Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

Artmix o rzeczach - call for papers

izakow2

 

Zapraszamy do nasyłania propozycji artykułów do kolejnego numeru „Artmixa”:

 

nr 33(23) „Rzeczy”

 

Ukazały się już trzy numery „Artmixa”, których problematyka wiązała się z posthumanizmem – najwcześniejszy skupiał się na antygatunkowizmie, który wpisuje się w nurt animal studies, kolejny numer dotyczył szerszej problematyki posthumanizmu przyrodniczego, późniejszy numer natomiast traktował o cyborgach, a zatem temacie, który można zaliczyć do posthumanizmu technologicznego.

 

Posthumanizm w swych szerokich zainteresowaniach nie-ludzkimi bytami uwzględnia także rzeczy, które, wbrew pozorom, wcale nie są bierne, lecz mają znaczący wpływ na życie ludzi i (innych) zwierząt. Rzeczy, na co wskazują tacy badacze jak Arjun Appadurai, posiadają swoje biografie, które łączą się z biografiami ludzi, uwikłane są też w życie społeczne. Słowo rzecz oznacza przedmiot, coś namacalnego i konkretnego, ale jest też pojęciem ogólnym, abstrakcyjnym oznaczającym po prostu coś, sprawę, ideę, problem.

 

Rzeczą – obiektem zazwyczaj jest też dzieło sztuki, zaś w historii awangardy zwyczajny przedmiot wyniesiony został do rangi dzieła, jak miało to miejsce m.in. w przypadku ready mades. Również współczesna sztuka wykorzystuje rzeczy w bardzo dosłowny sposób, ukazując m.in. ich znaczenie w życiu społecznym. Interesują nas teksty, które wskazują na sprawczość rzeczy oraz odkrywają ich biografię, w szczególności w obszarze sztuki, a także różnorodność funkcji i znaczeń przypisywanych rzeczom w sztukach wizualnych, w tym status gotowego przedmiotu jako dzieła sztuki i dzieła sztuki jako przedmiotu – materialnego obiektu. Zachęcamy także do zastanowienia się nad tradycją martwych natur i współczesnymi wizerunkami rzeczy w sztuce.

 

Proponujemy zastanowienie się na następującymi problemami:

 

Rzeczy w perspektywie posthumanistycznej

Rzeczy jako nie-ludzkie byty

Sprawczość rzeczy

Biografie rzeczy

Znaczenie rzeczy w życiu społecznym

Status rzeczy w sztuce

Ready mades

Rzeczy w martwych naturach

Dawne i współczesnej wizerunki rzeczy

 

Teksty o długości 5-8 stron prosimy nadsyłać na adres artmix_obieg@tlen.pl  lub bezpośrednio do redaktorek do 20 maja 2014.

 


 Praca Elżbiety Jabłońskiej z wystawy "Smakołyki" (Arsenał, Poznań), 2010.

 

Arteon how how, Arsenał how how...

izakow2

 

„Arteon”, jak co roku, przyznał nagrodę artystyczną, której celem jest honorowanie twórców, którzy w minionym roku wykazali się wyjątkowymi osiągnięciami. Jury, w skład, którego weszli między innymi Anna Potocka, Sławomir Marzec i Jerzy Stelmach postanowili uhonorować grupę The Krasnals. Ponoć werdykt jury był jednogłośny, choć to zdanie wydaje się, że znikło z mówiącego o nagrodzie tekstu Piotra Bernatowicza. Nie komentowałabym tej sprawy, bo „Arteon” stał się pismem wyjątkowo niszowym. Jednak trudno przejść mi obojętnie obok faktu, że we wspomnianym tekście nie znajdziemy informacji o wybitnych osiągnięciach artystycznych tej grupy w ubiegłym roku (oprócz wspomnianego obrazu „Bitwa pod Grunwaldem. Statek głupców” według Jana Matejki), jest za to obszerny fragment tekstu z mojego blogu, pisanego, co nie pozostaje bez znaczenia, w roku 2008.


Uważam wykorzystanie tego fragmentu przez Bernatowicza za manipulację i oszustwo. Nie pierwszy raz zresztą ta wypowiedź została zmanipulowana, w tym samym – 2008 roku zrobił to również Kuba Banasiak, co wybaczyć było mi trudno, ale okazało się, że nie myliła go intuicja, co do tej grupy. Ja wtedy, na samym początku działalności Tke Krasnals, miałam wrażenie, że pozwoli ona przekłuć nadmuchane balony polskiego świata sztuki, że kpiną i ironią będzie uderzać w kontekst instytucjonalny i komercjalizację polskiego artworldu, że przyniesie powiew świeżości, jak kiedyś zrobiła to grupa „Ładnie”. Do niej zresztą The Krasnals stylistycznie nawiązywali, kpiąc jednocześnie z tego, jak członkowie grupy „Ładnie” przeszli z opozycji do mainstreamu i stali się poważnymi graczami (może z wyjątkiem Marka Firka, który zresztą ze swoimi obscenami wydaje się być najbliższy Krasnalom). Liczyłam wtedy na anarchistyczny bunt, na krytykowanie działań symbolicznej władzy świata artystycznego, na ujawnianie paradoksów związanych z upolitycznianiem sztuki i nie mam na myśli tylko strojenia się w lewicowe piórka. Wierzyłam więc w anarchizm grupy, jednak okazało się, że wtedy Banasiak wyczuł dużo bardziej jej intencje. Zamiast wnikliwej krytyki, działania The Krasnals przemieniły się w wulgarne i personalne obrażanie poszczególnych osób, zamiast krytyki władzy (choć przyznać trzeba, że zdarzały im się trafne i zabawne akcje, jak „Poznań miast how how” podczas wystawy Arbeitsdisziplin” w Arsenale w styczniu 2012 roku), grupa odnalazła się po prawej stronie sceny artystycznej. Dała temu wyraz między innymi podczas wystawy „Thymos. Sztuka gniewu” w Toruniu (2011/2012) oraz w wypowiedziach o nadziejach pokładanych w ruchach konserwatywnych i krytykujących tzw. „lewacką ekstremę”. Tym samym więc The Krasnals z grupy anarchizującej, mającej krytyczny potencjał przekształcili się w grupę politycznych, prawicowych graczy. I jak to z artystami - graczami bywa, zaczęli grać w jednej drużynie z kuratorami czy krytykami o podobnych poglądach.


Wracając do roku 2008 – wtedy konstelacje w polskim świecie sztuki były zupełnie inne. Gdy powstała grupa The Krasnals, Sasnal był absolutnie na topie, tuż po wydaniu przewodnika Krytyki Politycznej. Rok 2008 zapowiadałam jako rok Sasnala, obawiając się jednak przy okazji, że za chwilę wyskoczy on z mojej lodówki. Wspomniany przewodnik zmuszał do pytań o sens lewicowych deklaracji składanych przez niektórych artystów, którzy z zaangażowaniem politycznym raczej się nie kojarzyli. Już wtedy wiadomo było, że upolitycznianie sztuki (bez względu na to, z której strony) może przynieść opłakane skutki. Był to czas wzmożonych dyskusji na temat cenzury, wciąż toczył się proces Nieznalskiej i to właśnie w tym roku został powołany Indeks 73 zajmujący się sprawami wolności twórczej, która najczęściej atakowana była z prawej strony. To wtedy też szczególnie palące były tematy związane z nieodległą przeszłością, Zagładą i antysemityzmem, do którego odnosił się między innymi film „Polak w szafie” Artura Żmijewskiego. Głośny był również film „Mary koszmary” Yael Bartany, zaś podczas projekcji i towarzyszących im dyskusji, zjawiali się narodowcy, którzy mówili, że poprzez takie prace realizowane są żydowskie interesy i obrażani prawdziwi Polacy. Z pewnością rok 2008 należał do ciekawych.

 

W tym roku byłam też w Izraelu na wystawie i konferencji o pamięci w pracach artystów polskich i izraelskich. Jednym z uczestników był również Piotr Bernatowicz, pamiętam nasze prywatne rozmowy o kwestiach związanych z instytucjami artystycznymi w Polsce, o problemach styku obiegu prywatnego i politycznego, i o tym, co może wyniknąć z działalności grupy The Krasnals. Ale wtedy Piotr Bernatowicz występował jeszcze jako wnikliwy krytykiem polskiego artworldu, o bliskich mi poglądach anarchizujących i antyneoliberalnych. Świetnie uchwycił mechanizmy cenzury, opisując w tekście z 2006 roku między innymi przypadek ocenzurowania przez galerię Arsenał pracy Rafała Jakubowicza „Arbeitsdisziplin”, krytycznie odnosząc się też do tzw. III RP.


W 2010 roku spotkaliśmy się znowu w Kołobrzegu podczas wystawy Piotra C. Kowalskiego. Było upalne lato, „morza szum, ptaków śpiew, złota plaża pośród drzew”, a podczas długiego wieczoru po wernisażu Piotr Bernatowicz tłumaczył nam, dlaczego film Quentina Tarantino „Bękarty wojny” jest zły i dlaczego jedyną nadzieję pokłada on w PiS-ie. Jakoś to się zresztą wiązało, ale już nie pamiętam jak… Podejrzewam, że poglądy Piotra, jak i części moich kolegów historyków sztuki, zradykalizowały się po katastrofie smoleńskiej. W ostatnim czasie Bernatowicz objawił się jako orędownik sztuki prawicowej, wróg gender i sztuki krytycznej, no i, jak wiadomo, został dyrektorem poznańskiego Arsenału. Symptomatyczna jest zbieżność objęcia przez Piotra stanowiska dyrektora „Arsenału” i przyznania nagrody „Arteonu” dla The Krasnals. Nawet nie dlatego, że ta grupa już od dłuższego czasu wydaje się być oczkiem w głowie Bernatowicza, ale raczej ze względu na polityczną grę, w którą te wydarzenia są uwikłane.


Piotr Bernatowicz przedstawiał się kiedyś jako krytyk polityki kulturalnej Ryszarda Grobelnego, zarzucając miastu, że stawia na sport, a nie na kulturę. Warto przypomnieć tu wydany wspólnie z Mikołajem Iwańskim komunikat w sprawie Sztabu Antykryzysowego na Rzecz Poznańskiej Kultury, choć dotyczący niezgody w samym sztabie i wykorzystania przez niego publicznych pieniędzy, uderzający jednak przede wszystkim w politykę Poznania. Bernatowicz wydawał się być osobą świadomą mechanizmów władzy oraz potrzeby jej krytyki.


Kiedy w październiku 2013 roku prezydent Grobelny chciał nominować Bernatowicza poza konkursem, w wywiadzie udzielonym Mikołajowi Iwańskiemu, wypowiedział znamienne zdanie: „Teraz władza nie jest dla mnie wrogim pojęciem (poza prywatą i doraźnymi układami), ale oznacza przede wszystkim służbę publiczną”. 


Najbardziej intryguje fakt, jak to się stało, że pokochali się ludzie stojący wcześniej po przeciwnych stronach? Oto w rozmowie z Iwańskim Bernatowicz podkreślał, że prezydent Poznania ma mocną legitymację demokratyczną, mocniejszą od środowiska, które protestowało w sprawie Arsenału (co w gruncie rzeczy było podważaniem znaczenia społeczeństwa obywatelskiego oraz całego ruchu broniącego tej galerii). I co się stało, że Ryszard Grobelny zobaczył w Bernatowiczu nadzieję dla Arsenału? Wiadomo było, że Bernatowicz dyrektorem zostanie. Świadczył o tym skład komisji konkursowej, do której weszli m.in. Stanisław Czekalski, Maciej Mazurek oraz Joanna Frankiewicz. Ta komisja wydawała się wręcz stworzona pod Bernatowicza i nie pozostawiała złudzeń, jeszcze przed rozstrzygnięciem konkursu, kto dyrektorem zostanie. Później pojawiły się nawet wątpliwości, czy działała ona zgodnie z regulaminem, a szczególnie z punktem mówiącym, że:


„Członkiem Komisji nie może być osoba przystępująca do konkursu albo będąca małżonkiem takiej osoby lub jej krewnym albo powinowatym, albo pozostająca wobec niej w takim stosunku prawnym lub faktycznym, że może to budzić uzasadnione wątpliwości, co do jej obiektywizmu i bezstronności”.


Bo przecież Bernatowicz pozostaje w stosunku zależności ze Stanisławem Czekalskim, który jest nie tylko jego kolegą z Instytutu Historii Sztuki i który już w momencie pozakonkursowej nominacji Bernatowicza, wypowiadał się na ten temat niezwykle entuzjastycznie, ale jest też prodziekanem na Wydziale Historii UAM, a więc jest jego przełożonym. Maciej Mazurek pracował w redakcji "Arteonu" do 2011 roku, więc w zasadzie faktyczny stosunek nie zachodzi. Obaj panowie nie kryją się jednak ze swoimi prawicowymi poglądami i, jak Bernatowicz prezentują, można by rzec, jedną linię ideologiczną.


Możliwe więc, że Bernatowicz przeprosił się z Grobelnym, bo jednak władza mu nie śmierdzi, zaś Grobelnemu Bernatowicz jest potrzebny, aby wzmocnić legitymizację dla swej władzy ze strony bardziej prawicowego środowiska (zwłaszcza w kontekście najbliższych wyborów samorządowych, a może i nawet wyborów parlamentarnych w 2015 roku, które według różnych prognoz najpewniej wygra PiS). Wątpię, czy gdyby obecnie pojawiła się w „Arsenale” wystawa The Krasnals (a jest to wielce prawdopodobne), możliwa byłaby powtórka haseł z 2012 roku (Poznań how how).


Ciekawe jest też, że jeden z najlepszych kandydatów, jakim był Marek Wasilewski, mający olbrzymie doświadczenie artystyczne, kuratorskie i krytyczne, w tej rozgrywce jakby zupełnie się nie liczył. Możliwe, że na przeszkodzie stały jego poglądy bardziej na lewo. O upolitycznieniu obrad komisji mówi też w wywiadzie inna świetna kandydatka, Karolina Sikorska, która w czasie zamieszania wokół Arsenału pokazała siłę woli oraz znakomite umiejętności organizacyjne, co powinno przechylić szalę wygranej na jej stronę:  „Jeżeli słyszę od komisji konkursowej pytanie, "czy rozumiem coś w duchu liberalnym, czy postmarksistowskim", albo jeżeli mówi mi się, że "będę robić skandaliczne, genderowe wystawy", to czy to nie jest upolitycznianie dyskusji lub obrad komisji?”. Sikorska podkreśla też, że wraz z zespołem nie wikłała się w żadne polityczne rozgrywki, ale, jak widać, wcale jej to nie pomogło.


Komentarz w zasadzie wydaje się zbędny. Wbrew pozorom jednak, myśląc o sytuacji „Arsenału”, uważam, że Bernatowicz nie będzie złym dyrektorem, bo możliwe, że jego działania i wystąpienia nie były związane tyle z zaślepieniem ideologicznym, ile raczej z grą o władzę. Ma świetny zespół i oby się ze sobą dogadali. Przestrzegam jednak przed manipulacjami oraz wmawianiem publiczności, że „prawdziwa sztuka jest z natury konserwatywna”. Takie frazesy wmawiano ludziom podczas trwania totalitaryzmów, każda władza o totalitarnych zapędach panicznie bała i boi się sztuki wolnej i w jej miejsce proponuje własną wizję "sztuki", odwołującej się do tradycji i konserwatywnych wartości. Nie ma i nie było dobrej sztuki konserwatywnej, bo nie ma dobrej sztuki spod znaku Hitlera, Stalina, Mao czy Putina. Prawdziwa sztuka jest z natury anarchistyczna, zaś układanie się z władzą nikomu jeszcze na dobre nie wyszło!

 

I proszę też na przyszłość nie wycierać sobie gęby moim nazwiskiem.

 

P.S. A za wizualny komentarz niech posłuży neon Elżbiety Jabłońskiej "Nowe życie" umieszczony na "Arsenale" w niepokojącym zestawieniu z logotypem Poznania. Zdjęcie Dawida Woźniaka z blogu "Wyrażaj się":

 


Kolaże Jiřego Kolářa

izakow2

Było ostatnio trochę na temat krytyki, teorii i różnych spraw, które dzieją się wokół sztuki. Tym razem chcę wrócić do samej sztuki, a konkretnie do tematu przetworzeń, który jakiś czas temu fascynował mnie w kontekście memów i obrazków Sztucznych Fiołków oraz ogólniej - tego, jak sztuka funkcjonuje w internecie. Pisałam też między innymi o dziedzictwie Duchampa oraz o tym, co Bourriaud określa postprodukcją będącą recyklingiem dawnych obrazów i wyobrażeń.

 


Jiří Kolář, Śniadanie w krowie, 1967

 

Warto jednak podkreślić, że sztuka przetwarzania nie jest charakterystyczna jedynie dla poczatku XXI wieku. Lev Manovich pisząc o języku nowych mediów podkreślał, że na jego specyfikę wpłynęły z jednej strony XIX-wieczne wynalazki (m.in. fotografia oraz licząca maszyna Babbage'a), a z drugiej - typowe techniki awangardy, w tym przede wszystkim kolaż.  

 

Artystą, który sytuuje się dokładnie pomiędzy pierwszą awangardą oraz współczesną postprodukcją jest Jiří Kolář (1914 - 2002).

 

Jiří Kolář, Mrożone słowa, 1981

 

Ten czeski poetoartysta, jak określiła go Maria Anna Potocka, tworzył początkowo poezję wizualną, obiekty artystyczne określane "poematami - przedmiotami", a przede wszystkim, stosownie do swojego nazwiska, kolaże w rozmaitych odmianach. Nadawał im własne nazwy, Piotr Piotrowski wylicza: "muchlage" (przekrzywione, pocięte fotografie), "intecollage" lub "prollage" (połączone fragmenty obrazów, powycinane w kształcie powszechnie używanych przedmiotów, "confrontage" (powiększone i zestawione ze sobą fragmenty fotografii), "raportage" coś w rodzaju fotograficznego reportażu, "rollage" (rozciągnięte, wydłużone fotografie), "chiasmage" (formy przypominające gazety złożone z małych literek i fragmentów tekstów). ("Awangarda w cieniu Jałty", s. 182). W wielu pracach te techniki łączył ze sobą. Niekiedy też dokonywał zestawień różnych dzieł sztuki, przekształcając je w swoiste "mozaiki cytatów". Dziś można by użyć określenia: obrazowy remiks, co ujawnia najbardziej moje ulubione "Śniadanie w krowie". Tu na marginesie warto przypomnieć współczesną twórczość malarską Cesara Santosa. Choć artystów tych różni technika, widać u nich tę samą fascynację obrazami i przemieszczaniem się ich najbardziej rozpoznawalnych motywów.

 

W twórczości Kolářa odnaleźć można wpływy konstruktywizmu i dadaizmu, niekiedy bywa ona łączona z nową figuracją czy nawet z pop artem. Przede wszystkim jednak, ujawnia się u tego artysty fascynacja dawną sztuką i jej reprodukcjami, tym, co można z zdziałać poddając sztukę manipulacjom, tworząc w ten sposób całkowicie nową jakość.  

 


 Wenus (Botticelli), 1968-69

 

Pod koniec lat 80. Kolář pisał o sztuce, że "ma moc nieskrępowanej wypowiedzi i nie traci siły, nawet gdy podlega reprodukcji, uwięzieniu czy naśladownictwu", zaś jej wielkość można spotęgować jeszcze bardziej przez jej świadome upośledzenie, zadanie rany "na drodze transformacji wyobrażeń, który trywializują się za sprawą cywilizacyjnego przesytu nieprzebraną rozmaitością technik drukarskich i właściwego naszej kulturze fałszywego rozumienia pojęcia 'doskonałość'".

 

 


Zakochane gołębice, 1969

 

Potwierdzał, że sztuka rodzi się ze sztuki:


"Mam świadomość, że piszę te słowa w czasie, kiedy sztuka 'potyka się o własne nogi', jak niegdyś ujął to Burckhardt, i że moja twórczość jest tego efektem - niemniej wypływa ona także z mojego wieku, z mozolnej pracy, którą zwracam artystom i być może reszcie świata, z trudu, który zapożyczyłem od nich".

 

W tekście "Kilka słów o sztuce wadliwej", przedrukowanym w katalogu wystawy Kolářa "Kolaż z łasiczką", która miała miejsce w krakowskim MOCAKU na przełomie 2012 i 2013 roku, artysta daje też prosty przepis na przetworzenie:

 

"Weź reprodukcję ulubionego dzieła sztuki i rozerwij ją w najistotniejszym miejscu albo rozerwij ją na pół, a następnie sklej z powrotem zwykłą taśmą. Przekonasz się, że reprodukcja nie straciła wiele ze swojego pierwotnego wyglądu i że - gdy wpatrzeć się w nią uważniej - zyskała pewną dodatkową jakość, stała się w pełni twoja, ponieważ sposobu, w jaki ją rozerwałeś, nie da się powtórzyć idealnie tak samo. Pamiętaj jednak, że nawet rozdzierania, przebijania, gniecenia, bazgrania, przypalania itp. trzeba się wpierw nauczyć" (s.17). 

 

 


1996

 

Można więc powiedzieć, że twórczość Kolářa oscyluje pomiędzy poczuciem dewaluacji obrazów a poszukiwaniem w nich siły, pomiędzy typowym dla awangardy "szarganiem świętości" wielkiej sztuki a odkrywaniem jej potęgi, która ujawnia się nawet w dziełach tak bardzo przetworzonych, jak słynna "Dama z łasiczką".

 


 Dama z łasiczką, 1966

 

O krytyce zaangażowanej

izakow2

 

Podczas niedawnego zamieszania dotyczącego tekstu Karoliny Plinty na temat wystawy Roberta Maciejuka i Honzy Zamojskiego "Góra i dół", w którym szczególnie oberwało się temu ostatniemu, jak bumerang powrócił problem kryzysu polskiej krytyki artystycznej.


Honza nie wytrzymał i wysłał do redakcji „Szumu” list, w którym zarzuca Plincie operowanie stereotypami, sprowadzającymi Czechów do piwa, knedliczków i prymitywnego humoru. O głębszą analizę pokusił się Iwo Zmyślony zauważając, że poziom tekstu Plinty dorównuje bluzgom rzucanym niegdyś pod adresem Hasiora przez oburzonych widzów wystawy, a problem z tego rodzaju krytyką polega na kompletnej ignorancji oraz banalizacji sztuki, zwłaszcza, że stwierdzenia o złej sztuce nie są tu uzasadnione argumentami merytorycznymi.


Nie mam jednak zamiaru odnosić się do tej dyskusji, ani wnikać w intencje Karoliny Plinty (nie bardzo wiem zresztą, o co w ogóle chodziło w jej tekście), chcę natomiast zapytać o to, co w ogóle stało się z krytyką?


To pytanie było już podnoszone wielokrotnie, w ostatnim czasie pisali na ten temat między innymi: Magda Ujma - o bezbrzeżnej nudzie krytyki, Dorota Łagodzka - o jej jałowości, Jakub Banasiak - o archipelagizacji i wirtualizacji czy wspomniany już Iwo Zmyślony. Ten ostatni, przywołując Adorna, który postrzegał filozofię jako krytykę, zaproponował, aby traktować krytykę jako filozofię – „tylko tą drogą możemy stawić czoła własnym ograniczeniom, zachwiać dyskursem od wewnątrz, przełamać myślowe nawyki, wyruszyć na poszukiwania nowego paradygmatu”. To piękne założenie, pytanie tylko, czy ten postulat ma szansę sprawdzić się w naszym – lokalnym kontekście, gdzie sztuce towarzyszą powszechne niezrozumienie i abnegacja. Prace artystyczne traktowane są najczęściej jako wybryki zblazowanych artystów. Sztuka nie jest doceniana jako obszar rozwijania wyobraźni, nie docenia się też jej roli dla demokracji. A przecież pokazuje ona różne punkty widzenia, wydobywa różnorodność poglądów, a zarazem uczy nas „jak różnić się pięknie”, ale też zwraca uwagę na trudne problemy społeczne (można tu wspomnieć choćby wystawę zorganizowanej przez Monikę Weychert Waluszko „Domy srebrne jak namioty”, która stała się też znakomitą okazja do rozmowy na temat polskich Romów).

 

To właśnie niezrozumienie istoty demokracji, a może wręcz niechęć do niej każe prezesowi Kaczyńskiemu dzielić sztukę na dobrą i złą – destrukcyjną. Jeśli wskazał on, że miejscem dla tej ostatniej powinien być tylko obieg prywatny, to oznacza to zapowiedź zrobienia porządku ze sztuką niepokorną.


Ale tego rodzaju ignorancja pojawia się nawet wśród osób zajmujących się sztuką. Dużo do myślenia dały mi prace zaliczeniowe, które zadałam studentom jednej z uczelni artystycznej. Postawiłam dość proste pytanie: czy wiedza o sztuce współczesnej jest potrzebna dla twojej praktyki artystycznej? Odpowiedzi były oczywiście w przeważającej części twierdzące, ale wielu studentów i studentek pisało o tym, że sztuki współczesnej nie rozumieją, że denerwuje ich twórczość, która wymaga dodatkowych komentarzy, bo bez nich nie są w stanie o współczesnych pracach nic powiedzieć, niektórzy pisali też, że sztuka ich bulwersuje. Natomiast podczas zajęć okazało się, że nikt nie nauczył ich do tej pory (a byli to już słuchacze studiów magisterskich) analitycznego patrzenia na sztukę oraz jej interpretacji. Można powiedzieć: patrzyli i nie wiedzieli, co widzą. Zgadzam się z konstatacjami m.in. Krzysztofa Pomiana, który pisał o tym, że nasze społeczeństwo cechuje analfabetyzm wizualny. Wracając w tym miejscu do postulatu Iwo Zmyślonego – można odpowiedzieć – niestety, ale temu analfabetyzmowi nie zaradzi krytyka jako filozofia. Czy nie dlatego teksty krytyczne nie są czytane, bo są właśnie zbyt filozoficzne, zbyt trudne, zbyt hermetyczne? Może więc należałoby zejść z wyżyn naszych uczonych mikroświatów i wrócić do podstawowych założeń krytyki, jakimi są: tłumaczenie, próba przekładu języka wizualnego na język werbalny, wyjaśnianie, interpretacja, ocenianie. Może więc przede wszystkim powinna ona umożliwić „zobaczenie” pracy artystycznej, a dokładnie – „zobaczenie ze zrozumieniem”. Świetnym pomysłem na realizację tego postulatu był projekt Karoliny Breguły "Biuro tłumaczeń sztuki" .


Oczywiście pytanie pozostaje otwarte, kto, w jaki sposób i przede wszystkim gdzie - na łamach prasy?, w internecie? - ma się tym zajmować? Jak zainteresować czy przyciągnąć odbiorców do sztuki?

 

Warto zastanowić się na początek, jak wygląda dzisiaj rynek pism artystycznych? Swoistym tłumaczeniem sztuki zajmują się wciąż autorzy i autorki publikujący w „Obiegu”, dobre teksty pojawiają się od czasu do czasu w "Dwutygodniku", w „Szumie” jest misz-masz, trochę tekstów i ciekawych dyskusji, a poza tym sporo krótkich notek i fotek, które niczemu nie służą, „Exit” przestał wychodzić, „Arteon” stał się przyczółkiem poglądów na sztukę wyrażonych przez wspomnianego tu Jarosława Kaczyńskiego, „Magazyn Sztuki” ponoć się reaktywował, jest jednak bardzo niszowy.

 

Blogi o sztuce również zamierają. Nim zaczęłam pisać ten tekst, zajrzałam do blogów podlinkowanych do „Obiegu”: większość ostatnich wpisów to listopad lub grudzień 2013, blog „Art Addict” jest rekordzistą – ostatni wpis pochodzi z 29.08.2011 roku. Nie lepsze są „Art Aktualia”  - 8 sierpnia 2012, a tytuł blogu zakrawa w tym kontekście na kpinę. „Blog on Tour" skończył swoje wpisy na relacji z ostatniego Biennale w Wenecji. Aktualny i zmieniany jest tylko blog Wojtka Wilczyka, ale ten nie jest związany z krytyką artystyczną.

 

Nie podlinkowano tu niestety aktualnego i ciekawego blogu „chill-art” ani blogu, który stanowi przykład krytyki zaangażowanej, Doroty Łagodzkiej „Nie-zła sztuka”. Swoją drogą przyglądając się temu ostatniemu, można zauważyć, że autorka pisze o wielu interesujących problemach związanych ze sztuką (np. o dziecięcym artywizmie czy szympansim konkursie malarskim), ale zaczyna coraz częściej omijać szerokim łukiem sztukę profesjonalną. Ja sama publikując notki poświęcone wyłącznie sztuce, mam wrażenie, że nikt ich nie czyta, no może poza jednym Gościem Niedzielnym. Natomiast, kiedy zajmuję się takimi kwestiami, jak gender czy akcje przeciwko przemocy wobec kobiet, od razu zainteresowanie wzrasta – pojawia się mnóstwo polubień i komentarzy. Dużym zainteresowaniem cieszyły się też wpisy o zamieszaniu wokół Arsenału, który w końcu ma zostać przejęty przez Piotra Bernatowicza, który też wie, jaka sztuka jest dobra, a jaka zła. Symptomatyczne jest to, co napisała jakiś czas temu na swoim blogu Magda Ujma, że nie chce jej się pisać o wystawach, bo nikogo to już nie interesuje, może więc należałoby zacząć pisać na tematy niezwiązane ze sztuką. Można przypuszczać, że wspomniane tu blogi umarły śmiercią naturalną, bo ich autorzy i autorki doszli do smutnych konstatacji, że nikt już ich nie czyta...


Wnioski z tego nasuwają się dwa – po pierwsze to potrzeba wspomnianego tłumaczenia sztuki, swoistej pracy u podstaw, której nigdy dosyć, ale po drugie – to potrzeba krytyki zaangażowanej, etycznej oraz świadomej swego celu. Iwo Zmyślony na wyrost pisze o tym, że wyczerpał się dyskurs emancypacyjny. Jeśli chodzi o polską krytykę artystyczną, to nie sądzę, żeby można było ją określić jako „emancypacyjną” (to słowo wydaje się już nieco anachroniczne, a poza tym, kto i w jaki sposób dzięki krytyce miałby być emancypowany?). Owszem, można mówić o krytyce feministycznej, którą cały czas staram się pielęgnować, wydając pismo „Artmix”, które wciąż cieszy się dużą poczytnością.  Nie chodzi jednak o emancypację, ale świadomość wagi podejmowanych problemów, o pisanie o sztuce, która daje nam coś więcej niż chwilowe zaspokojenie nudy. 

 

Wydaje się, że to właśnie dyskusje i zainteresowanie kwestami społecznymi – problematyką gender, sprawami mniejszości, akcjami społecznymi, ekologią i prawami zwierząt, ale też szeroko pojętym artywizmem, sprawami związanymi z instytucjonalizacją sztuki, funkcjonowaniem tych instytucji, złą sytuacją artystów wciąż domagają się zajęcia stanowiska, przyciągają uwagę, ale też pokazują, jak bardzo na tym tle potrzebna jest sztuka. To, co łączy te dwa postulaty to określenie roli sztuki w kontekście społeczno-kulturowym, a to oczywiście wcale nie jest łatwe…


Trochę o tym problemie mówi praca artysty wspomnianego na początku tego wpisu - Honzy Zamojskiego "Anarchia", która prowokuje pytanie - czy sztuka jest obszarem nieskrępowanej wolności i wyzwalania czy może raczej kłamstwem, a może tym, co jest pomiędzy tymi obszarami?



Na Nowy Rok

izakow2

W Nowym Roku 2014 życzę wszystkim Czytelnikom i Czytelniczkom zdrowia, radości, zapału, otwartości, odwagi w myśleniu i ciekawych artystycznych inspiracji.


Już niebawem ukaże się na "Obiegu" moje podsumowanie roku 2013. Piszę w nim między innymi o problemach części instytucji artystycznych, m.in. o kryzysie w warszawskim CSW, zauważając, że plusem tej sytuacji jest budowanie strategii oporu pracowników instytucji oraz artystów, zrzeszanie się i zakładanie związków zawodowych, ale również zastanawianie się nad rolą instytucji w artystycznym sposobie produkcji oraz nad kwestią nierównego traktowania artystów.

 

Kończę więc życzenia na Nowy Rok wezwaniem z pracy Rafała Jakubowicza: Robotnicy sztuki - jednoczcie się!


© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci