Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

Wpisy otagowane : Peter-Fuss

Polska wojna krzyżowa

izakow2

 

Krzyż został zabrany sprzed Pałacu Prezydenckiego, co nie znaczy, że skończyła się o niego wojna. Obrońcy nie ustaną zapewne w swej walce. Mówiono, że wyrażają oni „głos ludu”, a niektórzy komentatorzy zauważali nawet, że ich akcja jest przykładem budowania społeczeństwa obywatelskiego. Mam, co do tego wątpliwości. Raczej sytuują się oni po stronie fundamentalizmu, katolickiego dżihadu, który nie chce mieć nic wspólnego z demokracją, anektując przestrzeń publiczną własnymi symbolami.

Mało przy tej sprawie mówiło się o przemocy symbolicznej, a także o znaczeniu przestrzeni publicznej, która jest przestrzenią wszystkich, zarówno ludzi wierzących, jak i niewierzących, zwolenników i przeciwników krzyża, a także tych, którym ten problem jest zupełnie obojętny. Ale dlaczego nagle miałyby pojawić się dyskusje o znaczeniu symboli religijnych w przestrzeni publicznej, jeśli w Polsce przyzwyczailiśmy się do sytuacji, że przestrzeń ta nie jest wcale neutralna? Walka o krzyż nie jest moim zdaniem ani efektem polityki PiS-u, ani jakiejś zbiorowej histerii, ani boskich lub szatańskich mocy. Jest to zresztą już kolejna walka, o czym akurat komentatorzy przypominali – krzyże na żwirowisku w Oświęcimiu, proces Doroty Nieznalskiej, krzyże w rękach przeciwników ekologów broniących Rospudy…

Te wojny krzyżowe są według mnie efektem polityki prowadzonej w Polsce od 1989 roku popierającej symboliczną przemoc kościoła. Już w 1990 roku wprowadzono do szkół lekcje religii (z lekcjami etyki są problemy do dzisiaj, po 20 latach!), w roku 1993 pod naciskiem kościoła wprowadzono ustawę zakazującą aborcji. Po 1989 roku krzyże zaczęły wypełniać przestrzeń i instytucje publiczne, krzyż zawisł w sejmie, krzyże wiszą w szpitalach, salach szkolnych, przedszkolach, również w niektórych urzędach. Konstytucyjny rozdział państwa od kościoła jest w zasadzie fikcją.

Jak wobec tego wytłumaczyć, że jeśli krzyże wiszą w tylu instytucjach publicznych, kolejny krzyż nie może stanąć przed Pałacem Prezydenckim? Jaka rządzi tym logika? Osobiście jestem przeciwniczką krzyża przed pałacem, ale uważam, że tak samo krzyże powinny zniknąć z innych instytucji publicznych. Uważam, że są one wyrazem braku poszanowania ludzi niewierzących czy wyznających inne religie, zupełnego nie liczenia się z ich uczuciami.

Z drugiej strony nie uważam, ze przestrzeń publiczna powinna być całkowicie wyczyszczona z jakiejkolwiek symboliki religijnej. Nie nastraja mnie pozytywnie przykład Francji, która domaga się likwidacji wszystkiego, co ma jakiekolwiek odniesienia religijne (w tym przypadku mam jednak wrażenie, że chodzi głownie o religię muzułmańską, której znaki kolą w oczy większość). Pytanie o przestrzeń publiczną oraz miejsce w niej dla symboliki religijnej pozostawiam otwarte, ale chciałabym, żeby to pytanie zostało w Polsce postawione, żeby prowadzono na ten temat dyskusje. A najlepiej, żeby politycy spróbowali zrewidować swoją 20-letnią politykę w kontekście zależności państwo - kościół (na razie głośno mówi o tym jedynie Janusz Palikot, ale razem z Platformą tej sprawy na pewno nie poruszy).

Ciekawa jestem, ile osób oburzonych zachowaniami zwolenników krzyża, widzi ten problem w tym szerszym kontekście? A może po prostu są przeciwnikami krzyża i jego obrońców, gdyż stwarzają oni problem estetyczny?  

A przy okazji kwestii estetycznych drobny przegląd prac i akcji odwołujących się do walki o krzyż.

 

Praca Petera Fussa Cross ukazująca krzyż najeżony gwoźdźmi (jak w pracach niemieckiego artysty Gunthera Ueckera):

 

 

 

 

 

Praca grupy The Krasnals o długim tytule: Obraz surrealistyczny - Sen spowodowany lotem tupolewa wokół Pałacu Prezydenckiego na sekundę przed przebudzeniem - Portret zwykłego Polaka, z cyklu Whielcy Polacy (inspiracje Stasysem, a może Kantorem? To ładny obraz):

Nie można pominąć też street artu, w tym genialnego znaku drogowego:

A także przedziwnej instalacji z misiem na krzyżu, która pojawiła się, podobnie jako powyższy przykład, podczas demonstracji przeciwników krzyża:

I jeszcze ciekawostka:

To fotografia ukazująca członków Komitetu Obrońców Krzyża, przy okazji ich oświadczenia, które wygłaszał ten pan w okularach. Ciekawe, czy kojarzycie tego pana? To jeden ze strażników z Powtórzenia Artura Żmijewskiego.

Od strażnika w eksperymencie więziennym do obrońcy krzyża? A może to kolejna akcja artystyczna?

P.S. Gość Niedzielny pod wpisem o Mediations Biennale przypomniał kuriozalną Uchwałę polskiego Senatu z dnia 4.02.2010, będącą reakcją na wyrok Trybunału Praw Człowieka w Starsburgu dotyczącego własnie krzyży w salach lekcyjnych oraz dyskryminacji niewierzących. W Uchwale napisano m.in. "Krzyż, będący znakiem chrześcijaństwa, na trwałe stał się dla wszystkich Polaków, bez względu na wyznanie, symbolem powszechnie akceptowanych wartości uniwersalnych, a także dążenia do prawdy, sprawiedliwości i wolności naszej Ojczyzny. Biorąc powyższe pod uwagę, wszelkie próby zakazania umieszczania Krzyża w szkołach, szpitalach, urzędach i przestrzeni publicznej w Polsce muszą być poczytane za godzące w naszą tradycję, pamięć i dumę narodową. Apelujemy o zachowanie dystansu wobec wyroku Europejskiego Trybunału Praw Człowieka
w Strasburgu i o poszanowanie Krzyża".

Co wobec tego mają mysleć obrońcy krzyża, jeśli w uchwale polskiego Senatu napisanej przez posłów PO, mowa jest wyraźnie o potrzebie istnienia krzyża w przestrzeni i instytucjach publicznych? Dziwię się, że owa grupka obrońców wywołuje tyle reakcji, natomiast partie takie jak PO, wysyłają tak sprzeczne komunikaty, w dodatku komunikaty, z których również jasno wynika brak podstawowego poszanowania dla demokracji.

Jak napisałam wcześniej obrońcy krzyża może raczej drażnią dlatego, że są problemem "estetycznym", a nie ze względu na głoszone przez siebie poglądy.

Polemika wokół Petera Fussa i... Królewna Śnieżka

izakow2

Piotr Paziński, redaktor naczelny miesięcznika „Midrasz” polemizuje na stronach Indeksu z tezami Petera Fussa w związku z jego zniszczoną wystawą „Achtung”. Pisałam już o wątpliwościach wokół tej wystawy, o prostym, zbyt prostym, według mnie, utożsamieniu ofiar z prześladowcami, poprzez ukazanie nazistów z gwiazdami Dawida.


Tymczasem Paziński pisze nie tylko o pracy Fussa, ale wymienia również Artura Żmijewskiego („Nasz śpiewnik”) oraz Huberta Czerepoka („Nie tylko dobro przychodzi z góry”). Stawia tezę, że we wszystkich tych pracach Żydzi traktowani są w sposób przedmiotowy:


Uważam, że w ich sztuce dochodzi do osobliwego i niesmacznego POSŁUGIWANIA SIĘ Żydami, wręcz do ich uprzedmiotowienia, kiedy to żywi ludzie stają się narzędziem bądź artystycznej prowokacji/manifestu/happeningu, bądź też służą jako równie poręczny środek ekspresji pewnych deklaracji politycznych.


 Nie bardzo to rozumiem. U Fussa, co wydaje się najbardziej kontrowersyjne, mamy do czynienia z posługiwaniem się wizerunkiem ofiar i to akurat jest sprawa najbardziej sporna, choć z drugiej strony Fuss skorzystał nie z fotografii dokumentalnych, ale medialnych obrazów Zagłady („Lista Schindlera” i „Pianista”).


Czerepok ludzi nie użył w ogóle, jego instalacja odwoływała się do napisów nad bramą do obozu Zagłady. Może rzeczywiście nie pomyślał, czy nie obrazi tym żyjących Żydów. Może powinien. Ale, czy wobec tego, nie powinniśmy też się zastanawiać, dlaczego Nieznalska nie pomyślała używając krzyża w „Pasji”, czy nie obrazi katolików? Czyli idąc dalej, także potraktowała ich w sposób przedmiotowy...


A może raczej jest inaczej – pewne symbole są symbolami należącymi do całej naszej kultury, należą do jej repertuaru i dlatego, artyści mogą ich używać, tak jak twórcy literaccy używają określonych słów i pojęć (np. słowa „Jahwe”, „Bóg”, „Chrystus” nie są tylko zarezerwowane dla osób wierzących).


Żmijewski w „Naszym śpiewniku” pokazał starszych ludzi, którzy przypominają sobie piosenki znane w dzieciństwie, w tym polski hymn. Artysta pokazał tym samym, jak bardzo paradoksalna jest tożsamość, którą próbujemy zamykać w ściśle wyznaczonych graniach. W tym przypadku chodziło o tożsamość narodową, która przecież budowana jest między innymi poprzez pierwszy język („język matki”), poprzez wspomnienia z dzieciństwa, pierwsze piosenki, itp. Dla starszych Żydów z filmu Żmijewskiego ta tożsamość związana była z językiem polskim, przez co artysta ukazał, że „Inny” jest zarazem „nasz” i „obcy”, jest do nas podobny, identyfikuje się z tym samym, co my. Owa „inność” jest jedynie naszym wymysłem, efektem używanych przez nas kategorii i definicji służących porządkowaniu, określaniu tożsamości, jej zamykaniu w sztywno wyznaczonych granicach.


To odwoływanie się do tożsamości narodowych czy religijnych („sztuka, która wykorzystuje Żydów”, według Pazińskiego czy też „sztuka, która obraża katolików”, według polskich obrońców religijnych wartości) zawsze wydaje mi się podejrzane, tak, jak podejrzana jest dla mnie sama tożsamość. Każde określenie tożsamościowe wiąże się z pewnymi normami, określającymi sposób zachowania, styl ubioru, wartości, które dana osoba powinna wyznawać. Normy zaś służą temu, by porządkować. Istnienie normy oznacza istnienie marginesu: tego, co wykluczone i odrzucone. Ustanawiając normy, dokonujemy więc likwidacji inności. Definicje narodowe, płciowe, seksualne piętnują nas, każą nam traktować tożsamość jako coś stałego, niezmiennego, a przecież, jak pisze Judith Butler, negocjujemy własną tożsamość, co oznacza, że nigdy nie możemy do końca się określić, proces ten jest ciągły i nieskończony.


Paziński kończy swój tekst stwierdzeniem: Mówiąc językiem Emmanuela Lévinasa – Czerepok, Fuss, Żmijewski (a także wielu innych twórców i wyrobników sztuki bezrefleksyjnie eksploatujących w Polsce „temat żydowski” – choć to temat na szerszą debatę) nie dostrzegają w Żydzie twarzy bliźniego, taka relacja jest im całkowicie obca. Żyd jest i pozostaje PRZEDMIOTEM, a nie INNYM, któremu winniśmy szacunek, wyrażający się w relacji etycznej: JA-INNY, w której bliźni jest podmiotem na równi ze mną, ba!, w pewnym sensie nawet ważniejszym ode mnie samego, i w której ja sam unikam wtłaczania go w moją siatkę znaczeń, a przeciwnie: dostrzegam i respektuję jego odrębność i niepowtarzalność, i przez którą – jakby chcieli niektórzy – prześwieca coś więcej, może jakkolwiek rozumiana transcendencja. Ponieważ nie dostrzegają, dlatego, że traktują ich jako przedmiot, dopuszczają się w gruncie rzeczy przemocy, w Lévinasowskim sensie tego słowa. Dla nich jestem właśnie przedmiotem, użytecznym o tyle, o ile da się mnie UŻYĆ, przerobić w kolejną instalację, wykorzystać do happeningu, zlekceważyć moją odrębność dla zaspokojenia własnego artystycznego ego.


 Według mnie, w tych słowach jest jakieś ogromne nadużycie, bo czy na szacunek zasługuje ktoś, dlatego, że jest Żydem, Polakiem, katolikiem? Czy raczej, dlatego, że jest tym Levinasowskim Innym, drugą osobą, którą poznajemy poprzez nasze z nim spotkanie?


W tym sensie gros sztuki współczesnej rzeczywiście stosuje przemoc wobec Innego. Pisał o tym Paweł Leszkowicz w tekście „Czy Twój umysł jest pełen dobroci?”. Sztuka testuje granice wolności, przekracza granice etyczne, a my możemy i powinniśmy się spierać, czy ma to sens i swoje uzasadnienie. Żmijewski w ogóle używa w swojej pracy ludzi, nie tylko Żydów, używa też niepełnosprawnych, upośledzonych, głuchoniemych, ludzi starszych, a nawet umierających („Karolina”). I znowu, warto się sprzeczać, z czym wiąże się takie użycie, czy ta sztuka broni się przed zarzutami o brak etyki (np. Paweł Leszkowicz uważa, że te prace są nieetyczne, ja wciąż jestem skłonna ich bronić przed tego rodzaju zarzutami).


Nie uznaję tematów tabu w sztuce. Sztuka testując i przekraczając granice, pytając o podskórne obsesje, ukryte lęki, uprzedzenia dopuszcza się czegoś, co w rzeczywistości można uznać za naganne. Problem jednak w tym, że to właśnie w tej rzeczywistości siedzi, bo w niej właśnie ukryte są lęki, uprzedzenia, nienawiść i strach, a oburzanie się na artystów nic tu nie wskóra. Naprawdę warto uświadomić sobie to, co mówiła Sarah Kane: Moja sztuka jest tylko cieniem rzeczywistości, która jest znacznie trudniejsza do zniesienia. Łatwiej oburzać się na jej reprezentację w teatrze niż na rzeczywistość, bo łatwiej jest zrobić coś ze sztuką: zakazać, ocenzurować, zabrać teatrowi dotacje. Ale co można zrobić z tą kobietą powieszoną w lesie. Zabrać jej subwencję?


No właśnie, wystawę Fussa można zniszczyć, ale nie można zrozumieć konfliktu na Bliskim Wschodzie. Nie sposób pojąć ponoszenia bezsensownych ofiar, nienawiści w imię religii, braku szacunku dla ludzkiego życia po obu stronach konfliktu (tu rachunek jest prosty: Innego należy zgładzić). To w tym konflikcie najbardziej widać obstawanie przy wyraźnie wyznaczonych tożsamościach, ustanawianie wyraźnych granic pomiędzy sobą (swoimi) i nimi (innymi), granic, za które przelewa się krew. Dla mnie jednym z głównych oskarżonych w tym wszystkim jest sama religia, obojętnie czy chrześcijańska, czy żydowska, czy muzułmańska. I dlatego uważam, że nie może ona podlegać jakiejkolwiek ochronie.


I na marginesie tych gorzkich konstatacji przypomina mi się dawna sprawa z „Królewną Śnieżką”, która miała miejsce w Sztokholmie. Przypomnę za Eulalią Domanowską:


 

„Instalacja "Snövit" (Królewna Śnieżka) pokazana w stolicy Szwecji została wykonana przez parę artystów - Drora Feilera (pochodzącego z Izraela) i jego żonę Gunilę Skold. W basenie wypełnionym czerwoną wodą, mającą symbolizować krew, pływa biała łódka ze zdjęciem palestyńskiej samobójczyni, która przedostała się do Haify i wysadziła w powietrze w żydowskiej restauracji, zabijając 21 osób. Instalacji towarzyszyła kantata Bacha zatytułowana "Moje serce pływa we krwi" i tekst opisujący historię 29-letniej adwokatki, Hanadi Jararat, która dokonała samobójczego ataku w odwecie za zabicie jej męża przez izraelskie służby bezpieczeństwa. Praca, która miała na celu sprowokowanie dyskusji na temat zemsty i stosunków palestyńsko-izraelskich, została uznana przez ambasadora za gloryfikację Palestynki. Na wernisażu puściły mu nerwy. W przypływie ataku wściekłości zniszczył oświetlenie i powrzucał reflektory do basenu wypełnionego czerwienią, a następnie zażądał usunięcia pracy z wystawy. Jego żądanie poparł rząd Izraela, grożąc wycofaniem się z konferencji. Nie bardzo wiadomo, dlaczego dyplomata uznał instalację za gloryfikację terroryzmu, gdyż towarzyszył jej tekst zawierający poetycką biografię samobójczyni oraz wyraźne stwierdzenie, iż zabiła ona w Hajfie niewinne osoby i że obecnie wiele rodzin płacze z tego powodu. Krytycy skłonni byli interpretować pracę raczej jako ukazanie przyczyny spirali nienawiści, na której przerwanie nikt nie znalazł jeszcze skutecznej recepty.[...]


 

Stanowisko szwedzkich władz wobec wybryku ambasadora było jednoznaczne: wystawa jest pokazywana w publicznej i niezależnej instytucji, jaką jest muzeum, i rząd nie może stosować wobec niej cenzury ani wysuwać żadnych żądań. Zachowanie dyplomaty określono jako "nie do zaakceptowania" oraz podkreślono, że w Szwecji panuje wolność artystyczna, jak we wszystkich demokracjach. Odpowiedzialny za wystawę Thomas Nordstand, i dyrektor Muzeum Historycznego Kristian Berg byli wzburzeni atakiem na artystów i sztukę: "To zamach na wolność wypowiedzi", a także zaniepokojeni licznymi groźbami skierowanymi pod ich adresem. Instalacja była nadal pokazywana pod wzmocnioną ochroną strażników pilnujących basenu”.


I znowu pracę łatwo zniszczyć, oburzyć się na nią, wywołać międzynarodowy skandal, ale co zrobić ze wspomnianą w tekście Domanowskiej spiralą nienawiści????


Oczywiście, uważam, że praca Drora Feilera i Gunili Skold była dużo bardziej przejmująca i poruszająca, niż prosty zabieg Fussa. Ale z drugiej strony - reakcje podobne...

 

Nowe billboardy Petera Fussa

izakow2

Nowe billboardy Petera Fussa pojawiły się 31.01 przy stacji kolejki miejskiej Gdynia Redłowo.


 

Proste, graficzne, z białymi napisami na czarnym tle. Mają w sobie duży ładunek pozytywnego przekazu przede wszystkim przez użycie prostych słów oznaczających miłość i pokój. Te słowa zapisane są w języku arabskim, a minimalistyczna forma plakatu akcentuje ich piękny zapis, niezwykłą dla naszej kultury, dekoracyjną, typologię. Pozostałe napisy: ‘this means love’ i ‘this means peace’ pisane są z dużych liter, prostą czcionką, charakterystyczną dla innych prac tego artysty.



 

I choć wizualnie prace te osadzić można w kontekście minimalizmu i konceptualizmu, są jednak pracami politycznymi (i to nie w sensie mody na sztukę polityczną), interwencyjnymi, ulicznymi sensu stricto.


Zmuszają do namysłu przez swą niejednoznaczność, przez swego rodzaju drażnienie utartych wyobrażeń i pewną enigmatyczność.


Mój odbiór był taki: najpierw moja uwaga skierowała się na słowa „peace” i „love”, a że wierzę w samospełniające się przepowiednie, w moc słów, w performatywną siłę języka, od razu zrobiło mi się lepiej, że ktoś zwraca uwagę na miłość i pokój.


Potem zaczęłam się zastanawiać, co to za język, w którym napisane są główne słowa. No i bez 100-procentowej pewności stwierdziłam, że arabski (spytałam Fussa – potwierdził). I to wzbudziło mój pewien niepokój, bo czy mamy w Polsce problem z niechęcią w stosunku do Arabów? Przecież tu, w tym kraju, wciąż wychodzą z kątów, spod dywanów antysemickie nastroje. Może więc trzeba było napisać te słowa w języku hebrajskim?



 

No tak, ale jesteśmy krajem, który wciąż prowadzi swego rodzaju działania wojenne w Iraku oraz w Afganistanie. Nasi żołnierze prowadzą nie tylko misję pokojową, wręcz przeciwnie, zdarza się, że ostrzeliwują cywilów, zabijając niewinnych ludzi, w tym dzieci, jak to się stało w wyniku ubiegłorocznej, sierpniowej akcji w Afganistanie.


Dlaczego polskie społeczeństwo w przeważającej części z całkowitą obojętnością podchodzi do tych działań, w których każda i każdy z nas ma przecież swój udział (chociażby płacąc podatki)? Dlaczego wciąż taką estymą cieszy się wojsko, jeśli odnośnie akcji strzelania do cywilów i późniejszego aresztowania polskich żołnierzy, można było usłyszeć w mediach nie tylko (nie tyle) głosy oburzenia na to, co zrobili nasi żołnierze, ile raczej głosy współczucia wobec nich czy wręcz oburzenia, ale na sposób działania prokuratury wojskowej, że aresztowano naszych żołnierzy jak jakichś zbrodniarzy...


Nie ma w naszym słowniku miłości i pokoju w języku arabskim, nie zastanawiamy się, co te słowa znaczą, co one znaczą właśnie w języku arabskim. Co znaczą w kontekście zbrojnych konfliktów, w które przecież jesteśmy uwikłani?



 

Ale też moją wątpliwość wzbudziło to, że napisy objaśniające są zapisane w języku angielskim, a nie polskim. Owszem chyba są zrozumiałe dla większości, ale czy na pewno? Do kogo w ogóle są skierowane te billboardy? Czy mieszkańcy Gdyni, czekając na kolejkę, zastanawiają się nad ich znaczeniem czy przeciwnie – odwracają głowy zajęci własnymi sprawami, wciąż obojętni, zasklepieni w swej polskości?


 

To bardzo piękne prace. Więcej na stronie Petera Fussa

Zmoherowana Warszawa

izakow2


Oglądam w TV i w necie relacje z tego, co działo się dzisiaj w Warszawie i oczom nie wierzę. Ilość "moherowych beretów" z lekka mnie podłamała.



Fantastycznie, że miał miejsce również Wiec w Obronie Kobiet i Konstytucji. Ale cóż, w mediach znowu bardziej widoczne są "mohery". I znów, ich przekaz na pozimomie symbolicznym jest bardziej emocjonalny, wyraźny, widoczny. Tak, jak to było przy okazji Manify.



A oto "mohery" według artystów:




Anna Krenz, Kury




Peter Fuss, Sometimes I feel ashamed to be Polish



Powiedzą niektórzy, że nie powinno się winić starszych ludzi, że znaleźli sobie ideę i pomysł na życie.


Jest coś na rzeczy i coś nie tak w tym, że najbardziej śmiejemy się z Moherowych Babć (jak w pracy Ani Krenz), jakby zapominając, że to też kobiety - totalnie zmanipulowane.



Ale one występują przeciwko innym kobietom. I stają się największymi strażniczkami patriarchatu.



Poza tym "moherowe berety" to nie tylko starsze kobiety, ale również starsi mężczyźni oraz ludzie w średnim wieku, a także całkiem młodzi fanatycy płci obojga (i ci wydają się najgorsi).



Pamiętam, jak podczas ostatniego Sylwestra odbiłam się od stoliczka miejscowego PiSu. Zgrzytnęło i od razu mi się zabawa zepsuła (na szczęście tylko na moment).
A na dodatek, te PiS-owskie szychy miały na głowach różowe moherowe berety. Tyle, że oni się dobrze bawili, a swój polityczny kapitał zbili na tych, którzy za te przysłowiowe "moherowe berety" uchodzą. I na tym właśnie polega cynizm tych polityków.



Wracając do "moherów" - tak właśnie jest, że są to ludzie wykorzystywani i sterowani przez polityków. Ale tym samym stają się podporą ultra-prawciy.
Czy są więc tacy niewinni?



Mi osobiści kojarzy się to z ludźmi, którzy wspierali w III Rzeszy hitleryzm i nic nie poradzę na to skojarzenie. Najbardziej mnie przeraża nie tyle to, że ktoś wymyśla fanatyczne idee, ale że są ludzie, którzy są w stanie te idee poprzeć i za nimi iść.



Na portalu GW jest relacja, gdzie jeden z biorących udział w Marszu Życia mężczyzn mówi: "Kopniesz pan kundla i dostaniesz dwa lata, ale dziecko można zabić".



I właśnie o to chodzi - o potworną agresję i nienawiść, które reprezentują ci rzekomi "obrońcy życia", te moherowe babcie, zawiedzeni życiem faceci oraz młodzi fanatycy. Oni nawet nie wiedzą o co chodzi, klepiąc jakieś bzdury o zabijaniu dzieci. I to właśnie oni w oparciu o autorytet Kościoła reprodukują zło. I pomagają władzy zakładać innym pętle na szyję.



Dziwi mnie w tym wszystkim rola Kościoła, do którego wszyscy odwołują się jak do najwyższego autorytetu.



Oglądam debatę w Sejmie. Jedna z lewicowych posłanek powołuje się na różnych biskupów, żeby przemówić do rozsądku polskiej prawicy. Wątpię, żeby to miało sens, bo wątpię w jakikolwiek rozsądek po tej stronie.



A przede wszystkim należałoby się powoływać na prawa człowieka, na państwo neutralne światopoglądowo, na takie wartości jak tolerancja, jakość życia itd.



Bo właściwie jakim autorytetem jest kościół, skoro to właśnie z niego (ludzi, którzy się na niego powołują) sączy się tyle nienawiści, agresji i zła?



Przepraszam, dla mnie żadnym. Ja wciąż wierzę, że żyjemy w państwie neutralnym światopoglądowo, a nie w państwie ajatollahów - o czym w bardzo ciekawym wpisie Agnieszki Grzybek.

Artmix o antysemityzmie

izakow2


Jest już nowy numer artmixa! Gorąco zachęcam do lektury!


NUMER 14 (4) - Antysemityzm


Włodzimierz Filipek,
Stereotyp Żyda w kulturze polskiej - rozpoznanie


Łukasz Marcin Wojciechowski,
"Der Jude" - "Ten Żyd" - geneza, funkcjonowanie i siła trwania wizerunku


 

Ala Kusiak-Brownstein, Iza Kowalczyk,
Peter Fuss i antysemityzm obnażony



Tym razem na tapetę został wzięty problem antysemityzmu. Oczywiście pojawia się również sprawa słynnej koszalińskiej wystawy Petera Fussa.




zdjęcie z wystawy "Jesus Christ King of Poland"



Jego kontrowersyjny billboard jest też dyskutowany w "Obiegu". Ta praca wciąż budzi duże emocje i prowokuje sprzeczne odczytania. I dobrze, przynajmniej wzbudza ferment.

© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci