Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

etyka

Koniec przemocy?

izakow2

 Chcę wspomnieć o trzech przypadkach. Każdy z nich mógłby i powinien zostać opisany osobno, ja zaś przedstawię je w niemal telegraficznym skrócie, zadając pytania, które wydają mi się zasadnicze.

Przypadek 1: Kuszej


Parę dni temu policja aresztowała Krzysztofa Kuszeja, łódzkiego artystę, który malował obrazy ukazujące księży gwałcących dzieci. Odwoływał się w tytułach do nazw miejscowości, w których takie wydarzenia miały miejsce. Zarzuty, postawione Kuszejowi przez prokuraturę dotyczą publicznego propagowania treści o charakterze pedofilskim i pochwalania treści o charakterze pedofilskim, publicznego prezentowania treści pornograficznych oraz produkowania, rozpowszechniania, przechowywania i posiadania treści pornograficznych przedstawiających wytworzone albo przetworzone wizerunki małoletnich uczestniczących w czynnościach seksualnych.

Obejrzałam w sieci obrazy Kuszeja, są dosłowne, brutalne, trudno na nie patrzeć. Kuszej to skandalista, co nie zmienia faktu, że dotknął w swych obrazach problemu, o którym się nie mówi, którego się nie pokazuje, bo pokazać nie wolno, ale który istnieje. Obrazy te zmuszają do postawienia pytania, jak taki gwałt na dziecku może wyglądać, jak może wyglądać świat dziecka, które zostało brutalnie skrzywdzone. Każda w miarę wrażliwa i normalna osoba zaciska niemal oczy, aby czegoś takiego nie zobaczyć. Ale czy zarazem nie odwracamy się od tego problemu? Prace te przede wszystkim piętnują duchownych, którzy dopuścili się takich aktów. Zdecydowanie nie pochwalają tych treści.

Dlaczego więc Kuszej został aresztowany? Może chodziło o coś innego? Dlaczego w tym samym dniu prasa doniosła o tym, że wciąż brak zarzutów wobec byłego księdza, który znęcał się i molestował dzieci i najprawdopodobniej doprowadził 12-letniego chłopca do samobójstwa? Dlaczego gwałciciel i pedofil jest na wolności, a malarz piętnujący tego rodzaju zachowania przebywa w areszcie? Czy na tym ma polega walka z pedofilią?

Przypadek 2: LG łamie prawa pracownic w Polsce

Wczoraj media doniosły, że w jednej z korporacji działających w Polsce, podczas wizyty koreańskiego kierownictwa, kierownik działu personalnego dokonał znaczących przesunięć: przy taśmie produkcyjnej kazał zostać młodym kobietom, nieprzekraczającym czterdziestki. Starsze przesunął na nocną zmianę, a części z nich kazał ukryć się w magazynie. Wszystko po to, aby kierownictwo widziało młode i atrakcyjne pracownice. To pogwałcenie praw pracowniczych, ageism i seksizm. Faktycznie miał rację George Ritzer, gdy pisał, że w świecie makdonaldyzacji, człowiek traktowany jest jak towar na taśmie produkcyjnej, odbierana jest mu/jej godność, nie liczy się jego/jej podmiotowość. Tak działają korporacje, zaś te, które lokują swe zakłady produkcyjne w krajach rozwijających się są dużo bardziej brutalne wobec swych pracowników. Czy naprawdę wciąż chcemy o tym nie wiedzieć? Czy wciąż uważamy świat neoliberalny za idealny?

Przypadek 3: Bieg niepodległości 

Ten przypadek na pozór nie ma nic wspólnego z przemocą. Wszak wiadomo, że dobrze jest biegać, mamy w Polsce modę na rozmaite maratony i biegi w różnych intencjach. 11 listopada odbędzie się Bieg Niepodległości, zaś tytuł tegorocznej edycji to: „Czas bohaterów”. Towarzyszy temu między innymi akcja „Kobieta w biegu”, która ma zachęcić kobiety do biegania i zwrócić uwagę na rolę kobiet w historii Polski niepodległej, które niejednokrotnie były pomijane w publikacjach. Tej akcji patronują feministyczne organizacje. Chodzi więc o kobiety-bohaterki, ale czy taki postulat wystarczy, by uznać tę akcję za feministyczną? Czy nie mamy tu do czynienia raczej z czymś, co określam jako „kobietyzm”? „Kobietyzm” to dla mnie po prostu mówienie o kobietach, osobiście uważam, że z feminizmem niewiele ma wspólnego. Jest to bowiem takie mówienie o kobietach np. w historii, gdzie nie analizuje się kontekstu ideologiczno-politycznego, w którym te kobiety funkcjonowały, a także nie analizuje się samej ramy, w której o tych kobietach się mówi.

A więc w przypadku Biegu Niepodległości należałoby najpierw zapytać, o jaką historię chodzi; o jaką jej wersję?, czy chodzi o krytyczne przyglądanie się historii czy o utrwalanie mitów (narodowy mit bohaterstwa – mit na wskroś romantyczny!)? Czy wzbudzanie zainteresowania historią wśród młodych ludzi (biegowi towarzyszy konkurs dla gimnazjów pod tytułem „Czas Bohaterów”) wiąże się z prowokowaniem ich do krytycznego myślenia i przygotowaniem do życia w społeczeństwie obywatelskim czy chodzi raczej o wychowywanie przyszłych patriotów zapatrzonych w dawnych bohaterów? Polaków, którzy będą stali w przyszłości na straży polskiej tradycji i polskiego narodu? A, jeśli to ostatnie, to czy nie jest to raczej próba wzmacniania prawicowych sił, reprodukowania tradycyjnego układu, w który najważniejsze hasła to Bóg, honor i ojczyzna, nie zaś wrażliwość na innych i tolerancja? Wśród „naszych bohaterów” wymieniony był Roman Dmowski, jego nazwisko znikło już na szczęście ze strony konkursu „Czas bohaterów”.

Nie odpowiem na postawione tu pytania, nie przypisuję organizatorom Biegu złych intencji. Uważam jednak za niebezpieczne liczne odwołania do historii, które pojawiają się w kulturze popularnej, w życiu społecznym, w polityce i traktują historię jako coś obiektywnego, danego z góry, nieproblematycznego i niezwiązanego z polityką i ideologią, a zarazem reprodukują historyczne mity. Bo czy naprawdę potrzebujemy romantycznego mitu bohaterów (nawet jeśli są płci żeńskiej)?

 

 

O etyce w sztuce

izakow2

Widać po ostatnich komentarzach, że problem etyki wywołuje emocje. W dodatku dostało mi się, że sama jestem nieetyczna (a to dlatego, że jednych wymieniam z nazwiska, innych nie, albo, że przyjechałam za późno na konferencję i przekręcam fakty, a wiadomo, ile osób, tyle interpretacji...).


Zresztą problem etyki zawsze wydawał mi się o tyle niebezpieczny, że osoba, która się o etyce wypowiada sprawia wrażenie, jakby mówiła z wyższych pozycji, jakoby sama była etyczna. Ja nie chciałabym być tak odebrana. Owszem, dywaguję tu na różne tematy, ale nie znaczy to, że mam na nie monopol. Chodzi mi o to, że jeśli etyka jest w różnych kontekstach przywoływana, to warto zastanowić się, co ona może oznaczać.


Chyba jeszcze większy problem jest z etyką w sztuce. Przechodząc do rzeczy. W ostatnich „Kresach” (3/2007) Dorota Jarecka przywołała głośny tekst Pawła LeszkowiczaCzy twój umysł jest pełen dobroci?”, w którym autor podjął właśnie problem etyki. I co się okazało? Na nieszczęście („klęska nas wszystkich” – jak powiada Jarecka), odezwała się Izabela Kowalczyk i zamknęła tę ważną dyskusję, „waląc Leszkowicza po głowie pałka faszyzmu”. Taka jest wymowa tekstu Jareckiej. Kto chce może sprawdzić.


Autorka powiada, że ucięłam dyskusję używając swojego ulubionego porównania: krytyków sztuki najnowszej i nazistów. Wskazuje ona również, że przez takich krytyków jak ja, sztuka krytyczna zyskała immunitet nietykalności, co oznacza, że należy o niej pisać tylko dobrze. I na zakończenie: „Odrzucenie jakiegoś filmu z dorobku Żmijewskiego nie oznacza, że popieram księdza Rydzyka”.


Według logiki, którą niejako zarzuca mi Jarecka: ustanowiłam dla sztuki krytycznej immunitet, wprowadzając swoisty terror pisania o tej sztuce w sposób pozytywny, a kto napisze źle, ten w gronie Rydzyka!


Wyznaję więc, że nigdy nie miałam takiego zamiaru, a co więcej nie przyszłoby mi coś takiego do głowy. A na dowód mam tekst zamieszczony w tym samym numerze „Kresów”, a co więcej zaczynający się na tej samej stronie, gdzie kończy się tekst Jareckiej. Tekst podpisany jest nazwiskiem Iza Kowalczyk i w owym tekście przynajmniej o dwóch filmach Żmijewskiego piszę niepochlebnie.


Zgodnie z logiką opisaną przez Jarecką Iza Kowalczyk powinna zaliczyć Izę Kowalczyk do grona zwolenników Rydzyka! (Chyba, że są dwie krytyczki o nazwisku Iza Kowalczyk. Może coś przeoczyłam...)


Ale dość kpin. Chyba wiem, na czym polega ten ciąg nieporozumień. W pewnym sensie ma rację Jarecka pisząc o porównaniach dotyczących sztuki zdegenerowanej, że używam ich często, a może i nadużywam. (Choć na przykład według Kuby Krytykanta nadużywam pojęcia władzy, ale ten problem zostawmy na inną okazję).


Poczułam się wywołana przez Jarecką do odpowiedzi, więc postaram się wytłumaczyć. Jestem przeczulona na robienie ze sztuki swoistego abiektu, tak jak jestem przeczulona na antysemityzm, homofobię i mizoginię, na różnego rodzaju „mowy nienawiści”. Jestem przeczulona na opisane przez Julię Kristevą mechanizmy zohydzania inności i jestem przekonana, że te mechanizmy „abiektowienia” nie przynoszą niczego dobrego, a wręcz, że mogą prowadzić do czegoś złego, w skrajnych przypadkach – do czegoś bardzo złego.


Diabeł tkwi w szczegółach, a Zagłada nie wybuchła nagle i niespodziewanie, nie wzięła się z niczego. Jej korzenie tkwią właśnie w takich niepozornych mechanizmach zohydzania inności. I jestem przekonana, że, jeśli po Holokauście ciąży nad nami jakaś powinność etyczna, to jest nią przestrzeganie przed tymi mechanizmami (bo do niczego nie prowadzi przecież mówienie o Zagładzie w tonie podniosłym i ciągłe rozdrapywanie rany przeszłości, chodzi raczej o troskę o przyszłość).


I między innymi, dlatego tak bardzo przeczulona jestem na używane w krytyce gazetowej (którą przecież Jarecka zna dobrze) porównań zohydzających sztukę (a to, że plugastwo, a że artyści są chorzy, albo, że to plwocina na chodniku...). Te porównania były tak głupie, że wydawało się, że aż niezręcznie się tym językiem zohydzania sztuki zajmować. Ale, według mnie tu jest pies pogrzebany. Jeśli o tym nie mówimy, nie wskazujemy na problem, to w pewnym sensie wyrażamy milczącą zgodę na taki stan rzeczy, a więc na ten język mówienia o sztuce przepełniony niechęcią, nienawiścią, zohydzający twórczość. Z drugiej strony, jeśli o tym mówimy, narażamy się na śmieszność, a przynajmniej na przytyki o „ulubionych porównaniach”. Ale jeśli mam wybierać, to ja już wolę być śmieszna.


I dalej całą sprawę tłumacząc – jeśli jakoś tam przyzwyczailiśmy się do takich porównań w krytyce gazetowej, to jednak zaskakują one w krytyce profesjonalnej. Toteż, z dużym zdziwieniem czytałam wspomniany tekst Leszkowicza, krytyka i historyka sztuki, którego cenię, którego zdanie bardzo się dla mnie liczy i który pisze o rzeczach niezwykle ważnych. Bo przypomnę, że Leszkowicz rozpoczął swój tekst od wymienienia takich potępienia godnych działań, jak robienie sobie zdjęć z wcześniakami przez pielęgniarki w którymś z polskich szpitali, a także znęcanie się przez amerykańskich żołnierzy nad irackimi więźniami w Abu Ghraib i fotografowanie tego, a następnie przeszedł do przykładów sztuki Żmijewskiego i Kozyry.


I nie chodzi o to, że prace Kozyry, Żmijewskiego czy Nieznalskiej mają się wszystkim podobać (jak pisze Jarecka), tylko o to, w jaki sposób o nich piszemy, jakim językiem, czy piszemy o samej sztuce, czy też posiłkujemy się czymś wobec niej zupełnie zewnętrznym. Czy zastanawiamy się, co ta sztuka analizuje, czy odwrotnie - zestawiamy ją na równi z przedmiotem jej analiz (na tym, według mnie, przede wszystkim polegał problem tekstu Leszkowicza).


Bo czy te porównania do czegoś prowadzą, do czegoś innego, jeśli nie zniechęcenie do omawianej sztuki? I czy możemy mówić, tak jak napisał Leszkowicz, że wejście Kozyry do łaźni w Budapeszcie można usprawiedliwić jej chorobą nowotworową? Czy to rozwiązuje problem braku etyki w tej pracy, o czym mówi Leszkowicz? Wydaje mi się, że nie tędy droga.


Sądzę jednak, że problem etyki w sztuce jest istotny i chwała Leszkowiczowi, że ten problem podniósł, ale w zasadzie nikt, ani Leszkowicz, ani Jarecka lamentująca, że tę dyskusję ucięłam, ani rzeczona Kowalczyk, w zasadzie nie zaczęli nawet zastanawiać się, czym właściwie ta etyka w sztuce jest.


Bo czy nie jest raczej tak, że etyka artysty / artystki zasadza się na rzetelności w doborze metod odpowiadających nurtującemu jego /ją problemowi, a także na wzięciu odpowiedzialności za użyte narzędzia, a więc również na ukazaniu swojej postawy, odsłonięciu jej?

Wtedy jasne staje się, że na przykład Kozyra nie mogła użyć innych metod, chcąc przedstawić to, co ukazała w „Łaźniach”.


Mam wrażenie, że zwyczajowa etyka (czy wręcz zwyczajowa moralność, bo niektórzy stosują te pojęcia zamiennie, co wydaje mi się pewnym nieporozumieniem) nie jest możliwa do prostego przeniesienia do dziedziny sztuk plastycznych. Wiele dzieł musielibyśmy skreślić, gdyż artyści są badaczami obszarów granicznych, choć nie twierdzę, ze stoją ponad etyką. Ale, co na przykład zrobić z niektórymi pracami Leonarda da Vinci, który wykradał zwłoki z prosektorium, by studiować anatomię? Co z pracami Caravaggia, który, żeby namalować „Zaśnięcie Marii”, użył zwłok wyłowionych z Tybru? Co z artystami współczesnymi, którzy właśnie „używają” martwych ciał, jak Andreas Serrano w „Kostnicy”? A co z kłamstwami artystycznymi, które przeszły do historii sztuki, stając się wręcz punktami granicznymi, jak akt Duchampa, który jako Robert Mutt wysłał na Salon Niezależnych w Nowym Jorku swoją słynną „Fontannę”? Co z celowym szarganiem zwyczajowej moralności przez Wiedeńskich Akcjonistów, którzy w ten sposób właśnie chcieli uderzyć w społeczeństwo „moralnie uśpione”?


Artyści testując granice, również te etyczne, uzmysławiają nam problem etyki, zmuszają nas do postawienia pytania o etykę w odniesieniu do konkretnych przypadków, tematów, poszczególnych sfer naszej aktywności.


Kozyra w "Łaźniach" pyta między innymi o obecne w naszej kulturze mechanizmy podglądania, odzierania z prywatności - czy inne metody byłyby równie adekwatne, czy z taką samą ostrością ukazałyby problem?


Filmem, o którym pisze Jarecka i o którym pisał Leszkowicz, że jest nieetyczny jest „80064” Artura Żmijewskiego. Pisałam już tu na blogu o tej pracy w kontekście postpamięci. Wskazałam na swoje bardzo ambiwalentne odczucia, a jednak, mimo, że ostatnio drę koty ze Żmijewskim (a zresztą z kim nie drę?!), wciąż będę bronić tego filmu, dlatego, że uzmysławia on właśnie problem etyki (czy raczej jej braku) w mówieniu (pisaniu, badaniu) o Holokauście. Choćby ów wampiryzm badaczy rzucających się by spisywać wspomnienia (odnawiając te wszystkie tatuaże, blizny, rany – tyle tylko, że mentalne) i to poczucie wyższości zakładające, że to my właśnie mówimy o Holokauście w sposób etyczny.


Podczas wspominanej w tamtej notce konferencji o Zagładzie uderzyło mnie, jak wiele osób upaja się posiadaną wiedzą, choć miałam wrażenie, że w gruncie rzeczy same mechanizmy zawładnięcia wiedzą (przecież w przypadku Holokaustu to niemożliwe!), zapanowania nad fragmentem historii, niechęci do zastanowienia się nad współczesnością, że to wszystko niewiele kogokolwiek obchodzi i w tym sensie dalekie jest od etyki.


Coraz częściej ostatnio napotykam na takie działania (Holokaust jako temat badań, jako temat sztuki, jako temat kultury popularnej i wreszcie jako element kultury...) i zastanawia mnie, na ile jest to rodzaj mody, a więc temat, który przynosi konkretne profity.


Wydaje mi się zresztą, że to zastanawianie się nad problemem jest jedyną rzeczą, która mnie samą może, chociaż częściowo od wspomnianej pychy uchronić, bo przecież sama również zajmuję się częściowo tym tematem. Wiem, że nie podcina się gałęzi, na której się siedzi, ale milcząca zgoda na zastany status quo i udawanie, że nie ma żadnego problemu, według mnie jest tak naprawdę największym problemem.


I uważam, że właśnie tych problemów dotyka film Żmijewskiego, ukazując ten rodzaj przemocy, pychy, który na przykład w badaniach naukowych również występuje, ale niemal całkowicie ukryty.


Żmijewski w tym filmie nie idzie z prądem mówienia o Holokauście (np. zacieranie, wymazywanie, jak np. w „Shoah” Sasnala, ale to już temat na inną okazję), on idzie pod prąd, w druga stronę, na przekór. I dlatego ten film wydaje mi się tak ważny i etyczny, że wyrywa nas z tego samozadowolenia (z wiedzy o Holokauście, sztuki o Holokauście itd.). Popycha nasze myślenie dalej, może część z nas wyrwać z tej pychy, ukazując, że nikt nie jest niewinny. Wskazuje, jak działa obraz oraz jak działa analogiczne zadanie badacza, pyta o tę różnicę, o to, co ona dla nas znaczy...


Rzetelność w doborze metod, odpowiedzialność, solidność, rezygnacja z własnej władzy, z własnej pewności? Może coś takiego oznaczała by etyka w sztuce?


Przyznaję, że czuję się w tej materii bezradna, ale chyba też nie o to chodzi, żeby używać tego pojęcia na zasadzie swoistego wytrycha, ale zastanowić się, co ono może oznaczać...

O etyce w naukach humanistycznych

izakow2

Niekiedy moi koledzy czy koleżanki po fachu narzekają na niski poziom studenckich prac. A to, że kiepskie, a to, że skądś spisane. Jednak, to my (wykładowcy) jesteśmy odpowiedzialni za to, czego studentów nauczymy.


Może też zbyt rzadko mówimy o etyce pisania prac naukowych. Pierwszym przykazaniem powinno być oczywiście: „Nie kradnij” (odpowiedzialnie korzystaj z innych prac naukowych, nie zapominaj o przypisach i odwołaniach do danych stwierdzeń czy badań). Ale obowiązywać powinny również inne zasady: rzetelność i odpowiedzialność.


Rzetelność w podejściu do danego problemu oznacza zrobienie na początku dokładnego stanu badań, a następnie przeprowadzenie krytyki tekstów. Wydaje się to oczywiste. O tym mówimy studentom na zajęciach proseminaryjnych czy seminaryjnych. Wydaje się, że bez tego trudno ruszyć we własnych badaniach dalej.


Jakież więc było moje zdziwienie, gdy na konferencji naukowej, w której ostatnio uczestniczyłam okazało się, że ta zasada nie zawsze obowiązuje. Dodam tylko, że była to konferencja interdyscyplinarna, co oczywiście zwiększa trudność z rozpoznaniem tematu, który wykracza poza granice własnej dyscypliny, ale nie może być to traktowane jako usprawiedliwienie.


Okazało się, że część referatów była tzw. „odkrywaniem Ameryki”. Ludzie mówili o tym, co już dawno zostało powiedziane i zbadane. Nie widzieli potrzeby odwoływania się do wcześniejszych badań na dany temat. Co więcej w ogóle nie wiedzieli, że takie badania były. W efekcie czułam się tak, jakbym cofnęła się przynajmniej o 10 lat wstecz. Pewnym novum było powoływanie się na autorytety, które z dziedziną zainteresowań danego prelegenta nie mają nic wspólnego. Okazało się, że teraz modne jest powoływanie się na wypowiedzi Jana Pawła II, który został nawet określony jako wielki współczesny teolog.


Zostawmy już fakty kuriozalne, wróćmy do problemu rzetelności i odpowiedzialności za słowo. Odpowiedzialni powinniśmy być wobec siebie, wobec naszych słuchaczy/czytelników, wobec studentów i studentek, których uczymy określonych postaw badawczych. Oczywiście powinniśmy być też odpowiedzialni wobec tematu naszych badań.


Odpowiedzialność zobowiązuje nas do tego, że jeśli chcemy podjąć nowy temat, musimy użyć odpowiednich narzędzi badawczych, musimy je rozpoznać i odpowiednio zastosować. Pani X na wspomnianej konferencji powiedziała mi coś, co wprawiło mnie w osłupienie: „ja jestem literaturoznawcą w pewnym wieku i ludzie w moim wieku nie znają tych wszystkich modnych teorii: Foucaulta, Lacana, Derridy; nie czytają Sierakowskiego i Dunin; nie znają najnowszych badań na dany temat. Do niczego już tego nie potrzebujemy, dlaczego więc wymaga się od nas, żebyśmy to znali?”. Odpowiem tak, owszem nie trzeba znać tych wszystkich teorii, ale być może warto je poznać, bo zawsze warto się czegoś uczyć. Ale wtedy na taką konferencję nie jedzie się z tematem, na którym dana osoba po prostu się nie zna.


Bo najgorzej jest, jeśli naukowcy „w pewnym wieku” chcą uchodzić za autorytety i uważają, że nawet nie znając podstawowych teorii i badań, mogą wypowiadać się na dany temat oraz zabierać głos w dyskusji – jako autorytety. Nie rezygnują więc z przywilejów, które daje hierarchia, czy też jak powiedziała ta pani „pewien wiek”. Przykre to i smutne. Dotyczy to zwłaszcza tematów, które, jak się wydaje znamy wszyscy, bo nas wszystkich dotyczą: ciało, płeć, kultura popularna, niekiedy nawet sztuka, itp.


W tym podejściu nie zauważa się, że do każdego tematu (nawet najbardziej trywialnego) potrzebujemy odpowiednich narzędzi, że aby mówić np. o prasie dla kobiet, nie wystarczy być jej czytelniczką, ale trzeba też zapoznać się z badaniami na jej temat.


Trochę jest to żenujące, że trzeba tłumaczyć takie zupełnie podstawowe rzeczy. Odpowiedzialność i rzetelność powinna też dotyczyć korzystania z cudzych prac naukowych. Tu niestety często spotykamy się ze swoistą dezynwolturą. Zostawię już w spokoju tę nieszczęsną konferencję.


Oto fragment, który znalazłam w niedawno wydanym leksykonie „Nowe zjawiska w sztuce polskiej po 2000” (red. G. Borkowski, A. Mazur, M. Branicka). Agata Jakubowska w tekście „Chłopcy, dziewczęta i ci, którzy traktują to poważnie” przytacza taki oto cytat: „Patrząc na sztukę młodych artystek, można odnieść podobne wrażenie – że jest to mianowicie forma dziewczyńskiej zabawy. Takiej, która ma charakter subwersywny między innymi dlatego, że polega na odrzucaniu potworów grzeczności”. Przypis informuje nas, że jest to N. Wolf, za: I. Kowalczyk, E. Zierkiewicz, Wstęp książki „W poszukiwaniu małe dziewczynki”.


Otóż z takiej konstrukcji cytatu i przypisu wynika, że wspomniana Naomi Wolf jest autorką wypowiedzi o młodych artystkach. Może nawet zainteresowała się sztuką polskich postfeministek określając ją jako formę dziewczyńskiej zabawy? Kpię, bo nic innego mi nie pozostało.


Jakubowska przytacza nie Naomi Wolf, ale słowa Zierkiewicz i moje ze wstępu książki, na dodatek są to słowa, które streszczają mój zamieszczony w tej książce artykuł. W tym tekście, którego Jakubowska nawet nie raczy przywołać, pisałam o porzucaniu „potworów grzeczności” (i to jest określenie Wolf) w dziewczyńskiej sztuce (Wójcik, Jabłońska, Nieznalska, Burska i inne) oraz o subwersywności tej sztuki. Jak widać nie jest łatwo Jakubowskiej zastosować się do zasady tworzenia dobrego stanu badań, zauważenia, kto pisał przed nią o problemie „dziewczyńskiej sztuki” w Polsce.


To nie pierwszy raz, kiedy Jakubowska, z którą przyjaźniłam się do czasu, gdy odkryłam jej metodę uprawiania nauki, kroczy wydeptaną już ścieżką, udając, że jest pionierką. Pojawiają się więc w jej tekstach np. ogólne sformułowania, typu „polskie feministki powiedziały”, żeby przytoczyć moje słowa, pojawiają się odwołania do odwołań, cytaty z cytatów, a moje myśli, jeśli są, to gdzieś upchnięte w przypisach, albo jak w przytoczonym przykładzie przypisane komuś innemu, itp.


Przedziwna to historia. Bo zastanawiam się, co kieruje takimi badaczami ignorującymi celowo rozważania innych. Czy, jeśli nie przyznają się do tego, że ktoś przed nimi badał dany temat, to uważają, że podniosą wartość swego tekstu? Może chodzi o swoistą rywalizację, zazdrość? Nie chcę w to wnikać, ja zupełnie inaczej uczyłam się pisać teksty naukowe. To wszystko tak naprawdę obraca się przeciwko tym, którzy do końca nie chcą się do etyki w pisaniu tekstów zastosować. Bo przecież Agata Jakubowska pisze świetne, bardzo ciekawe teksty, jak choćby ten o Szalonej Narzeczonej Szapocznikow zamieszczony w poprzednim numerze „artmixa”. I chyba lepiej byłoby dla niej, gdyby była traktowana poważnie.


Problem etyki pojawia się ostatnio w różnych kontekstach. W następnym wpisie będzie o etyce w sztuce, temacie, który w ostatnim czasie kilka razy został wywołany. Muszę odpowiedzieć Dorocie Jareckiej, która mi zarzuciła, że biję ludzi po głowach pałką faszyzmu!

© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci