Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

Wpisy otagowane : antysemityzm

Zwichnięta historia sztuki

izakow2


Wybaczcie długie milczenie. Najpierw dopadła mnie grypa, potem wiosenne rozleniwienie, a później musiałam nadrabiać zaległości. Ale już wracam!

Pod ostatnim wpisem pojawił się problem "Złotych żniw" Grossa, za nim idzie pytanie o rozliczenie z polskim antysemityzmem.
Ja postawiłam to pytanie w odniesieniu do historii sztuki pisanej w Polsce po 1945 roku.


Jak to się stało, że pewne kwestie zostały w badaniach pominięte, przemilczane? Co powiedzieć o dysproporcji pomiędzy wielością prac artystycznych, które odnoszą się do tematu Zagłady a brakiem badań na ten temat? Zwłaszcza współcześnie artyści odwołują się do kwestii związanych z traumatyczną historią, często niestety temat ten banalizują (przykładem takiej banalizacji była akcja ze spalaniem stodoły Rafała Betlejemskiego), a z drugiej strony w odniesieniu do badań polskiej literatury, w historii sztuki, temat ten jest wciąż traktowany marginalnie. Wskazać można na świetny artykuł Katarzyny Bojarskiej, ale co dalej? Czy znana jest szerzej twórczość pierwsze pokolenia po Zagładzie, które ten temat w swej sztuce podjęło? Dlaczego badacze powtarzają uparcie, ze artyści tematowi nie sprostali? A co na przykład z mało znaną twórczością Izaaka Celnikiera?



"Getto" Celnikiera z 1949 roku, artysta podjął ten temat także w obrazie z 1955 roku pokazanym na wystawie "Arsenał".

Te wszystkie problemy staram się rozwikłać w tekście pod tytułem Zwichnięta historia sztuki? - o pominięciach problematyki żydowskiej w badaniach sztuki polskiej po 1945 roku, który ukazał się właśnie w pierwszym numerze pisma "Opposite" wydawanego przez Instytut Historii Sztuki Uniwersytetu Wrocławskiego. Numer ten jest pokłosiem niezwykle ciekawej konferencji Konferencja naukowa Mniejszości narodowe i etniczne w sztuce polskiej po 1945 roku. "Dla ciebie chcę być biała".

Kuskowski i antysemityzm zamalowany

izakow2

Dwa lata temu było mi bardzo przyjemnie podać informację, że Grand Prix na Biennale Malarstwa „Bielska Jesień” otrzymali Lidia Krawczyk i Wojtek Kubiak

W tym roku nagrodzone prace są również warte uwagi. To obrazy z cyklu Antysemityzm wyparty Kamila Kuskowskiego.




To niemal całkowicie białe obrazy, na których ledwo widoczne, gdyż zamalowane, znajdują się antysemickie napisy oraz symbole.

Celowo napisałam o duecie Krawczyk/Kubiak, bo tak jak w tamtym przypadku, tak i teraz, nie mamy do czynienia z tradycyjnym malarstwem, raczej z grą z malarstwem, pytaniem, czym jest malarstwo, jakie są jego granice, jaka jest jego relacja do fotografii (Kubiak/Krawczyk) czy działalności ulicznych wandali oraz zamalowywaczy obraźliwych treści (Kuskowski). Bo od razu możemy zapytać, czy nie jest też specyficznym malarstwem bazgranie po murach? W każdym razie używane jest przecież to samo medium. Choć oczywiście z „malarzami” piszącymi na murach antysemickie teksty nie chcemy mieć nic wspólnego. Raczej uważamy ich za przestępców. Ale, czy nie są oni częścią społeczeństwa, które walczy ze sobą między innymi na obrazy, symbole, hasła? Te obrazy wpisują się w ciąg wcześniejszych prac Kamila związanych właśnie z badaniem medium obrazowego, dyskursu ramy, pytaniem o to, czego w pierwszej chwili nie widać.




Ale z drugiej strony, tu chyba mniej chodzi o specyfikę medium malarskiego, a bardziej o zwrócenie uwagi na „antysemityzm”, jeden z bardziej palących społecznych problemów.

Jak napisał „strembol”: Hasła, które namalował Kuskowski, odwołują się do emocji, ale obrazy, których te hasła są częścią, odwołują się do rozumu. To czysta kalkulacja, dobrze przygotowana pułapka na spokój widzów. Pułapka subtelna, a jednocześnie całkowicie zrozumiała, odnosząca się do wspólnego doświadczenia. Kiedy patrzymy na te obrazy, trudno nie mieć wrażenia pewnej masowej współodpowiedzialności. To świadomość niewygodna i uwierająca.

Kamil, mieszkający w Łodzi – w mieście, gdzie tego rodzaju napisy pojawiają się wyjątkowo często; w mieście – które miało przed wojną bardzo bogatą kulturę żydowską, a teraz jest chyba jednym z najbardziej antysemickich polskich miast, nie mógł zapewne przechodzić obok tych napisów obojętnie. Dokładnie sportretował on napisy na murach, ponoć nie tylko te, które spotkał w Łodzi, ale również w innych miastach, np. w Krakowie (napis: Żydzi jedzą dzieci).




Oczywiście napisy te drażnią, przerażają skalą nienawiści; ale nawet zamalowane nie dają spokoju, pozostawiając pytanie o źródła i konsekwencje tego antysemityzmu.

Ale jednak: zamalowywanie, znikanie, ukrycie, efekt Tuymansa, Jakubowicz, Sasnal – taka litania pojawiła się w mojej głowie, kiedy zobaczyłam te prace po raz pierwszy. I niestety, nie była to wcale litania pochwalna dla Kuskowskiego. Pomyślałam: ciekawe obrazy, ale chwyt formalny dość oklepany. Żeby o tym napisać, należałoby się powtarzać.

Ale może należałoby skojarzyć ten cykl z czymś zupełnie innym? I pomyślałam o filmie Polak w szafie Artura Żmijewskiego (2007)  odnoszącym się do wielkiej skali antysemityzmu, z którą spotkali się studenci antropologii podczas swych badań w Sandomierzu i okolicach, gdzie możliwe, że ten antysemityzm związany jest z wiszącym w katedrze sandomierskiej obrazem Karola de Prevot przedstawiającym Żydów dokonujących tzw. mordu rytualnego. W filmie następuje „rozliczanie się” z tym obrazem – zamalowywanie go, opatrywanie rozmaitymi komentarzami, palenie, odgrywanie i zmienianie fabuły sceny przedstawionej na tym obrazie itp.

To, co nie daje mi spokoju, to pytanie, czy takie działania nie przyczyniają się do zwiększania „mocy obrazu”; czy zasłonięcie tego obrazu, które w końcu nastąpiło w katedrze sandomierskiej (co prawda pod pozorem konserwacji) ma tylko dobry skutek? Czy nie jest to tylko symboliczne zamiecenie brudów pod dywan jeszcze głębiej, a nie – ich wymiecenie?

I podobnie – czy wystarczy samo zamalowywanie antysemickich napisów?




Oczywiście, nie chcę stykać się z obraźliwymi obrazami, obraźliwymi napisami, pełnymi przemocy i nienawiści. Mam jednak wrażenie, że zasłaniania, zamalowywanie pozwala nam na dobre samopoczucie, utwierdzenie się w przekonaniu, że żyjemy w kraju, który nie jest antysemicki. Tym samym więc odrzucamy potrzebę przepracowania własnego antysemityzmu, coś, co kiedyś rzucił społeczeństwu w twarz Peter Fuss pracą „Żydzi, precz z katolickiego kraju”.

Tak, jedno jest pewne, antysemityzm, żeby został przepracowany, musi zostać ujawniony, i jak sądzę, to jest głównym celem prac Kuskowskiego, wywołanie dyskusji, nie o „ugrzecznionym” antysemityzmie, ale o tym antysemityzmie ludowym, dzikim, nieujarzmionym, bazującym wciąż na tych samych mitach o rytualnych mordach, itd., a więc właśnie o antysemityzmie wypartym. I wciąż nie dość książek, prac, opracowań, rozmów podejmujących ten problem.

Kamil, gratuluję, bardzo dobra praca!

Polemika wokół Petera Fussa i... Królewna Śnieżka

izakow2

Piotr Paziński, redaktor naczelny miesięcznika „Midrasz” polemizuje na stronach Indeksu z tezami Petera Fussa w związku z jego zniszczoną wystawą „Achtung”. Pisałam już o wątpliwościach wokół tej wystawy, o prostym, zbyt prostym, według mnie, utożsamieniu ofiar z prześladowcami, poprzez ukazanie nazistów z gwiazdami Dawida.


Tymczasem Paziński pisze nie tylko o pracy Fussa, ale wymienia również Artura Żmijewskiego („Nasz śpiewnik”) oraz Huberta Czerepoka („Nie tylko dobro przychodzi z góry”). Stawia tezę, że we wszystkich tych pracach Żydzi traktowani są w sposób przedmiotowy:


Uważam, że w ich sztuce dochodzi do osobliwego i niesmacznego POSŁUGIWANIA SIĘ Żydami, wręcz do ich uprzedmiotowienia, kiedy to żywi ludzie stają się narzędziem bądź artystycznej prowokacji/manifestu/happeningu, bądź też służą jako równie poręczny środek ekspresji pewnych deklaracji politycznych.


 Nie bardzo to rozumiem. U Fussa, co wydaje się najbardziej kontrowersyjne, mamy do czynienia z posługiwaniem się wizerunkiem ofiar i to akurat jest sprawa najbardziej sporna, choć z drugiej strony Fuss skorzystał nie z fotografii dokumentalnych, ale medialnych obrazów Zagłady („Lista Schindlera” i „Pianista”).


Czerepok ludzi nie użył w ogóle, jego instalacja odwoływała się do napisów nad bramą do obozu Zagłady. Może rzeczywiście nie pomyślał, czy nie obrazi tym żyjących Żydów. Może powinien. Ale, czy wobec tego, nie powinniśmy też się zastanawiać, dlaczego Nieznalska nie pomyślała używając krzyża w „Pasji”, czy nie obrazi katolików? Czyli idąc dalej, także potraktowała ich w sposób przedmiotowy...


A może raczej jest inaczej – pewne symbole są symbolami należącymi do całej naszej kultury, należą do jej repertuaru i dlatego, artyści mogą ich używać, tak jak twórcy literaccy używają określonych słów i pojęć (np. słowa „Jahwe”, „Bóg”, „Chrystus” nie są tylko zarezerwowane dla osób wierzących).


Żmijewski w „Naszym śpiewniku” pokazał starszych ludzi, którzy przypominają sobie piosenki znane w dzieciństwie, w tym polski hymn. Artysta pokazał tym samym, jak bardzo paradoksalna jest tożsamość, którą próbujemy zamykać w ściśle wyznaczonych graniach. W tym przypadku chodziło o tożsamość narodową, która przecież budowana jest między innymi poprzez pierwszy język („język matki”), poprzez wspomnienia z dzieciństwa, pierwsze piosenki, itp. Dla starszych Żydów z filmu Żmijewskiego ta tożsamość związana była z językiem polskim, przez co artysta ukazał, że „Inny” jest zarazem „nasz” i „obcy”, jest do nas podobny, identyfikuje się z tym samym, co my. Owa „inność” jest jedynie naszym wymysłem, efektem używanych przez nas kategorii i definicji służących porządkowaniu, określaniu tożsamości, jej zamykaniu w sztywno wyznaczonych granicach.


To odwoływanie się do tożsamości narodowych czy religijnych („sztuka, która wykorzystuje Żydów”, według Pazińskiego czy też „sztuka, która obraża katolików”, według polskich obrońców religijnych wartości) zawsze wydaje mi się podejrzane, tak, jak podejrzana jest dla mnie sama tożsamość. Każde określenie tożsamościowe wiąże się z pewnymi normami, określającymi sposób zachowania, styl ubioru, wartości, które dana osoba powinna wyznawać. Normy zaś służą temu, by porządkować. Istnienie normy oznacza istnienie marginesu: tego, co wykluczone i odrzucone. Ustanawiając normy, dokonujemy więc likwidacji inności. Definicje narodowe, płciowe, seksualne piętnują nas, każą nam traktować tożsamość jako coś stałego, niezmiennego, a przecież, jak pisze Judith Butler, negocjujemy własną tożsamość, co oznacza, że nigdy nie możemy do końca się określić, proces ten jest ciągły i nieskończony.


Paziński kończy swój tekst stwierdzeniem: Mówiąc językiem Emmanuela Lévinasa – Czerepok, Fuss, Żmijewski (a także wielu innych twórców i wyrobników sztuki bezrefleksyjnie eksploatujących w Polsce „temat żydowski” – choć to temat na szerszą debatę) nie dostrzegają w Żydzie twarzy bliźniego, taka relacja jest im całkowicie obca. Żyd jest i pozostaje PRZEDMIOTEM, a nie INNYM, któremu winniśmy szacunek, wyrażający się w relacji etycznej: JA-INNY, w której bliźni jest podmiotem na równi ze mną, ba!, w pewnym sensie nawet ważniejszym ode mnie samego, i w której ja sam unikam wtłaczania go w moją siatkę znaczeń, a przeciwnie: dostrzegam i respektuję jego odrębność i niepowtarzalność, i przez którą – jakby chcieli niektórzy – prześwieca coś więcej, może jakkolwiek rozumiana transcendencja. Ponieważ nie dostrzegają, dlatego, że traktują ich jako przedmiot, dopuszczają się w gruncie rzeczy przemocy, w Lévinasowskim sensie tego słowa. Dla nich jestem właśnie przedmiotem, użytecznym o tyle, o ile da się mnie UŻYĆ, przerobić w kolejną instalację, wykorzystać do happeningu, zlekceważyć moją odrębność dla zaspokojenia własnego artystycznego ego.


 Według mnie, w tych słowach jest jakieś ogromne nadużycie, bo czy na szacunek zasługuje ktoś, dlatego, że jest Żydem, Polakiem, katolikiem? Czy raczej, dlatego, że jest tym Levinasowskim Innym, drugą osobą, którą poznajemy poprzez nasze z nim spotkanie?


W tym sensie gros sztuki współczesnej rzeczywiście stosuje przemoc wobec Innego. Pisał o tym Paweł Leszkowicz w tekście „Czy Twój umysł jest pełen dobroci?”. Sztuka testuje granice wolności, przekracza granice etyczne, a my możemy i powinniśmy się spierać, czy ma to sens i swoje uzasadnienie. Żmijewski w ogóle używa w swojej pracy ludzi, nie tylko Żydów, używa też niepełnosprawnych, upośledzonych, głuchoniemych, ludzi starszych, a nawet umierających („Karolina”). I znowu, warto się sprzeczać, z czym wiąże się takie użycie, czy ta sztuka broni się przed zarzutami o brak etyki (np. Paweł Leszkowicz uważa, że te prace są nieetyczne, ja wciąż jestem skłonna ich bronić przed tego rodzaju zarzutami).


Nie uznaję tematów tabu w sztuce. Sztuka testując i przekraczając granice, pytając o podskórne obsesje, ukryte lęki, uprzedzenia dopuszcza się czegoś, co w rzeczywistości można uznać za naganne. Problem jednak w tym, że to właśnie w tej rzeczywistości siedzi, bo w niej właśnie ukryte są lęki, uprzedzenia, nienawiść i strach, a oburzanie się na artystów nic tu nie wskóra. Naprawdę warto uświadomić sobie to, co mówiła Sarah Kane: Moja sztuka jest tylko cieniem rzeczywistości, która jest znacznie trudniejsza do zniesienia. Łatwiej oburzać się na jej reprezentację w teatrze niż na rzeczywistość, bo łatwiej jest zrobić coś ze sztuką: zakazać, ocenzurować, zabrać teatrowi dotacje. Ale co można zrobić z tą kobietą powieszoną w lesie. Zabrać jej subwencję?


No właśnie, wystawę Fussa można zniszczyć, ale nie można zrozumieć konfliktu na Bliskim Wschodzie. Nie sposób pojąć ponoszenia bezsensownych ofiar, nienawiści w imię religii, braku szacunku dla ludzkiego życia po obu stronach konfliktu (tu rachunek jest prosty: Innego należy zgładzić). To w tym konflikcie najbardziej widać obstawanie przy wyraźnie wyznaczonych tożsamościach, ustanawianie wyraźnych granic pomiędzy sobą (swoimi) i nimi (innymi), granic, za które przelewa się krew. Dla mnie jednym z głównych oskarżonych w tym wszystkim jest sama religia, obojętnie czy chrześcijańska, czy żydowska, czy muzułmańska. I dlatego uważam, że nie może ona podlegać jakiejkolwiek ochronie.


I na marginesie tych gorzkich konstatacji przypomina mi się dawna sprawa z „Królewną Śnieżką”, która miała miejsce w Sztokholmie. Przypomnę za Eulalią Domanowską:


 

„Instalacja "Snövit" (Królewna Śnieżka) pokazana w stolicy Szwecji została wykonana przez parę artystów - Drora Feilera (pochodzącego z Izraela) i jego żonę Gunilę Skold. W basenie wypełnionym czerwoną wodą, mającą symbolizować krew, pływa biała łódka ze zdjęciem palestyńskiej samobójczyni, która przedostała się do Haify i wysadziła w powietrze w żydowskiej restauracji, zabijając 21 osób. Instalacji towarzyszyła kantata Bacha zatytułowana "Moje serce pływa we krwi" i tekst opisujący historię 29-letniej adwokatki, Hanadi Jararat, która dokonała samobójczego ataku w odwecie za zabicie jej męża przez izraelskie służby bezpieczeństwa. Praca, która miała na celu sprowokowanie dyskusji na temat zemsty i stosunków palestyńsko-izraelskich, została uznana przez ambasadora za gloryfikację Palestynki. Na wernisażu puściły mu nerwy. W przypływie ataku wściekłości zniszczył oświetlenie i powrzucał reflektory do basenu wypełnionego czerwienią, a następnie zażądał usunięcia pracy z wystawy. Jego żądanie poparł rząd Izraela, grożąc wycofaniem się z konferencji. Nie bardzo wiadomo, dlaczego dyplomata uznał instalację za gloryfikację terroryzmu, gdyż towarzyszył jej tekst zawierający poetycką biografię samobójczyni oraz wyraźne stwierdzenie, iż zabiła ona w Hajfie niewinne osoby i że obecnie wiele rodzin płacze z tego powodu. Krytycy skłonni byli interpretować pracę raczej jako ukazanie przyczyny spirali nienawiści, na której przerwanie nikt nie znalazł jeszcze skutecznej recepty.[...]


 

Stanowisko szwedzkich władz wobec wybryku ambasadora było jednoznaczne: wystawa jest pokazywana w publicznej i niezależnej instytucji, jaką jest muzeum, i rząd nie może stosować wobec niej cenzury ani wysuwać żadnych żądań. Zachowanie dyplomaty określono jako "nie do zaakceptowania" oraz podkreślono, że w Szwecji panuje wolność artystyczna, jak we wszystkich demokracjach. Odpowiedzialny za wystawę Thomas Nordstand, i dyrektor Muzeum Historycznego Kristian Berg byli wzburzeni atakiem na artystów i sztukę: "To zamach na wolność wypowiedzi", a także zaniepokojeni licznymi groźbami skierowanymi pod ich adresem. Instalacja była nadal pokazywana pod wzmocnioną ochroną strażników pilnujących basenu”.


I znowu pracę łatwo zniszczyć, oburzyć się na nią, wywołać międzynarodowy skandal, ale co zrobić ze wspomnianą w tekście Domanowskiej spiralą nienawiści????


Oczywiście, uważam, że praca Drora Feilera i Gunili Skold była dużo bardziej przejmująca i poruszająca, niż prosty zabieg Fussa. Ale z drugiej strony - reakcje podobne...

 

Nacjonalizm a proszek do prania

izakow2

Znowu trochę opuściłam się w pisaniu blogu. Znalazłam ostatnio genialną stronę ze starymi reklamami. To galeria warszawskiej szkoły reklamy 


Klimat wielu starych reklam ma coś z bajki, mimo swoistej niemoralności, a niekiedy nawet politycznej niepoprawności.

 

No właśnie.


Znalazłam tam i taką kuriozalną reklamę i od razu przestało mi być już bajkowo:


 

 

Oczywiście nie jestem tego pewna, ale wszystko wskazuje na to, że jest to reklama z lat 30. W pierwszym momencie nie wiadomo, o jaki obcy kapitał w niej chodzi. Jak dla mnie kluczem jest tu słowo „chrześcijańskiej” (w odniesieniu do firmy!). Obcy kapitał to kapitał niechrześcijański, a więc żydowski. W każdym razie reklama jest do bólu nacjonalistyczna i, jak sądzę, również antysemicka.

 

Jakiś czas temu Kazimierz Piotrowski na wystawie „Inc. Sztuka wobec korporacyjnego przejmowania miejsc publicznej ekspresji (w Polsce)” (Galeria XX1, Warszawa 2004) zaprezentował znak „Topokrzyża” zaprojektowany w latach 30. przez Stacha z Warty Szukalskiego. Znak ten miał być umieszczany przed wejściem do polskich, katolickich sklepów, aby chronić polski handel i miał służyć, jak wskazywało jedno z objaśnień Szukalskiego: „do walki z żydostwem pod hasłem „G.O.J.” – „Gospodarczą Organizujemy Jedność”. Kurator w tekście towarzyszącym wystawie nie zwrócił uwagi na antysemicką wymowę tej pracy, wskazując jedynie na pewne jej podobieństwo ze znakiem promocyjnym „Teraz Polska”.


Skojarzyło mi się to a’propos tej reklamy, ona też była w pewnym sensie stworzona w myśl hasła „Teraz Polska”. Jej antysemityzm jest w pierwszym momencie ledwo widoczny, ale zarazem jest czymś bardzo silnym.


Jakie z tego wnioski:


1)      Polityka jest obecna w całej kulturze, także w kulturze popularnej, można śledzić ją także w reklamach,

2)      Łatwo udawać, że tej polityki w kulturze (w tym w kulturze popularnej) nie ma (zawsze jest ona w jakiś sposób ukryta zawoalowana; łatwo też ukryć ją w interpretacji, np. za ogólnikowym hasłem „Teraz Polska”),

3)      Brak wciąż opracowań analizujących polski przedwojenny antysemityzm i to, jak bardzo obecny był w sferze gospodarczej.

 

Aha, no i jeszcze mnie seksizm - obywatelstwo kobiet miało spełniać się przez używanie odpowiedniego proszku. W ten sposób kobiety miały zabiegać o dobro kraju. Nikt nawet nie pomyślał jeszcze wtedy, że proszku do prania mogą używać też Polacy - Obywatele.

 

 

P.S.

A oto nowa informacja z mediów o wezwaniu do konsumenckiego bojkotu, która jakoś mocno do tej poprzedniej pasuje (tyle, że tym razem chodzi o gejów), podaję za Onetem:


"Katolicy chcą bojkotować IKEA w Polsce"

 

Szwedzkie media zajęły się akcją podjętą na stronie internetowej polskiego kwartalnika "Fronda", wzywającego do bojkotu sklepów IKEA. Jako pierwsza doniósł o tym dziennik "Svenska Dagbladet" zamieszczając tekst pt. "Katolicy chcą bojkotować IKEA w Polsce".

Szwedzkie media przypominają, że hasło bojkotu proponowane przez "Frondę" - "Jestem katolikiem - nie kupuję w IKEA" - ma być odpowiedzią na pokazanie pary gejów w najnowszym katalogu szwedzkiego domu meblowego "IKEA Family Live".

Katalog, wydrukowany w nakładzie 1,2 mln egzemplarzy, zawiera m.in. prezentację 20 rodzin i ich potrzeb w dziedzinie urządzenia mieszkań. Wśród nich jest para gejów. Kolportaż rozpoczęto w Polsce 17 listopada.

Córka wobec Matki i Ojczyzny u Bożeny Keff

izakow2



Louise Bourgeois, Maman, 1999


Ten wpis nie będzie dotyczył Louise Bourgeois. Zamieszczam tę fotografię, bo praca tej artystki jest chyba najmocniejszą metaforą dominującej matki oraz niewidzialnych więzów, które wytwarzają się między matką a córką (i oplątują córkę niczym pajęczyna). A tego rodzaju więzach pisze Bożena Keff (Umińska) w swoim niezwykłym "Utworze o Matce i Ojczyźnie" .


Niedawno w krakowskim Bunkrze Sztuki została otwarta wystawa „Moja matka nie jest boska” w związku z wydaniem książki Bożeny. (Ktoś w komentarzach donosił o tej wystawie w związku z tym, że kuratorkami są Martyna Sztaba i Anka Sasnal, że niby powinnam się oburzyć, tylko za bardzo nie wiem, na co!).


Bardzo cenię Korporację Ha!art, jej działalność, a przede wszystkim wydawane przez nią książki. Ha!art wydaje bardzo istotne pozycje, wręcz mam wrażenie, że jest jako wydawnictwo niedoceniany.


Do Krakowa niestety nie miałam możliwości pojechać, ale utwór (operę, oratorium, poetycką groteskę?) Bożeny Keff przeczytałam.


To rodzaj utworu, na który składają się pieśni rozpisane na role, to rodzaj prozy poetyckiej, w której to, co wysokie i wzniosłe miesza się z tym, co trywialne, mięsne, ironiczne, a odwołania do mitów (Demeter i Kora) przeplatają się z nawiązaniami do kultury popularnej (Lara Croft i Ripley).


Ten utwór to rodzaj wyrzuconej, wyśpiewanej/wyplutej traumy córki związanej figurą dominującej matki, od której nie sposób się uwolnić.


Córka, Usia, jest całkowicie spętana przez matkę, przez jej skargi, cierpienia, opowieści o jej infekcjach i słabości, przez jej samotność.


Siedzę tu sama w czterech ścianach w czterech ścianach sama
lecz co to ciebie obchodzi że matka jest sama w ścianach czterech

 

Córce brakuje możliwości odczuwania, osądzania sytuacji, wciąż nie jest swoją własną osobą:

 

Czy pani ma dobre stosunki z matką? – pyta terapeutka [...]
- Bo ja wiem, mówi Usia, nie mam jakiś dramatycznych, choć w zasadzie przepadać za nią nie przepadam, od kilku miesięcy nie mogę wyjść z domu, ale w domu też być nie mogę
.


Matka, polska Żydówka, żyje ze swoją własną traumą, jako jedyna z rodziny przeżyła Holokaust, jej życie jest nieszczęśliwe i niespełnione i tę traumę przenosi na swoją córkę, którą krępują niewidzialne więzy przywiązania, wyrzutów sumienia, miłości oraz nienawiści.


Jej desperacja w chęci uwolnienia się od matki, przejawia się w chęci zabicia jej, ale matka jest niezniszczalna:


Zabić cię, myśli Usia, jak cię nie zabili Niemcy,
dwie armie przynajmniej, dywizje pancerne, czołgi i lotnictwo
całe cztery lata, to ja mam dać radę?


W znakomitym posłowiu, Maria Janion i Izabela Filipiak piszą:


„Opisanie matki przez córkę to zadanie ryzykowne (jeśli zdradzimy matkę, to kto nam zostanie?) i społecznie mało aprobowane (konsensus społeczny mówi, że matkę trzeba szanować), a wreszcie obrazoburcze)”.


W tej książce obrazoburstwo jest tym większe, że zwraca się również przeciwko Ojczyźnie (Wielkiej Matce), równie krwiopijczej, nieprzyjaznej, ksenofobicznej, w której panuje antysemityzm, homofobia i antyfeminizm.


Oddaje go najpełniej epilog, „Pieśń z przychodni lekarskiej”, w której pacjenci kończą swój dialog, wykrzykując: Widzew żydy!!! Legia żydzi!!! I Po-lo-nia żyd-ki!!!.


Jest tu zawarty absurd polskiego antysemityzmu, który onegdaj wydobył na jaw (na chwilę) Peter Fuss, swą pracą „Żydzi won z katolickiego kraju”.


A jednak jest coś takiego w utworze Bożeny, że nie wydaje się przygnębiający. Może to pojednanie, które akcentują Janion i Filipiak: „Córka tymczasem odkrywa, że skoro nie może zyskać autonomii w oczach matki, trzeba ją sobie nadać i zadowolić się tym, że matka jest przyzwoitym człowiekiem, zdolnym do współczucia i elementarnej samooceny. Matka i córka widzą też zarazem, że ich historia jest wspólna. Dlatego mogą połączyć się w micie. Dlatego córka może się uwolnić, wyłożyć swój projekt ludzkości i odkryć już nie fatum, lecz swoje przeznaczenie”.

© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci