Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

seksualność

A w sieci...

izakow2

Z interesujących rzeczy w sieci:

Paweł Leszkowicz proponuje nową wystawę dla Muzeum Wojska Polskiego. Tytuł Die Soldaten. Paweł słusznie zauważa, że "w polskiej sztuce od kilkunastu lat rozwija się energetycznie nowa ikonografia militarna i żołnierska. Pora w końcu zapomnieć o Kossakach i Gierymskich i pozwolić sobie na nowy początek - na miarę nowej epoki, gdy nasi żołnierze są na globalnych frontach. Obowiązkiem jakiegoś muzeum jest poświęcenie uwagi tej nowej wersji dawnych junaków". Propozycja takiej wystawy, gdzie znalazłyby się prace m.in. Żmijewskiego, Libery, Kozaka czy Radziszewskiego wydaje się nie do odrzucenia!

O sprawie Kuszeja wciąż głośno. Roman Pawłowski przeprowadził z artystą wywiad, w którym artysta mówi:

"Chciałem zwrócić uwagę na problem pedofilii w Kościele katolickim, który w Polsce jest spychany na margines. Nie mogę pogodzić się z faktem, że osoby, których zadaniem jest kształtowanie postaw moralnych dzieci, krzywdzą je w straszny sposób, nadużywając ich zaufania".

Okazuje się też, że gdy policja wynosiła jego obrazy, Kuszej dowiedział się, że już ich nie zobaczy, zostaną najprawdopodobniej spalone. Cała sprawa przypomina polowanie na czarownice...

Nikt natomiast nie oburzał się na książkę Marcina Kydryńskiego "Chwila przed zmierzchem" (wydana w 1995 i 1997), która opisuje podróż do Afryki i zawiera sporo rasistowskich i seksistowskich myśli. Autor pisze o Murzynkach jako o klaczach, ale również o chęci spędzenia nocy z dwunastoletnią śniadą dziewczynką. Krótka i dość szokująca relacja na temat tej książki zamieszczona jest na Feminotece.

Książka ta, jak wynika ze wskazanego artykułu, pedofilii nie piętnuje. Jest wręcz odwrotnie. Kuszej z kolei zdecydowanie występuje w swoich obrazach przeciwko temu zjawisku.

Zawsze zastanawiało mnie to, jak wielka jest różnica między medium, jakim jest literatura oraz medium obrazowym. Na treści literackie raczej mało kto się oburza. Z kolei, do treści obrazowych mało kto przywiązuje wagę. Jedno spojrzenie wystarczy, by oskarżyć.... Jest to dość przedziwny mechanizm.

Ars Homo Erotica i Ars Erotica

izakow2

 

Za nami otwarcie wystawy „Ars Homo Erotica” w warszawskim Muzeum Narodowym. To bardzo dobra wystawa przygotowana przez Pawła Leszkowicza w świetnej aranżacji Ramana Tratsiuka. Wystawa ważna, gdyż to pierwsza w Polsce (i nie tylko w Polsce!) prezentacja usuniętej na margines homoerotycznej ikonografii, która istnieje w sztuce od czasów najdawniejszych. Zarzuty, które pojawiały się przed wystawą, że jest ona jedynie dla gejów i lesbijek są zupełnie absurdalne. Tak, jak absurdalny byłby argument, że wystawa sztuki religijnej, która powstawała najczęściej na zlecenie kościoła katolickiego, jest tylko dla katolików, albo, że np. obrazy przedstawiające bukiety kwiatów są tylko dla florystek a obrazy marynistyczne tylko dla żeglarzy. Przyznacie Państwo, że gdyby padły te ostatnie argumenty, trudno byłoby potraktować je poważnie. Tematy religijne, erotyczne, florystyczne, marynistyczne i wiele, wiele innych składają się na rozległy krajobraz sztuki dawnej. Tak się jednak stało, że w obrazie dawnej sztuki, który kształtują instytucje (historia sztuki, muzea, krytyka artystyczna i inne) dominuje perspektywa męska i heteroseksualna. I nawet, jeśli w kanonie dawnej sztuki jest miejsce na arcydzieła choćby Michała Anioła czy Caravaggia, to jednak kwestia ich seksualności, jako, że nienormatywnej, zostaje pominięta milczeniem. Kanon nie był tworzony z perspektywy uniwersalnej, tworzony był przez określonych ludzi, o określonym statusie społecznym, mających określone upodobania.  

W roku 1994 w warszawskim Muzeum Narodowym miała miejsce wystawa „Ars Erotica” która, jak twierdziły jej kuratorki, Elżbieta Dzikowska i Wiesława Wierzchowska, była największym dotychczasowym przeglądem współczesnej sztuki erotycznej w Polsce. Autorki wystawy zauważyły zróżnicowanie podejść artystek i artystów do erotyki, jasne i ciemne strony erotyzmu, ale jednak ich wybór oraz przedstawienie tematu, wpisywał tę sztukę w heteronormatywny ogląd. Choć były na tej wystawie prezentowane prace, w których uwidaczniał się homoerotyzm: Izabelli Gustowskiej czy Igora Mitoraja.

Maria Janion w katalogu „Ars Erotiki”, przywołując „Cierpienia młodego Wertera”, pisała o romantycznej miłości, o szaleństwie, cierpieniu i umieraniu z miłości. W takiej perspektywie nawet erotyka obciążona jest straceńczą wizją i zamiast przyjemności pojawia się kult cierpienia. W jakiś sposób uwidoczniło się to również w niektórych pracach pokazywanych na „Ars Erotice”, gdzie więcej było bólu niż przyjemności, smutku (np. u Zbyluta Grzywacza), aniżeli radości. Według mnie, w tym „prawidłowym” i „poprawnym” erotyzmie, dominowała wizja sadomasochizmu, co potwierdza tezę Ewy Lajer-Burchardt o polskiej samomasochistycznej kulturze.

Wystawa Pawła Leszkowicza zrywa więc nie tyle z dominacją paradygmatu heteroseksualnego, ile przede wszystkim z erotyczno-cierpiętniczym paradygmatem na rzecz pochwały przyjemności. Oczywiście wystawę można (i powinno) się krytykować. Mam problem z niesproblematyzowanym męskim aktem. Szkoda, że wystawa przeciw wykluczeniu w jakiś sposób jednak kontynuuje tradycję wykluczeń. Brakuje ciał kolorowych, gdyby był chociaż malutki Mapplethorpe..., albo niepełnosprawnych (mam na myśli chociażby homoerotyzm w dawnych pracach Artura Żmijewskiego). Jest to w gruncie rzeczy wystawa dość grzeczna (sadomasochizm, który może nawet zdominował „Ars Erotikę” na „Ars Homo Erotice” pojawia się marginalnie). Zabrakło mi Tamary Łempickiej i bardziej kolorowych czy odważnych przedstawień erotyzmu lesbijskiego. Nie mam jednak zamiaru czepiać się Pawła Leszkowicza, choć pewnie podejmę jeszcze dyskusję z tą wystawą.  To jego autorski wybór, nieoczywisty i intrygujący (np. „Ganimedes”), estetyczny, ale też niezapominający o polityce („Czas walki”). To bardzo ważna wystawa i chwalić trzeba Muzeum Narodowe w Warszawie, że tę wystawę zorganizowało. Bo kanon, o którym pisałam na początku należy problematyzować i zmieniać, jeśli tylko chcemy by sztuka (także ta dawna) była dla nas wciąż czymś żywym i fascynującym.


 

Fragment pracy Davida Ćernego. O zamieszaniu i historii związanej z tą pracą tutaj 

Ewa Świdzińska, Żywoty intymne

izakow2

Serdecznie zapraszam w imieniu Ewy Świdzińskiej, poznańskiej Galerii Piekary oraz swoim na otwarcie wystawy "Żywoty intymne", które odbędzie się we wtorek, 20 kwietnia o godz. 19.00.


 

Fotografie Ewy Świdzińskiej z cyklu „Żywoty intymne” tworzone są od 2005 roku, artystka obrała prostą, ale trudną metodę pracy twórczej, a mianowicie fotografuje sama intymne części swojego ciała, co oznacza, że zmaga się z problem kulturowego wstydu narzuconego kobietom, a także robi zdjęcia w taki sposób, że nie widzi fotografowanego obrazu. Wszystkie zdjęcia robione są z ręki, można powiedzieć, że intuicyjnie, bo bez spoglądania w okienko aparatu.

Te prace można uznać za sposób na odzyskiwanie własnego ciała. Jest to działanie wywrotowe, zwłaszcza w tym kraju, gdzie kobiece ciało nie do końca należy do kobiet, a bardziej jest obiektem manipulowania przez państwo. Reprezentacja „wstydliwych” miejsc ciała zawsze potyka się o kulturowy zakaz, o własną nieadekwatność. Dlatego też u Świdzińskiej toczy się gra z odsłanianiem/zasłanianiem; jawnością/wstydliwością, ciekawością/tajemniczością. Pojawia się tu również kwestia przyjemności, a wręcz autoerotyki, która zasugerowana jest poprzez dłoń artystki, przedstawioną na kilku fotografiach w pobliżu waginy. Jest to też przyjemność ozdabiania się, prowadzenia tej dwuznacznej gry oraz przyjemność oglądania.

W gruncie rzeczy nie chodzi tu jednak tylko o reprezentację seksualności, prace artystki można też odczytać w szerszym kontekście – wykreślenia kobiet z historii, uznania ich doświadczeń za nieważne i nieistotne, a także wykreślenia kobiecej perspektywy z historii sztuki. Artystka w pewnym sensie dokonuje „urodzajowienia” historii sztuki prowadząc z nią dyskretną grę. Odnajdziemy w jej pracach odwołania do baroku, sztuki narodowej, pop-artu, ale również do impresjonizmu, dadaizmu oraz minimalizmu. Artystka dokonuje jakby przepisania historii sztuki wprowadzając do niej to, co pozostawało w niej niewidoczne. Domeną sztuki było bowiem piękno, a z nim wiązane były przedstawienia kobiecych aktów. Jednak kobiety ukazywane były tak, jakby zostały pozbawione własnej seksualności. Choć kobieta występowała zawsze jako piękny obiekt kontemplacji, jej ciało było erotyzowane, nieobecne były jej narządy płciowe, gdyż reprezentowały one „horror nie do oglądania”. Kobiece genitalia były po prostu niewidoczne, zamaskowane, zasłonięte. Ich reprezentacja obecna jest natomiast w sferze zakazanej, w obszarze pornografii, kojarzonej z czymś mrocznym, brudnym, a niekiedy nawet budzącym wstręt. Kobiece organy płciowe stały się jednym z największych tabu w naszej kulturze. Te organy określane są sromem, zaś słowo to oznaczało dawniej wstyd, hańbę, niesławę, co dobrze oddaje konotacje znaczeniowe związane z tą sferą. Ewa Świdzińska nie tylko dokonuje odczarowania tej sfery, ale również próbuje ją upiększyć, nadać jej szyk i elegancję.

Artystka wskazuje, że poprzez odwołania do sfery intymnej opowiedzieć można wiele najróżniejszych historii. Powstają w ten sposób żywoty intymne, intymna historia, intymna historia sztuki...

Tutaj mój starszy wpis o pracach Ewy.

© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci