Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

stop wojnie

Polemika wokół Petera Fussa i... Królewna Śnieżka

izakow2

Piotr Paziński, redaktor naczelny miesięcznika „Midrasz” polemizuje na stronach Indeksu z tezami Petera Fussa w związku z jego zniszczoną wystawą „Achtung”. Pisałam już o wątpliwościach wokół tej wystawy, o prostym, zbyt prostym, według mnie, utożsamieniu ofiar z prześladowcami, poprzez ukazanie nazistów z gwiazdami Dawida.


Tymczasem Paziński pisze nie tylko o pracy Fussa, ale wymienia również Artura Żmijewskiego („Nasz śpiewnik”) oraz Huberta Czerepoka („Nie tylko dobro przychodzi z góry”). Stawia tezę, że we wszystkich tych pracach Żydzi traktowani są w sposób przedmiotowy:


Uważam, że w ich sztuce dochodzi do osobliwego i niesmacznego POSŁUGIWANIA SIĘ Żydami, wręcz do ich uprzedmiotowienia, kiedy to żywi ludzie stają się narzędziem bądź artystycznej prowokacji/manifestu/happeningu, bądź też służą jako równie poręczny środek ekspresji pewnych deklaracji politycznych.


 Nie bardzo to rozumiem. U Fussa, co wydaje się najbardziej kontrowersyjne, mamy do czynienia z posługiwaniem się wizerunkiem ofiar i to akurat jest sprawa najbardziej sporna, choć z drugiej strony Fuss skorzystał nie z fotografii dokumentalnych, ale medialnych obrazów Zagłady („Lista Schindlera” i „Pianista”).


Czerepok ludzi nie użył w ogóle, jego instalacja odwoływała się do napisów nad bramą do obozu Zagłady. Może rzeczywiście nie pomyślał, czy nie obrazi tym żyjących Żydów. Może powinien. Ale, czy wobec tego, nie powinniśmy też się zastanawiać, dlaczego Nieznalska nie pomyślała używając krzyża w „Pasji”, czy nie obrazi katolików? Czyli idąc dalej, także potraktowała ich w sposób przedmiotowy...


A może raczej jest inaczej – pewne symbole są symbolami należącymi do całej naszej kultury, należą do jej repertuaru i dlatego, artyści mogą ich używać, tak jak twórcy literaccy używają określonych słów i pojęć (np. słowa „Jahwe”, „Bóg”, „Chrystus” nie są tylko zarezerwowane dla osób wierzących).


Żmijewski w „Naszym śpiewniku” pokazał starszych ludzi, którzy przypominają sobie piosenki znane w dzieciństwie, w tym polski hymn. Artysta pokazał tym samym, jak bardzo paradoksalna jest tożsamość, którą próbujemy zamykać w ściśle wyznaczonych graniach. W tym przypadku chodziło o tożsamość narodową, która przecież budowana jest między innymi poprzez pierwszy język („język matki”), poprzez wspomnienia z dzieciństwa, pierwsze piosenki, itp. Dla starszych Żydów z filmu Żmijewskiego ta tożsamość związana była z językiem polskim, przez co artysta ukazał, że „Inny” jest zarazem „nasz” i „obcy”, jest do nas podobny, identyfikuje się z tym samym, co my. Owa „inność” jest jedynie naszym wymysłem, efektem używanych przez nas kategorii i definicji służących porządkowaniu, określaniu tożsamości, jej zamykaniu w sztywno wyznaczonych granicach.


To odwoływanie się do tożsamości narodowych czy religijnych („sztuka, która wykorzystuje Żydów”, według Pazińskiego czy też „sztuka, która obraża katolików”, według polskich obrońców religijnych wartości) zawsze wydaje mi się podejrzane, tak, jak podejrzana jest dla mnie sama tożsamość. Każde określenie tożsamościowe wiąże się z pewnymi normami, określającymi sposób zachowania, styl ubioru, wartości, które dana osoba powinna wyznawać. Normy zaś służą temu, by porządkować. Istnienie normy oznacza istnienie marginesu: tego, co wykluczone i odrzucone. Ustanawiając normy, dokonujemy więc likwidacji inności. Definicje narodowe, płciowe, seksualne piętnują nas, każą nam traktować tożsamość jako coś stałego, niezmiennego, a przecież, jak pisze Judith Butler, negocjujemy własną tożsamość, co oznacza, że nigdy nie możemy do końca się określić, proces ten jest ciągły i nieskończony.


Paziński kończy swój tekst stwierdzeniem: Mówiąc językiem Emmanuela Lévinasa – Czerepok, Fuss, Żmijewski (a także wielu innych twórców i wyrobników sztuki bezrefleksyjnie eksploatujących w Polsce „temat żydowski” – choć to temat na szerszą debatę) nie dostrzegają w Żydzie twarzy bliźniego, taka relacja jest im całkowicie obca. Żyd jest i pozostaje PRZEDMIOTEM, a nie INNYM, któremu winniśmy szacunek, wyrażający się w relacji etycznej: JA-INNY, w której bliźni jest podmiotem na równi ze mną, ba!, w pewnym sensie nawet ważniejszym ode mnie samego, i w której ja sam unikam wtłaczania go w moją siatkę znaczeń, a przeciwnie: dostrzegam i respektuję jego odrębność i niepowtarzalność, i przez którą – jakby chcieli niektórzy – prześwieca coś więcej, może jakkolwiek rozumiana transcendencja. Ponieważ nie dostrzegają, dlatego, że traktują ich jako przedmiot, dopuszczają się w gruncie rzeczy przemocy, w Lévinasowskim sensie tego słowa. Dla nich jestem właśnie przedmiotem, użytecznym o tyle, o ile da się mnie UŻYĆ, przerobić w kolejną instalację, wykorzystać do happeningu, zlekceważyć moją odrębność dla zaspokojenia własnego artystycznego ego.


 Według mnie, w tych słowach jest jakieś ogromne nadużycie, bo czy na szacunek zasługuje ktoś, dlatego, że jest Żydem, Polakiem, katolikiem? Czy raczej, dlatego, że jest tym Levinasowskim Innym, drugą osobą, którą poznajemy poprzez nasze z nim spotkanie?


W tym sensie gros sztuki współczesnej rzeczywiście stosuje przemoc wobec Innego. Pisał o tym Paweł Leszkowicz w tekście „Czy Twój umysł jest pełen dobroci?”. Sztuka testuje granice wolności, przekracza granice etyczne, a my możemy i powinniśmy się spierać, czy ma to sens i swoje uzasadnienie. Żmijewski w ogóle używa w swojej pracy ludzi, nie tylko Żydów, używa też niepełnosprawnych, upośledzonych, głuchoniemych, ludzi starszych, a nawet umierających („Karolina”). I znowu, warto się sprzeczać, z czym wiąże się takie użycie, czy ta sztuka broni się przed zarzutami o brak etyki (np. Paweł Leszkowicz uważa, że te prace są nieetyczne, ja wciąż jestem skłonna ich bronić przed tego rodzaju zarzutami).


Nie uznaję tematów tabu w sztuce. Sztuka testując i przekraczając granice, pytając o podskórne obsesje, ukryte lęki, uprzedzenia dopuszcza się czegoś, co w rzeczywistości można uznać za naganne. Problem jednak w tym, że to właśnie w tej rzeczywistości siedzi, bo w niej właśnie ukryte są lęki, uprzedzenia, nienawiść i strach, a oburzanie się na artystów nic tu nie wskóra. Naprawdę warto uświadomić sobie to, co mówiła Sarah Kane: Moja sztuka jest tylko cieniem rzeczywistości, która jest znacznie trudniejsza do zniesienia. Łatwiej oburzać się na jej reprezentację w teatrze niż na rzeczywistość, bo łatwiej jest zrobić coś ze sztuką: zakazać, ocenzurować, zabrać teatrowi dotacje. Ale co można zrobić z tą kobietą powieszoną w lesie. Zabrać jej subwencję?


No właśnie, wystawę Fussa można zniszczyć, ale nie można zrozumieć konfliktu na Bliskim Wschodzie. Nie sposób pojąć ponoszenia bezsensownych ofiar, nienawiści w imię religii, braku szacunku dla ludzkiego życia po obu stronach konfliktu (tu rachunek jest prosty: Innego należy zgładzić). To w tym konflikcie najbardziej widać obstawanie przy wyraźnie wyznaczonych tożsamościach, ustanawianie wyraźnych granic pomiędzy sobą (swoimi) i nimi (innymi), granic, za które przelewa się krew. Dla mnie jednym z głównych oskarżonych w tym wszystkim jest sama religia, obojętnie czy chrześcijańska, czy żydowska, czy muzułmańska. I dlatego uważam, że nie może ona podlegać jakiejkolwiek ochronie.


I na marginesie tych gorzkich konstatacji przypomina mi się dawna sprawa z „Królewną Śnieżką”, która miała miejsce w Sztokholmie. Przypomnę za Eulalią Domanowską:


 

„Instalacja "Snövit" (Królewna Śnieżka) pokazana w stolicy Szwecji została wykonana przez parę artystów - Drora Feilera (pochodzącego z Izraela) i jego żonę Gunilę Skold. W basenie wypełnionym czerwoną wodą, mającą symbolizować krew, pływa biała łódka ze zdjęciem palestyńskiej samobójczyni, która przedostała się do Haify i wysadziła w powietrze w żydowskiej restauracji, zabijając 21 osób. Instalacji towarzyszyła kantata Bacha zatytułowana "Moje serce pływa we krwi" i tekst opisujący historię 29-letniej adwokatki, Hanadi Jararat, która dokonała samobójczego ataku w odwecie za zabicie jej męża przez izraelskie służby bezpieczeństwa. Praca, która miała na celu sprowokowanie dyskusji na temat zemsty i stosunków palestyńsko-izraelskich, została uznana przez ambasadora za gloryfikację Palestynki. Na wernisażu puściły mu nerwy. W przypływie ataku wściekłości zniszczył oświetlenie i powrzucał reflektory do basenu wypełnionego czerwienią, a następnie zażądał usunięcia pracy z wystawy. Jego żądanie poparł rząd Izraela, grożąc wycofaniem się z konferencji. Nie bardzo wiadomo, dlaczego dyplomata uznał instalację za gloryfikację terroryzmu, gdyż towarzyszył jej tekst zawierający poetycką biografię samobójczyni oraz wyraźne stwierdzenie, iż zabiła ona w Hajfie niewinne osoby i że obecnie wiele rodzin płacze z tego powodu. Krytycy skłonni byli interpretować pracę raczej jako ukazanie przyczyny spirali nienawiści, na której przerwanie nikt nie znalazł jeszcze skutecznej recepty.[...]


 

Stanowisko szwedzkich władz wobec wybryku ambasadora było jednoznaczne: wystawa jest pokazywana w publicznej i niezależnej instytucji, jaką jest muzeum, i rząd nie może stosować wobec niej cenzury ani wysuwać żadnych żądań. Zachowanie dyplomaty określono jako "nie do zaakceptowania" oraz podkreślono, że w Szwecji panuje wolność artystyczna, jak we wszystkich demokracjach. Odpowiedzialny za wystawę Thomas Nordstand, i dyrektor Muzeum Historycznego Kristian Berg byli wzburzeni atakiem na artystów i sztukę: "To zamach na wolność wypowiedzi", a także zaniepokojeni licznymi groźbami skierowanymi pod ich adresem. Instalacja była nadal pokazywana pod wzmocnioną ochroną strażników pilnujących basenu”.


I znowu pracę łatwo zniszczyć, oburzyć się na nią, wywołać międzynarodowy skandal, ale co zrobić ze wspomnianą w tekście Domanowskiej spiralą nienawiści????


Oczywiście, uważam, że praca Drora Feilera i Gunili Skold była dużo bardziej przejmująca i poruszająca, niż prosty zabieg Fussa. Ale z drugiej strony - reakcje podobne...

 

Stop wojnie

izakow2

Mija czwarta rocznica napaści amerykańskiej na Irak - rozpoczęcia wojny, w której uczestniczy również Polska.



Inicjatywa Stop Wojnie organizuje
24 marca
w Warszawie wielką demonstrację antywojenną.



A ja chciałam przy okazji wskazać na symbolikę anty-wojenną, która może być i powinna bardzo silnym elementem tego ruchu (w Polsce niestety - słabo wykorzystywana; brak też wypowiedzi antywojennych w sztuce).





Znalezione w sieci - foto z demonstracji antywojennej w Budapeszcie w 2006 r.




Zdjęcie ze strony nagiego protestu przeciwko wojnie.




Również z sieci - zdjęcie z pamiętnego Marszu Równości 2005 w Poznaniu - niezwykłe jest to odbicie pacyfy w tarczy.

do Afganistanu ćwiczyć umiejętności!

izakow2

Wczoraj słyszałam naszego ministra obrony Radka Sikorskiego, jak mówił w kontekście wysłania naszych wojsk do Afganistanu, iż żołnierze wykazują obywatelską postawę i chcą walczyć, a poza tym są przecież żołnierzami (sic!) i muszą ćwiczyć swoje umiejętności przebywając w realnych warunkach wojny, a nie siedząc w koszarach.



Ćwiczyć umiejętności?





Zapewne żołnierze amerykańscy, którzy przez przypadek zabili rodziców tej irackiej dziewczynki ukazanej na fotografii Chrisa Hondrosa, też "ćwiczyli swoje umiejętności"...


A zdjęcie dedykuję każdemu, komu wydaje się, że jakakolwiek wojna ma sens.
Na marginesie - zastanawia mnie rosnący w Polsce antyislamizm.

Botero o Abu Ghraib

izakow2



Fernando Botero, kolumbijski malarz, w 2005 roku przedstawił serię obrazów olejnych odnoszących się do koszmaru w Abu Ghraib i zdjęć, które obiegły świat – zdjęć wykonanych przez samych prześladowców. Paradoksalnie te zdjęcia zaczęły funkcjonować jako dokumenty przeciwko wojnie w Iraku (m.in. publikowane na antywojennych portalach). Susan Sontag pisała, że jedno zdjęcie warte jest tyle, co tysiące słów. Bo żadne slowo nie pokaże wprost, że wojna to piekło. Zdjęcia te stały się w ten sposób polityczne – krytyczne wobec administracji Busha.


 

Jednak malarstwo czyni tę grozę Abu Ghraib jeszcze bardziej absurdalną. Botero twierdzi, że taki koszmar musiał doczekać się przełożenia w sztuce, żeby funkcjonować jako ostrzeżenie, a zarazem jako oskarżenie. Sam chętnie porównuje swój cykl do „Guerniki” Picassa, mówiąc, że zapomnielibyśmy o zbombardowaniu tego baskijskiego miasta przez wojska generała Franco, gdyby nie płótno artysty.


Botero nawiązujący do dawnej sztuki prekolumbijskiej, do sztuki ludowej przedstawia ciężkie, masywne postacie więźniów poddanych koszmarnym torturom przez swych oprawców. Te postacie są jakby bardziej „cielesne” niż w rzeczywistości, a przez to przemoc bardziej odciska się na ich ciałach. Botero pokazuje zszargane, okaleczone ciała jako miejsce upodlenia człowieka. Przemoc zadawana jest poprzez ciało, raniąc je, zadaje jeszcze bardziej ból psychiczny (jest w tych ciałach jakaś nieporadność, nieadekwatność, jest właśnie obraz bólu).


 

Botero ukazuje więc proces odczłowieczania, któremu zostali poddani więźniowie. Dlaczego oprawcy dążą do odczłowieczenia człowieka? Sontag stawia tezę, że to pozbawianie godności jeńców wpisane jest w bushowską politykę wojenną, dla której ci ludzie są niczym, są gorszym Innym, zasługują na złe traktowanie, na poniżanie, dręczenie, „należą do niższej, godnej pogardy rasy, wyznają gorszą religię”.


Ale może też dręczyciele sami przestają być ludźmi (jako strażnicy Innego) i dlatego chcą pozbawić swe ofiary resztek człowieczeństwa?


Obok tych obrazów trudno przejść obojętnie, a jeszcze niedawno pisałam tutaj, że malarstwo ze swej natury nie jest krytyczne. Jednak się myliłam.


Na te prace zwróciła mi uwagę znajoma (dzięki Ewo!) w odniesieniu do mojej polemiki z Pawłem Leszkowiczem w „Obiegu”- choć tekst i polemika dotyczą w zasadzie czegoś innego: etyki w sztuce współczesnej.


Por. http://www.obieg.pl/text/pl_dobroc.php i http://www.obieg.pl/text/ik_polemika.php

© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci