Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

Słowacki napiętnowany

izakow2


 

„Jak to zobaczyłem – od razu przypomniała mi się Naomi Klein i ‘No Logo’" - napisał mój znajomy Rafał Malarski, wysyłając tę fotkę.


Teatr Słowackiego w Krakowie noszący logo IBM.


To logo jest jak tatuaż, piętno, numer obozowy...


No właśnie. A mi przypomniał się fragment rozmowy, którą przeprowadziłam z Arturem Żmijewskim do książki „Niebezpieczne związki sztuki z ciałem” (Ludziom, którzy czytali ten wywiad wydawało się, że ze Żmijem rozmawia się ciężko, a to nieprawda. Jest świetnym dyskutantem!).


Artur mówił tak:


„Niesamowite jest to, że uczestniczymy w dystrybucji towarów skądkolwiek by nie pochodziły. Nie ma radykalnego odrzucenia źródła ich pochodzenia. Zaplątani w cyrkulację towarów, zaplątani w zależność od nich, używamy ich choćby były przyprószone nieprzyjemnie pachnącym brudkiem. Żyjemy w świecie, gdzie nie można praktykować czystości. To świat poszukiwania usprawiedliwień, werdykty ostateczne, skrajne, łamią się przed natłokiem usprawiedliwień. Wracając do IBM, to udowodniono podobno, że amerykańscy przedstawiciele firmy czuwali w Rzeszy nad sprawnym działaniem urządzeń oraz instruowali pracowników, którzy je obsługiwali. Doskonale zdawali sobie sprawę z celów, dla których zakupiono maszyny. Modyfikowali nawet system, aby lepiej spełniał wymogi celu. Wygląda to tak, jakby dokładali drew do ogniska, jakby nakręcali wielką, makabryczną hecę. Czy my oglądając w TV ofiary działań wojennych, nie mamy wypieków na twarzy? Uczestniczymy przecież w prawdziwym spektaklu. Czy nie jest tak, że chcemy w nim uczestniczyć, że pragniemy w nim uczestniczyć?”

Łowżył: wróżki, anioły i cyborgi

izakow2

Dostałam właśnie od Ewy Łowżył jej fotografię z cyklu „Loch Ness”.



 

Byłam u niej w grudniu ubiegłego roku, gdy pozowałam jej jako anioł. To była zresztą świetna akcja. Po Marszu Równości i wszystkich awanturach, które przetoczyły się przez Poznań, Ewa postanowiła wnieść w to smutne miasto coś pozytywnego. I tak, przed Gwiazdką, na jednej z kamienic Starego Rynku wyświetlana była projekcja poznaniaków jako aniołów. Byli tam ludzie starsi i dzieci, geje, czarni, tzw. karki, urzędnicy, radni, organizatorzy Marszu Równości, artyści, sprzątaczki itp., itd. Ta akcja mówiła o różnorodności i potrzebie jej akceptacji. A także o potrzebie zwyczajnego dobra.


Akurat wczoraj oglądałam „Czekoladę” (Chocolat, Lasse Hallström,2000). Poproszono mnie o poprowadzenie dyskusji na temat tego filmu na uniwersytecie każdego wieku, co ma być wstępem przed jutrzejszym wykładem Magdaleny Środy.


„Czekolada” to w zasadzie film w konwencji bajki. Jest dobra wróżka – Vianne Rocher (Juliette Binoche), która uzdrawia chore dusze. Jest i książę (Johny Depp), który jest wędrowcem na łodzi i który w końcu wybawi wróżkę od samotności. Jest dobra czarownica, którą łączy z wnukiem zamiłowanie do okropności i obrzydliwości. Jest też zły człowiek – burmistrz miasta, który jest moralistą i pisze kazania dla miejscowego proboszcza. Burmistrz jest chory na smutek, odmawia sobie wszelkich przyjemności i odmawia ich też innym. Poza tym tępi ateistów i bezbożników. Jest też hipokrytą, próbującym uratować małżeństwo człowieka, który znęcał się nad swą żoną i tej kobiety, której pomogła wyzwolić się Vianne. Oczywiście wszystko dobrze się kończy, bo to bajka, ale mądra bajka o potrzebie akceptacji inności i tolerancji. Pomyślałam, że ten film obowiązkowo powinni oglądać nasi polscy moraliści, może też by im pomógł wyzdrowieć...


W każdym razie Vianne leczyła ludzi w swoim miasteczku czekoladą, a Ewa próbowała leczyć sztuką.



to ja jako anioł

Ale miało być o fotografii z cyklu „Loch Ness”. Tę fotografię wciąż mam w głowie. Tak jest z niektórymi obrazami, zdjęciami, że dosłownie są w stanie wryć się w pamięć.


Tak jest i z tym zdjęciem – dziecka-cyborga, dziewczynki – lalki, spoglądające na widza „z ukosa” –swymi niesamowitymi (szklanymi?) oczami.


Kiedy czasami na wykładach mówię słuchaczom, że wszyscy po trosze jesteśmy cyborgami, z początku widać w ich oczach zdziwienie. Ale kiedy zaczynamy się zastanawiać, jak delikatna jest granica, która dzieli świat realny od wirtualnego, jak bardzo te światy wzajemnie na siebie wpływają, jak się przenikają i jak bardzo „realne” może być przebywanie w świecie wirtualnym, wtedy bardziej zrozumiałe staje się, że nasza kondycja jest kondycją cyborgów. A poza tym, czy nasze ciała są ciałami „naturalnymi”? Ilu z nas używa szkieł kontaktowych, aparatów słuchowych, rozruszników serca, protez itp.? Czy coś takiego jak „ciało naturalne” w ogóle istnieje, jeśli „natura” jest w zasadzie jedynie konstrukcją kulturową?


Można by te pytanie ciągnąć w nieskończoność, tymczasem proponuję popatrzeć na to niesamowite zdjęcie Ewy Łowżył. Powinnam jeszcze napisać o „EXistanZ” Davida Cronenberga, ale to może przy okazji innej pracy Ewy.


Zresztą „Loch Ness” będzie wystawiane za jakiś czas w Warszawie, w galerii Melon, pod koniec czerwca.

Sherman: wymioty

izakow2

Hipokryzja, przewrażliwienie na własnym punkcie, brak dystansu do siebie, nieumiejętność żartowania na swój temat – mam wrażenie, że to wszystko jest dość charakterystyczne dla Polaków. Wyszło to też wczoraj na dyskusji o czeskiej wystawie w BWA we Wrocławiu. Towarzystwo „z pretensjami” miało chyba jakieś kompleksy, bo zaczęło się pienić, kiedy wyszło na to, że ci Czesi to może jednak bardziej rozumieją kwestie „obywatelskie” i demokracja też u nich dalej posunięta... Stąd też i pewne rzeczy w sztuce bardziej swobodnie traktowane...


Katarzyna Kozyra, w dość kontrowersyjnym filmie „Skandalistka Kasia K.”, mówiła kiedyś o tej naszej zaściankowości: „Rzygać mi się chce, jak to widzę. Wiesz, rzygać mi się chce”.


No właśnie rzecz ma być dzisiaj o wymiotach!


Pewien konserwatywny historyk sztuki pracujący na UAM w Poznaniu bardzo zdenerwował się kiedyś tekstem, który napisałam o „Irreligii”. Bo przecież ta sztuka obraża uczucia religijne, a właściwie to nie jest w ogóle sztuka. Napisał więc w „Czasie Kultury”, że moja postawa jest płytka, że się nie znam itp., a także, iż jestem zwolenniczką sztuki "womitalno-genitalnej". Dziwna ta nazwa, prawda? Taka „naukowa”... W końcu mógł napisać po prostu: "sztuki rzygawiczno-pornograficznej".


Ale, co tu ukrywać! Jacek K. nie obraził mnie tym określeniem. Wręcz przeciwnie, cieszę się, że tak precyzyjnie określił moje zainteresowania.


Jedna z najbardziej twórczych i odkrywczych myśli we współczesnej humanistyce to według mnie teoria „abiektu” Julii Kristevej. Abiekt to również to, co przekracza granice ciała, substancje, które z niego wychodzą, fragmenty (z) nas, która wydostają się na zewnątrz - to, co wypluwamy, wydalamy, wymiotujemy...


Wydaje się tylko obrzydliwe?


Byłam kiedyś świadkiem zabawnej sytuacji, która uświadomiła mi, że nawet wymioty mogą naprawdę fascynować. Są pewni ludzie, dopiero na początku drogi socjalizacji i kulturalizacji. Tymi ludźmi są małe dzieci. Było to niesamowite, kiedy w przedszkolu u mojego czteroletniego wówczas syna, podsłuchałam rozmowy przy śniadaniu... Tak! Dzieciaki, jadły aż im się uszy trzęsły, a przy tym w najlepsze opowiadały o tym... jak rzygały – ile razy, gdzie, jaki był kolor itp. „Sprzedawały” sobie swoje historie z drobiazgowymi szczegółami, w zasadzie przechwalając się, które z nich wymiotowało ciekawiej...


Ale miałam prezentować swoje ulubione prace!


 

A jedną z prac, które są na szczycie mojej prywatnej listy przebojów jest „Untitled 175” Cindy Sherman z 1987 roku. Dość nietypowa zresztą, jak na tę artystkę, która w swych fotografiach wciela się w różne postacie, ukazuje, że tożsamość jest fikcją – jest wyłącznie zakładaniem masek i korzystaniem z kulturowego repertuaru ról.


W pierwszym momencie, w przypadku tej pracy wydaje się, że nie ma tu żadnego wizerunku samej autorki. Widać jedynie bezkształtną masę stworzoną z niedojedzonych, nadgryzionych ciastek, tubek po kosmetykach, zakopanych częściowo w piasku, wymiotów na białym ręczniku oraz leżących ponad nimi słonecznych okularów.


I dopiero w tym momencie odkrywamy, że mamy jednak do czynienia z wizerunkiem samej Sherman – tym razem odbitym w lustrzance okularów. Leży ona z otwartymi ustami, jakby wycieńczona wymiotowaniem, przerażona sama sobą, a może nawet martwa.


Znaczenia tej pracy odwołujące do schizofrenicznej sytuacji kobiety w naszej kulturze, która namawiana jest do konsumowania wciąż więcej, a jednocześnie do dbania o linię, do ciągłego samoograniczania się – wydają się dość oczywiste. Ale ta praca – to również pytanie gdzie jest granica między „ja”, a tym, co mnie otacza, tym, co konsumuję i wydalam. Kim jesteśmy zalewani dobrami konsumpcyjnymi i czy wciąż jeszcze – jesteśmy?


Ale to także gra z historią sztuki – z problemem wizerunku artysty i autoportretu. Pojawia się tu również problem odbicia. Chodzi o wizerunki odbite w lustrach, jak w przypadku pary królewskiej w „Las Meninas” Velazqueza. Para ta pozująca do malowanego przez artystę płótna odbija się w wiszącym w tle lustrze. Widz jest postawiony tu na miejscu pary królewskiej. I to właśnie jest najciekawsze w przypadku obrazów z wykorzystaniem motywu odbicia, że perspektywa widza jest zarazem perspektywą protagonistów obrazu.


W przypadku pracy Sherman – oglądamy to przedstawienie z punktu widzenia leżącej kobiety, która właśnie wymiotowała. Zostajemy postawieni na jej miejscu, przez chwilę zmuszeni do identyfikacji z nią.


Czy czujemy już ściśnięty żołądek, zmęczony wymiotnymi konwulsjami?

Ornamenty horroru: Kuśmirowski

izakow2

Zmieniam blogi i tożsamości...


W każdym razie ostatnio poprzestawiało mi się w głowie. Przestałam wierzyć. Przestałam wierzyć w feminizm, Zielonych, uliczne akcje i zbawczą moc sztuki. Wydaje mi się to wszystko śmieszne.


Nie wiem, dlaczego tak się stało. Przyczyn może być kilka:


- przestałam sypiać po Marszu Równości, na którym zostałam pedałem,


- uderzył mnie orczyk w głowę, moja twarz była sino-fioletowa, a do teraz mam na czole guza. Tlenek, mój były szef (szef, którego największą wadą jest to, że znudziło mu się już bycie szefem) powiedział z troską, że powinnam sobie tę głowę prześwietlić. Zastanawiam się, czy czegoś nie sugerował,


- spełniłam wreszcie jedno ze swoich marzeń - kupiłam sobie narty i zaczęłam na nich jeździć (mimo niefortunnego startu z orczykiem),


- poleciałam do Rumunii i przeżyłam spotkanie z wampirem (coraz bardziej wydaje mi się to prawdopodobne).


- obudziłam się któregoś dnia w krainie absurdu i wciąż nie chce mi się wierzy, że to wszystko dzieje się naprawdę...


W każdym razie jedyne, co mnie ostatnio naprawdę kręci to sztuka straszna, koszmarna, wstrętna, obrzydliwa, niesamowita i fantastyczna.


Sztuka horroru.


Gdy rzeczywistość, która nas otacza przeradza się w absurd, zaczynają pojawiać się w niej koszmary i polowanie na inność, pozostaje jedynie ucieczka w sztukę grozy.


Thriller, gotyk, duchy, demony, wampiry.... Trzewia domów i zamków, zło wychodzące spod spodu, wnętrzności i flaki...


Zresztą, co tu dużo mówić, nie ja to wymyśliłam, że horrory uczą nas prawdy o nas samych, o naszej mrocznej stronie, o strachu – przed samymi sobą. Strachu przed własną innością, która czym bardziej jest negowana – tym bardziej przeraźliwie powraca. Jeśli ten strach zaczyna kształtować rzeczywistość – ona sama może przemienić się w koszmar. Mam jakieś dziwne wrażenie, że tak dzieje się obecnie. Zaczynają tu rządzić jacyś straszni ludzie, którzy na pielęgnowaniu strachu przed innością budują swoją siłę. Na ustanawianiu twardych tożsamości, które nienawidzą własnych Innych (opowiem kiedyś o „Carrie” Kinga). Bo ich granice są płynne i niepewne, boją się więc rozpadu. Opisują więc rzeczywistość – jako wciąż zagrożona – degeneracją, deprawację, demoralizacją, sztuką i wszystkim, co inne. A ludzie, którzy czują się zagrożeni, potrzebują silnej władzy, dla której mogą zrezygnować z części swojej wolności. I zaczynają odbierać tę wolność innym.


Paradoksalnie, przebywając w koszmarze, pozostaje już tylko ucieczka w inny koszmar. Zresztą filmy grozy uczą nas czegoś jeszcze - zło zostaje zawsze ukarane, ale też zawsze może się odrodzić, powrócić... Pamiętacie Azazela z filmu „W sieci zła” (Fallen, 1998)?


Ale to nie będzie blog o polityce, ale o sztuce, o moich ulubionych koszmarnych pracach. Tak, jestem zbytnio ekshibicjonistyczna, bym mogła pisać o sobie. Poza tym, nie rozumiem dlaczego nikt do tej pory nie napisał historii strasznej sztuki. Zajmę się tym kiedyś, może jak będę na emeryturze....


Pierwszą praca, której prezentacji odmówić sobie nie mogę to „Ornamenty Anatomii III” Roberta Kuśmirowskiego, prezentowane właśnie w CSW Zamek w ramach kolejnej odsłony z cyklu „W samym centrum uwagi”.


 

Ta praca jest o stwarzaniu ułudy, powoływaniu złudzenia. Zresztą Kuśmirowski wraca do tego, co przez wieki było istotą sztuki, a mianowicie, jak pisał Sir Ernst Hans Josef Gombrich – właśnie do stwarzania złudzeń. Oto przywołany przez Gombricha Platon powiadał: „Czy nie powiemy, że umiejętność nasza z pomocą architektury stwarza dom, z pomocą malarstwa pewien dom inny – niby widziadło senne, ludzką ręką wykonane dla tych, którzy nie śpią.” Platon potępia malarstwo jako głoszące nieprawdę. W jego idealnym „Państwie” nie ma dla malarzy miejsca. A może Platon wierzył, że w tym idealnym bycie, nie zjawią się horrory, z którym to właśnie sztuka musi się rozprawić? Platon popadł jednakże sam w iluzję – iluzję wyraźnie wytyczonych granic i podziałów, a jak wiemy od Kristevej z tym zawsze wiąże się wykluczenie horrorów pogranicza i nieczystości. Ale jak pisze Gombrich „Nie ma oczywistej linii podziału między fantazją a rzeczywistością, prawdą a zmyśleniem” („Sztuka i złudzenie”, s. 102).


Praca „Ornamenty Anatomii III” jest też o tym, że granic między tym, co jest złudzeniem a tym, co rzeczywistością znikają pod pewnymi warunkami – jeśli na przykład artysta zabroni widzom dotykania swej pracy. Bo stwarzanie iluzji, cała sztuka wywodzi się – jak chciał już Leone Battista Alberti z mechanizmów projekcyjnych naszej psychiki. Pewne kształty zamieniamy w psychice znajome obrazy, widzimy kształty zwierząt w chmurach, inne kształty w formacjach skalnych, rozpadlinach, drzewach... Powiedzieć można, że nasza wyobraźnia skora jest do stwarzania horroru... Ale on pryska, gdy będziemy próbować dotknąć tych kształtów.


Do teraz chce mi się śmiać z przyjaciół, z którymi zwiedzałam Biennale w Berlinie. Odłączyli się ode mnie, bo chodziłam, jak dla nich, za wolno. Potem żałowali. Nikt im nie powiedział, że mogli postukać w wagon Kuśmirowskiego, lub przeczytać chociaż notę na temat tej pracy. Oni naprawdę myśleli, że jest to prawdziwy wagon, jakimś cudem wstawiony na drugie piętro do byłej szkoły dla żydowskich dziewczynek przy Auguststrasse...


Gra z iluzją staje się jeszcze bardziej dosłowna w „Ornamenty anatomii III”, gdzie część przedmiotów jest autentycznych część spreparowanych przez artystę. Artysta jako genialny manipulator? Oszust? A może demiurg i alchemik? Czy jest to więc praca o roli artysty?


Ale ta praca jest też o tym, o czym pisałam wcześniej. Artysta pyta, gdzie są granice koszmaru. Gdzie właściwie ten koszmar się rozgrywa? Na zewnątrz czy wewnątrz? W sztuce czy w nas samych?


Kuśmirowski wprowadza nas w ten koszmar stopniowo, powoli, bez szoku. Ukazuje, że nie ma też ostrych granic między wiedzą (którą reprezentuje tu oświetlona biblioteka), chęcią poznania (preparaty, czaszki, elementy umieszczone już w ciemnym pomieszczeniu) a szaleństwem, które rozgrywa się za kratą, gdzie alter ego artysty – Dr Vernier chce stworzyć nowego człowieka. Artysta zawsze jest trochę demiurgiem – o tej roli pisze wspomniany już tu Gombrich przypominając starotestamentowy zakaz „rytowanych wizerunków”, który powstał nie tylko z obawy przed bałwochwalstwem, ile z lęku przed wkroczeniem w strefę działań stwórcy...


Ale nagle, będąc już w samym wnętrzu pracy, zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy w pułapce. To nie my przyglądamy się gabinetowi osobliwości Doktora Verniera. Stoimy za kratą, za którą on odbywa swe eksperymenty. Część, gdzie przebywa jest po drugiej stronie, o czym świadczą wspaniałe barokowe drzwi, za którymi – jak wynika z inskrypcji mieszka Vernier. A więc wabi on nas do wnętrza swego królestwa, mami obietnicą wiedzy i zobaczenia rzeczy niezwykłych, a potem... spuszcza kratę. Jesteśmy uwięzieni. To my staniemy się – a właściwie już jesteśmy częścią przeprowadzonego przez niego eksperymentu.



 

to Ornamenty Anatomii II - z Hamburga, ale warszawskie są straszniejsze...

 

© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci