Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

Wpisy otagowane : fotografia

Konsola - przeciwko przemocy wobec kobiet

izakow2

 

Poznańskie Stowarzyszenie Kobiet Konsola wraz z fotografką Anną Kamińską przygotowało znakomitą kampanię fotograficzną w ramach Dni Przeciwdziałania Przemocy Ze Względu Na Płeć. Na każdej fotografii inna osoba trzyma w rękach hasło zwracające uwagę na problem przemocy wobec kobiet, jej lekceważenia oraz przemilczania. Bo właśnie w milczeniu tkwi największy problem.

 


Pewnie każdy i każda z nas słyszał/a o przypadkach przemocy dotykającej kobiety, np. o kobietach bitych przez swoich mężów. Czasami niewiele możemy zrobić, jeśli ofiara związana ze swoim oprawcą, nie pozwala sobie pomóc i nie chce zerwać przemocowej relacji. Wtedy najczęściej jest obwiniana przez otoczenie. Tyle tylko, że prowadzi to do jej jeszcze większego napiętnowania. Jackson Katz w książce „Paradoks macho” udowadnia, że przemoc wobec kobiet jest tak naprawdę problemem mężczyzn, choć niewielu z nich chce o tym w ten sposób myśleć. A więc nie na ofierze, ale na oprawcy powinna koncentrować się uwaga otoczenia, to on powinien usłyszeć, że to, co robi jest złe.

 


 

Pewnie też każdy i każda z nas słyszał/a też o przypadkach molestowania seksualnego, na przykład w szkołach, w klubach sportowych, na uczelniach, w pracy. Czasami przybiera ono formę ustnego nagabywania, niekiedy poklepywania po pupach, a zdarzają się też gorsze rzeczy. Najczęściej wiąże się to z układem zależności, dlatego też tak wiele uczennic, studentek, podwładnych zaciska zęby i nie chce mówi o problemie, czasami tylko zwierzają się tym, do których mają zaufanie. Ale nie chcą o tym mówić publicznie. Kiedy pewna polska wykładowczyni na jednej z uczelni postanowiła przerwać milczenie, wiedząc o przypadkach molestowania swoich studentek, skończyło się na tym, że to ona została napiętnowana jako aferzystka. Studentki niestety nie chciały o tym mówić, bały się, że może im to zaszkodzić nie tylko na studiach, ale też w dalszej karierze zawodowej.

 


 

To w gruncie rzeczy właśnie dlatego jest tak trudno przeciwdziałać przemocy wobec kobiet, jest ona bowiem, jak pisze Katz, przemocą systemową, w której ofiary ponoszą nie tylko jej bezpośrednie konsekwencje, ale też konsekwencje mówienia o niej, jej ujawnienia, wciąż są obwiniane, wyszydzane, wyśmiewane. Kulturowe wzorce i postawy sprzyjają w gruncie rzeczy tym, którzy takiej przemocy się dopuszczają. Dość wspomnieć o aktualnych atakach niektórych przedstawicieli Kościoła na tzw. ideologię gender, bo niszczy rodzinę. A teorie gender uświadamiają nam jedynie, że role płciowe są konstruowane przez kulturę, a więc również, że prawdziwej męskości nie trzeba udowadniać stosując przemoc, zaś kobieta, która doświadcza przemocy nie powinna być zmuszona do „dźwigania swego krzyża”, ale powinno jej się pomóc na wszelkie możliwe sposoby.

 


 

Wracając do kwestii milczenia na temat przemocy – bywa też tak, że molestowania dopuszczają się osoby znane i szanowane przez swoje otoczenie, znajomi również wolą milczeć w obawie przed popsuciem sobie dobrych stosunków z taką osobą, jak i przed stygmatyzacją otoczenia. Zdarza się również, że słyszymy niewybredne żarty czy pogardliwe opinie na temat znajomych kobiet. W takiej sytuacji, bojąc się ośmieszenia przed innymi, znowu milczymy, ignorujemy, bagatelizujemy.

 



Niekiedy przemoc ze względu na płeć bywa subtelna, mogą to być na przykład e-maile z dwuznacznymi treściami czy też seksistowskie treści pojawiające się na portalach społecznościowych. Samej zdarzyło mi się nadawcę tego rodzaju maili przerzucić do spamu, a wątpliwych znajomych usunęłam ze swojego grona. Swój problem rozwiązałam, ale przecież sprawę przemilczałam, bo w obawie przed ośmieszeniem się, nie chciałam robić awantur…

 



W tych wszystkich sytuacjach najczęściej nie wiemy, co robić i jak zareagować, jak pomóc doświadczającym przemocy kobietom. Nie zastanawiamy się nad tym, że nasze bagatelizowanie problemu może przyczynić się do tego, że jeszcze ktoś doświadczy takiej przemocy, że komuś innemu może być jeszcze gorzej. Zapominamy w ten sposób o naszych etycznych zobowiązaniach wobec innych, zwłaszcza słabszych.

 

 

Zdjęcia Ani Kamińskiej wykonane w ramach Akcji znakomicie pokazują, że przede wszystkim należy przełamać milczenie, ale też zerwać ze stereotypami, przestać obwiniać doświadczające przemocy kobiety, zerwać z tradycyjnymi stereotypami płci, ukazać pozytywne wzorce męskości, uczyć synów szacunku do kobiet. Ważne, że na tych zdjęciach pojawiają się również sami mężczyźni, w akcjach przeciwko przemocy nie chodzi bowiem o ich obwinianie, ale o ukazanie, że prawdziwi mężczyźni nie stosują przemocy, ale również nie pozostają wobec niej obojętni.

 


Śmierć oraz trwałość życia na zdjęciach Magdy Hueckel

izakow2

 

W poznańskiej galerii Piekary prezentowana jest poruszająca wystawa fotografii Magdy Hueckel pt. „Anima” . Pokazywane są fotografie, które powstały w latach 2003 – 2013 podczas podróży Magdy oraz Tomka Śliwińskiego do Afryki. Zdjęciom towarzyszy reprodukcja dziecięcego rysunku na ścianie.


 


 

Nie są to zdjęcia barwnej Afryki, jakie znamy z „National Geographic”, nie są to piękne krajobrazy ukazujące egzotyczną faunę i florę. To raczej dokumentacja rozkładu, śmierci wpisanej w życie, to również odkrywanie magicznych praktyk, w których śmierć jest nieodłącznie spleciona z życiem. Na zdjęciach pojawiają się więc uschnięte rośliny, martwe zwierzęta znalezione zarówno na otwartych przestrzeniach, jak i na targach z jedzeniem, targach fetyszy oraz w świątyniach. Sfotografowane zostały między innymi totemy, fragmenty świątyń i Domów Przodków, martwe zwierzęta jako akcesoria magiczne służące uzdrowicielom i wróżbitom kontaktującym się z bóstwami.


 


RPA, Durban 2010 

 

 

Benin, Cotonou, Targ fetyszy, 2013

 

 Benin,  Cotonou, Targ fetyszy, 2013

 

Benin, Cotonou, Targ fetyszy 2013 

 

 

Tytuł „Anima” odnosi się więc nie tyle do duszy pojedynczego człowieka, ale do duchów związanych z siłą trwania, duchów łączących ludzi z naturą, do siły życia, którego śmierć jest nieodłącznym elementem, a nie czymś, co znajduje się poza życiem, jak traktujemy ją w naszej kulturze.

 

„Animę” można więc rozumieć jako siłę witalności, popęd życia oraz trwałość.

 

 

Benin, Cotonou, Targ fetyszy, 2013

 


Tanzania, okolice Arushy, 2009

 

 

W podobnym kontekście o trwałości życia pisze Rosi Braidotti wskazując na osadzenie podmiotu w korporalnej materialności. Dla proponowanej przez nią etyki trwałości kluczowe jest pojęcie „życia” jako siły witalnej charakterystycznej zarówno dla bytów ludzkich jak i nieludzkich (takich jak ziemia, zwierzęta i rośliny). To również poszukiwanie więzi i „wchodzenie w relacje z innymi siłami, bytami, istotami, falami intensywności”. Śmierć nie jest tu żadnym końcem, ani wyłomem, jest naturalnym elementem życia. Tyle tylko, że życie nie jest tu traktowane jako coś przypisanego jednostkom, ale jako Zoe – bezosobowa czy raczej aosobowa siła. I dlatego: „Śmierć nie jest porażką czy wyrazem strukturalnej słabości w sercu życia, ale integralną częścią jego produktywnych cykli”. Te cykle świadczą o trwałym witalizmie, o życiu jako czymś, czego jesteśmy tylko częścią. To właśnie tę życiową witalność (można by ją określić właśnie jako Animę) powinniśmy afirmować i mam wrażenie, że taką afirmacją są też fotografie Magdy Hueckel.


 

Algieria, Timimoun, Targ, 2010

 

Benin, Cotonou, Targ fetyszy, 2013

 

Tanzania, okolice Arushy, 2009


 

Te zdjęcia mówią właśnie o trwałości, o przemijaniu i odradzaniu się, o martwej materii, która służy życiu. Niezwykle istotne wydaje się uzmysłowienie sobie, że jesteśmy częścią tej materii. Braidotti powiada: „Rozumienie siebie jako części natury oznacza dla podmiotu postrzeganie siebie jako wiecznego, to znaczy zarazem podatnego na zranienie i ulotnego. Zakłada to jednak również uwzględnienie wymiaru czasowego: to, czym jesteśmy, zależy od rzeczy, które istniały przed nami i od tych, które będą istnieć, gdy nas nie będzie”. Autorka określa tę postawę filozoficznym nomadyzmem, co zresztą też bardzo mocno współgra z podróżniczymi poszukiwaniami siły życia prowadzonymi przez Magdę Hueckel.


 

RPA, Coffee Bay, Pogrzeb konia, 2010

 


Senegal, Dakar, Targ rybny, 2012

 

 

Kiedy oglądałam te zdjęcia, miałam wrażenie, że brakuje na nich obrazów ludzkiej śmierci, dlatego zapytałam Magdę, czy była w Rwandzie i czy zetknęła się z masowymi grobami ofiar konfliktu między Tutsi i Hutu, grobami, w których ciała zmumifikowały się, przez co wyglądają podobnie do niektórych ciał zwierząt uwiecznionych na tych zdjęciach. Magda była oczywiście w Rwandzie, wysłała mi później zdjęcia tych grobów, ale jednak stwierdziła, że jest to już inna historia...

 

Korzystałam z tekstu Rosi Braidotti, „Etyka stawania-się-niewykrywalnym” („Teorie wywrotowe”, Poznań 2012).


Wystawę Magdy Hueckel można oglądać w Galerii Piekary (która od niedawna mieści się na Dziedzińcu Różanym poznańskiego Zamku) do 20 września. Bardzo polecam!


Niepamięć u Wojciecha Wilczyka

izakow2

Pisałam niedawno o „Paskudnych pocztówkach” Michała Szlagi, które dokumentują proces wymazywania z mapy Gdańska stoczni, a zarazem – jej historii. Kiedy jakieś historie skazywane na są zapomnienie lub podlegają manipulacjom, niekiedy sztuka przejmuje rolę ocalenia pamięci. Współczesne prace artystyczne jednak częściej śledzą właśnie to zamazywanie, znikanie, odnosząc się do problemu niepamięci czy też pamięci niechcianej.

 

Tak dzieje się też w dość starej pracy, której jednak jeszcze tutaj nie prezentowałam, w cyklu fotografii Wojciecha Wilczyka „Niewinne oko nie istnieje” (2009), które były zarówno prezentowane na wystawach, jak i składają się na obszerną książkę.

 

Synagoga - Lubań 4.01.2007

 

W książce znajduje się ponad 300 zdjęć z najróżniejszych miejsc w Polsce prezentujących dawne synagogi lub żydowskie domy modlitwy. Obecnie są one zniszczone, zapomniane, przekształcone w sklepy, domy mieszkalne, kina, magazyny, a nawet miejskie toalety. Informacja towarzysząca każdej fotografii zamieszczonej w książce mówi o powstaniu budynku, o jego stylu oraz o przekształceniach, którym został poddany po wojnie.

 


Synagoga - Działoszyce 7.11.2006



Jak napisała Dorota Jarecka: „Fotografie robią wrażenie dopiero w masie, mówiąc w ten sposób o powtarzalności tego, co działo się w czasie wojny w każdym polskim miasteczku z ludźmi i żydowską kulturą. [...] To cykl, w którym symbolicznie materializuje się nieobecność Żydów i który ujawnia niemal powszechny brak refleksji o tym pustym miejscu”. Ta nieobecność jest bardziej odczuwana, niż uświadomiona. Bo, choć martyrologia Żydów nie stanowi integralnej części polskiej pamięci zbiorowej, to, jak napisała Alina Cała: „zniknięcie trzech milionów ludzi o skrystalizowanej i wyraźnie artykułowanej kulturze, nie mogło pozostać bez śladu. Trwa po nich pustka, którą nie wszyscy w pełni sobie uświadamiają, ale odczuwają”.

 


Synagoga - Buk 11.05.2007



Część fotografii Wilczyka wskazuje na to, jak bardzo starano się ukryć pierwotną funkcję tych budynków, zmieniając je, zasłaniając m.in. szyldami reklamowymi. Jakby chciano wykreślić ich obecność z przestrzeni publicznej, aby nie mogły być już zobaczone. Jakby pierwotna - sakralna funkcja budynków musiała zostać za wszelką cenę wyparta. Jakby wstydzono się pozostałych jeszcze śladów żydowskiej historii, która mimo, że silnie wrosła w historię naszego kraju, wciąż skazywana jest na niepamięć. Zastanawiają przyczyny tej niechęci, które poniekąd ujawnione zostają przez ten cyklu o niezwykle znaczącym tytule "Niewinne oko nie istnieje" - ignorancja, niechęć, wstyd, zażenowanie...

 


 Synagoga w Zawierciu

 



Synagoga - Nowy Tomyśl 11.05.2007





Michał Szlaga o wymazywaniu historii Stoczni Gdańskiej

izakow2

 

„Paskudne pocztówki” Michała Szlagi to efekt dwunastu lat dokumentowania przez fotografa przemian na terenie dawnej Stoczni Gdańskiej.

 

 

Fotografie ukazują ruiny, to, co pozostało z dawnych budynków, hal, biur, przedstawione są również złomowane żurawie. Ukazują proces zrównywania tego miejsca z ziemią.

 

Każda z pocztówek opisana jest w zimnym inwentaryzatorskim języku: miejsce, data zrobienia zdjęcia, rodzaj obiektu, numer inwentarzowy, a w przypadku niektórych – dane dotyczące historii danego obiektu.

 


Gdańsk, tereny postoczniowe, 24 kwietnia 2012. Plac między ulicą Marynarki Polskiej i zakładową ulicą Malarzy. Miejsce po hali 6A. Złomowanie żurawia. Udźwig: 20t. Numer inwentarzowy: 26. Pozostałe opisy na blogu Szlagi

 

Szlaga wskazuje na cel, który przyświeca temu projektowi:

 

„Mam nadzieję, że analiza tego cyklu przyczyni się do szerszej refleksji nad procesem, którego mimowolnymi świadkami jesteśmy od kilkunastu lat. Gdańsk traci bezpowrotnie jedną ze swoich najbardziej fascynujących i niesamowitych przestrzeni. Można ją bezrefleksyjnie zastąpić „nowym”, na pewno jednak, nie da się odbudować jej charakteru stylistycznymi sztuczkami architektów. Nie wystarczy jeden osamotniony żuraw. Dzisiejsze Młode Miasto, uboższe o kilkadziesiąt procent oryginalnej zabudowy, nie jest już tym, czym było dziesięć lat temu”.

 


„Czekam na rozwój nowej, wielkomiejskiej, nowoczesnej dzielnicy z wizjonerskimi rozwiązaniami, wieżowcami i tym wszystkim, o czym śnią deweloperzy. Nie mogę jednak pogodzić się, z tym, że zabraknie w niej tego, co najważniejsze, czyli prawdziwej historii tego miejsca”. 

 


 

Cykl Szlagi można potraktować jako dokumentację wymazywania historii – historii miasta, historii robotników a wreszcie historii Solidarności, za której kolebkę uważana jest Stocznia. To również wymazywanie śladów oddolnych inicjatyw. Na terenie Stoczni znalazł swe miejsce Instytut Sztuki Wyspa, wcześniej działała tu również Kolonia Artystów. Kolonii już nie ma, Wyspa walczy o przetrwanie, wszelkie ślady działań artystycznych również są niszczone. Niedawno Iwona Zając pokazała w sieci fotografie ukazujące rozbiórkę murów z namalowanymi przez nią muralami, na których przedstawione były historie stoczniowców. O rozbiórce historycznego muru pisano też w "Gazecie".

 

Wymazywanie historii prowadzi do zapomnienia, a jak pisał Paul Ricoeur „ekwiwalentem zapomnienia jest zniszczenie archiwów, muzeów, miast – świadków minionej historii” („Pamięć, historia, zapomnienie”, s. 384.).

 

 

 

Jakiś czas temu brałam udział w dyskusji „Rewitalizacja przestrzeni miejskiej” odbywającej się w ramach Festiwalu Fotodokumentu, podczas którego były też prezentowane dwie wystawy „Sztuka rewitalizacji” ukazujące przemiany Zagłębia Ruhry. Byłam dość sceptycznie nastawiona, gdyż pojęcie rewitalizacji używane jest najczęściej w znaczeniu  przejmowania przez deweloperów czy korporacje biednych, często poprzemysłowych obszarów miasta pod przyszłe inwestycje, co wiąże się z procesem gentryfikacji, a więc wypierania z tych terenów ludzi słabych i ubogich. Tymczasem rewitalizacja powinna być rozumiana jako  ożywianiem miejsca, aby stało się przyjazne dla jego dotychczasowych mieszkańców, a także takimi działaniami, które mają zapobiec postępującemu ubóstwu. Dotyczy to zwłaszcza terenów poprzemysłowych, gdzie w wyniku likwidacji dawnych zakładów czy fabryk duża część społeczności boryka się z bezrobociem.

 

W przypadku wystawy i dyskusji dotyczącej Zagłębia Ruhry okazało się, że pojęcie  „rewitalizacji” miała to drugie – pozytywne znaczenie. Autorowi wystawy – Peterowi Liedtke, jak i autorom fotografii, chodziło przede wszystkim o dokumentowanie przemian oraz włączanie sztuki w sam proces rewitalizacji, ale w sensie – aktywizowania mieszkańców, czynienia miejsca swego zamieszkania przyjaznym dla wszystkich, również dla ludzi starszych i ubogich. Chodziło więc nie tylko o rewitalizację obszarów zniszczonych przez przemysł, ale przede wszystkim o rewitalizację społeczną, jak również o zachowanie dziedzictwa tego miejsca.

 

 

Podczas spotkania, w którym brałam udział, szczególnie cenne wydawały mi się uwagi autora projektu Petera Liedtke na temat potrzeby ochrony specyficznego krajobrazu Zagłębia Ruhry zdominowanego przez miejsca związanych z przemysłem – huty, kopalnie i fabryki. Na trwałe weszły one do historii tego regionu, a w zasadzie tę historię współtworzyły. Mają zarazem ogromne znaczenie symboliczne dla ludzi, którzy kiedyś tam pracowali, ale także dla całej lokalnej społeczności. Można powiedzieć, że współtworzą one tożsamość mieszkańców i dlatego, zamiast je niszczyć, burzyć czy pozwalać, aby pozostawały bezużyteczne, należy je chronić oraz wykorzystać właśnie na rzecz miejscowej społeczności.

 

Pomyślałam wtedy o Stoczni Gdańskiej, o tym, co ukazują prace Michała Szlagi – zarówno „Paskudne pocztówki”, jak i prezentowane już wcześniej (m.in. podczas gdańskiej Alternativy) filmy oraz fotografie prezentowane na wystawie Postdokument w CSW w Warszawie.

 

Pomyślałam tym, jak bardzo różni się nasze podejście do miejsc związanych z najnowszą historią od podejścia dominującego w Niemczech. Nie chodzi tylko o opisane tu Zagłębie Ruhry, warto też udać się do Berlina, gdzie mieszkańca Polski dziwić mogą niezburzone pomniki Marksa czy Lenina. Ale przecież są one śladem historii, nawet jeśli tej złej, to ją również, a może nawet przede wszystkim należy pamiętać. Wymazanie tego, co wstydliwe jest tylko wyparciem, nie ma nic wspólnego z tworzeniem krytycznej historii czy pamięci. Bo zapomnienie, jak powiada cytowany już Ricoeur szkodzi historii i szkodzi życiu.

 


 

W przypadku Stoczni Gdańskiej nie chodzi przecież o złą historię, choć jej historyczna nazwa – Stocznia im. Lenina również musiała zostać wymazana. Tylko na krótko przywrócono w ubiegłym roku napis nad głównym wejściem, później musiał on zniknąć. Jednak przede wszystkim trudno zrozumieć, że to miejsce związane z ruchem „Solidarności”, z przezmianami, które doprowadziły do przełomu 1989 roku nie stało się miejscem tzw. dziedzictwa narodowego. Jest to przewrotny koniec ideałów „Solidarności”, które zostały wyparte przez neoliberalną żądzę zysku.  

 


 

Pocztówki Michała Szlagi można zamówić i odebrać osobiście na terenie Stoczni Gdańskiej. Szczegóły na blogu autora.

 


Stara kobieta i kot - u Miyoko Ihary

izakow2

Nie jest łatwo zrobić dobre zdjęcia ze zwierzętami. Fotografie ukazujące dzikie zwierzęta w stylu "National Geographic", choć są doskonałe techniczne, niewiele mówią o samych zwierzętach, nie pokazują raczej zwierząt domowych, a także rzadko kiedy odnoszą się do kwestii skomplikowanych relacji między zwierzętami a ludźmi. Z drugiej strony powstaje cała masa zdjęć amatorskich tworzonych przez tych, którzy chcą pochwalić się swoimi pupilkami. Ale z tymi zdjęciami jest tak jak z fotografiami dzieci, najczęściej są przesłodzone i kiczowate, ich "kiutowatość" (od cute, czyli słodki) powoduje, że daleko im do dobrych fotografii, choć oczywiście wszyscy lubimy oglądać takie zdjęcia. Zresztą tylko niektórzy fotografowie czy raczej fotografki potrafią pokazać dzieci w inny, niekonwencjonalny, sposób. Do niedoścignionych mistrzyń należy Sally Man.  


Tymczasem udało mi się odkryć inną mistrzynię - Miyoko Ihara, ur. w 1981 roku, fotografkę prasową, autorkę zdjęć ukazujących bliskie relacje pomiędzy starą kobietą i kotem.



 

Jej zdjęcia pojawiły się na facebookowym fanpage'u Świata według Kota z taką adnotacją: 


"13 lat temu, fotograf Myoko Ihara (Miyoko Ihara) zaczął robić zdjęcia rodzącej się wielkiej przyjaźni między jego babcią Misoy (Misa) i kotem Fukumaru.

75-letnia Misa znalazła śnieżnobiałego kociaka o różnych oczach w stodole.

Misa wzięła kociątko do domu i od tego czasu kotek stał się nierozłącznym przyjacielem nieodstępującym swojej wybawicielki na krok."


 

 


 

Zdjęcia mnie zachwyciły, świetnie, że ten fanpage pokazuje nie tylko słodkie zdjęcia pupilków, ale coś mi nie pasowało w tym opisie, więc  postanowiłam poszukać bardziej dokładnych informacji na ich temat, no i okazało się, że Miyoko to nie fotograf, tylko fotografka, dokumentująca od trzynastu lat związek swojej babci Misao z kotem Fukumaru.



Miyoko Ihara


Rok temu Miyoko wydała album fotograficzny zatytułowany: Misao, wielka Mama oraz Fukumaru - kot, otrzymała za ten cykl kilka nagród, ale przede wszystkim w niezwykły sposób udokumentowała życie swojej babki, która wraz z kotem o różnokolorowych oczach stanowią nierozłączną parę. Fukumaru towarzyszy jej we wszystkich codziennych czynnościach, w pracy na polu, podczas posiłków, odpoczynku, a nawet w czasie kąpieli. Ta wyjątkowa więź jest tym większa, że Misao znalazła kocię krótko po śmierci swojego męża. Imię Fukumaru pochodzi od boga Fuku, przynoszącego fortunę, a więc oznacza "przypadkowe szczęście".  


 

 


 

Miyako mówi, że w swym naturalnym świecie obecnie 88-letnia Misao i Fukumaro lśnią jak gwiazdy, że całkowicie się rozumieją, wzajemnie się wspierają i na pewno też odejdą razem, co podkreśla babka mówiąc do kota, że nigdy się nie rozstaną. 


 


 

To niezwykłą opowieść o więzi, jaka może wytworzyć się między człowiekiem a zwierzęciem, które w zasadzie zostaje tu upodmiotowione, traktowane nie jako dodatek do człowieka, ale samodzielny byt, czujący i rozumiejący. To również opowieść o starości, ale także hołd wnuczki dla swojej babci. 


 


 


© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci