Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

kultura popularna

Sztuka w teledyskach - Crazy Barkleya

izakow2

Sztuką mogą być także teledyski.


Jednym z moich ulubionych jest wideoklip do piosenki "Crazy" Gnarlsa Barkleya (2006) wykonany przez Roberta Halesa.


Gnarls Barkley - Crazy from Motion Graphic. on Vimeo.



Autor klipu odniósł się do zabaw i testów psychologicznych, których podstawą są atramentowe kleksy, które mogą wywoływać najróżniejsze skojarzenia.

 

W tym przypadku kleksy przechodzą jeden w drugi, zmieniają się niczym obraz w kalejdoskopie. Są też wieloznaczne, każdy wybrany obraz może mieć wiele odczytań, jak w słynnym przedstawieniu królika a zarazem kaczki (choć widzieć można tylko albo królika, albo kaczkę).

 

 

Odnieść można więc ten teledysk również do problemu złudzeń optycznych, a także do tych kwestii, o których pisał wielokrotnie już tu przywoływany Ernst Gombrich, że podstawą sztuki jest projekcja będąca właściwością naszej psychiki, a polegająca na możliwości zobaczenia w kształtach nie mających nic wspólnego na przykład z ludzką anatomią (jak atramentowe kleksy) czegoś zupełnie innego (np. kształtu twarzy).


Projekcja charakterystyczna jest dla dziecięcych zabaw, np. gdy kora może stać się pistoletem albo łódką. To również dostrzeganie w chmurach na niebie obrazów czegoś zupełnie innego, choćby kształtów zwierząt. Projekcja jest właściwością psychologii widzenia, ale, jak wskazuje Gombrich, można ją uznać również za impuls, który doprowadził do powstania sztuki.


Autor "Sztuki i złudzenia" przywołuje myśl Albertiego: „Sądzę, że sztuki, które zmierzają do naśladowania tworów natury, zrodziły się w taki sposób: pewnego dnia w pniu drzewa, bryle gliny lub w innej rzeczy, odkryto przypadkiem jakieś zarysy, które niewiele trzeba było zmieniać, aby stały się podobne do przedmiotów naturalnych”. Można też wspomnieć mit o powstaniu malarstwa poprzez obrysowanie cieni w chacie garncarza. 


Podstawą istnienia sztuki jest więc nasza wizualna wyobraźnia. A teledysk do "Crazy" pokazuje to w sposób genialny.


To również a'propos pytania w komentarzu pod poprzednim wpisem - czym jest sztuka?

Pokochać kulturę popularną

izakow2


Uwaga: poniższy wpis jest trochę przeciwko wszystkim, ale nie traktujcie go zbyt serio.


Pamiętacie dowcip o feministkach? „Pytanie: Ile feministek trzeba do wkręcanie żarówki? Odpowiedź: To wcale nie jest śmieszne.” A jednak mnie to bawi, bo znam wiele feministek, które nie mają poczucia humoru, szczególnie na swój temat. Ale nie są one wcale wyjątkiem w naszym społeczeństwie, gdzie w ogóle brakuje nam dystansu do siebie, poczucia humoru, wyluzowania. Niekiedy chciałabym przeprowadzić się do Czech, gdzie chyba jednak ten luz jest większy. Jeszcze a’propos feministek, miałam jakiś czas temu bardzo ciekawa grupę studentów: bardzo wygadani chłopacy siadający w ostatnich ławkach i, zajmujące pierwsze ławki, dość ciche studentki, które jednak, jak wynikało z ich min, nie mogły znieść tego, co mówili ich koledzy. I wcale im się nie dziwię. Kiedyś zagadnęłam o feminizm. I okazało się, że feministki to wariatki, które są potwornie brzydkie, nieszczęśliwe, nie mają facetów, bo nikt ich nie chce i dlatego chcą unieszczęśliwić innych, walczą z wszystkim i wszystkiego się czepiają. Uśmiałam się z tego strasznie, bo dawno już nie słyszałam tylu stereotypów na temat feministek razem wziętych i powiedziałam im, że sama jestem feministką, ale mogą myśleć, co chcą. Chłopacy się uciszyli i było widać, że zrobiło im się trochę głupio. Dziewczyny miały natomiast nieskrywaną satysfakcję, a później nawet zaczęły częściej zabierać głos. A mogłam się przecież obrazić i powiedzieć, że to wcale nie jest śmieszne, mogłam zacząć się kłócić i udowadniać, dlaczego feminizm jest ważny, a może nawet – mogłam się popłakać (choć byłoby to typowo kobiece zachowanie)!


I o to właśnie mi chodzi, że bardzo często brakuje nam dystansu do siebie, traktujemy wszystko poważnie, a niekiedy wręcz nabożnie (jeśli rzecz dotyczy ideologii, przekonań, poglądów, wiary). I nie umiemy się śmiać, jak śmieją się Czesi, z samych siebie (co oczywiście też jest stereotypem). Chociaż pojawiają się światełka w tunelu. Dla mnie takim światełkiem jest program w Radiu Eska pt. „Poranny WF” prowadzony przez Kubę Wojewódzkiego i Michała Figurskiego. To najgłupsza audycja, jaką w życiu słyszałam, ale i najzabawniejsza. Uwielbiam jechać gdzieś samochodem w czasie jej emisji, bo można śmiać się niemal na okrągło. Oczywiście nie każdego to śmieszy. Gdy moja matka przypadkiem jedzie ze mną samochodem w czasie „Porannego WF-u”, potwornie się wścieka, nie wiedzieć, czemu, taktuje to poważnie. Obawiam się, że może doprowadzić mnie kiedyś do wypadku. Zresztą wiele osób nienawidzi Wojewódzkiego i Figurskiego za naśmiewanie się z wszystkich absurdów naszej rzeczywistości: z krzyży, dominacji religijnej, katastrofy smoleńskiej, spotkań na wysokim szczeblu, z wojska, policji, z aktorów, piosenkarzy, dążenia do sławy, ale również z gejów i lesbijek, z Żydów, komunistów i cyklistów. Bo prowadzący audycję za nic mają polityczną poprawność. A przede wszystkim śmieją się z ludzkiej głupoty i naiwności, dzwoniąc do różnych miejsc jako Misiura i Martenka, proponując przedziwne spotkania, wkręcając w ludzi w różne absurdalne sytuacje. I aż dziw bierze, jak wielu się na to nabiera.


Można powiedzieć: takie tam głupoty, niektórzy się z tego śmieją, inni nienawidzą tego rodzaju humoru, często wulgarnego i niesmacznego. Ale w naszym kraju, pełnym świętości i powagi, taki wyzwalający śmiech jest na wagę złota. Jak rzadko pojawia się u nas ironia, a jeszcze rzadziej – krytyczne myślenie. Jak rzadko zauważa się, że rzeczywistość, w której żyjemy pełna jest absurdów oraz, ile głupoty znaleźć można w życiu publicznym. No więc jestem fanką Figurskiego i Wojewódzkiego piętnujących głupotę, ale co gorsza, jestem też fanką innych programów z udziałem Wojewódzkiego. Pewnie nie powinnam się do tego przyznawać, oglądałam „Mam talent”, oglądam też „X Factor”, programy, które wśród elit popularnością się nie cieszą, a niektórzy nazywają je wręcz: szambem. Zresztą w ogóle telewizja, jak i cała kultura popularna, traktowana bywa jako samo zło. Może to również wynika ze zbyt poważnego podejścia do rzeczywistości.


Wciąż próbuję wkładać do głów moim kochanym studentkom i studentom, żeby zaczęli patrzeć na kulturę popularną nie tylko jako na coś, co ogłupia masy, ale co ma również potencjał wyzwalający, co wprowadza subwersywne treści i, co sprawia nam przyjemność (to zresztą nie moja teza, tylko Johna Fiske’go, który akcentuje „przyjemność płynącą w wytwarzania własnych znaczeń doświadczenia społecznego oraz z unikania dyscypliny narzuconej przez silniejszego”). Ostatni przykład, o którym mówiłam, dotyczył męskości. Gdzie, nie licząc sztuki, znajdziemy tak daleko posunięta krytykę tradycyjnego wzorca męskości? Gdzie, jeśli nie w kulturze popularnej, znajdziemy mężczyzn, którzy wychodzą z ról prawdziwych macho, którzy nie radzą sobie z byciem „prawdziwym mężczyzną” (np. House), mają kłopoty z własną tożsamością albo, którzy zostają „ukobieceni” poprzez to, że zaczynają być pokazywani w taki sposób, jak prezentowane były zawsze w kulturze kobiety (dotyczy to na przykład znanych sportowców występujących w reklamach, o jeśli nie wierzycie, zajrzyjcie na stronę o znaczącym tytule ciacha.net).


Mówię zawsze, że kultura popularna jest ambiwalentna, że możemy w niej znaleźć wiele pozytywnych i edukacyjnych treści. Niekiedy ten dydaktyzm posunięty jest bardzo daleko, jak na przykład w serialu „Ranczo” (o poprzedniej edycji serialu już tu kiedyś pisałam), który obecnie współfinansowany jest przez Agencję Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, która korzysta w ten sposób z tzw. idea placement. Serial staje się niemal socrealistyczny w sensie ukazywania pozytywnych stron korzystania ze środków unijnych. A z drugiej strony – czy to nie cudowne, że w serialu, który cieszy się tak dużą oglądalnością pojawiają się treści feministyczne (chodzi o kobiety sprawujące władze lub prowadzące własne przedsiębiorstwa, silne, inteligentne i wrażliwe na otoczenie)? Czy nie jest tak, że taki serial, o wiele bardziej, niż próbują robić to organizacje feministyczne, może zmienić mentalność wielu kobiet, które uważają, że nie nadają się do polityki albo, że są zbyt słabe, aby prowadzić własny interes? Czy nie ma więc istotnego wpływu na aktywizację polityczną kobiet? Ciekawa jestem, co na moją tezę powiedziałyby Panie z Kongresu Kobiet? Ostatnio w serialu pojawił się też problem zwierząt oraz teza, że należy walczyć z przemocą wobec zwierząt, również za cenę utraty politycznego poparcia.  


Jednak mimo dyskusji ze studentami na temat telewizji, seriali i programów rozrywkowych, a także prasy kobiecej, bardzo często w pracach, które czytam prezentowane jest typowe podejście do kultury popularnej, że ogłupia ona bezwolne masy, że przyczynia się do niskiego poczucia wartości, że nie pojawiają się w niej żadne wartości. Zastanawia mnie, dlaczego to podejście  jest aż tak trwałe. Może dlatego, że wciąż uważa się, że jest to kultura dla ludzi niewykształconych, dla niższych klas społecznych. Ale czy przypadkiem pogarda dla tej kultury, nie wiąże się właśnie z pogardą i niechęcią wobec niższych klas? Czy nie jest to więc burżuazyjny mit, że kultura popularna jest głupia i najlepiej nie mieć z nią do czynienia? Dlatego zresztą najbardziej „trendy” jest nie mieć telewizora w ogóle. Czytałam ostatnio wypowiedź Natalii Przybysz z zespołu Sistars, że postanowiła pozbyć się telewizora, bo miała dosyć programów typu „Must Be The Music” i „X Factor” (ale czy musiała je oglądać?). Wskazała ona, że te programy niszczą ludzi, ale przecież tych ludzi nikt nie zmusza do udziału, a wielu z nich ma szansę pokazać własną twórczość, co jest rzeczą jak najbardziej pozytywną i świadczy o zmianie, jaka następuje: od biernej publiczności – do publiczności aktywnej, biorącej udział, zaangażowanej, a tym samym do publiczności, która coraz bardziej może kontrolować i tworzyć własne znaczenia na temat tej kultury. Natomiast twórczość prezentowana w tego rodzaju programach wcale nie jest na niskim poziomie. Jednym z najlepszych przykładów na to był występ Cebo w „Must Be The Music”, artysty przecież wizualnego, związanego z kultowym w Toruniu klubem NRD.  Nie jest też prawdą, że publiczność ma zły gust. Program „Must Be The Music”, dzięki głosom publiczności, wygrał zespół Enej z Olsztyna, nawiązujący do kultury ukraińskiej, ale także żydowskiej (ich „Rahela” miała coś z klimatu „Sklepów Cynamonowych” Bruno Schulza). Czy to nie cudownie, że w kraju, o którym mówi się, że jest monolitem kulturowym, wygrywa zespół, który włącza do swej twórczości w bardzo ciekawy sposób inspiracje kulturami naszych bliskich „Obcych”? Równie cudowne jest, że w finale „X Factor” znalazł się Michał Szpak (może nawet wygra ten program), chłopak o fantastycznym głosie i równie ciekawym transgenderowym wyglądzie.



 

W kraju, uważanym za homofobiczny i konserwatywny, pojawienie się takiej postaci, która przyciąga uwagę i wzbudza sympatię tak wielu widzów, zmienia radykalnie politykę estetyki, która przecież ma istotny wpływ na pole społeczne. Trudno więc nie zgodzić się z Fiske’m, że kultura popularna sprzyja postępowi (choć już nie - radykalizmowi), a niekiedy go dokonuje. I dlatego warto ją pokochać.

© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci