Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

cenzura

Czytając Golgota Picnic

izakow2

(z dedykacją dla Kuby) 

 

Tekst „Golgoty Picnic” mówi – w dużym skrócie – o tym, co mógłby powiedzieć Bóg o naszych czasach pogrążonych w żądzy zysku i chaosie, o chrześcijaństwie w kontekście historii kultury europejskiej, o przepaści pomiędzy ideałami, wizerunkami a rzeczywistością, o tym, jak bitwa o symbole zastępuje prawdziwe wartości.

 

 

Tekst jest niezwykle aktualny. Znam go, bo dołączyłam do czytających „Golgotę Picnic” na Placu Wolności w Poznaniu w ostatni piątek.

 

fot. Ewa  Łowżył


Tuż obok, odbywała się kontrmanifestacja nawołująca do tego, aby bronić naszej ojczyzny i naszej religii. To zderzenie było bardzo wymowne i znaczące.

 

Protestujących nie było wielu (poznańska policja bała się 30 tysięcy, a tam było może z 30 osób..), może większość poszła na mszę oraz procesję prowadzone przez arcybiskupa Gądeckiego, których intencją, jak czytam na stronach „Naszego dziennika”, było wynagrodzenie za grzechy przeciwko Bogu i Kościołowi „w odpowiedzi na bluźnierczy pseudospektakl”.

 

Ten sam Gądecki wcześniej groził zamieszkami („Jedyną formą, która by ucięła sprawę, jest protest ogólnopolski, który by groził zamieszkami”).

 

Co tu właściwie jest grzechem?

 

„będzie

nazywać się

grzechem

prawdę”

 

- tak kończy się „Golgota Picnic”.

 

Na Placu Wolności do żadnych zamieszek nie doszło, obie grupy zajmowały się swoimi sprawami: jedni – obroną wolności, drudzy – obroną Boga i ojczyzny. Ci drudzy próbowali przeszkadzać tym pierwszym, mieli trąbki i megafony, i byli głośniejsi. Dlatego zresztą, gdy zbliżałam się ze znajomymi do tych grup, trochę się pogubiliśmy, nie wiedząc, kto się modli, a kto odczytuje teatralny scenariusz. Bo czytanie „Golgoty” brzmiało jak przedziwna modlitwa. Dopiero wejście w grupę czytających, pozwalało nie słyszeć już krzyków, trąbek i nawoływań tamtych. Wspólnie stworzyło to bardzo ciekawy performance.

 

Akcja z czytaniem odbywała się w trakcie debaty na Placu Wolności o odwołaniu spektaklu „Golgota Picnic”, która została wpisana w program festiwalu „Malta”. Prowadzący ją Jacek Żakowski zrobił przerwę, aby można było wesprzeć czytających, a potem powrócono do dyskusji, tylko zamiast wcześniejszej debaty „gadających głów” (w której kompromitował się zarówno Michał Merczyński, jak i prezydent Poznania Ryszard Grobelny), oddano głos publiczności.

 

I znowu okazało się, że możliwe jest, aby zaistniały obok siebie różne opinie i światopoglądy, że jest możliwa dyskusja osób o skrajnych poglądach, że mogą one zostać wypowiedziane we wspólnej przestrzeni, bez grożenia komukolwiek i bez przemocy. Czy nie na tym właśnie polega demokracja? Ta dyskusja dla wielu była oczyszczająca, może też na jej przebieg miał wpływ ów pokojowy performance, współtworzony przez obie grupy. Bo było w nim coś terapeutycznego.

 

Szkoda tylko, że do tej debaty doszło dopiero po odwołaniu spektaklu przez dyrektora Malty Michała Merczyńskiego, że musiało dojść do cenzury, przeciwko której protestowaliśmy w oświadczeniu Otwartej Akademii. Konflikt został wygenerowany przez kościelnych hierarchów, poznańskich radnych, prezydenta Poznania, szefów policji i pewnie również przez media.

 

Zastanawia mnie zawsze w takich przypadkach, na ile te konflikty są użyteczne dla przedstawicieli władz, na ile są przez nich generowane, o czym zresztą już kiedyś tu pisałam. A przy ich okazji dezawuuje się wartości społeczeństwa obywatelskiego (przedstawiając zantagonizowane grupy jako radykałów, o skrajnych poglądach, a nawet swoistych oszołomów).

 

Bo co by nie powiedzieć o debacie na Placu Wolności, przede wszystkim ujawniła ona silne pokłady społeczeństwa obywatelskiego.

 

Problemem jest jednak to, że mało kto potrafi dostrzec tę wartość.

 

Miałam dzisiaj ostatnie zajęcia, na których, przy okazji jednej ze studenckich prezentacji, wywiązała się burzliwa dyskusja. Ktoś mówił bowiem o gejowskich krzykaczach, którzy zagłuszają głosy zwykłych ludzi, o tym, że mamy do czynienia z tyranią mniejszości (!), ktoś pytał o to, dlaczego oni muszą tak bardzo prowokować, przebierając się na Paradach w krzykliwe kostiumy. I po co komu te parady? Niektórzy studenci mówili o tym, jak ciężko żyje się w innych krajach europejskich, w których mieszkają Arabowie i nie chcą dostosować się do większości społeczeństwa, kiedyś zresztą to samo mówili mi studenci o mieszkających w Polsce Romach, a poza tym „w Ameryce Murzynów traktuje się jak święte krowy”. Byłam zaszokowana, że młodzi ludzie wciąż pojmują demokrację jako rządy większości (a w zasadzie dyktaturę większości), że nie rozumieją, że demokracja przyznaje nam m.in. prawo bycia różnymi i do manifestacji najróżniejszych czy najdziwniejszych poglądów.

 

Czułam w tym wszystkim jakieś swoiste niezadowolenie młodych ludzi z tego, co dzieje się w Polsce (bliskie poglądom pana w muszce, choć nikt z nich tego na głos nie powiedział).

 

Byli też na sali obrońcy i obrończynie wolności, zauważając, że żyjemy chyba w całkowicie różnych rzeczywistościach, że mniejszości wciąż są dyskryminowane i jest dokładnie na odwrót, jak mówili tamci (a w stronę parad równości padają okrzyki „pedały do gazu” – to ja już dodałam).


Powoli cała ta sytuacja zaczęła przeistaczać się w jatkę i stwierdziłam, że dalsza dyskusja prowadzona tym torem nie ma zupełnie sensu.


Kazałam im więc spojrzeć na sytuację z innej strony, dostrzec podstawową wartość demokracji w tym, że ludzie manifestują swoje poglądy (czy to progejowskie, czy prokatolickie). Że zarówno jedni, jak i drudzy są ośmieszani, o tych drugich mówi się jako o ciemnogrodzie czy katotalibanie.

 

Za tymi negatywnymi obrazami stoją też medialne wyobrażenia, które koncentrują się na sytuacjach ekstremalnych czy najbardziej widowiskowych. Mało kto próbuje też dostrzec poczucie ekonomicznego wykluczenia tej drugiej grupy (zwłaszcza w kontekście pierwszej, bo ci którzy biorą udział w paradach równości - i ja do takich należę - zwykle są w całkiem dobrej sytuacji materialnej).

 

David Ost w najnowszym wywiadzie, wskazując na podziały klasowe we współczesnej Polsce, mówi o ludziach, którzy nie radząc sobie w nowych warunkach ustrojowych, zostali skazani na bycie nieudacznikami: „Właśnie ich przechwyciła prawica. To ona od 1992 r. stała się głosem wykluczonych. A równocześnie dawała absurdalne recepty, bo mówiła, że jest źle, gdyż Polska znajduje się w rękach obcych: postkomunistów, liberałów, ateistów. I że musimy się zjednoczyć wokół narodu”.

 

Mówiłam też na tych zajęciach, że nie potrafimy dostrzec w tym, co relacjonują media, wspomnianej już wartości, jaką jest społeczeństwo obywatelskie, ale też innej, bardziej podstawowej wartości, jaką jest wspólnotowość. „Wiara w indywidualizm i powtarzanie, że pora wziąć sprawy w swoje ręce, zburzyły coś, co Polska już miała” – mówi Ost w kontekście „Solidarności”.

 

(I jest coś na rzeczy, bo w tym samym czasie, gdy na Placu Wolności toczyły się dyskusje o „Golgota Picnic”, w Teatrze Ósmego Dnia miało miejsce spotkanie z Agnieszką Graff o jej książce na temat macierzyństwa, Agnieszka dobitnie mówiła o tym, ja bardzo środowiska lewicowe zignorowały, jeśli nie wręcz zdezawuowały tak ważne wartości, jak wspólnota czy rodzina).

 

Wracając do moich dzisiejszych zajęć, nie znając jeszcze ostatniego wywiadu z Ostem, postanowiłam im opowiedzieć trochę więcej o jego tezach, o kanalizowaniu gniewu, o kreowaniu sztucznych konfliktów, aby społeczeństwo podzielić, bo takim łatwiej jest kierować oraz wzmacniać dyktatorskie zapędy władzy (a właściwie różnych władz – państwowej, regionalnej czy kościelnej). O tym, że gubimy w tym wszystkim z pola widzenia inne – choćby ekonomiczne – przyczyny społecznego niezadowolenia, a więc problemy, które dotyczyć mogą i jednej, jak i drugiej strony konfliktu.

 

Studenci i studentki przestali się kłócić, a ja miałam wrażenie, że w ogóle pierwszy raz ktoś z nimi rozmawia o tym, czym jest demokracja, zwłaszcza w polskim kontekście, ale też czym jest wykluczenie ekonomiczne (studenci szkół prywatnych, jak i dzieci w miarę bogatych rodziców najczęściej nie chcą o tym w ogóle myśleć, bo przecież „biedni są sami sobie winni”… O tym zresztą też mówi Ost, wskazując na magię indywidualizmu). Mam nadzieję, że coś dotarło i coś z tego zostanie... Że ci studenci i studentki, przesympatyczni/przesympatyczne, bo tego żadnej ze stron odmówić nie mogę, zaczynają właśnie myśleć bardziej krytycznie. To jedne z moich zdecydowanie najlepszych zajęć w całej dotychczasowej pracy.

 

Bo nikt mi nie powie, że wojna kulturowa, z którą mamy obecnie do czynienia, jest wojną, gdzie po jednej stronie stoją katolicy a po drugiej lewacy, geje i lesbijki, genderystki i artyści.

 

Są księża, którzy jeszcze na szczęście głośno wypowiadają się w obronie studiów genderowych, albo mówiąc o „Golgota Picnic” wskazują, że nie ma w tym spektaklu nic obraźliwego. Są katoliccy genderyści, tak, jak są geje i lesbijki, którzy są katolikami. Są artyści i artystki, którzy są prekariuszami, są też tacy artyści, którzy widzą i pokazują problemy tych najbardziej poszkodowanych (choćby eksmitowanych lokatorów, co w Poznaniu jest jednym z najbardziej palących, ale też jednym z najbardziej przemilczywanych problemów). Są artyści, którzy próbują budować lokalne wspólnoty, ale niekiedy zarzuca im się, że wspierają neoliberalizm. Są też lewacy, którzy nie brzydzą się wykorzystywania pracy innych, albo są seksistami. Nie ma prostych podziałów, te są użyteczne dla władzy i w grze o władzę wykorzystywane.

 

A jak to się dzieje?

 

Ciekawym Post Scriptum do sprawy „Golgota Picnic” jest dzisiejsze oświadczenie Ryszarda Grobelnego, że będzie startował po raz kolejny w wyborach o fotel prezydenta Poznania. Do tej układanki pasuje „spontaniczne dołączenie” Grobelnego do dyskusji na Placu Wolności, w której kreował się przede wszystkim na obrońcę poznańskiego "ordungu".

 

Nie pierwszy raz zresztą, bo to on przecież, na podobnych zasadach, zakazał pamiętnego Marszu Równości w 2005 roku, co zostało potwierdzone przez Wojewodę Wielkopolskiego, ale przez nas – jako organizatorów Marszu – zaskarżone do Sądu Administracyjnego, który potwierdził prymarność prawa konstytucyjnego do wolności zgromadzeń, przyznając nam tym samym rację.

 

Wtedy też Grobelny podbierał się opiniami policji, która twierdziła, że nie jest w stanie zapewnić porządku. Podczas ostatniej dyskusji, w kuluarach żartowano, jak to możliwe, że nasza poznańska policja może zapewnić porządek w czasie meczów (może więc należałoby je zakazać lub odwołać?!).

 

Grobelny, jakby nikomu się nie naraził; na spektakl by nie poszedł, ale przecież wolność ceni; z drugiej strony na pewno zaskarbił sobie przyjaźń biskupa Gądeckiego, bo jednak był raczej na nie… Nie ma sensu już tego bardziej szczegółowo tłumaczyć, to takie poznańskie „House of Cards” (kto tego serialu nie zna, niech koniecznie obejrzy!).

 

Ale tych gier o władzę przy okazji "Golgota Picnic" toczyło się dużo więcej.

 

Otwarta Akademia przeciw cenzurze "Golgota Picnic"

izakow2

 

Poznański festiwal "Malta" przeżywa poważny kryzys. W wyniku nagonki na zapowiadany spektakl "Golgota Picnic", dyrektor festiwalu Michał Merczyński, zrezygnował z przedstawienia, dołączając tym samym do grona autocenzorów. Oburzeni przedstawiciele kościoła, radni oraz inne grupy, takie jak rzekomi kibice, spektaklu nie widzieli i już nie zobaczą, ale za nic mając demokrację i konstytucyjne prawa, uznali, że spektakl godzi w ich uczucia religijne.

 

 


Poniżej publikuję oświadczenie, podpisane również przeze mnie, w sprawie odwołania spektaklu "Golgota Picnic". Oświadczenie to anonsuje również powstanie nowego poznańskiego ruchu, jakim jest Otwarta Akademia:

 

Odwołanie spektaklu „Golgota Picnic” przez dyrektora festiwalu Malta, Michała Merczyńskiego, w rezultacie ostrej nagonki Kościoła, w tym Arcybiskupa Stanisława Gądeckiego, partyjnej prawicy, AKO, Prezydenta Miasta Poznania Ryszarda Grobelnego, rozmaitych towarzystw dewocyjnych, a także – podobno – kibiców, stanowi olbrzymi krok naprzód w stronę budowy państwa wyznaniowego, reaktywacji cenzury oraz ograniczenia swobód obywatelskich i praw człowieka, jako że wolność wyrazu jest częścią tych praw. Dokonuje się to w momencie, gdy partyjna prawica z PiS na czele grzmi o zagrożeniu wolności słowa po rajdzie ABW i prokuratury na redakcję tygodnika „Wprost”, wykazując tym samym skrajną hipokryzję zgodnie z zasadą: wolność dla nas – więzienie dla was; dokonuje się to w momencie już od dłuższego czasu trwającego histerycznego ataku na studia nad płcią kulturową, gender, przez te same środowiska: Kościół, partyjną prawicę, AKO etc.; dzieje się to w momencie, kiedy lekarz, profesor Bogdan Chazan przedkłada prawo kościelne nad świeckie, państwowe przy całkowitej bezradności tych, którzy mają pilnować praworządności w tym państwie. 

W ostatnich miesiącach Poznań był sceną wydarzeń, które dobrze ilustrują ten proces. Był wśród nich przypadek odwołania debaty uniwersyteckiej pod presją środowisk prawicowych, a także niewyjaśniona do dziś kwestia nadużycia siły przez policję wobec osób protestujących przeciwko antygenderowemu wystąpieniu księdza Pawła Bortkiewicza, które odbyło się na terenie Uniwersytetu Ekonomicznego 5 grudnia 2013 roku. Nie ma wątpliwości, że stajemy w obliczu ostrego przyspieszenia wojny kulturowej, a w zasadzie drugiej wojny kulturowej, gdyż pierwsza wraz z uniewinnieniem Doroty Nieznalskiej, autorki „Pasji”, została przez środowiska wolnościowe wygrana. Kultura znów staje się polem bitwy: atak na rzeźbę Jacka Markiewicza „Adoracja Chrystusa”, pokazaną w warszawskim CSW, próby zakłóceń przedstawienia Jana Klaty „Do Damaszku” w Teatrze Starym w Krakowie, a także przerywanie wykładów wybitnego intelektualisty, profesora Zygmunta Baumana we Wrocławiu, aż nazbyt wyraziście taką obserwację potwierdzają. W tej wojnie, podobnie jak w poprzedniej, nie chodzi tylko o kulturę – tu chodzi przede wszystkim o to, czy będziemy żyli w wolnym kraju, czy też w takim, w którym nastąpi reaktywacja cenzury, znanej wielu z nas z czasów komunistycznego reżimu. Ideologia ma w tym przypadku mniejsze znaczenie – znaczenie podstawowe ma opresyjny mechanizm ograniczania wolności przez środowiska mniej czy bardziej skrajnej prawicy, Kościoła katolickiego, rzekomo kibiców piłkarskich itp.

Nie trzeba wiele wysiłku, aby zrozumieć, że w tej awanturze nie chodzi o spektakl. Ci bowiem, którzy domagali się jego odwołania, przecież go nie widzieli; ich uczucia religijne nie zostały obrażone, bo spektakl się nie odbył – bluźnierstwo, które zresztą ma prawo bytu w świeckiej kulturze demokratycznego państwa, nie zostało dokonane. Nie jest więc w ogóle jasne, czy miało to być bluźniercze przedstawienie. Niektórzy związani z Kościołem, jak dominikanin ojciec Tomasz Dostatni, twierdzą, że nie. Spektaklu „Golgota Picnic” nie widzieli ani Arcybiskup, ani Prezydent Miasta, ani radni, ani rzekomi kibice, którzy nie są częstymi gośćmi teatrów. Pomijając brak wstydu wszystkich wymienionych, którzy ośmielają się zajmować autorytarne stanowisko na temat sobie nieznany, wymowa tej sytuacji jest jasna – teraz my idziemy do władzy i to nasze arbitralne decyzje będą kształtowały polską politykę kulturalną; to my – biskupi, prawica, konserwatyści i kibice – będziemy decydowali o tym, co jakiś dyrektor festiwalu będzie pokazywał. Taki jest sens tego, co się wydarzyło.

Decyzja Dyrektora Merczyńskiego została uzasadnione rzekomym zagwarantowaniem bezpieczeństwa widzów i artystów. Trzeba panu Merczyńskiemu przypomnieć, że do eliminacji tego rzekomego niebezpieczeństwa powołana jest policja. Ale decyzja ta może mieć kolosalne znaczenie na przyszłość. Oto dyrektor światowego festiwalu teatralnego ugina się przed biskupem, towarzystwem dewocyjnym manifestującym w liczbie 30 osób przed Urzędem Miasta i grożącym „zamieszkami”; oto Prezydent tego miasta, spoglądając na tę demonstrację z okien swojego gabinetu, dostrzega takie niebezpieczeństwo; oto wreszcie działacze PiS, w tym dezerterzy z tej partii, a obecnie członkowie rządzącej PO, jak Jan Filip Libicki, stają w obronie rzekomo atakowanych wartości chrześcijańskich.

Dyrektor festiwalu powołany jest do opieki nad artystami i sztuką, do obrony wolności sztuki, a nie jej grzebania. Ci, którzy są przeciwko wolności twórczości artystycznej i wolności wypowiedzi, marnie kończą, choć mogą żyć wygodnie w swoim aksamitnym więzieniu. My jednak nie chcemy żyć w aksamitnym więzieniu, chcemy żyć w wolnym kraju, w którym szanuje się wolność każdego, także oczywiście tych, którzy protestują. Mają prawo, ale nie mają prawa zakazywać – ani moralnego, ani (przynajmniej w tym momencie) formalnego. Nie mają też prawa zastraszać, grozić użyciem siły. To nie tylko jest nieprzyzwoite, ale jest przestępstwem. 

Wolność jest niepodzielna – albo jest dla wszystkich, albo jej w ogóle nie ma. Dzisiaj stajemy w obliczu utraty najważniejszej po 1989 roku zdobyczy – wolności. Jeżeli ją utracimy, jeżeli pozwolimy na budowę państwa wyznaniowego, przekreślimy wysiłek antykomunistycznego podziemia oraz ostatnie 25 lat wolnej Polski i cofniemy się do zasad życia w państwie totalitarnym. Apelujemy do szerokich środowisk o stanowczy sprzeciw: nie zgadzajmy się na cenzurę dziś, bo jutro może być za późno.

Sprawa odwołania spektaklu „Golgota Picnic” wpisuje się w szerszy proces zmian politycznych, podważających fundamenty demokracji. W reakcji na te zagrożenia tworzymy Otwartą Akademię, platformę wyrażania opinii publicznej i zachęcamy do uczestnictwa w niej wszystkich podzielających nasze zdanie zarówno z poznańskiego ośrodka, jak i z innych miast Polski, nie tylko środowisk akademickich czy artystycznych, ale wszystkich, którzy solidaryzują się z wykładanymi tu wartościami. Chcemy, aby Otwarta Akademia zbudowała tamę narastającej fali ignorancji, przeciw intelektualnej mieliźnie i nietolerancji, próbom ograniczania swobody badań naukowych, wypowiedzi artystycznej, dziennikarskiej i każdej innej, tamę poddawania życia publicznego, kultury i nauki ideologicznej kontroli, która w istocie rzeczy służy budowie państwa wyznaniowego.


Prof. Przemysław Czapliński, UAM 
Prof. Izabela Kowalczyk, UAP
Prof. Roman Kubicki, UAM
Prof. Piotr Piotrowski, UAM
Prof. Krzysztof Podemski, UAM 
Dr Błażej Warkocki, UAM

Prof. Marek Wasilewski, UAP

 

Przedruk za: e.CzasKultury

Kto się boi Sztucznych Fiołków?

izakow2

 

Czy facebook przyczynia się do zwiększenia demokracji czy wręcz przeciwnie – ogranicza ją? – pytałam już jakiś czas temu na blogu i wciąż to pytanie wydaje się niezwykle aktualne.

 

Z jednej strony bowiem wiele inicjatyw obywatelskich, prowolnościowych zakłada tu swoje strony, prowokując nie tylko do dyskusji, ale i do działania. Łatwość linkowania informacji, które nas bulwersują, mówią o nieprawidłowościach w działaniu państwowego systemu, o krzywdzie, której doznają inni może przyczyniać się do rozwoju świadomości obywatelskiej. Z drugiej strony – nie ma wątpliwości, że facebook formatuje nasze myślenie i wyobrażenia o nas samych, przyczynia się do banalizacji pewnych faktów i w jakimś sensie nas rozleniwia. Zmienia nas też w ekshibicjonistów, którzy w pełni świadomie pozwalają śledzić swoje prywatne życie. Zapewne wykorzystuje również swoich użytkowników, którzy nie tylko uczestniczą w wirtualnej społeczności, ale przy okazji, budują kapitał portalu. Dlatego zresztą administratorzy facebooka (którym zresztą częściowo są także sami użytkownicy) dość skrupulatnie przeprowadzają kontrolę treści i obrazów zamieszczanych na portalu, chroniąc innych przed "nieobyczajnymi" treściami i obrazami. Nie ma tu więc miejsca na przykład na nagie piersi (to przypadek dziewczyn z Femen, które zdążyły się już zdyscyplinować i opatrują swoje piersi obrazkami niezadowolonych buziek, bo inaczej ich fotografie zostałyby usunięte).

 

Nie do końca wiadomo natomiast, o co chodziło ze Sztucznymi Fiołkami, których strona, mająca ponad 4 tysiące fanów, została bez ostrzeżeń – jak to się zwykle dzieje - zamknięta na facebooku. Zniknęły też obrazki udostępniane przez fanów na ich ścianach. Same Fiołki z żalem stwierdzają, że trudno nie uznać tego działania za cenzurę, która dziwi tym bardziej, że na facebooku można znaleźć wiele stron rasistowskich, homofobicznych czy antysemickich.

 

 

Najprawdopodobniej przyczyną zamknięcia fanpage’a Fiołków było używanie niecenzuralnych wyrażeń. Problem jednak w tym, że stanowiły one element humorystycznych a niekiedy absurdalnych tekstów towarzyszących mniej lub bardziej znanym dziełom sztuki.

 

 

Sztuczne Fiołki są bowiem (po zamknięciu i nowej odsłonie, udało się już uruchomić stronę na nowo!) „historyczno-sztucznym magazynem komicznym”. Autorzy piszą też o sobie, że są „głosem wolnym wolność ubezpieczającym”. Pomysł jest dość prosty – dawne obrazy zyskują komiksowe dymki, zaś pojawiające się w nich teksty w sposób dość absurdalny odnoszą się do tego, co jest przedstawione, a więc grają z obrazowością, ale zarazem mają najczęściej wymowę współczesną, odnosząc się zarówno do codzienności, jak i do współczesnych kontekstów społeczno-politycznych.

 

To działanie wydaje się typowe dla kultury konwergencji (Ch. Jenkins), gdzie stare i nowe media wchodzą w coraz bardziej skomplikowane interakcje, te stare z kolei (jak dawne malarstwo) zaczynają żyć nowym życiem na przykład w Internecie. Autorzy Sztucznych Fiołków korzystają ze strategii remiksu czy recyklingu, powodując, że stare obrazy zyskują zupełnie nową, zaskakującą wymowę. To działanie ma wiele wspólnego z humorem Monty Pythona oraz z duchampowskim gestem domalowania wąsów Monie Lizie, bo nie przypadkiem dzieci sieci można uznać za idealne dzieci Duchampa, czy też jak pisze Ewa Wójtowicz za Erykiem Salvaggio, za „dzieci idealnych dzieci Duchampa”. Tego rodzaju działania prowokują też do pytań o status sztuki we współczesnej kulturze. Wójtowicz wskazuje: „Otwarty recykling nie ustanawia granic między sferą sztuki a nie-sztuki (…). Jednocześnie sztuka, ulegając przemieszczeniu na terytoria dotychczas nierozpoznane, może wywoływać pytania o to, czy jest jeszcze sztuką, czy może już tylko przelotnym doświadczeniem komunikacyjnym dla tych, którzy potrzebują interakcji (lub jej substytutu) lub erudycyjna grą dla tych, którzy potrafią odczytywać ukryte kody”. („Recykling martwych mediów”, „Kultura współczesna”, 2, 2007, s. 148).


 

Gry i zabawy z obrazami Sztucznych Fiołków prowokują też do pytań o relacje między obrazowością a tekstualnością czy też o samą tekstualność obrazów. Norman Bryson pisze, że inskrypcje umieszczane przy średniowiecznych dziełach sztuki były czymś w rodzaju dymków w komiksach, zaś obraz sam w sobie „jest interwałem, przez który przeciekają teksty” („Dyskurs, figura”, „Perspektywy współczesnej historii sztuki”. Antologia przekładów „Artium Quaestiones”, s. 188). Autor ten zastanawia się nad relacją między doświadczeniem wizualnym a dyskursywnością i wskazuje, że elementy dyskursywne zostały ograniczone w nowożytnych dziejach sztuki jedynie do tabliczek z podpisem, które możemy znaleźć w muzeach, ale z drugiej strony obrazy wciąż prowokują nas do pytań o ich własną dyskursywność (na ile same są rodzajem tekstów czy też z tekstami współdziałają?). Wydaje się, że to właśnie ta prowokacja, wynikająca z samych obrazów, popchnęła Sztuczne Fiołki do działania i umieszczania na nich dymków z tekstami. Nie przypadkiem zresztą profilowy obraz przedstawia fiołki i fragment listu z krótkim tekstem, wskazując tym samym na teksty, które niejako wyłaniają się z obrazów.

 

 

Można uznać to też za działania popularyzujące dawną sztukę, zwłaszcza, że wszystkie obrazy były przez autorów podpisywane nazwiskami oryginalnych twórców. Oczywiście, ktoś powie, że obraz zamieniony w rodzaj komiksu czy absurdalny żart to odebranie dziełu sztuki godności i autorytetu. I na pewno tak jest. Sztuczne Fiołki mają bowiem za nic przykazanie „odpowiedniości”, ale kto powiedział, że dawne dzieła sztuki nie mają bawić czy prowokować do intelektualnych gier? W ten sposób martwe media zostają ożywione, a obrazy zaczynają „przemawiać”, a jeśli mówią współczesnym, kolokwialnym językiem, to mają też prawo do przekleństw! 

 

 

P.S. Sprawa wyjaśniła jedna z komentatorek. Przyczyną zamknięcia fanpage'a Sztucznych Fiołków nie były brzydkie słowa, ale brzydkie obrazki, a więc wspomniane przeze mnie wcześniej "treści i obrazy nieobyczajne" A dokładnie chodziło o recykling obrazu "Początek świata" Gustave'a Courbeta. Oryginał znajdziecie tutaj. A więc nagie piersi i waginy - precz z facebooka - nawet pod postacią sztuki czy akcji społecznych!!!! Inez, dziękuję za tę informację!

Polska-Rosja 1:1, czyli wokół sprawy Pussy Riot

izakow2

 

Pamiętacie słynny mecz Polaków z Rosjanami podczas Euro? Wynik był remisowy i stał się niebywałym podwodem do dumy dla naszych kibiców. Bo zremisować z Rosją to jak wygrać! Niewątpliwie niechęć do Rosji miesza się z podziwem, ujawniają się polskie kompleksy i sny o potędze, a także przemożna chęć rywalizacji.


 Ale dzieje się tak nie tylko w sporcie. Podobne spostrzeżenia nasuwają się w związku z głośną sprawą Pussy Riot. Trzy członkinie feministycznej punkrockowej grupy (Marija Alochina, Jekatierina Samucewicz i Nadieżda Tołokonnikowa) zostały skazane na dwa lata łagru za rzekome chuligaństwo, jakim miało być przeprowadzenie antyputinowskiego performance w cerkwi Zbawiciela w Moskwie.


 

Wyrok ten jest jawnym zamachem na prawa człowieka. To również potwierdzenie patriarchalnej rosyjskiej władzy i państwowo-kościelnego autorytaryzmu, pokazanie innym, że ta władza jest nietykalna i przestroga dla tych, którzy ważyliby się ją jeszcze krytykować. Może i Putin obnażył przed światem sposób funkcjonowania swego reżimu, ale w Rosji wzmocnił swoją pozycję (również jako obrońca religii), a na tym zależy mu chyba najbardziej.


Ciekawe są komentarze, które pojawiły się w Polsce. Jedni podkreślają barbarzyństwo reżimu Putina i niezrozumienie istoty demokracji. Słusznie, tyle tylko, że pojawia się tu pewne poczucie wyższości, że u nas taka sytuacja nie mogłaby mieć miejsca. Ale czy na pewno?


Czy skazanie Doroty Nieznalskiej w 2003 roku na sześć miesięcy ograniczenia wolności (i uniewinnienie jej dopiero w 2010), czy uznanie przez warszawski sąd Doroty Rabczewskiej winną obrazy uczuć religijnych za wypowiedziane przez nią słowa, że „bardziej wierzy w dinozaury niż w Biblię, gdyż ciężko wierzyć w coś, co spisał jakiś napruty winem i palący jakieś zioła”, czy różnego rodzaju zarzuty o profanację, obrazę uczuć religijnych, niechęć do sztuki problematyzującej pozycję Kościoła nie mają nic wspólnego z przypadkiem Pussy Riot?


Oczywiście skala jest inna, w Polsce kary nie są aż tak bardzo srogie i najczęściej tego rodzaju sprawy kończą się uniewinnieniem. Łączy jednak je ze sprawą Pussy Riot: po pierwsze – tabuizacja wszystkiego, co jest związane z dominującą w państwie religią, po drugie – wzajemne umacnianie autorytetu władzy Kościoła i państwa i po trzecie wreszcie – niezrozumienie, a może raczej brak akceptacji dla istoty demokracji i praw obywatelskich, jakimi są wolność słowa czy wolność tworzenia.  Łączy te sprawy również fakt, że sztuka, kultura alternatywna, a nawet kultura popularna mogą stać się łatwym celem ataków. Są nie do końca zrozumiałe, dziwaczne, niekiedy wulgarne, łatwo więc oskarżyć je o skandalizowanie, chęć prowokacji czy chuligaństwo.


O podobieństwach pomiędzy systemem represji wobec artystów w Polsce i w Rosji pisał Piotr Piotrowski, miedzy innymi w tekście z 2007 roku pt. „Pazurami i dziobem w obronie demokracji” , podkreślając, że „w ‘naszej’ części Europy są tylko dwa takie kraje: Polska i Rosja, a przynajmniej tylko w tych dwóch krajach zapadły wyroki skazujące ludzi związanych ze sztuką” (co ciekawe, nie wiadomo nic o tego rodzaju sprawach na Białorusi). Piotrowski przypomniał sprawę wystawy „Uwaga! Religia”, która miała miejsce w Centrum  Sacharowa w Rosji w 2003 roku. Największe kontrowersje wywołała praca Aleksandra Kosolapova „Coca Cola. Oto krew moja”.


 

Wystawa została zniszczona przez rosyjskich nacjonalistów, a następnie prokuratura, zamiast ścigać chuliganów, wytoczyła akt oskarżenia o bluźnierstwo wobec organizatorów ekspozycji. Zapadł wyrok skazujący, zasądzający po 100 000 rubli grzywny dla Jurija Samodurowa, dyrektora Centrum Praw Człowieka Andrieja Saharowa oraz dla Ludmiły Wasilowskaja, kuratorki Centrum. Sam Kosolapov uniknął kary, gdyż od lat mieszka w Nowym Jorku.


Inna głośna sprawa dotyczyła artystów z grupy Voina (nawiasem mówiąc związanych z Pussy Riot), tworzących antysystemowe akcje. Oleg Vorotnikov i Leonid Nikolaev od listopada 2010 do lutego 2011 przebywali w więzieniu o zaostrzonym rygorze w Sankt-Petersburgu. Zarzucano im chuligaństwo oraz działania motywowane nienawiścią.


To najgłośniejsze ze spraw, których w Rosji było przecież dużo więcej.


Na tym tle wyrok dla Pussy Riot nie powinien być zaskoczeniem, nie stanowi chyba również jakiejś szczególnej cezury, jak twierdzi w ciekawym zresztą wywiadzie Katarzyna Kwiatkowska, znawczyni współczesnej Rosji. Wskazuje ona również, że ich akcja wykorzystywana jest do rozgrywek na linii państwo – Cerkiew, gdyż przede wszystkim przedstawiana jest w mediach jako antyreligijna, a nie antypaństwowa. Mam jednak wrażenie, że ten sposób mówienia o performance Pussy Riot ma przede wszystkim na celu wywołanie społecznego potępienia wobec rosyjskich anarchofeministek, i faktycznie, mówi się o tym, że większość rosyjskiego społeczeństwa popiera wyrok dla dziewczyn z Pussy Riot.


 Piotrowski we wspomnianym tekście pisał również o różnicach między Rosją a Polską: „Polityka Rosji wobec religii, zwłaszcza za czasów prezydentury Władimira Putina, pełna jest koniunkturalizmu. Gesty prezydenta wobec rosyjskiej Cerkwi obliczone są - jak się wydaje - na bezpośredni efekt polityczny. W Polsce problem jest głębszy i wydaje się być związany z (…) ideologicznym [wspierającym światopogląd katolicki] charakterem państwa. Skoro naruszona została zasada rozdziału Kościoła od państwa i państwo wzięło na siebie odpowiedzialność reprezentacji ideologii chrześcijańskiej, to w konsekwencji czuje się ono zapewne powołane do represji wobec tych, którzy nie podzielają tej ideologii i swój sprzeciw manifestują”.


Przykładem tego może być wspomniany już absurdalny wyrok na Dodę, o którym wspominałam również przy okazji sprawy, według mnie niesłusznie zdjętego z anteny, "Porannego WF-u".


Wniosek z tego taki, że należy protestować przeciwko wyrokowi na dziewczyny z Pussy Riot, ale nie można zapominać, jak wyglądają podobne sprawy na własnym podwórku. W tym przypadku mamy bowiem w zasadzie remis.


 

Jeszcze ciekawsze są komentarze tych, którzy popierają wyrok rosyjskiego sądu. Pełen uznania dla tego wyroku jest między innymi poznański senator PO Jan Filip Libicki.

 

W sumie to również mnie specjalnie nie dziwi. Pamiętam Filipa Libickiego z czasów zamieszania wokół spacyfikowanego przez policję w 2005 roku poznańskiego Marszu Równości. Zdjęcia ludzi bitych przez policję obiegły wtedy świat.

 

 

Na przemarsz nie wydał zgody Prezydent Poznania po nagonce przeprowadzonej przez polityków PiS-u przy wtórze przedstawicieli kościoła, zaś najaktywniejsi w atakach oraz kategorycznym żądaniu wydania zakazu marszu (a więc tym samym – żądaniu pogwałcenia konstytucyjnej wolności zgromadzeń) byli Filip Libicki i Witold Tomczak, wtedy członkowie PiS-u, dziś Platformy Obywatelskiej. Niedawno zresztą ta właśnie partia przyczyniła się do wprowadzenia zmian w ustawie o zgromadzeniach, które można także traktować jako ograniczenie wolności obywatelskich.  


Jeśli przedstawiciele partii rządzącej, mieniącej się liberalną (choć wiadomo, że tylko w gospodarce i to w tym najgorszym znaczeniu), tak rozumieją demokrację i prawa obywatelskie, to jestem przekonana, że gdyby Pussy Riot zrobiły podobny performance w Polsce (np. przeciwko zakazowi aborcji), to skończyłoby się tak samo.


I znowu mamy remis: Polska – Rosja 1:1


P.S. Warto więc zastanawiać się nad problemem wolności obywatelskich nie tylko w Rosji, ale także w Polsce, nad kwestią nadużywania represji, zakazów i cenzury, sądzenia artystów, zamykania wystaw czy zdejmowania programów z anteny, gdyż tego rodzaju działania służą tylko i wyłącznie umacnianiu władzy. A kwestia wolności obywatelskich to sprawa nas wszystkich.

Bronię Figurskiego i Wojewódzkiego!

izakow2

 

Obejrzałam wczoraj „Pestkę” Krystyny Jandy z 1995 roku, film nakręcony na podstawie opowiadania Anki Kowalskiej. Film jest łzawą opowieścią o przekraczającej konwencje i niechcącej się angażować w stały związek Agacie, która zakochuje się w żonatym mężczyźnie. Dodać trzeba, że oboje są już niemłodzi, on ma nudną i cierpiącą na migreny żonę, dwójkę synów i jest wierzący, ona zaś ma jedynie przyjaciółkę oraz starszą matkę, której ze względu na swój romans nie ma czasu odwiedzić przed śmiercią. On ma straszliwe wyrzuty sumienia, targają nim sprzeczne uczucia (bo przecież rodzina jest najważniejsza) i w końcu ona, aby uratować jego małżeństwo i jego samego, rzuca się pod tramwaj i ginie (bo wiadomo, że kobiety ponoszą ofiary). W filmie ma też miejsce gwałt, którego na przyjaciółce Agaty – Sabinie dokonuje jej „obrzydliwie bogaty” mąż. Sabina zmuszona zostaje też przez niego do aborcji, jest nieszczęśliwa, ale go nie zostawi (bo wiadomo, że kobiety cierpią). Film można uznać za mizoginiczny i powielający stereotypy płci. Myślę, że dzisiaj, po niespełna dziesięciu latach, ta historia wydaje się już kompletnie anachroniczna. Ale może jest też tak, że ten film krytykuje owo powielanie ról (lekkomyślna kochanka, nieszczęśliwa żona, kobieta ponosząca ofiarę)? Nie bez znaczenia jest bowiem, że pojawia się w nim scenarzysta wymyślający tę banalną historię. Mimo wszystko po obejrzeniu tego filmu czułam niesmak, uderzył mnie zwłaszcza dość obojętnie przedstawiony gwałt. Jakby nigdy nic się nie stało.


Oczywiście sceny z gwałtem w filmie nikt przy zdrowych zmysłach nie odczyta jako pochwałę gwałtu czy namawiania do gwałtu, ale, co się dzieje, jeśli gwałt pojawi się jako temat żartu w programie satyryczno-publicystycznym, jakim jest „Poranny WF”? Czy powiedzenie, że gdyby moja Ukrainka (od sprzątania) była ładniejsza, to bym ją zgwałcił, jest tylko topornym żartem czy przejawem mizoginii i ksenofobii jednego z prowadzących program? A może wręcz namawianiem do gwałtu?


 

Wiem, że ściągnę na siebie burzę krytyki, że znienawidzą mnie feministki, ale ja sama, choć też feministka, uważam, że ten durny żart był elementem licentia poetica, wynikającej z formuły programu. A jako, że tego programu słuchałam z lubością, może należałoby w skrócie tę formułę wyjaśnić. Wojewódzki i Figurski wcielają się w programie w postacie dwóch szyderców Misiurę i Martenkę, którzy do absurdu doprowadzają każdą sytuację, która zaistniała w polskim życiu publicznym, politycznym, kościelnym czy też rozrywkowym, tym samym uwypuklając absurdy, które w naszej rzeczywistości wciąż mają miejsce. Przejaskrawiają i wyostrzają głupotę, bo to ona jest podstawowym celem ich ataków.


Nie uznając żadnego tabu, obśmiewają wszystko, co możliwe, a przede wszystkim żartują na tematy, które wydają się absolutnie nie śmieszne. Jest to humor wisielczy i drażniący, momentami bardzo prymitywny, ale przypominający rodzaj żartów z Monty Pytona. Są to zarazem żarty sytuacyjne i kontekstualne, a brnięcie w absurdalizację rozbawić może do łez (zwykle słuchałam tej audycji w samochodzie, a inni kierowcy patrzyli na mnie z politowaniem, niekiedy pukając się w czoło). A, gdyby, jakikolwiek z tych żartów wyrwać z kontekstu, groza może ogarnąć człowieka.


Bo przecież, jak można śmiać się z Afroamerykanów, gdy wokół panuje rasizm, z Żydów w kraju antysemickim, a co więcej, czy można wyobrazić sobie żarty na temat Zagłady (kiedyś Wojewódzki, zastrzegając, że jest Żydem, wyobrażał sobie, że będzie wrzucony do pieca i spalony)? Czy można śmiać się z homoseksualistów, feministek i w ogóle wszelkich mniejszości? Czy można żartować z Edyty Górniak i tysiąca innych celebrytów niewidzących nic poza czubkiem własnego nosa? Czy można żartować sobie z tragedii i martwych ludzi („po trupach do celu, każdy chce leżeć na Wawelu”)? A czy w Polsce można śmiać się z religii, na przykład dzwoniąc do Nieba, by umówić się na durną rozmowę z Panem Bogiem? Czy można obśmiewać kościelnych hierarchów od ojca Rudzyka po Jana Pawła II, naśladując jego głos z zaświatów? Czy można przedrzeźniać kościelne i polityczne ceremonie, żar wyznawców Radia Maryja, czy można kpić z bogobojnych wiernych, dzwoniąc do nich i umawiając się na poświęcenie najbardziej idiotycznych rzeczy lub miejsc?


No i w ogóle, z czego śmiać się można, a co tematem żartów być nie powinno?


Mam wrażenie, że w Polsce śmiać się za bardzo nie wolno, bo z jednej strony mamy bogoojczyźniane zastępy, obrażone każdym niewłaściwym użyciem symboli czy treści religijnych (przypadek Dody, do której jeszcze wrócę), a także bezczeszczeniem narodowych wartości, a z drugiej strony – mamy polityczną poprawność, gdzie wszelkie kwestie mniejszościowe tematem żartów również być nie mogą. I za to cenię „Poranny WF”, za pokazanie, że śmiać się można ze wszystkiego, a nasza wyobraźnia nie musi być poddawana ciągłej pacyfikacji, z jednej strony – przez stróżów moralności, a z drugiej – przez polityczną poprawność, która sama w sobie może być fałszywa.


Zastanawiam się bowiem czasami, czy np. traktowanie osoby niepełnosprawnej jako potrzebującej specjalnej ochrony, a co za tym idzie wielka uważność w doborze słów, a przede wszystkim pomijanie milczeniem samej niepełnosprawności nie jest też rodzajem dyskryminacji, a w każdym razie bardziej niż traktowanie takiej osoby na równych prawach, a więc również obśmiewanie jej przywar? Proszę, odpowiedzcie Państwo sobie sami na to pytanie.


Oczywiście żartowanie na temat gwałtu wydaje się równie niestosowne jak żartowanie na temat jakiejkolwiek innej przemocy albo na temat śmierci. Ale znowu poza-kontekstualne odczytanie tego żartu, jak ma to miejsce we wszystkich wypowiedziach niekryjących oburzenia na Figurskiego i Wojewódzkiego, wiąże się z niezrozumieniem formuły tej audycji i jej przesłania. Kuba Wojewódzki i Michał Figurski odnosząc się do wygranej Ukrainy ze Szwecją w fazie grupowej Euro 2012, zaczęli odtwarzać sytuację zawiści Polaków do Ukraińców wynikającej z tego, że współorganizatorom Euro poszło lepiej w pierwszym meczu niż Polakom, którzy zremisowali z Grecją. Skoro nam nam poszło tak sobie, a im lepiej, to teraz na nich przenosimy wszystkie frustracje i wylewamy wszelkie pomyje itp. Przedmiotem żartów byli więc „prawdziwi Polacy”, a nie Ukraińcy czy Ukrainki. Zresztą, kiedy Figurski próbował to tłumaczyć, wskazując, że jego słowa zostały źle zinterpretowane, znowu się na niego oburzono. A przecież ów program jest rodzajem dzieła autorskiego, i jak każde inne dzieło, (na przykład opisana przeze mnie na początku „Pestka”), nie może być traktowany dosłownie, ma swoje reguły, które wielu osobom mogą nie odpowiadać i mogą ich oburzać (moja matka potrafiłaby wysiąść z jadącego samochodu, byleby tego nie słuchać), ale nikt nie jest przecież zmuszony do słuchania tej audycji. Tylko problem pojawia się, gdy próbuje się tego prawa odmówić innym, żądając usunięcia programu z anteny. Może i jestem prymitywna, ale chcę mieć możliwość słuchania tego programu dalej!


Ponadto zastanawia mnie tak powszechne oburzenie na słowa, podczas, gdy faktyczna przemoc przechodzi niemal bez echa. Dlaczego nie protestowano równie głośno, gdy policja spacyfikowała pod stadionem w Warszawie Ukrainki z Femenu?


 

 

Jedynie na Feminotece udało mi się znaleźć protest przeciwko brutalności policji. Zresztą, czy nie było warto przyłączyć się do ukraińskich feministek, które protestują przeciwko wykorzystaniu kobiet prostytutek podczas Mistrzostw Europy w piłce nożnej? Bo przecież wiele z tych kobiet, o których mówią Femenki, jest zmuszanych do prostytucji i wiele z nich jest również gwałconych. Ukrainki zwięźle mówią o celu swoich protestów przeciwko Euro 2012: „Główną ideą tych mistrzostw w rozumieniu UEFA jest zarabianie pieniędzy, wykorzystywanie seksualne ukraińskich i polskich kobiet, oraz rozpijanie mężczyzn” i trudno odmówić im racji. Dlaczego więc nie było powszechnego oburzenia przeciwko brutalnej akcji policji i aresztowaniu Femenek, równie powszechnego, jak teraz – przeciw Figurskiemu i Wojewódzkiemu? A może chodzi o to, że Femenki są zbyt ładne, by były prawdziwymi feministkami, a ich akcje zbyt dwuznaczne, bo w końcu obnażając swoje piękne piersi, wpisują się w kulturę uprzedmiotawiającą kobiece ciała? A przecież, ładne, czy brzydkie, ważne jest to, jak zostały potraktowane przez policję.


Jeśli przyjrzeć się kilku wydarzeniom z ostatniego czasu – potwierdzeniu skandalicznego wyroku skazującego Dodę za jej słowa o autorach Biblii, aresztowaniu Femenek, przesłuchiwaniu Kory za śladowe ilości marihuany, które otrzymała w paczce jej suczka Ramona, a teraz zdjęciu z anteny Radia Eska (tudzież zawieszeniu) programu „Poranny WF” oraz ukaranie autorów przez KRRiT za przejaw ksenofobii, chamstwo i mowę nienawiści, przyznać trzeba, że żyjemy w państwie policyjnym, a wolność słowa nie jest tu w specjalnym poważaniu. I prawdę mówiąc to mnie niepokoi, jak również to, że niektóre protestujące przeciwko programowi feministki kręcą bicz na same siebie. Za chwilę to my możemy być oskarżone o niewybredne chamstwo, bo komuś nie spodobają się nasze wypowiedzi. Dlatego bronię wolności słowa i bronię Figurskiego i Wojewódzkiego!


I zastanówcie się Państwo nad tym, czy wolicie żyć w kraju, w którym nie można śmiać się z niczego czy w takim, w którym można śmiać się ze wszystkiego?



© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci