niedziela, 15 listopada 2009
Gender Check w Wiedniu!
Wróciłam z Wiednia, gdzie 12 listopada w MUMOK została otwarta
ogromna wystawa Gender Check. Femininity and Masculinity in the Art of Eastern Europe. ![]() Pomysłodawczynią i kuratorką ekspozycji jest Bojana Pejić. Jest to wydarzenie wyjątkowe, pierwsza wystawa pytająca o reprezentacje płci w krajach Europy Środkowej i Wschodniej, od socrealizmu po czasy współczesne. Ekspozycja podejmuje problemy konstrukcji kobiecości i męskości w czasach socjalizmu oraz mechanizmów oporu wobec różnych rodzajów zniewolenia, dekonstrukcji płci, feminizmu. Pyta o podwójne wykluczenie oraz przełamuje niewidzialność tego, co bliskie, ale nieznane (bo paradoksalnie zachodnia sztuka feministyczna wydaje się bliższa niż sztuka tworzona u naszych sąsiadów). Wydawałoby się, że dzisiaj tak ogólne przedsięwzięcia skazane są z góry na niepowodzenie, tymczasem tutaj dzieje się coś zupełnie innego. Bojana podzieliła wystawę na określone sekcje tematyczne, jak np. „Politics of Self-Representation”, „Nationalism and Critique”, „The Politization of the Private” i inne. Wybory prac do tych działów nie są oczywiste, sama chętnie pozamieniałabym część prac miejscami. Pokazuje to jednak, jak pewne tematy nakładają się na siebie, przenikają, prace w niesamowity sposób korespondują ze sobą.
(na pierwszym planie "On i ona" Barbary Falender, obraz po prawej to "Malarka i jej modelka" Tymona Niesiołowskiego.) Pracowałam przy tej wystawie jako doradca i badaczka odpowiedzialna za część polską (weszły prawie wszystkie prace, które zgłosiłam, oprócz Wróblewskiego i Berezowskiej, prawdopodobnie problemem okazało się ich wypożyczenie). To, że te prace pojawiły się w niespotykanym wcześniej kontekście, kontekście innych dzieł, które były tworzone w tzw. „bloku wschodnim” było dla mnie bardzo pozytywnym zaskoczeniem. Część osób mówiło o tym, że takiej wystawie powinno towarzyszyć przybliżenie kontekstu (w domyśle – kontekstu społecznego). Zupełnie się z tym nie zgadzam, bo dopiero teraz część tych prac pojawiła się właśnie we właściwym sobie kontekście innych dzieł (ponadto kontekst jako coś stałego jest utopią, nie istnieje!). To właśnie te prace „ramują” się wzajemnie, ponadto pojawiają się one w ramach dwóch przywołanych tu systemów zniewolenia – komunizmu oraz, jeśli można tak powiedzieć, a w tym kontekście chyba można, patriarchatu. Uważam, że daje to zarazem nowe ramy interpretacyjne, gdzie odwołaniem nie są już, jak do tej pory, prace powstające na Zachodzie, ale prace z tej „gorszej Europy”. Te ramy mogą prowadzić do bardzo dziwnych pytań, np. o to, na ile feminizm może być rodzajem kolonizacji? (co nie znaczy, że wyrzekam się feminizmu!); na ile kultura konsumpcyjna jest wyzwalająca? (co nie znaczy, że neguję to, iż zniewala); na ile tutaj potrzebne było wyzwolenie prywatności z tego, co publiczne? (wbrew feministycznemu hasłu „prywatne jest publiczne”, które oczywiście uważam za ważne), itp., itd. Wszystko pojawia się tutaj w takim właśnie podwójnym wiązaniu. Uważam, że genialne w tej wystawie jest właśnie to, że umożliwia postawienie takich prowokacyjnych pytań, dając zarazem możliwość namysłu nad feminizmem w Europie Wschodniej. Jestem absolutnie pełna podziwu dla Bojany. Na koniec dobra wiadomość – wystawa będzie prezentowana w przyszłym roku w Warszawie. I jeszcze parę fotek, ale to naprawdę bardzo pobieżny przegląd. Na wystawie prezentowane są prace ponad 200 artystek i artystów.
Obraz Fangora przyciągał publikę, bo jednak od tajemniczej elegantki (burżujki, lub też reprezentantki zachodniego świata) trudno oderwać wzrok...
Ten obraz Michaila Kornetskiego z Łotwy (1959) wisi na przeciwko "Kamieniarek" Kobzdeja...
Ana Baranovici, Kobiety przy pracy, 1974 (Mołdawia) - dyskretny urok socu, a może dyskretny urok ukazanych kobiet?
Na pierwszym planie "Akt dziewczęcy" Kobro, po prawej - praca Evy Kmentovej. Obraz za Kobro to "Akt biały" Teresy Pągowskiej. Poniżej "Trudny wiek" Aliny Szapocznikow...
Gyula Pauer, Miss Hungary, 1985 - 95 - czy nie jest genialną partnerką dla pracy Szapocznikow?
Jarosław Modzelewski, Marek Sobczyk, Einsemkeit, 1984 - męskość, samotność...?
Sejla Kamerić, Bośniacka dziewczyna, 2003 "Twoje ciało to pole walki"....
Tanja Ostojić (Sebia), Szukając męża z paszportem EU, 2000-2005
Kriszta Nagy (Węgry), 200.000 Ft, I - VI., 1997 - konstruujemy ciało według swoich życzeń czy według wymogów dyktowanych przez kulturę?
Nie mogło zabraknąć Sanji Iveković... Kultura popularna użycza twarzy zapomnianym bohaterkom... Kultura konsumpcyjna jako wyzwolenie?
Ewa Fikowa (Słowacja), Bez różnicy, 2001 Kobieta do zjedzenia, bez różnicy, Madonna czy gwiazda porno. Kultura konsumpcyjna zniewala i pożera...
Zestawienie pracy Olega Kuliga z pracą Katarzyny Górnej jest genialne (cyborg wykreowany przez kulturę konsumpcyjną kontra tradycyjne wzorce..., power-girl kontra Madonna, ale też ciało pożądane kontra ciało skazane na niewidzialność))! Jakie otwierają się tutaj możliwości interpretacyjne! I jak bardzo władza różnych, konkurujących ze sobą systemów wnika w ciało, by w końcu nie potrzebować go już zupełnie:
oczywiście CUKT I ja tam byłam :-)
z Bojaną
No i bardzo dziwne zdjęcie w klimacie już świątecznym z Katy Deepwell (wydawczynią n.paradoxa, nie ukrywam, że Artmix powstał trochę z zazdrości o to pismo) i Almirą Ousmanovą (która przeprowadzała tu badanie sztuki Białorusi).
poniedziałek, 09 listopada 2009
Antygatunkowizm
Dorota Łagodzka, autorka tekstów w „Artmixie” zaczęła niedawno pisać blog Nie-zła sztuka Z założenia jest on feministyczny i antygatunkowistyczny.
Ciekawe połączenie i warto przywołać tu wyjaśnienie gatunkowizmu i związanego z
tym reprezentowanego przez autorkę antygatunkowizmu: Gatunkowizm jest
najprościej mówiąc dyskryminacją ze względu na gatunek. Pojęcie zostało
spopularyzowane przez profesora filozofii, etyka, Petera Singera, w
książce Wyzwolenie zwierząt.
Jest ono analogiczne do seksizmu (dyskryminacji ze względu na płeć) i rasizmu
(dyskryminacji ze względu na rasę). Ta analogia została krótko acz sugestywnie
pokazana w pierwszych minutach filmu Earthlings
(Mieszkańcy ziemi),
świetnego, ale najbardziej smutnego i przerażającego dokumentu, jaki widziałam
w życiu, którego obejrzenie długo odchowywałam. Gatunkowizm polega na tym, że
jeden z gatunków ssaków - ludzie, ustala nieprzekraczalną i absolutną granicę
pomiędzy sobą a pozostałymi zwierzętami; granicę, która ma nie podlegać
dyskusji. Wytacza argumenty, że człowiek jest inteligentniejszy, że ma zdolność
mowy albo, że jako jedyny ma duszę. O duszy dyskutować nie będę, bo jest to
kwestia wiary. (Dla mnie nie ulega wątpliwości, że jeżeli człowiek ją ma, to pozostałe
zwierzęta tym bardziej!). Natomiast, co do dwóch pozostałych, czyli
inteligencji/rozumu i zdolności mowy, to gdy uświadomimy sobie, że niemowlak
lub niepełnosprawny umysłowo człowiek jest mniej inteligentny od szympansa,
świni i psa, a mimo to jest "istota wyższą" i chronią go "prawa
człowieka", podobnie zresztą jak osobę niemą, to okazuje się, że jedynym
argumentem za wyższością staje się samo bycie człowiekiem. Często kwestia
dyskryminacji zwierząt nie-ludzkich budzi uśmiech politowania, problem jest
spychany na margines dyskusji, szufladkowany jako infantylny. Jednak, ja
napisał Emil Zola los zwierząt
jest dla mnie ważniejszy niż strach przed ośmieszeniem, dlatego na tym
ogólnie dostępnym blogu będę o tym pisać, głównie chyba w odniesieniu do
sztuki, bo to "moja" dziedzina. Optymizmem napawa mnie fakt, że w
dyskursie o kulturze wypłynęło ostatnio pojęcie posthumanizmu, który mam
nadzieję, oznaczać będzie początek końca ery antropocentrycznej, zmierzanie ku
osłabieniu wszechwładnego gatunkowizmu. Ale to takie moje, brzmiące dla wielu
zapewne patetycznie, utopijne marzenia... :) To bardzo ożywcze i warte przemyślenia podejście, choć rzeczywiście traktowane jako infantylizm, naiwność czy fanaberia („jak można zajmować się zwierzątkami, kiedy głodują dzieci?” – sama słyszałam to parę razy). A swoją drogą, ciekawe, czy jest różnica między programem, o
którym pisze Dorota Łagodzka a ekofeminizmem. Podejrzewam, że tak. Sama,
chociaż byłam w partii Zielonych, oprócz może odrobiny przyzwoitości i
uratowania przed niechybną śmiercią jednego kociaka, nie bardzo w sprawach
związanych z ekologią się rozeznaję. Tym bardziej jestem ciekawa dalszych wpisów na blogu Nie-zła sztuka, a zwłaszcza wpisów na temat sztuki i zwierząt... Kiedy Dorota pisze „sztuka to suka”, od razu chciałabym jej podsunąć do interpretacji pracę „Suka” Doroty Nieznalskiej. A co ze sztuką Olega Kuliga? Ha, jeden bardzo dobry student dostał ode mnie zaocznie zaliczenie za pracę, której niestety nie napisał, a o której jedynie opowiadał – o związkach rodzinnych człowieka i zwierzęcia u Kuliga... (jeśli Pan to czyta, to bardzo proszę wreszcie mi tę pracę przesłać!) Zresztą nie chodzi tylko o sztukę, pisałam tu kiedyś o swojej fascynacji „Uciekającymi kurczakami” (bo, jak traktować sugestywne odniesienia do Holokaustu w znakomitym filmie animowanym dla dzieci?...) A na marginesie, rozczytałam się ostatnio w książce na temat
psychologii kotów. A to w związku z nowymi mieszkańcami mojego domu. Nie mogę
się powstrzymać, aby nie pokazać ich własnej działalności twórczo-sennej: Kocie serce:
I koci walet:
Dodam, że to sami chłopcy ;-) P.S. Nie komentowałam tu sprawy Ewy Majewskiej i „Obiegu”, bo trochę mnie to wszystko zażenowało. Widziałam natomiast, że czytelnicy mojego blogu są czujni i już wątek został podniesiony. Skojarzyło mi się to dlatego, że zawsze w prywatnych zdjęciach jest coś kłopotliwego (piszę to w odniesieniu do fotografii Livingston). Ta kłopotliwość jest też w tych fotkach moich kotów (w końcu to blog o sztuce, a nie o kotach...). A moje podglądanie ich przytulanek to jeszcze nie zoofilia, prawda?
wtorek, 03 listopada 2009
Cremers i fotografowanie Auschwitz
Pisałam tu kiedyś o turystyce Holokaustu. Akurat wczoraj telewizja pokazywała Listę Schindlera (przyznaję, że nie obejrzałam do końca, nie ze względu na późną porę, ale ze względu na to, że jakoś wewnętrznie zbuntowałam się przeciwko jego oglądaniu, a zresztą wcześniej też ze względu na wewnętrzny bunt nie oglądałam tego filmu, wczoraj podeszłam do niego po raz pierwszy i tylko ze względu na temat moich zainteresowań). A’propos turystyki, Janina Struk w książce Holokaust w fotografiach wskazała, że film Spielberga przyczynił się do popularności ukazanych w nim miejsc, zaczęto organizować wycieczki po Krakowie śladami Zagłady według Listy Schindlera. W jednym z przewodników kulturalnych po mieście, zwrócono uwagę bardziej na miejsca związane z filmem, aniżeli z wydarzeniami historycznymi. „Nie jest do końca jasne, – pisze Struk – gdzie fikcja miesza się z faktem. Przewodnik wymienia miejsca, gdzie filmowano pamiętne sceny: ‘Żydzi zmuszeni do odgarniania śniegu’, ‘Likwidacja getta żydowskiego’, ‘Mała dziewczynka w czerwonym palcie’ oraz ‘Oskar i Ingrid na konnej przejażdżce’. Przewodnik umacnia jeszcze złudzenie, że Spielberg odtworzył w filmie prawdziwy Holokaust”. A na marginesie, w samym filmie jest kilka scen, które jakby
są ożywieniem fotografii archiwalnych, tyle, że większość tych fotografii
robili sami naziści, jakby zbierając wojenne trofea (np. zdjęcie-scena
ukazujące nazistów obcinających Żydowi pejsy). To chyba właśnie ta perspektywa
(po części będąca perspektywą nazistów) kazała mi się zbuntować przeciwko
oglądaniu tego filmu. Jakiś czas temu na blogu, wśród prezentacji ostatniej edycji
World Press Photo, pojawiło się zdjęcie, jakby ilustrujące problem turystyki Holokaustu.
Nie wiedziałam wtedy, kto był autorem tego cyklu. W tzw. „międzyczasie” udało mi się sprawdzić te informacje. Są to zdjęcia Rogera Cremersa z 2008 roku zatytułowane Preserving Memory: Visitors at the Memorial and Museum Auschwitz-Birkenau, Poland, 30 April-4 May.
Za ten cykl ukazujący turystów robiących zdjęcia w dawnym obozie zagłady, Cremers otrzymał pierwszą nagrodę World Press Photo 2009 w kategorii „Sztuka i rozrywka”. Czy nagrodzenie tych zdjęć, świetnych zresztą, akurat w tej kategorii nie powinno budzić zdziwienia, a także czujności? Może faktycznie jest to rodzaj rozrywki – konsumpcja tego, co związane z Zagładą? Genialny wydaje się pomysły Cremersa fotografowania ludzi fotografujących były obóz Zagłady.
Akurat w sprzedaży pojawiło się wznowienie książki Susan Sontag O fotografii (choć tłumaczenie zostawia pewne wątpliwości). Wreszcie mam tę książkę, na którą polowałam dość długo (ceny na Allegro przyprawiały o zawrót głowy). Sontag pisze, że fotografie dają ludziom wyimaginowaną władzę nad przeszłością, a także pomagają oswoić obcą sobie przestrzeń. Dlatego fotografia rozwija się w parze z turystyką (jedną z najbardziej charakterystycznych rozrywek naszych czasów. Fotografie dają dowód na to, że podróż się odbyła, program wykonano i bawiono się dobrze. Turysta czując się niepewnie w jakimś otoczeniu, robi zdjęcie, aby odzyskać pewność siebie. Fotografowanie jest nie tylko rodzajem zaświadczania o przeżyciu czegoś, jest także środkiem rezygnacji z przeżyć, ponieważ człowiek ogranicza przeżycia wyłącznie do poszukiwania ładnych widoków, przekształca je w obrazy i pamiątki. Podróż staje się strategią gromadzenia zdjęć. Sama czynność ich wykonywania działa kojąco i łagodzi ogólne poczucie dezorientacji, które podróż jeszcze wzmaga. Większość turystów odczuwa przymus odgrodzenia się aparatem fotograficznym od czegoś, co jest godne uwagi, a co napotyka po drodze.
Przywołać można jeszcze słowa Artura Żmijewskiego z wywiadu, który przeprowadził z nim Rafał Jakubowicz: Byłem kiedyś jako opiekun z grupą nastoletnich chłopców na wycieczce w Oświęcimiu. Jako, że nie miałem wśród nich żadnego posłuchu, potraktowali Auschwitz we właściwy sobie sposób: ganiali się po korytarzach bloków, śmiali się, bawili, hałasowali. To straszne, przygnębiające miejsce przestawało być takie straszne. Te dzieciaki miały moc transformowania miejsca, odbierały mu upiorność. Również wtedy widziałem w komorze gazowej wycieczkę młodzieży z Izraela. Trzy dziewczyny stanęły na środku betonowej podłogi, uśmiechnęły się, a czwarta zrobiła im zdjęcie idiotkamerą. Ach, co za ulga! - pomyślałem przyglądając się tej scenie.
piątek, 16 października 2009
Nowy artmix
Wreszcie jest nowy, 22 numer "artmixa". Tytułem przewodnim jest: Inna twórczość kobiet- inne tematy, inne spojrzenia. Oto spis treści: Dorota Głowacka, Świadkowie wbrew sobie. Strategie pamięci Holokaustu w twórczości plastycznej kobiet „drugiego pokolenia" Anna Nacher, Codzienna odrobina subwersji, czyli telewizyjne gry z płcią Maria Natalia Kistowska, Natalia Gonczarowa - szara eminencja rosyjskiej awangardy XX wieku Ewa Majewska, Ponowoczesna kontrola w społeczeństwie obrazu. Na marginesie wystawy Jacqueline Livingston Dorota Łagodzka, Gołe baby i patriarchat, czyli co rysunki Ani Kopaczewskiej mówią o prostytucji Wojciech Szot, Odszukiwanie szaf Teksty dotyczą przeróżnych problemów, pozwalają spojrzeć na kulturę w nieco inny sposób, pytają o przełamywanie granic między sztuką a historią, sztuką a kulturą popularną, sztuką wysoką a sztuką niską, sztuką a pornografią, itp. Załączam tu niezwykłe prace Anny Kopaczewskiej, o których pisze Dorota Łagodzka, a które przywołują stylistyką tzw. "seksolotki" i dotyczą ważnego problemu prostytucji Polek na Zachodzie (wpisują się także w opisywany przez Agatę Araszkiewicz, a także na tym blogu problem "kobiet do zjedzenia"). Te prace prezentowane są aktualnie w Galerii Wozownia w Toruniu. ![]() ![]()
wtorek, 13 października 2009
Sanja Iveković w Polsce
Już niebawem łódzkie Muzeum Sztuki otwiera wystawę chorwackiej artystki Sanji Iveković Trening czyni mistrza (od 17 października). Będzie jej towarzyszył projekt Dom kobiet (Okulary) eksponowany w przestrzeni publicznej Łodzi, Krakowa i Warszawy. Ten przygotowany wspólnie z Federacją na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny projekt odnosi się do problemu nielegalnej aborcji w Polsce. Ja chcę przypomnieć tutaj starsze prace Sanji Iveković, ukazujące
zderzenie między komunistyczną kulturą byłej Jugosławii a kulturą konsumpcyjną,
wskazujące też, według mnie, na ambiwalentny problem piękna. Artystka zasłynęła chyba najbardziej swoją akcją Triangle,
która odbywała się 10 maja 1979 roku w czasie wizyty Josipa Broza-Tito w
Zagrzebiu.
Podczas tej uroczystości podjęto nadzwyczajne środki ostrożności, policja i tajne służby zostały zmobilizowane do zapewnienia prezydentowi środków bezpieczeństwa. Artystka pojawiła się na balkonie swego mieszkania, który wychodził na główną ulicę miasta, gdzie miał miejsce przejazd prezydenta. Była jednak niewidoczna dla ludzi na dole, gdyż oddzielała ją od przestrzeni zewnętrznej cementowa balustrada. Iveković siedziała na ławce, popijała whisky, paliła papierosy, czytała książkę oraz wykonywała ruchy sugerujące masturbację. Jej obecność została zauważona przez agenta tajnych służb znajdującego się na dachu sąsiedniego budynku, który uzbrojony w lornetkę, miał zapewne kontrolować sytuację. Po 18 minutach, do jej mieszkania wtargnęli umundurowani policjanci z żądaniem usunięcia z balkonu wszystkich osób i przedmiotów. Artystka ujawniła, że mimo względnej wolności panującej w ówczesnej Jugosławii, wszyscy byli szczegółowo obserwowani, ich prywatność zaś była ograniczona. Najbardziej wywrotowy okazał się seks, jak napisał Piotr Piotrowski: „Akt masturbacji dokonywany w trakcie politycznego spektaklu, a więc akt manifestacji kobiecej seksualności w sytuacji, gdy ciało ‘powinno’ zostać poddane ogólnej dyscyplinie zachowań politycznych, w jaskrawy sposób naruszył system ról, jaki reżim wyznaczył swym obywatelom i obywatelkom. W dodatku przerwanie przez policję masturbacji dokonywanej w na wpół prywatnej i – jednocześnie – na wpół publicznej przestrzeni ujawniło fakt, że granica ta nie istnieje. System jest totalny, gdyż wyznacza rolę ciała (w tym wypadku kobiety) zarówno w jednej, jak i w drugiej przestrzeni”. Obszar wolności, nawet w krajach względnie liberalnych, był więc pozorny, kobieca aktywność seksualna była nie na miejscu, jeśli nie wpisywała się w ustalone reguły i potrzeby. Sanja Iveković podejmowała też problem piękna kształtowanego
przez kulturę konsumpcyjną. W latach siedemdziesiątych tworzyła prace odnoszące
się do „reżimu piękna”. To między innymi: Double life (1975), gdzie zestawione
zostały zdjęcia z zachodnich reklam z prywatnymi fotografiami artystki, zdjęcia
te zostały dobrane pod kątem podobieństwa póz.
Podobne działanie miało miejsce
w Tragedy
of Venus (1975), gdzie punktem odniesienia były fotografie Marilyn
Monroe, z którymi artystka zestawiła swoje zdjęcia w podobnych sytuacjach.
W
grze artystki z wizerunkami z reklam oraz wizerunkami „bogini seksu” jest coś
wspólnego z późniejszymi z działaniami Cindy Sherman odwzorowującymi pozy
kobiet z filmów klasy B w serii Untitled
Film Stills. W jednym, i drugim kobiecość jawi się jako gra, naśladowanie
kształtowanych przez kulturę póz, zachowań, mimiki, wyrazów twarzy.
Z kolei w pracy Paper Woman (1976-77) twarze pięknych
kobiet z magazynów ilustrowanych zostały zniszczone, zaprezentowane w taki sposób, aby było widać, że są one właśnie papierowe.
Interesująca
jest też praca wideo Make up, make down
ukazująca jedynie dekolt i ręce artystki w trakcie wykonywania makijażu.
W jej rękach pojawiają się poszczególne kosmetyki: korektor, pomadka, ołówek, tusz do rzęs, wszystkie mające falliczne kształty. Przedmioty te traktowane są w sposób pieszczotliwy, zaś ich zbliżanie do ciała artystki sugeruje sprawianie sobie przy ich użyciu przyjemności, która może kojarzyć się również z satysfakcją erotyczną. Można z tej pracy odczytać przekaz, że sprawianie sobie pięknego wizerunku łączy się z przyjemnością czy, bardziej ogólnie, że kultura konsumpcyjna sprawia przyjemność. Oczywiście, warto pamiętać o uwadze Zygmunta Baumana: „System kapitalistyczny w swej fazie konsumenckiej nie tylko nie tłumi ludzkiego dążenia do przyjemności, ale we własnym interesie jeszcze je wzmaga, widząc w nim warunek własnego przetrwania”. Czy można jednak tę przyjemność zanegować, kiedy żyło się w kulturze, która ją reglamentowała, mocno, lub częściowo, ograniczała, wyznaczała dla niej ścisłe reguły? Wszystkie te prace podejmowały problem wzorowania swego
prywatnego życia na schematach kultury konsumpcyjnej, upowszechnianych przez
magazyny ilustrowane, filmy i mass media. Te magazyny pojawiały się w czasach
komunizmu w krajach względnie liberalnych, takich jak Jugosławia. Warto zastanowić
się, czy artystce chodziło tylko o krytykę zachodnich wzorców, według których
kobieta, żeby zaistnieć w kulturze, musi przybrać pewną maskę, spełnić
określone wymogi tej kultury: być młoda, atrakcyjna, szczupła, wcielać się w
rolę kusicielki i przedmiotu pożądania.
A może w gruncie rzeczy te prace
pokazują coś jeszcze, jak bardzo wzorce zachodnie dotyczące atrakcyjnego
wyglądu były w tamtym czasie pożądane przez kobiety i jak trudno było im
sprostać. Jak silna była potrzeba odwzorowywania zachodnich wzorców (w gruncie
rzeczy wiele z prac Iveković bazuje właśnie na odwzorowywaniu, naśladowaniu
oraz na ukazaniu przepaści pomiędzy wzorem a jego repliką), jednak nigdy
niemożliwa do spełnienia. Bo nawet odpowiednie „zrobienie się” na bóstwo nie
gwarantowało sukcesu: bycia pożądaną, sławną, bycia niczym gwiazda z
luksusowego pisma. Artystka kieruje swą agresję przeciwko tym wizerunkom (Paper Woman), ale do końca nie wiadomo,
czy te wizerunki budziły jej złość, dlatego, że przedstawiały ujednolicony
ideał kobiecej urody czy dlatego, że niemożliwe było sprostanie im, zaś ta
niemożność w tym systemie była dużo większa niż w systemie kapitalistycznym...
Przekaz, jaki możemy wyczytać z tekstów kultury popularnej, w tym przypadku z
prasy dla kobiet, że ukazane kobiety są jakby innej, lepszej kategorii, mają
mniej problemów i wiodą lepsze życie, w gruncie rzeczy w systemie
komunistycznym był jakby bardziej prawdziwy, mógł być traktowany bardziej
dosłownie. Rozdźwięk między luksusem z kolorowych czasopism dla kobiet a
zwyczajnym życiem najbardziej ukazywała praca Iveković Double life. I mimo sztuczności wizerunków z prasy kobiecej, wciąż
bardziej przyciągają one spojrzenie, wydają się ciekawsze i bardziej
atrakcyjne. Może zresztą właśnie dlatego, Iveković, aby mówić o polskim „piekle kobiet” używa również wizerunków z prasy kobiecej, bo te najbardziej przyciągają spojrzenie, zaś czarne okulary, które pojawiają się na tych wizerunkach wskazują na tajemnice, w tym przypadku – bolesne i wstydliwe. Piękne wizerunki są wiec tylko pozorem, pod nimi skrywa się dramatyczna prawda, dla której wciąż brakuje reprezentacji w sferze publicznej.
piątek, 09 października 2009
Opowieści o chasydkach - zapraszam na spotkanie z Anką Grupińską
Czy kobiety chasydzkie są nieszczęśliwe? Dlaczego nauczyły się okłamywać same siebie? Dlaczego kąpiel w mykwie poniża kobiety? Czy kobieta może być rabinem? Dlaczego tradycyjna chasydka, zamiast "mój mąż" mówi "mój pan"? Jeśli interesują Was odpowiedzi na te pytania, zapraszam serdecznie na spotkanie, które poprowadzę, z Anką Grupińską, autorką książki "Najtrudniej jest spotkać Lilit. Opowieści chasydzkich kobiet", które odbędzie się 12.10.2009, o godz. 18 w Poznaniu w Księgarni Bookarest w Starym Browarze. ![]() "Najtrudniej jest spotkać Lilit, książka Anki Grupińskiej to reporterska próba opisania świata chasydek, najbardziej ortodoksyjnych spośród religijnych Żydówek izraelskich. Kobiety te, żyjąc w świecie szczelnie zamkniętym przez tradycję i mężczyzn, kształcone tak, by wiedziały, że wiedzieć nic muszą, wypełniają swój los według od wieków obowiązującego schematu. Dokonując jednak indywidualnych wyborów w obrębie wytyczonych im granic, wiodą własne życie. Ich codzienność, a także opowieści o polskich, ukraińskich, rumuńskich czy węgierskich dworach chasydzkich wpisane są tu w izraelską współczesność lat 90. i pierwszych lat wieku XXI. Grupińska wraca po 10 latach do swoich rozmówczyń i obserwuje zmiany, które zaszły w ich świecie. Tekst reporterski wzbogacony jest licznymi objaśnieniami, tablicami drzew genealogicznych dynastii chasydzkich i zdjęciami. Jest to trzecie wydanie książki, której pierwsze i drugie wydanie (1999) znalazło się na kilku listach książek bestsellerowych. Wydanie trzecie jest poprawione, uzupełnione i rozszerzone o nowe rozdziały wzbogacone o spotkania z bohaterkami książki w 2007 roku". Więcej: "Czas Kultury"
czwartek, 01 października 2009
Polański i hipokryzja
Ostatnio czuję się, jakbym zapadała w sen zimowy. Jakoś nic mnie nie wzrusza, ani nie drażni. Taki letarg. Ale właśnie obudził mnie znakomity komentarz Agnieszki Kaim na stronach Indeksu w sprawie afery związanej z Romanem Polańskim. Pozwalam sobie przytoczyć obszerne fragmenty tekstu Agnieszki, bo całkowicie się z nią zgadzam. Brakowało mi jak dotąd takiego głosu rozsądku w całej tej wrzawie wokół Polańskiego, użalania się nad nim, popierania go, protestowania przeciwko jego ekstradycji. Agnieszka pisze m.in.: Ze zdziwieniem zauważyłam,
że solidarność środowiska artystycznego, która jest niemożliwa lub niezmiernie
trudna do osiągnięcia, kiedy ma miejsce cenzura, tak szybko potrafi zaistnieć w
przypadku przemocy seksualnej. W dalszej części tekstu, odwołując się do listu otwartego Stowarzyszenia Filmowców Polskich w obronie Romana Polańskiego, przypomina ona sprawę fotografki Jacqueline Livingston: Trudno też przyjąć
opinię, że były to „wydarzenia
rozgrywające się w innej kulturze społecznej i obyczajowej”, nie jest
przecież tak, że prawo zadziałało tu wstecz – współżycie z dzieckiem było i
jest przestępstwem w Stanach Zjednoczonych. Był to rok 1977. Chciałabym tu
przypomnieć sprawę, o której pisała
Ewa Majewska na łamach portalu Indeksu 73: „W 1978 roku fotografka
Jacqueline Livingston została zwolniona z pracy na uniwersytecie w Cornell po
otwarciu wystawy, na której znalazły się zdjęcia jej masturbującego się
7-letniego syna. Firma Kodak zarekwirowała część negatywów z jej zdjęciami, a
czasopisma MS. Magazine, Art News i inne odmówiły publikacji reklam jej prac. Livingston
stała się przedmiotem dochodzenia służb socjalnych w kwestii zasadności
posiadania przez nią praw rodzicielskich.” O jakiej zatem innej kulturze tu
mówimy? Te dwa przypadki dzieli zaledwie rok. Co ciekawe, zdjęcia Livingston
nadal uważane są za kontrowersyjne, a tegorocznej wystawie jej prac w Pałacu
Opatów w Gdańsku towarzyszyły podsycające atmosferę skandalu artykuły w
lokalnych mediach. Tekst kończy stwierdzenie: Nie chodzi jednak
tylko o to, co wydarzyło się wiele lat temu. Chodzi także o to, co ludzie
uważani za autorytety, mają do przekazania dzieciom tu i teraz. Chodzi o
kształt debaty publicznej i o etykę autorytetów polskiej kultury. Przemoc seksualna to poważny problem, a
przekaz jaki obecnie płynie z mediów do ofiar takiej przemocy, mówi: jeśli
jesteś ofiarą gwałtu, siedź cicho, bo to twoja wina, to ciebie oskarżą o
sprowokowanie sprawcy i jeszcze bardziej poniżą. Rzeczywiście przeraża taka kompletna dezynwoltura, z jaką obrońcy Polańskiego podchodzą do ofiary, obrażając ją, oskarżając, obwiniając, jakby nie bacząc zupełnie na to, że dają swoimi słowami przyzwolenie na przemoc wobec dzieci. Tak, 13-latka to zdecydowanie jeszcze dziecko i nawet jej najgłupsze zachowanie nie może być żadnym usprawiedliwieniem dla sprawcy. Myślę, że Agnieszka Kaim znakomicie wychwyciła hipokryzję obrońców Polańskiego. Jest w tej sprawie jeszcze coś, co mnie zastanawia: mylenie sztuki z rzeczywistością, utożsamianie ich ze sobą. Tak, Polański jest znakomitym reżyserem, trudno nie poddać się magii jego filmów. Tylko, czy to, że jest wielkim twórcą ma usprawiedliwiać jego czyny, albo wręcz, czy w jakikolwiek sposób ma oddziaływać na jego ocenę moralną?
piątek, 25 września 2009
Kontrowersje wokół Kongresu
The Krasnals opublikowali w komentarzu na moim blogu swój protest na list otwarty przeciwko komeracjalizacji sztuki. Ten list z kolei został podpisany przez uczestników Kongresu Kultury, zaniepokojonych faktem, że kultura może zostać sprowadzona do towaru: „Komercjalizacja instytucji kultury i mediów publicznych uniemożliwia długofalowe planowanie działalności oraz uzależnia je od doraźnego zapotrzebowania ze strony rynku”. List w całości można przeczytać na stronach Krytyki Politycznej. Trudno byłoby mi się z tym listem nie zgodzić. Także uważam, że kultura nie może być traktowana jako towar, jest wartością niewymierną, ważną w kontekście edukacji, uczenia krytycznego myślenia oraz postaw społeczeństwa obywatelskiego. Ale sprawa jest dużo bardziej wieloznaczna, jak cały ten Kongres Kultury. Jego program utwierdził mnie w przekonaniu, że w Polsce panuje konserwatywno (pod względem wartości) - neoliberalne (pod względem gospodarczym) nastawienie do kultury. Nie podobało mi się też, że ten program został bardzo mocno zideologizowany w sensie religijnym. Poza tym zabrakło mi w programie kwestii najbardziej newralgicznych, choćby takich jak kwestia wolności wypowiedzi, rozbijanie władzy silnych ośrodków kultury, wspieranie inicjatyw oddolnych, wskazanie na wagę kultury w demokracji, znaczenie kultury w uczeniu się różnic, itd. Wydaje mi się, że Kongres nie był zbyt dobrze przygotowany. Z praktyki w innych krajach europejskich wiem, że przygotowując ważne wydarzenia kulturalne powołuje się zespoły ekspertów, które najpierw przez dłuższy czas zastanawiają się, jakie kwestie są tymi najbardziej newralgicznymi, a dopiero później buduje się program. Oczywiście nie jestem tego pewna na 100%, ale wydaje mi się, że tutaj takiego sensownego przygotowania zabrakło. I dlatego nie chciałam brać w tym Kongresie udziału. Uznałam, że ten udział byłby czymś dwuznacznym. Podobnie dwuznaczny jest wspomniany list uczestników Kongresu przeciwko komercjalizacji sztuki, co nie znaczy jednak, że neguję tezy tego listu. The Krasnals chodzi chyba o coś zupełnie innego. Uważają oni, że list podpisały osoby, które korzystając z państwowych pieniędzy, wprowadziły swoisty monopol w sferze kultury. Uważam, że jest to oskarżenie rzucone na wyrost. Nie tyle jest to monopol, ile silna pozycja osób związanych z niektórymi instytucjami, mocne „pole sztuki”, co jednak nie znaczy, że tylko oni mają możliwość wypowiedzi (a więc nie ma w gruncie rzeczy żadnego monopolu). Zawsze silne pola były krytykowane i atakowane i jest to dobry i zdrowy objaw. Należy je krytykować, tylko głupio tą krytyką wyrażać dążenie do innej monopolizacji. Bo do niej przyczynia się jeszcze bardziej komercjalizacja. Kultura sprowadzona do komercji zostaje zubożona, poddana dyktatowi rynku. To, co jest zbyt radykalne, zbyt krytyczne wobec systemu, jest od razu przez ten system usuwane na zasadzie reguł rynkowych (takiej sztuki nie można dobrze sprzedać, dobrze wypromować, niechętnie pokazuje się takie prace, pewnych artystów nie wpuszcza się do mainstreamowych galerii, nie zaprasza do udziału w prestiżowych wystawach). Jak mówił nieżyjący już Zbigniew Dłubak, „Zawsze jest jakaś cenzura. Nie taka policyjna, tylko taka ‘kto płaci, ten wymaga’”. Rynek nie sprzyja większej wolności artystycznej, jak sądzą niektórzy. Wręcz przeciwnie. W tym przypadku ujawnia się cała dwuznaczność systemu neoliberalnego, który obiecuje wyzwolenie z ograniczeń obyczajowych, w zamian jednak nakłada inne ograniczenie: odbiorca sztuki zmienia się w użytecznego konsumenta. Sztuka staje się towarem, a także odgrywa znaczącą rolę w systemie konsumpcyjnym stymulującym nas przede wszystkim do odczuwania przyjemności. Grozi to tym, że również sztukę zaczniemy traktować przede wszystkim jako coś, co ma dawać nam przyjemność. Ludzie nie chcą patrzeć na brzydotę, oglądać tego, co związane jest ze starością, niepełnosprawnością chorobą, śmiercią – mówią niekiedy moi studenci, nie mogąc zrozumieć, po co w ogóle powstawały te wszystkie prace z obszaru sztuki krytycznej. Tym samym pewna problematyka umyka już naszej uwadze – kwestie uznane za nieprzyjemne, niewygodne, trudne. Ponadto, rynek wpływa na rosnącą elitarność sztuki (choćby przez to, że mówi się o cenach dzieł sztuki, co sugeruje, że sztuka jest tylko dla wąskiego grona ludzi bogatych). Jest to wiec tendencja antydemokratyczna. Gdy zachłyśniemy się możliwościami rynku, możemy przeoczyć moment, kiedy wszystkie reguły dotyczące sztuki i świata artystycznego będą dyktowane właśnie przez rynek. Dominacja rynku sztuki może spowodować, że zapomnimy o kwestii edukacji przez sztukę i edukacji do sztuki, o podnoszeniu świadomości, wywoływaniu publicznych dyskusji (łącznie z uczeniem sporów). Bo, gdy rządzi rynek, sztuka przestaje być publiczna (dla wszystkich), a staje się prywatna (dla wybranych). Reasumując, należy zapytać raczej
o alternatywę, o trzecią drogę, o to, jak uchronić kulturę przed
komercjalizacją, ale również, jak ją zdemokratyzować (o co, jak sądzę, chodziło
w tym proteście The Krasnals). Jedno bez drugiego nie ma sensu.
czwartek, 17 września 2009
Siła cyborgów
Od czasu do czasu ujawnia się na moim blogu komentator, który nienawidzi, gdy piszę o cyborgach. Wszystko mu się nie podoba. Nie twierdzę, że jestem znawczynią tematu, ale wydaje mi się to dość zabawne, że do tematu cyborgów ktoś może podchodzić tak bardzo... dogmatycznie. Bo czy cyborgi mogą być dogmatyczne? Dogmatyzm wydaje się sprzeczny z ich naturą. Jakiś czas temu ukazała się książka Magdaleny Radkowskiej-Walkowicz Od Golema do Terminatora. Wizerunki sztucznego człowieka w kulturze o micie sztucznego człowieka w literaturze, filmach, podaniach. Książka ważna i potrzebna na gruncie polskim, bo temat jest rzeczywiście mało poruszany i rozpoznany. Ale tym razem ja czuję się jak mój komentator, bo książka zostawiła we mnie dość duży niedosyt, zwłaszcza, że wcześniejsze artykuły Radkowskiej są świetne. Otóż, podstawowe pytanie, które towarzyszy rozważaniom zawartym w tej książce dotyczy tożsamości człowieka. I od razu można się czepiać, bo czy my wszystko musimy odnosić do nas samych? Radkowska-Walkowicz wskazuje, że człowiek sięga po figurę sztucznego człowieka, chcąc dotrzeć do istoty człowieczeństwa, określić to, co w człowieczeństwie jest nieredukowalne. To właśnie z tego, według autorki, wynika popularność motywu sztucznego człowieka w kulturze. Definiując go, mówimy, kim my nie jesteśmy. „Sztuczny człowiek – nawet ten bez metalowej powłoki – jest więc lustrem, w którym przegląda się nasze człowieczeństwo”. Można jednak polemizować z autorką, czy faktycznie najważniejsze dla podań, powieści i opowiadań o cyborgach jest znalezienie definicji człowieka, oddzielającej nas od sztucznych ludzi, czy najważniejsze jest poszukiwanie różnic czy może raczej należałoby szukać podobieństw... Teoretycy współczesności właśnie w przekraczaniu, a wręcz likwidacji granic, poszukiwaniu obszarów „pomiędzy”, otwieraniu się na wieloznaczność i hybrydyczność, widzą szansę przekroczenia logo-, euro- i fallogocentrycznego dyskursu zakładającego wyższość człowieka i jego zachodnio-europejskiej kultury oraz skupiającego się właśnie na ustanawianiu granic. Tymczasem poddanie ich w wątpliwość, a nawet ich zniesienie daje szansę otwarcia się na skolonizowane obszary inności. W tym tkwi polityczna siła figury cyborga, która przez autorkę została niemal pominięta. Jak pisała Donna Haraway w słynnym Manifeście Cyborgów: „wszyscy jesteśmy chimerami, wymyślonymi i sfabrykowanymi hybrydami maszyny i organizmu, słowem, jesteśmy cyborgami. Cyborg jest naszą ontologią, wytwarza naszą politykę”. Według Haraway cyborg uwypukla istniejące już obecnie szczeliny pomiędzy niegdyś nienaruszalnymi granicami: rozmycie linii dzielącej człowieka od innych żywych istot, a także pomiędzy zwierzęco-ludzkim organizmem a maszyną. Ten mit o Cyborgu mówi więc o przekraczaniu granic, stara się, według Haraway, przeciwstawić nasilającemu się na całym świecie wzrostowi władzy oraz ułatwić walkę o inne formy władzy i przyjemności w społeczeństwach, gdzie technologia określa życie. Haraway wskazała na rozmycie granic między „naturalnym” a „sztucznym”, „ludzkim” a „nieludzkim”, a zarazem pokazała, że dotychczasowe próby zdefiniowania człowieczeństwa są raczej iluzją naszej kultury.
Stellarc Czyż my sami nie jesteśmy coraz bardziej zcyborgizowani? Wszczepiane w ciało endoprotezy, rozruszniki serca, śruby noszone w kościach po ich złamaniach, sztuczne zęby, szkła kontaktowe czy sztuczne substancje, które serwujemy naszym ciałom, jak np. antybiotyki, czynią nasze ciała coraz mniej „naturalne”. Pomysły na wszczepianie w ciało chipów, minimalizacja urządzeń elektronicznych, które wnikają coraz bardziej w nasze ciała (jak choćby popularne słuchawki telefonów komórkowych noszone głównie przez kierowców) sprawiają, że granica między ludzkim ciałem a maszyną staje się coraz mniej czytelna. Ludzie egzystują coraz bardziej bezcieleśnie, coraz modniejsze stają się wirtualne społeczności (jeśli nie ma cię na facebooku, nie istniejesz, choć to jednak dość nudna rozrywka ;-)
Mariko Mori Samo pojęcie „natury” wydaje się nie mieć już znaczenia,
wszak nie istnieje nieskażona „natura”, nieskażony „naturalny wygląd”, zaś to,
co myślimy o naturze jest w gruncie rzeczy, jak udowodniła Judith Butler,
jedynie kulturową interpretacją natury. Czy ma więc sens argumentować na rzecz różnic pomiędzy
człowiekiem a androidem, jakby na siłę poszukiwać definicji „człowieczeństwa”? Bo
może jest tak, że te próby wynikają z naszego strachu przed naszą coraz
bardziej cyborgiczną naturą? (Hm, ktoś nawet się na mnie obraził za to, że
mówiłam, iż stajemy się cyborgami, nie jest jednak ten pogląd tak łatwo
przyjmowany.) Jak stwierdza sama Radkowska-Walkowicz: „Wraz z obcym do uporządkowanej
przestrzeni przedostaje się groźba chaosu. Boimy się, że otworzy się przed nami
świat, którego reguł nie znamy”. Ale, czy rzeczywiście może chodzić o to, że
androidy, jak ostrzegają twórcy science-fiction,
niosą zagrożenie dla ludzkości? Czy raczej o to, że gdy brak ściśle
wyznaczonych granic, będziemy zmuszeni, by wciąż na nowo definiować siebie,
każdą sytuację rozpatrywać jednostkowo, zamiast używać utartych schematów
myślowych? A więc być może, paradoksalnie, staniemy się dzięki temu bardziej ludzcy
(„Myślę, więc jestem”), zamiast jak automaty odtwarzać utarte wzorce kulturowe? To przekraczanie granic, otwarcie na związki ze światem
maszyn i zwierząt, wydaje się czymś najbardziej inspirującym, a zarazem
krytycznym względem wciąż jeszcze ujawniających się założeń oświeceniowej
filozofii (śmiem twierdzić, że dominująca pozycja, którą zajmuje człowiek w
rozważaniach Radkowskiej-Walkiewicz, jest również bliska tejże filozofii). A
przecież, jak pisała Claudia Springer w książce Electronic Eros. Bodies and Desire in the Postindustrial Age: Kiedy granica między ludzkim i sztucznym upadnie, wszystkie inne dualizmy również ulegną rozproszeniu, a ich obie części staną się nierozróżnialne, usuwając człowieka z unikatowej i uprzywilejowanej pozycji, którą zajmował w filozofii oświeceniowej. Faktycznie, granice ulegające transgresji są zasadniczą cechą postmodernizmu, a cyborg jest ostateczną transgresją granicy (za: Monika Bakke, Ciało otwarte, s. 155). ![]() Orlan I czy w kulturowych wyobrażeniach na temat cyborgów właśnie ta transgresja granic nie wydaje się najbardziej pociągająca? Książka inspiruje do przemyśleń, ale zabrakło mi w niej
podkreślenia tej transgresywnej siły cyborga.
środa, 16 września 2009
Warsztaty "Sztuka i cenzura" - zapraszam!
Zapraszamy do udziału w kursach Laboratorium Indeksu 73,
które odbywają się w Warszawie, Poznaniu i Gdańsku oraz w przestrzeni
wirtualnej. Zajęcia mają na celu wypracowanie i upowszechnienie nowych metod
badawczych i edukacyjnych promujących wolność twórczą, wolną kulturę oraz
nowoczesne metody uczestnictwa w kulturze. |