Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

postfeminizm

Harda Wenus

izakow2

Iza Moczarna-Pasiek wraz z Klaudią Winiarską zajmują się pracą nad cyklem zdjęć zatytułowanym „Harda Wenus”. Autorki o ukazanych tu kobietach piszą tak:

„Projekt Harda Wenus to akty przedstawiające piękno dużych kobiet. Takich, których wygląd mocno wyłamuje się ze stereotypowego modelu prezentowanego wszem i wobec. (…) Naszymi modelakmi są kobiety, które chodzą po polskich ulicach, pracują, dbają o dom, są matkami, żonami, przyjaciółkami i kochankami. Są realne i jak najbardziej prawdziwe. I to, jak się okazuje, umieszcza je w kategorii 'estetycznie nieodpowiednie'”.


 

Podoba mi się w tym cyklu, że autorki akcentują przyjemność z bycia oglądaną ukazanych kobiet, wskazują też na ich świadomość swojej fizyczności. Mniej podoba mi się samo wykonanie. Zdecydowanie wolę poprzednie zdjęcia Izy Moczarnej-Pasiek ukazujące kobiety po mastektomii, a także po chemioterapii.

Tutaj, niektóre fotki przypominają za bardzo estetykę Saudka, ciała kobiet zamazane są też jakimiś niepotrzebnymi elementami. Widać tu potrzebę estetyzacji, jakby jednak autorki uznały, że bez tego te ciała nie będą wyglądały na piękne.


 

Piękno jest oczywiście kategorią względną. Podoba mi się, że wiele artystek próbuje zmagać się z pięknem, nie odrzucając go w przekonaniu, że piękno to wyłącznie patriarchalny wymysł i nałożone na kobiety więzienie. Te artystki „próbują” więc przepisać piękno, uczynić je czymś przyjemnym i wyzwalającym (jak w przypadku „Hardej Wenus”).

Faktycznie współczesny kanon wyglądu marginalizuje w sferze widzialności te kobiety, które nie są szczupłe; każe im wstydzić się swej tuszy. Świadczy o tym również używany powszechnie eufemizm: "puszyste" zamiast grube czy grubsze. Z drugiej strony, mam wrażenie, że w kulturze popularnej zaczęło się to dość zmieniać, czego dobrym przykładem była kampania Dove dotycząca właśnie debaty nad prawdziwym pięknem, ukazująca między innymi starsze i grubsze kobiety. W samej sztuce z kolei, temat ciał nieadekwatnych wydaje się już dość mocno przepracowany. Czy więc faktycznie trzeba wciąż jeszcze udowadniać, że grubsze kobiety są również piękne? Czy rzeczywiście są one wciąż uznawane są „estetycznie nieodpowiednie”? A może istnieje jednak problem, tylko ja go nie potrafię dostrzec?

Mimo tych zastrzeżeń, jedno z tych zdjęć mnie zachwyciło. To fotografia kobiety siedzącej w pomieszczeniu "zalanym" słonecznym światłem. Tu wszystko jest ciepłe, niemal dotykalne, niezwykła jest materialność ciała oraz pozytywna energia, która bije od tego przedstawienia.


 

To prawdziwa Harda Wenus, bogni miłości, wdzięku, życia, kojarzona ze słońcem.

Sędzia Główny we Wrocławiu

izakow2

Gorąco polecam wystawę „Być jak Sędzia Główny” w galerii BWA Awangarda we Wrocławiu (czynna do 28.11.2010). Na ekspozycji zebrano dokumentację performansów grupy Sędzia Główny (Karolina Wiktor i Aleksandra Kubiak) z lat 2001 – 2009, zaś znakomita aranżacja Roberta Rumasa odwołuje się do plastycznej oprawy niektórych akcji (słynne czerwone sukienki w białe groszki!).

Sędziny przeorały pole performance w Polsce, tworząc pełne napięcia akcje, badając granice konwencji społecznych, przyzwyczajeń dotyczących ciała, a także przyzwyczajeń dotyczących sztuki.

 

Artystki niejednokrotnie zadawały sobie wzajemnie ból, smagając się pejczami, bijąc się, obijając o betonowe ściany, wbijając w swe ciała igły, aranżując bokserski mecz, „rodząc” kurze jajka (co towarzyszyło wizycie w Polsce aborcyjnego statku Langenort).  Ich akcje angażowały widzów, którzy stawali się uczestnikami tych wydarzeń, niekiedy proszeni byli o wydawanie poleceń artystkom (jak np. w telewizyjnym programie podczas Nocy Artystów w TVP Kultura w 2005 roku), zaś w jednej akcji mogli wygrać w konkursie w lotki spędzenie z nimi 12 godzin (w 2005 roku w pubie Eden w Piotrkowie).

Tym samym autorki stawały się marionetkami w rękach widzów, wyzbywając się całkowitej kontroli nad efektem akcji. Prace Sędzin Głównych interpretowane bywają często w kontekście feministycznym jako obnażające role narzucone kobietom, ukazujące ich uprzedmiotowienie (bycie ozdobą czy zabawką w rękach widza-mężczyzny), wskazujące na bycie kobietą do zjedzenia (jak w akcji z 2003 r. – „Sztuka beze mnie nie ma sensu”, w której artystki stały się nadzieniem hot-doga), narzucane im poniżenie (wyrażone poprzez zlizywanie podłogi lub lizanie czyichś butów) oraz konieczność dostosowywania się do wymogów dotyczących wyglądu (artystki przyjmowały wygląd lolitek, call-girls, dziwek, eleganckich dam do towarzystwa, albo rozbierały się do bielizny, tudzież występowały nagie, owinięte jedynie przezroczystą folią).

 

 

Wydaje się jednak, że przede wszystkim prace te odnoszą się ludzkich zachowań w teatrze życia codziennego. Tę metaforę stworzył Ervin Goffman próbując wniknąć w istotę ludzkich zachowań. Udowadniał, że natura jednostki wynika z jej grupowych związków, zaś na jej wyrazistość składa się wrażenie, jakie chce ona wywrzeć oraz wrażenie, jakie wywołuje. Jednostka może przekazywać o sobie informacje nieprawdziwe, posługiwać się fałszem, bądź symulacją. Może ona kontrolować własny przekaz, ale nie ma do końca kontroli nad wrażeniem, jakie wywiera. Ważne jest tu założenie, że nasze zachowania są w zasadzie nieustanną grą, przy czym musimy pamiętać o ambiwalencji – zarazem kontrolujemy tę grę (kontrolując nasze zachowania, próbując panować nad wrażeniem, jakie wywieramy), jak i jesteśmy ograniczeni uprzednio istniejącymi konwencjami społecznymi (do których musimy się dopasować). Sędziny swoimi przewrotnymi działaniami pokazują siłę tych konwencji. Świadomie pozbywają się kontroli nad całością i ostatecznym efektem swych performansów (niektóre z nich były przerywane przez publiczność, niemogącą znieść widoku maltretowanych kobiecych ciał).

Poprzez grę i symulację dążą w gruncie rzeczy do zaburzenia całego systemu, społecznych konwencji oraz naszych przyzwyczajeń związanych z odbiorem sztuki. Dzieje się to poprzez silne nacechowanie tych akcji emocjami, poprzez ich niezwykłą sensualność. Ciało jest bowiem tym medium, którego nie jesteśmy w stanie percypować wyłączając emocje. Widząc ból czy przyjemność drugiego człowieka, sami odbieramy te stany poprzez własne ciała.

Prace Sędzin odwołują się również do pornograficznego obnażania, spełniania fantazji widzów, odgrywania narzuconych ról, bardzo mocno uderzają w przyzwyczajenia dotyczące odbioru sztuki. Każą zapytać, czego naprawdę chcemy od sztuki, wskazują, jak bardzo sami marzymy o sprawowaniu nad nią kontroli (choćby przez tworzenie interpretacji i narzucanie pracom naszych własnych znaczeń). Ale przecież te znaczenia nigdy nie należały w pełni do samych artystów. Iluzją był postulat biernego odbioru i przekonanie, że sens dzieła tworzony jest przez jego twórcę. Znaczenia dzieła zawsze powstają w trakcie odbioru i każdy z odbiorców nadaje temu dziełu nieco inne znaczenia. Odbiorca staje się dziś użytkownikiem, który coraz bardziej kontroluje i kreuje znaczenia. Zaś walka o kontrolę powoduje, że sytuacja związana z odbiorem sztuki jest rodzajem walki, co również pokazują Sędziny, drażniąc i prowokując publiczność. W ten sposób dokonują one zawirusowania systemu (o czym mówi tytuł jednej z akcji Wirus w spektaklu). Wirus dokonuje zaburzenia systemu, uzmysławia, jak ten system działa, ukazuje jego słabości oraz pozorną stabilność. Napisałam wcześniej, że Sędziny przeorały pole performance w Polsce, właściwie przeorały czy też zawirusowały pole współczesnej sztuki oraz znaczeń, jakie przypisujemy sztuce, artystom (a szczególnie artystkom), a także publiczności.

 

Smakołyki i inne dobra

izakow2

Przyzwyczailiśmy się, że sztuka działa przede wszystkim na zmysł wzroku. Ten zmysł jest w naszej kulturze uprzywilejowany, mówi się wręcz o okulocentryzmie kultury zachodniej. Wzrok zaś jako najbliższy umysłowi definiowany był jako męski, toteż feministyczne badaczki zwracają uwagę na niedocenianie innych zmysłów (np. dotyku czy smaku). Ponadto, według tradycyjnego myślenia o sztuce, miała ona prowadzić do uwznioślenia widzów, choć ci według kantowskiej definicji przeżycia estetycznego nie powinni angażować się osobiście w jej odbiór. Sztukę powinno odbierać się umysłem, a nie ciałem, dopiero od niedawna mówi się o jej korporalnym doświadczaniu.

Współczesna sztuka zrywa z tymi przyzwyczajeniami, działa już nie tylko na zmysł wzroku, ale również poprzez dotyk, smak czy zapach. Taka twórczość została zaprezentowana na wystawie „Smakołyki” w poznańskim Arsenale (kuratorka: Zofia Starikiewicz, artystki: Angelika Markul, Barbara Pilch i Elżbieta Jabłońska). Wystawie towarzyszył bardzo ciekawy wykład Anny Nacher, do którego też odwołuję się w tym wpisie.

Angelika Markul wykonała wielki obraz z białej czekolady o prowokacyjnym tytule „Poliż”, ponadto stworzyła pomieszczenie, w którym wypreparowany został zapach gumy do żucia Donald. Praca zatytułowana „Polish American Dream” działająca na zmysł węchu jest też sentymentalnym wspomnieniem lat 70. I 80., kiedy gumy do żucia były rarytasem kupowanym w Pewexach. Każde dziecko chciało mieć gumę Donald, zaś mini komiksy, które można było znaleźć w opakowaniach tych gum, zbierało się jak cenne trofea.  Praca Markul pokazuje również, że pamięć przeszłości może dotyczyć także zapachów, podobnie zresztą jak i smaku. Rzeczywistość jest przez nas doświadczana poprzez różne zmysły, jednak smak, zapach czy dotyk pozostają wciąż lekceważone, gdyż trudniejsze są do zracjonalizowania, przełożenia na zimny, logiczny język.

Artystki występujące na wystawie „Smakołyki” mówią poprzez swoją sztukę właśnie o cielesności naszego doświadczenie, o korporalnym odczuwaniu rzeczywistości. Za metaforę tego doświadczenia można uznać instalację Barbary Pilch z wielkim białym jednorożcem, który połączony jest długimi lejcami z figurą kobiety, jednocześnie lejce te są przedłużeniem jej krwioobiegu.

To niezwykła interpretacja starego ikonograficznego tematu „Dama z jednorożcem”, odwołującego się do legendy, że to dzikie, nieujarzmione zwierzę łagodniało, gdy spotkało na swej drodze dziewicę. Praca ta ukazuje, że to, co baśniowe, nierealne, magiczne wyrasta jednak z naszego wnętrza, powiązane jest z naszymi potrzebami, marzeniami, aspiracjami. Ujarzmianie jednorożca może być z kolei metaforą ujarzmiania naszych popędów, żądz, naszej własnej dzikości. Czy potrafimy trzymać je na wodzy, kontrolować je, gdy wokół wszystko namawia nas do konsumpcji? Ale praca ta mówi także o przemijaniu, o czym świadczy fermentacja wina zgromadzonego wokół jednorożca. Tu zamiast czystości, mamy brud, pleśń i gnicie. Wszystko ulega rozpadowi, degradacji, na tym polega istnienie, zaś obserwacja tego procesu możliwa jest także poprzez obserwację codziennej krzątaniny. Pokazuje to również druga praca Barbary Pilch, którą jest klepsydra ustawione w wielkiej, ozdobnej klatce dla ptaków, z której sypie się cukier puder. Prace Pilch mają w sobie coś surrealistycznego, ale zarazem mówią o doczesności, przemijaniu, o potrzebie docenienia tych przyjemności, z których możemy korzystać. Mówi o tym znajdująca się przy pracy myśl-przestroga: „Nie myśl, że czas dany na zawsze, a słodkości na ręki wyciągnięcie”.

Bardzo ciekawa jest również praca Elżbiety Jabłońskiej, która jest wielką instalacją stworzoną z lumpeksowych ciuchów. Artystka pyta poprzez tę pracę o nasz stosunek do rzeczy, na ile jesteśmy odpowiedzialnymi konsumentami, czy potrafimy korzystać z tego, co znoszone, stare, tego, w co ubierały się kiedyś inne osoby. Artystka zmusza nas do zmierzenia się z tym problemem, namawiając do brania sobie ubrań z wystawy. Tym samym trzeba podejść do ściany, dotknąć tych ubrań, zanurzyć się w tym świecie zużytych, ale wciąż intrygujących rzeczy. Podczas wernisażu ubrania te cieszyły się dużym powodzeniem, niektórzy je przymierzali, dopasowywali, sprawdzali, na ile coś z tego może im się przydać.

Czy w świecie sztuki jest miejsce na recycling, wymianę dóbr? Czy sztuka może dawać nam coś dobrego, uczyć się dzielenia z innymi tym, co mamy? Czy w świecie konsumpcyjnym jest jeszcze miejsce na ekonomię daru? Czy nasz świat może być lepszy? Do takich pytań prowokuje praca Jabłońskiej. Podobnie jak lizawki z czekoladą zrobione na wzór lizawek z solami mineralnymi ustawianych w lasach dla zwierząt? Co dzielimy i co mamy wspólnego ze zwierzętami? Czy zmysły smaku, powonienia, dotyku nie są nam wspólne? Czy niedocenianie tych zmysłów nie wiąże się z zaprzeczaniem naszej, przecież jednak, zwierzęcej naturze? Te prace pytają o nowy, lepszy świat, ale oczywiście jest w tym też sporo ironii. Jabłońska nad galerią „Arsenał” zawiesiła neon z napisem „Nowe życie”, który znalazła na nieistniejącym już gospodarstwie rolniczym pod Bydgoszczą.

Wówczas, w latach 60. XX wieku, kiedy ten neon powstał „nowe życie” rozumiane było jako nowy, wspaniały komunistyczny świat, co oczywiście bardzo szybko okazało się iluzją. Po upadku systemu komunistycznego, „nowe życie” przyniósł nam konsumpcjonizm, ale czy on również nie jest iluzją? Czy nie jest tak, że nie każdy ma możliwość korzystania ze „smakołyków” konsumpcyjnej rzeczywistości? I czy nie jest też tak, że ich nadmiar może w gruncie rzeczy stępiać nasze zmysły, powoduje, że zamiast delektować się przyjemnością, zapominamy o niej w pogoni za coraz bardziej atrakcyjnymi „smakołykami”. W ten sposób przestajemy już odczuwać ich smak… (Ciekawostką jest też to, że ta praca miała znaleźć się na Centrum Sztuki Współczesnej w Toruniu, jednak na razie do wystawy Eli Jabłońskiej w Toruniu nie doszło i właściwie niewiadomo, czy i kiedy się odbędzie…)

Natomiast wystawa w Arsenale – świetna (do obejrzenia do 31.10) i mam nadzieję, że nowe życie wkracza też do tej instytucji.

© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci