Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

toy art

Dongwook Lee - ludziki do zabawy

izakow2

Proponuję na początek wakacji powrót do sztuki. Dzisiaj przybliżyć chcę prace koreańskiego artysty Dongwooka Lee (ur. 1976), jakże pasujące do tematu strasznej sztuki.


Extinction, 2004

 

Lee tworzy małe, ok. 10-20 centymetrowe, figurynki przedstawiające postacie ludzi i hybryd, najczęściej nagie, ukazane w różnych, zwykle niepokojących i opresyjnych sytuacjach. Jego sztuka oscyluje między sferą dziecięcych zabawek, bajek i baśni a rzeczywistością grozy i horroru. Można tę twórczość zaliczyć do nurtu toy art, jednak w tym przypadku jest to toy art posthumanistyczny.

 

 

 

Wczoraj ktoś zamieścił na facebooku fotografię pracy pt. "Sailor", gdzie męskie figurki upchnięte zostały w puszce niczym sardynki. Dodatkowo rzuca się w oczy ich naturalistyczne wykonanie i nienaturalne wygięcie ciała, co podkreśla absurd całej sytuacji. Uzupełnieniem tej pracy wydaje się "Bonsai", gdzie ciała dość otyłych kobiet zwalone są na półmisek i podane, niczym krewetki, do zjedzenia.

 

 

 

Ukazane przez Lee sceny są absurdalne. Ludzie, a raczej ludziki w jego pracach stają się bliskie innym żywym organizmom, zamieniają się z nimi miejscami, tak jak one zostają poddane opresji. Artysta zrywa tutaj z odwiecznym przekonaniem o człowieku jako o panu świata, zwierząt i przyrody. Każe nam postawić, z pozoru tylko, dziwne pytania, co by było, gdybyśmy znaleźli się na miejscu tych wszystkich żyjątek – ryb, które nie mają głosu i które zamykamy w akwariach, aby służyły naszej estetycznej przyjemności, myszy i szczurów zamykanych w klatkach i poddawanych medycznym eksperymentom, much, ciem, ważek, które roztrzaskują się o szyby naszych samochodów.

 

Green Giant, 2008

 

Dopiero umiejscowienie figury człowieka w podobnych sytuacjach, zmusza nas do postawienia pytania o to, czy szanujemy życie, wszelkie życie, a nie tylko ludzkie. Przez paradoks wstawienia ludzkich figurek w miejsce zwierząt, ozdób, pożywienia, artysta wskazuje, że nasz świat jest światem nie tylko ludzkim, otaczamy się bowiem innymi formami życia, elementami przyrody, maszynami i przedmiotami.

 

Wen B-29, 2010

 

 

Pojawiają się też pytania o manipulacje, którym poddawane są żywe organizmy, o wpływ biotechnologii na naszą rzeczywistość.

 

Inward, 2003

 

Artystę fascynują hybrydy i stany pośrednie, jak w pracy z tonącymi syrenkami, które w błagalnym geście wyciągają w stronę widza ręce.

 

 

Seven, 2004

 

Lee poddaje te figurki zmyślnym torturom – jednej z nich każe pływać niczym złota rybka w akwarium, inne zamyka – w puszkach, w strzykawce lub klatce (dziwne ludzkie stwory z dwoma głowami, niczym szczury, które przeszły genetyczną modyfikację).

 

 

Figurkę kobiety przywiązaną do koła, jakby w scenie tortury lub gwałtu (hm…) ukazuje jako znak firmowy mercedesa.

 

Drive, 2008

 

Figurkę mężczyzny krępuje linami, podwiesza i tytułuje go jako Syrenę.

 

Mermaid, 2006

 

Figurki te wydają się pozbawione możliwości poruszania się, stają się całkowicie ubezwłasnowolnione. Ludzkie głowy w pracy pod tytułem "Headache" (Ból głowy, 2008) wykorzystane są jako ornament przedmiotu przypominającego granat.

 

 

Pojawiają się też figurki, w których uderza nagość, bezbronność, podatność na zranienie, brak jakiejkolwiek warstwy ochronnej.

 

 

 

Mogą się nasunąć skojarzenia z pracami Young British Artists oraz z figurami związanego z nimi Rona Muecka (tyle, że Mueck ukazuje ludzkie ciała w skali naturalnej, niekiedy lekko pomniejszonej lub zmonumentalizowanej). Tutaj ludzie ukazani w tak małej skali wydają się jakimś odrębnym gatunkiem.

 

Z kolei wspomniana praca Rob Malasch kojarzy się z obrazem pt. Fulcrum (1999) Jenny Saville:

 

 

 

Tym samym jego prace są również intertekstualne. Podobne przedstawienie, ale w zmienionej skali lub medium zyskuje zupełnie inne znaczenia.  

 

Prace te zmuszają też do zastanowienia się nad człowieczeństwem i jego granicami, z jednej strony - nad ludzkim okrucieństwem, z drugiej - nad naszą i innych form życia bezbronnością. Poprzez małą skalę kojarzą się z figurynkami przeznaczonymi do zabawy lub kolekcjonowania.

 

Występują tu ludzie - zabawki, hybrydy, ozdoby, przedmioty konsumpcyjne, przedmioty. To uprzedmiotowienie może również wiązać się z obsesjami konsumpcjonizmu, do czego również odnoszą się niektóre z prac artysty.

 

A na koniec ciekawa analogia wizualna a’propos wczorajszego meczu:

 

To Adidas Boy, 2008

A to Balotelli jako Adidas Boy.



Nie baw się śmiercią

izakow2

Tak mniej więcej brzmi przesłanie plakatu Amnesty International:


 

Na czarnym tle z kolei znajduje się napis informujący, że kara śmierci stosowana jest wciąż w 69 krajach oraz slogan: "Nie baw się w Boga".


Zamieszczam tę reklamę a'propos "Lego. Obozu koncentracyjnego" Zbigniewa Libery, ale też a'propos całego nurtu toy art chętnie sięgającego do form dziecięcych zabawek - przede wszystkim właśnie klocków LEGO, ale też miniaturowych figurynek. To również trochę a'propos ostatniego komentarza Gościa Niedzielnego i zarazem z dedykacją dla niego.


A w plakacie Amnesty - dostrzegam tę samą ideę, co u Libery, pytania o możliwość utożsamienia się ze sprawcami zła, igrania z tym, co najbardziej potworne, a co, w kontekście tego plakatu, dzieje się również w majestacie prawa.


No  i przyczynek do dyskusji - czy reklama może być sztuką?


Plakat znalazłam na znakomitym blogu Reklamy oraz przemyślenia złośliwca, który jest kopalnią znakomitych przykładów reklam, świetnie zresztą poukładanych tematycznie. Choć jednym z ulubionych tematów Złośliwca są damskie pośladki, jakoś mnie to nie razi, zwłaszcza, że nie brakuje też ciekawych, ale i kontrowersyjnych reklam z męskimi ciałami, a także ciekawych reklam społecznych. Niektóre z tych męskich reklam już zresztą ściągnęłam, żeby pokazać na zajęciach o męskości. A i tak wszystkiego jeszcze na tym blogu nie obejrzałam. Choć na pewno zebrane tu reklamy, w dużej mierze potwierdzają, że reklama bywa sztuką.

Zabawy Magdy Poprawskiej

izakow2

Fascynują mnie prace artystyczne,używające zabawek, odwołujące się do świata dziecięcych zabaw i gier. Najczęściej artyści sięgają do toy art, żeby zderzyć ze sobą przeciwieństwa – z pozoru niewinny świat dziecięcych zabaw z rzeczywistością przemocy i okrucieństwa. Pisałam już o toy art, między innymi wspominając „Lego” Libery, gdzie Lego użyte jest po to, aby przedstawić Holocaust. Wspominałam też miniaturowe figurki choćby braci Chapman czy Pawła Łubowskiego, używane do odgrywania tego, co okrutne, do aranżowania specyficznego „gore” w sztuce.


W tym nurcie mieści się też praca Magdy Poprawskiej „Let’s play”, stara praca, która kiedyś „zdobiła” okładkę „Rity Baum”, a w ubiegłym roku prezentowana była w Poznaniu, w Galerii 2piR (kuratorką była Marianna Michałowska).


 

Ale jest to jedna z takich prac, które mają niezwykłą moc wizualnego przyciągania. Trudno ja zapomnieć. Miniaturowe meble dla lalek w srebrnym kolorze, plastikowy kurczak z rożna, srebrny nóż, maleńka szczotka do włosów oraz srebrzyste i czerwone buciki posłużyły jako atrybuty dla scen rozgrywanych w domku dla lalek Barbie. To, co się tutaj odgrywa nie ma nic wspólnego z tym, jak wyobrażamy sobie dziecięce zabawy. To nie jest świat niewinny i beztroski. Na kolejnych zdjęciach budowany jest rodzaj narracji (tak zresztą przebiegają dziecięce zabawy), którą możemy sobie dopowiedzieć, lub tez stworzyć własną narrację w oparciu o te scenki.


Oto rudowłosa ona, czeka z podanym do stołu kurczakiem. On prawdopodobnie się spóźnia. Ona (a może inna ona?) ze złości (lub rozpaczy) wyrywa sobie włosy (a może to po prostu kiepska podróbka Barbie?).



 

Kiedy on wreszcie wraca ma miejsce gorący akt seksualny odbywający się na stojąco przy stole.



 

Ale potem ktoś kogoś morduje. Wnętrze domku dla lalek jest całe zakrwawione. Na stoliku pozostał nóż – narzędzie zbrodni oraz wyrwane włosy. Zamordowana lalka pada na stół. Lub może podnosi się, by zadać następny cios?


 

To wszystko jest niedopowiedziane, gdyż sceny z domku dla lalek obserwujemy z ukrycia, jakby przez okienko, lub otwartą ścianę domku.


Te pracę można interpretować na wiele sposobów – jako pracę mówiącą o przemocy domowej, która zawsze rozgrywa się gdzieś w ukryciu, w przestrzeni pozornie bezpiecznej; jako pracę pytającą o odgrywanie dorosłości przez dzieci (jaka to jest dorosłość?), o pozornej niewinności dzieciństwa (bo przecież dziecięca wyobraźnia wytwarza również historie okrutne i krwawe), o kulturze popularnej (połączenie rzeczywistości horroru oraz rzeczywistości lalek Barbie oraz ich akcesoriów).


Mnie fascynuje jeszcze warstwa formalna tej pracy – zderzenie zimnych bieli i srebra z ostrym kolorem czerwonym (takim sztucznym, kiczowatym, plastikowym). Ta praca w warstwie habtycznej wydaje się wyjątkowo zimna. Wszystko jest tu gładkie i właśnie zimne. Może jest więc to praca po prostu mówiąca o braku ciepła.



Muszę dodać, że poznałam kiedyś Magdę. To cudowna osoba. W niczym nie przypominała mi amatorki krwawych i sadystycznych zabaw lalkami Barbie (ciekawe, czy widzieliście ten film o Barbie i jej dorosłych fanach?).


Chyba tak ją sobie wyobrażałam jako wykolczykowaną dziewczynę ubraną w czarną skórę. Tymczasem Magda to przeciwieństwo tego wyobrażenia i przede wszystkim bardzo ciepła osoba.

Mroczne fascynacje Davida Levinthala

izakow2

Już dość dawno temu pisałam o moich fascynacjach tzw. toy art, sztuką w formie zabawek, odwołującą się do dziecięcych zabaw, do popularnych produktów dla dzieci (jak np. LEGO). To między innymi wielokrotnie tu przywoływane „Lego. Obóz koncentracyjny” Zbigniewa Libery.


Ciekawe, że artyści odwołują się do zabawek wtedy, gdy mówią o czymś mrocznym, czymś z marginesu kultury, albo o historycznych traumach. Uderza wtedy zderzenie tego, co poważne, dorosłe, groźne z formą zabawek – wydawałoby się wiążących się z beztroską, bezpieczeństwem, kreatywnością.


Ale jest w tym również zawarte pytanie o granice naszej potworności, o nasze fascynacje złem? Z czego wynikają, dlaczego się pojawiają? Skąd bierze się popęd do oglądania masakry czy martwych ciał? Czy z wielokrotnie przywoływanego tu kulturowego kanibalizmu? Ale skąd bierze się ten „kanibalizm oka”?



Daviv Levinthal, Mein Kampf, 1993-94


Jednym z artystów posługujących się toy art jest David Levithal, który przy pomocy małych figurek (takich, jakimi bawią się dzieci, albo jakie używane są przez kolekcjonerów) inscenizuje przeróżne sceny odwołujące się do czegoś z pogranicza rzeczywistości i kultury popularnej. Na przykład w cyklach odwołujących się do II wojny światowej „Hitler Moves East” i „Mein Kampf” przywołuje w inscenizowanych przez siebie scenach popularne klisze dotyczące wojny.



Hitler Moves East, 1975-77 (wspólnie z Garrym Trudeau)



Mein Kampf, 1993-94


Toteż jego scenki kojarzą się z dawnymi fotografiami czy filmami fabularnymi (sztuka toy art daje możliwość wielokrotnego piętrzenia symulacji). Podobnie dzieje się w cyklach dotyczących współczesnych romansów, dzikiego zachodu, amerykańskich piękności, lalki Barbie, baseballu czy życia Jezusa.



Barbie Millicent Roberts, 1998-99


Jego metoda przypomina trochę postępowanie Cindy Sherman, która w "Niezatytułowanych Fotosach Filmowych" przywoływała różne popularne klisze wizualne. Tym samym uwaga artysty przesunięta jest na samą sferę wizualną, na reprodukowane przez nią obrazy, które zagnieżdżają się w naszej wyobraźni. Gdzieś tam w niej tkwią, wpływając na naszą świadomość i nasze postrzeganie rzeczywistości.



Desire, 1990-91


Levinthal podkreśla to formalnie przy użyciu ciemnych barw. Te scenki wyłaniają się jakby z mroku, ponadto są zamazane, niewyraźne. Można więc powiedzieć, że artysta pyta o mroczną stronę naszej wizualnej wyobraźni.



Desire, 1990-91


W odniesieniu do poprzedniego wpisu, warto przywołać jego cykle odnoszące się do erotyki i pornografii, takie jak: „Desire”, „XXX”, „Netsuke”.



XXX, 2000-01



XXX, 2000-01



Netsuke, 2002


Artysta pyta tutaj o nasze upodobania wizualne, obrazowe fascynacje, zarazem wskazując na traktowanie ciała jako zabawki i ową plastikową powierzchniowość przedstawianego tak ciała. No i jest tu zawarta ambiwalencja – krytyka pewnego wzorca idzie w parze z fascynacją nim.



Desire, 1990-91



XXX, 2000-01


Niektórzy komentatorzy uważają, że te artystyczne fascynacje są groźne, wpływają bowiem na roztapianie granic pomiędzy dobrem a złem. Tymczasem te fascynacje zakorzenione są głęboko w całej kulturze wizualnej, która właśnie takimi kliszami operuje.


 

No i wciąż wraca pytanie, na które trudno chyba znaleźć odpowiedź – skąd biorą się te fascynacje (Z naszej podświadomości? Z układu władzy? Z naszego znudzenia?)?

Naród - w interpretacji Janion i Kary

izakow2

We wczorajszej dyskusji pojawił się wątek narodu. To w związku z moją gniewną figurą stylistyczną o wstydzie...


Ciekawa jest wypowiedź Marii Janion o narodzie jako "wspólnocie wyimaginowanej" z opublikowanego w "Tygodniku Powszechnym" wywiadu, ktory dotyczy jej najnowszej ksiązki o "Niesamowitej Słowiańszczyźnie" (dzięki Lechu za przesłanie!):



Zgadzam się więc z amerykańskim politologiem Benedictem Andersonem, który uważa, że naród jest wspólnotą wyimaginowaną. W każdym razie naród nowożytny, dla którego decydującym okresem formowania się jest czas rewolucji francuskiej, fizycznego i mentalnego upadku monarchii, rozpowszechnienia gazet jako sposobu komunikacji, ale też pewnego, powstającego dzięki literaturze, porządku symbolicznego. Właśnie literatura, również sztuka, odgrywa zasadniczą rolę w dyskursywnym konstruowaniu narodu, w tworzeniu, jak to się mówi, „narodu opowiedzianego". Tak też się działo w Polsce, przede wszystkim po utracie niepodległości, która była wstrząsem emocjonalnym i intelektualnym. Około roku 1800 powstaje nowa narracja, opowieść o narodzie.



Maria Janion powiada również o naszej postkolonialnej mentalności:



Myślę, że najważniejszym ze śladów kolonialnej zależności jest słabość polskiej kultury – mało intelektualnej, a przede wszystkim szalenie spłaszczonej. Dziś jest to nieledwie narodowo-katolicki monolit, bardzo nieciekawy – zarówno ze względu na to, że polski katolicyzm jest ubogi intelektualnie, jak i dlatego, że nie ma dlań żadnej poważnej konkurencji.



A ja natknęłam się dzisiaj na fotografię niezwykłej pracy Pauliny Kary, "Przystanek autobusowy".


Ten przystanek wydaje się taką gorzką metaforą tego spłaszczenia, własnie tego, o czym mówi profesor Janion.





Oto przystanek wraz z leżącym pijakiem, zakonnicą, która na walizce ma znaczek Radia Maryja, blokersem, włóczęgami i panią lekkich obyczajów. Jednocześnie ta insceniazacja wydaje się tak bardzo prawdopodobna. Popsuta lampa, odrapany kosz na śmieci, wulgarne napisy. Oto Polska. Ciekawe dlaczego część tych postaci ma bielma na oczach?

© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci