba nie trafione. Jeszcze mniej trafione są skojarzenia odnoszące się do wyobrażeń pornograficznych, które pojawiają się chyba na zasadzie: jak widzę pionowy, sterczący kształt, to kojarzy mi się z jednym. A swoją drogą dziwnie świadczy to o naszej wyobraźni wizualnej.


Tymczasem, jak pisałam poprzednio, Hołda raczej odwołuje się do dawnej sztuki i symboli, które w niej można odnaleźć. Są one też dwuznaczne, ale chyba jednak są bardziej adekwatne do interpretacji tych prac niż motywy pornograficzne. Na przykład przedziwne są wyobrażenia Rzymskiego Miłosierdzia odnoszące się do historii rzymianki Pero karmiącej swego uwięzionego ojca Szymona mlekiem z własnej piersi i tym samym ratującej go od głodowej śmierci.


Rzymskie miłosierdzie Petera Paula Rubensa



Jean-Babtiste Greuze

 

Miłosierdzie, miłość bezinteresowna, poświęcenie – takie było zapewne przesłanie tej opowieści oraz tych obrazów. Choć jest w nich coś, co we mnie zawsze powodowało lekki dreszcz obrzydzenia...


Ale pierś obfitująca w pokarm to również symbol obfitości, szczodrości, swoistej potęgi życia. Ciekawe jest to, że tego rodzaju przedstawienia znajdziemy przede wszystkim w dawnych fontannach, gdzie z kobiecych piersi wypływają strumienie wody.


 

Jedną z najsłynniejszych jest przedstawienie Nereidy w Fontannie Neptuna w Bolonii. Fontanna jest dziełem Gianbologny i została wykonana około 1567 roku.


 

Ale chyba najdziwniejsze jest przedstawienie Artemidy (bądź też Diany) w Villi d’Este w Tivoli (wykonane przez Pirro Ligorio w XVI w. dla kardynała Hipolita d’Este).



 

Artemida symbolizuje tu obfitującą w pokarm Matkę Naturę. 


I stąd już krok do symboliki, do której odwołuje się Hołda. Bez potrzeby sięgania do wyobrażeń obscenicznych. A zresztą może do nich także sięgać. Obsceną jest to, co nie mieści się na scenie (scenie sztuki), jak powiada Lynda Nead. To, co odczytywane jest jako zagrożenie dla kulturowego porządku bywa często określane jako obsceniczne. Obsceniczny jest abiekt, czyli to, co przekracza granice, co przeczy integralności podmiotu, a więc między innymi cielesna materia wypływająca z ciała (krew, mocz, łzy, ślina, sperma, ale również mleko) – to już oczywiście Kristeva, do której odwołuje się Nead. Abiektualna symbolika może wzbudzać lęk, wywoływać wstręt i obrzydzenie, ale zarazem świadczy o sile biologicznego życia. Obrazy ukazujące Rzymskie Miłosierdzie, jak mówiłam, zawsze mnie trochę brzydziły, ale przecież ta przypowieść mówi właśnie o ratowaniu życia, za cenę obnażenia córki przed własnym ojcem, wstydu i upokorzenia. Ale wola życia zwycięża.


A i jeszcze jedno – przy okazji tych fontann, znalazłam różową fontannę odnoszącą się do świadomości raka piersi i jego profilaktyki.


 

Znajduje się ona na kapitolu w Pensylwanii, normalnie tryska wodą białą, ale w październiku 2009 wpuszczono wodę różową. W ten sposób cała ta fontanna w kontekście powyższych rozważań staje się symbolem piersi. Ale zarazem także mówi o woli życia.


© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci