Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

Wpisy otagowane : ekologia

Oszczędzajmy energię

izakow2

 


To jedna z fotografii Spencera Tunicka z 2007 roku, o co w niej chodzi, wyjaśnię jednak później.


Bo najpierw chciałam odnieść się do komentarzy, z którymi ostatnio dość często spotykam się na blogu, dotyczącymi teorii, „izmów” (np. feminizmu), dyskursów (np. queer), w które wpisywana jest sztuka, a przede wszystkim wskazującymi, że dzieje się to ze szkodą dla samej sztuki. Nie mam nic przeciwko tym komentarzom, prawdę mówiąc bardzo się cieszę, że mój blog czytają osoby o tak bardzo zróżnicowanych poglądach. Cieszę się również z tego, że sztuka wciąż wzbudza tyle emocji. Ale z drugiej strony, trochę mnie dziwi, że podejście do sztuki, które na dobre zagościło po socrealizmie i panowało w całym PRL-u (którego nie podzielało zaledwie paru artystów, takich, jak np. Jerzy Bereś czy para KwieKulik), że sztuka jest czymś uniwersalnym, nie ma płci, jest poza polityką i nie powinna angażować się w problematykę społeczną, jest ciągle tak bardzo popularne. A przecież owa apolityczność sztuki była także czymś politycznym (bo była tak bardzo na rękę komunistycznym władzom).


Nie mogę się też zgodzić z odmawianiem wartości artystycznych pracom, które w te wypominane w komentarzach „izmy” wchodzą; odnoszą się do jakiejś konkretnej ideologii, albo też odczytywane bywają w myśl różnych współczesnych dyskursów. Jak w każdej innej twórczości, znajdziemy tu przykłady dzieł wybitnych oraz miałkich, kiepskich, wtórnych (i pod względem formalnym, i w związku z wałkowaniem wciąż tych samych tematów). Nie zgodzę się też, że artyści wchodzą w te „izmy” ze względu na koniunkturalizm. Oczywiście, też tacy są. Ale wierzę w to, że artyści są ludźmi wrażliwymi, którzy reagują na problemy współczesności, odnoszą się do nich w sferze wizualnej, przez co każą nam, widzom, inaczej na te problemy spojrzeć, zastanawiać się nad tym, co wydaje się oczywiste, co pomijamy milczeniem, co jest niewygodne i trudne.

Bliskie są mi myśli Josepha Beuysa na temat „rzeźby społecznej”, a więc twórczego kształtowania swojej rzeczywistości, na rzecz sprawiedliwości i równości, na rzecz dobra nas wszystkich, ludzi, zwierząt, naszej planety. Bliski jest mi artywizm (pojęcie odnoszone m.in. do Sanji Iveković), łączenie działań twórczych i prospołecznych. Takie postawy wskazują, że artyści są zainteresowani czymś więcej, niż tylko tworzeniem pięknych, lub ciekawych form. Nie chowają głowy w piasek, są zainteresowani zmienianiem rzeczywistości (choćby tylko przez zmuszanie nas do myślenia). Swoją umiejętność kształtowania form wizualnych wykorzystują do mówienia o problemach innych, niż sztuka. Oczywiście, to stary dylemat, czy opowiedzieć się za „sztuką dla sztuki” czy „sztuką dla społeczeństwa” i jasne jest, że wybierając którąś z tych postaw, na pewno coś tracimy i coś umyka z naszego pola uwagi.

 


Ostatnio na moim blogu, pojawiały się przykłady prac proekologicznych i antygatunkowistycznych. Kontynuując te rozważania, chciałam przedstawić cykl prac Spencera Tunick wykonany dla Greenpeace, gdzie sfotografował on prawie 600 nagich osób na kurczącym się lodowcu Aletsch w Szwajcarii.

 


O pracach Tunicka pisałam już na swoim blogu, wskazując, że, jego sztuka, choć bardzo ciekawa pod względem formalnym (połączenie body artu z land artem), ma wymiar społeczny (nagość w sferze publicznej jest odczytywana jako gest wystąpienia przeciwko konwencjom społecznym, przeciwko władzy), katastroficzny (obrazy przypominające sceny z Sądu Ostatecznego są jakby ostrzeżeniem przed katastrofami, które sami na siebie sprowadzamy, lub sprowadziliśmy) oraz socjologiczny (mówiąc o stosunku nas samych do nagości, naszego ciała, do wspomnianych już konwencji społecznych).

 

 


Fotografie wykonane dla Greenpeace w sierpniu 2007 roku pokazuję tu nieco przewrotnie, bo odnoszą się do globalnego ocieplenia, a mroźna i biała zima niekoniecznie jest tym, co nastraja do rozmyślań na ten temat, a może i nawet każe zwątpić w sam problem globalnego ocieplenia (oczywiście traktowany też przez wielu jako wydumany, bądź kontrowersyjny).

Jedno jest pewne, energię oszczędzać należy i nie wydatkować jej niepotrzebnie. Dlatego warto zastanawiać się też nad tym, na ile produktywnie wydatkowana jest energia artystyczna.


 

 

 


Rospuda C.D.

izakow2

Dzisiaj w Poznaniu, jak i w innych miastach, odbyły się manifestacje w obronie Doliny Rospudy. Z kolei feministki przygotowują Manify 8 Marca.


 

Ktoś zdziwił się, gdy powiedziałam, że te manifestacje mają ze sobą wiele wspólnego. Osobiście uważam, że feministki zamiast dość abstrakcyjnych haseł (np. „dziewczyny potrzebne są czyny” itp.), powinny iść pod jednym hasłem: „Rospuda jest kobietą”.



Ana Mendieta, Tree life, 1976

 

Pisałam już tutaj o tym.


Przecież w jednym, i drugim przypadku problemem jest polityka oparta na eksploatacji i zdobywaniu, na braku szacunku do inności, na autorytarnym rozstrzyganiu za innych, co dla nich dobre. A przede wszystkim polityka nastawiona na maksymalny zysk.


A więc i ekolodzy, i feministki występują przeciwko temu samemu – przeciwko modelowi uprawiania polityki, który opiera się na sile (sile pieniądza, władzy, rakiet, a nawet pięści) i dokonuje podporządkowania i wykorzystania wszystkich i wszystkiego, co daje się podporządkować.


To dla zysku ekonomicznego wykorzystywane są w tym kraju kobiety (wciąż zarabiające 2/3 tego, co mężczyźni i wciąż wypychane z rynku pracy, odsyłane do domów, namawiane by rodzić więcej dzieci – bo w końcu to też przelicza się na ekonomiczny zysk), dla zysku wykorzystywana jest przyroda (ją wykorzystać najłatwiej!), dla zysku wysyłani są do Iraku i Afganistaniu żołnierze, dla tego samego zamontowana ma być tarcza antyrakietowa. 


Dopóki nie zrozumiemy, że tak wiele rzeczy łączy się ze sobą, że dyskryminacja, brak poszanowania dla przyrody, militaryzm, autorytaryzm, niechęć do wolności myśli (a więc również tendencje do cenzurowania sztuki)– mają wspólne źródła, niewiele się zmieni.


W polityce potrzebne są zupełnie inne wartości, takie jak: jakość życia, szacunek dla różnic, współodczuwanie, wspólne dobro, dobro przyszłych pokoleń, partnerstwo. Na razie hasła te brzmią utopijne.


Te manifestacyjne zrywy na pewno są potrzebne, bo ważne jest pokazanie sprzeciwu, ale z drugiej strony obawiam się, że one nic nie załatwią. Może ten sprzeciw powinien być bardziej radykalny?


Jestem pełna szacunku dla ludzi, którzy pojechali do Doliny Rospudy koczować z zamiarem przykuwania się do drzew. Oby im się udało zatrzymać buldożery! Ale mam też wrażenie, że tu potrzebny jest dużo szerzy ruch obywatelski, który wyrazi niezgodę, ale pokaże też alternatywy – dla rzeczywistości, na która jednak, z rezygnacją godzimy się.


Warto też pokazać, po co chronić przyrodę. O tym pisała ostatnio Magda Mosiewicz. Jeden fragment wydaje mi się szczególnie wart uwagi:


Oczywiście lepiej byłoby, gdyby wszyscy chronili środowisko po prostu dlatego, że dobrostan przyrody jest wartością. Byłoby pięknie, gdyby każde państwo chroniło unikalne krajobrazy czy rzadkie gatunki roślin i zwierząt. Niestety, nie dla wszystkich są to wartości oczywiste. Rząd Marka Belki wycenił wartość lasów w Polsce - łącznie z dziewiczą Puszczą Białowieską - według wartości kubików drewna. Gdyby według tej samej logiki wyceniono Wawel, przeliczono by go na cegły. Obecny rząd, kontynuując czysto rynkową politykę swych poprzedników, planuje nad unikalną doliną Rospudy poprowadzić drogę Via Baltica. To tak, jakby autostradę puścić estakadą nad rynkiem w Kazimierzu Dolnym czy Krakowie. W końcu zabytkowe budynki pozostaną nietknięte, więc czemu nie?


 


Ane Mendieta, Siluetta, 1973-77


Te zdjęcia niezwykłej artystki - Any Mendiety (1948-1985), która łączyła w swej sztuce zainteresowanie feminizmem i ochroną środowiska, wydają mi się najbardziej odpowiednie do zilustrowania tego problemu. One w zasadzie mówią same za siebie.

 

Veruschka i Rospuda

izakow2

Zatęskniłam za pięknem i przypomniałam sobie fotografie z serii „Trans-figuracje” tworzone modelkę Verę vor Lehndorff (Veruschkę) i fotografa Holgera Trülzscha. Ale takie niezwykłe fotografie (podobnie jak niezwykłe obrazy) wywołują najróżniejsze skojarzenia.



 

Te postacie kojarzą mi się z tajemnymi duchami dzikiej przyrody, ujawniają zawartą w niej potencję. A jednocześnie jest w nich zawarta bezbronność, podatność na zranienie, delikatność.



 

Nie przypadkiem w dawnej sztuce, przedstawianie kobiet kojarzono z przedstawianiem natury, zaś ciało kobiece eksploatowano podobnie jak pejzaż. Bo w kulturze zachodnioeropejskiej liczyły się przede wszystkim tzw. agresywne „męskie” wartości: zdobywanie, zagarnianie, podbijanie, zysk, postęp, rozwój.



 

Może dlatego w tych fotografiach połączenie kobiecego wizerunku z elementami pejzażu wydaje się tak sugestywne.


Ale właściwie to chciałam napisać o „podatności na zranienie” przyrody w kontekście tego, co dzieje się wokół Doliny Rospudy.


To dlatego pojawiła się na moim blogu ta zielona wstążka. Na znak niezgody.


Z jednej strony jest delikatna, niezwykła, ale nieopancerzona przyroda, a z drugiej – urzędnicza bezduszność, małostkowość i obliczenie na zysk.


Na zimno i z cynizmem stwierdzono, że najłatwiej wybudować trasę, która przecina Dolinę Rospudy, bo ta ziemia należy do skarbu państwa, nie będzie więc żadnych kłopotów z nabywaniem działek itp. Poza tym to najkrótsza trasa. I ta bezduszność urzędnicza, a raczej kierujący się nią ludzie skalkulowali, że pewnie taniej będzie zapłacić kary, które nałoży UE, niż organizować nowe przetargi, płacić za nowe projekty, wykupywać działki i w końcu – wybudować dłuższą drogę. Zapłacą już inni.


Ponadto mają za sobą (owi urzędnicy) zmanipulowanych ludzi, którym wmówiono, że ekologowie to tacy idioci, którzy mają ludzkie życie za nic. A przecież tych ludzi także potraktowano w sposób całkowicie instrumentalny. Bo kto myśli o ich interesach?


A Augustów mógłby stać się pięknym miastem żyjącym z turystyki. Wystarczyłoby pomyśleć o tym wszystkim szerzej – obwodnicę przeprowadzić w innymi miejscu; chronić i Dolinę, i miasto; połączyć interesy przyrody i mieszkańców, pomyśleć o tworzeniu nowych miejsc pracy (i tak ogólny trend na rynku pracy wymusi powstawanie tych miejsc w takich działach, jak trzeci sektor użyteczności publicznej, agroturystyka, ochrona przyrody). Postawić na turystyczny marketing, który w Polsce leży, a za jakiś czas położy się tak polska gospodarka (z taką krótkowzrocznością i nieumiejętnością całościowego spojrzenia i zrozumienia, czym jest „zrównoważony rozwój”, który jest przecież wpisany do Konstytucji RP.)

Rospuda ma zostać przecięta, zgwałcona.

Ale jakoś nie dziwi mnie ta urzędnicza bezduszność, niskie i prymitywne podejście do przyrody, obojętność w kontekście całego publicznego dyskursu w Polsce i ogólnego podejścia w polityce.


Bo takie jest ogólne nastawienie w Polsce do inności, do słabszych, do tego, co wymaga ochrony. Takiemu podejściu hołduje nasz rząd. Na jego czele stoją tacy ludzie, jak Lepper, który uważa, że publicznie można opluwać kobiety, a w jego partii przyjęło się traktowanie ich jako nałożnic; jak Giertych, który uważa, że dzieci to potencjalni przestępcy i zamiast je wychowywać, należy je karać (albo inaczej, że wychowywanie to karanie), zwiększa się więc represyjność. To, co prowadzi do myślenia, a więc sztukę należy cenzurować. Innych (homoseksualistów) należy leczyć.


Zabić różnorodność, podporządkować, zniszczyć, uciszyć.


I dlatego niekiedy wstydzę się, że jestem Polką.

Arbeitsdisziplin i smród nad Poznaniem

izakow2

Wróciłam z wakacji. Było cudnie, nogi bolą od wspinaczki.


Teraz próbuję wrócić do rzeczywistości. Przekopuję się przez maile.


Wstrząsnęła mną wiadomość od znajomej, która szuka eksperta-ekologa, najlepiej prawnika. Pisze ona:


“Kilka lat temu (1999) na terenie wynajętym od Cegielskiego w Poznaniu powstała odlewnia aluminium Volkswagena. Przy procesie odlewu aluminium wypuszczają do atmosfery substancje szkodliwe dla zdrowia i środowiska (fenol i formaldehyd). Mają pozwolenie, certyfikat ISO i wszelkiego rodzaju zezwolenia na prowadzenie tego typu działalności.
Na prośbę okolicznych mieszkańców (jest ich około 3 tys.) Spółdzielnia Cegielskiego zleciła zbadanie emisji substancji szkodliwych Wydziałowi Ochrony Środowiska. Normalnie takie badania robi na terenie Poznania Politechnika Poznańska. Nie wiem kto za nie płacił, faktem, że Volkswagen sam wybrał kontrolera, była nim Politechnika Wrocławska. Nie wykryto nieprawidłowości. Nie jesteśmy pewni, czy badania były przeprowadzane przy szczególnie niesprzyjających warunkach (niż, deszcze etc.) i podczas pełnego i nominalnego obciążenia instalacji.


Nie upierałabym się tak, że coś jest nie w porządku, gdyby nie swąd wydzielany z komina (BARDZO NISKIEGO!!!) Nie jest to emisja permanentna. Wygląda na to, że jest to etap procesu produkcyjnego. Jednak zapach jest bardzo uciążliwy, bo metaliczny. To nawet nie jest już nawet kwestia zapachu, ale smaku metalu w ustach i gardle. Fenol jest w grupie gazów szczególnie niebezpiecznych dla zdrowia, powoduje nowotwór górnych dróg oddechowych.


Zadzwoniliśmy do ekologa pracującego w Volkswagenie, twierdzi, że to zapach powstaje w procesie rozpadu żywic. Nie znam się na tym, ale jak na zapach organiczny jest to za ostre. Jakie pochodne powstają przy tym rozpadzie? Sprawdziliśmy, że w przypadkach emisji tego typu gazów niezbędne są filtry przewałowe na kominy. Volkswagen ich nie ma, są ponoć za drogie.


W Polsce nie ma ograniczeń prawa budowlanego regulujących umiejscowienie tego typu działalności wśród obszaru zamieszkałego przez ludzi. Co na to prawo Europejskie?


To są bardzo ogólne informacje, które zebraliśmy przez dwa dni. Myślę, że trzeba działać, bo w sprzyjających warunkach atmosferycznych zatruwają pół Poznania. Szukamy kogoś, kto mógłby z nami pójść na wycieczkę po odlewni (jest taka możliwość) i pomógł nam znaleźć sposób rozwiązania tej sprawy, bo Volkswagen uważa, że wszystko jest w porządku, a zapach jest kwestą indywidualną i nie można tego zbadać wymiernymi, naukowymi sposobami”.


Koszmar.



 

Jako komentarz nasuwa mi się praca Rafała Jakubowicza “Arbeitsdisziplin”: lightboxy przedstawiające widok fabryki Volkswagena w Antoninku koło Poznania (to jeszcze inne zdjęcie niż odlewnia aluminium) oraz film wideo ukazujący strażnika spacerującego za ogrodzeniem. Praca została ocenzurowana – wystawa Rafała nie doszła do skutku w Galerii Miejskiej „Arsenał” w Poznaniu (stawia to pytanie o sprzężenie między wielkim biznesem, administracją a światem sztuki). Później Rafał pokazywał tę pracę kilkakrotnie na wystawach zbiorowych. Odbierana była jako kontrowersyjna (przez oczywiste skojarzenie z obozem koncentracyjnym), choć Rafał wykonał zdjęcie oraz film wideo ukazujące rzeczywisty widok. Druty kolczaste ponoć już zniknęły. Budynek wciąż jednak góruje nad otoczeniem, wielkie logo widoczne jest już z daleka.


Czy wszystko to nie świadczy o sile wielkich korporacji? Jaką władzą dysponują?


Czy zatruwanie miasta opisane w tym liście (co do wiarygodności tych informacji nie mam żadnych wątpliwości) pozostanie bezkarne?

© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci