Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

Wpisy otagowane : zwierzeta

Ecce Animalia w Orońsku

izakow2

Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku to niezwykle urocze miejsce, ale też jedyne w Polsce, jeśli chodzi o wybór medium, jakim jest rzeźba. W czasie moich studiów wizyta w Orońsku była obowiązkowa, potem przez długi czas nie udało mi się tam trafić. Problemem jest nieciekawe położenie Orońska mieszczącego się nieopodal Radomia. Bardzo trudno tam dojechać, zarówno pociągiem, jak i samochodem. Niedługo ma powstać autostrada, ale ta zamiast ułatwić dojazd do Orońska, może niestety jeszcze bardziej odciąć to miejsce od reszty Polski. To mały wtręt na temat geografii artystycznej Polski i postępującej marginalizacji peryferiów.  

 

Niedawno udało mi się znowu trafić do Orońska. Podczas warszawskiej konferencji "Zwierzęta i ich ludzie" zorganizowano wycieczkę na trwającą tam aktualnie wystawę "Ecce Animalia" (do 15.06.2014, kuratorzy: Dorota Łagodzka, Leszek Golec, współpraca: Anna Barcz).

 

Mam niestety obawy, że wiele osób do Orońska nie dojedzie, dlatego też postanowiłam zamieścić tutaj krótką relację.

 

Organizatorzy wystawy zwracają uwagę, że zwierzę występuje w sztuce od zawsze, pojawia się już w słynnych prehistorycznych malowidłach, w czasach późniejszych występowało jako symbol, atrybut, dekoracja krajobrazu. Obecnie natomiast artyści przyglądają się zwierzętom, pytając o ich podmiotowość i indywidualność, a także o relacje między ludźmi a zwierzętami.

 

Na ścianie: Tomasz Tatarczyk, bez tytułu, 2004, rzeźba Antoniego Janusza Pastwy "Pies" z cyklu "Cienie", 2005.

 

Na wystawie "Ecce Animalia" przeplatają się ze sobą prace współczesnych artystów, którzy zostali zaproszeni na wystawę z dziełami rzeźbiarskimi, głównie z przełomu XIX i XX wieku. Współczesna sztuka nie ogranicza się do rzeźby, pojawiają się również fotografie i wideo. Można odnieść wrażenie, że na wystawie dominują psy jako ci najwierniejsi "przyjaciele człowieka".

 

 Andrzej Szarek, "Piesek Pana Boga", 2009 (to przedstawienie ukochanego psa artysty po jego odejściu do psiego nieba).


 

Piotr Kurka, "When you collect every tear, you can bulid a nice pet, if your live is long enough", 1995.

 

Kwestie przyjaźni ludzko-zwierzęcych mogą dotyczyć też takich gatunków, jak koty (jak w filmie Józefa Robakowskiego "Concerto for Head", 2009) czy nawet kury. I tak obok dawnego popiersia kobiety z kurczęciem (1905):

 

 

pojawiają się prace Mary Britton Clouse, jej autoportrety:

 

 

oraz jedno z najbardziej niezwykłych na całej wystawie zdjęć "Hand and Hand" (2008):

 

 

Ale "Ecce Animalia" nie omija też trudnych kwestii, takich, jak śmierć zwierząt jako pożywienia dla ludzi - u Jarosława Modzelewskiego czy w pracy Basi Bańdy zatytułowanej "Obiekt" (2011):

 

 

Zwierzęta przez wieki były też zabijane dla zaspokajania ludzkiej ciekawości czy próżności, konserwowane i wypychane stawały się ozdobą zamków, pałaców czy domów.  Do tych kwestii odnosi się Angela Singer w pracach wykonanych z wtórnie użytych taksodermicznie zakonserwowanych zwierząt:

 

Catch/Caught, 2007

 

 

From the blue of the sky to her, 2013

 

Śmierć zwierzęcia wpisana jest też w nasz krajobraz, do czego odnosi się Steve Baker w przejmujących fotografiach z cyklu "Scapeland", 2013:

 

 

Odniesienie do eksperymentów przeprowadzanych na zwierzętach można znaleźć w pracy Marka Targońskiego bez tytułu z 1995 roku. W tej instalacji, która przeobraża się w trakcie trwania wystawy, można doszukać się również odwołań do mechanicznego przetwarzania zwierząt. To jej fragment:

 

 

Nie zabrakło też na wystawie wskazania na popularność kotów w internecie, a to za sprawą fotografii anonimowego autora znalezionej w sieci:

 

 

Wystawa jest raczej tradycyjna, jej głównymi tematami są sposoby obrazowania zwierząt oraz ludzko-zwierzęce relacje. Wydaje się nieco zbyt ilustracyjna. Ważne jest jednak to, że można odczytać ją jako polemikę z bio-artem (choć w pewnym sensie wyłamują się z tego prace Carter) oraz z tendencjami związanymi z pokazywaniem żywych zwierząt jako obiektów. Chodzi tu bowiem przede wszystkim o dążenie do znalezienia takich sposobów ekspresji, które nie będą inwazyjne czy agresywne wobec zwierząt.

 

Czy takie wystawy dają coś zwierzętom? Czy wpływają na zmianę naszego ich postrzegania? To zależeć będzie od samych widzów. Ciekawostką jest to, że do tych ostatnich mogą należeć również same zwierzęta. Zwiedzający z nami wystawę słodziak był wyraźnie podekscytowany niektórymi pracami...

 

 

Psy u Agaty Zbylut

izakow2

Agata Zbylut w części swoich prac pokazuje psy.

 

 

Na przykład w fotografii "Jesteśmy milutkie" (2000) artystka i suczka przyjmują podobne pozy – uległości i przymilności. W instalacji z kręcącymi się sukniami komunijnymi "Kwiat paproci" (2007) na zdjęciach ukazane są kundelki.

 

 

W pracy "Łajka" (2011) roku ubrana w kombinezon suczka obserwuje niebo ze spadającymi gwiazdami, nieświadoma losu zgotowanego jej przez ludzi, a więc śmierci w kosmosie, gdy 3 listopada 1957 roku została wysłana na orbitę okołoziemską w radzieckim satelicie.

 


 

W sztuce Agaty pojawiają się też modele psów leżących bądź siedzących na podłodze podczas takich wystaw jak "W sztuce marzenia się spełniają, ale nie wszystkim" (Warszawa 2010) oraz "Nic nie jest takie jak mówią" (Bielsko-Biała, 2012).

Bo choć artystka jest przekonana, że nic nie jest takie jak mówią, to chyba właśnie w figurze psa dostrzega coś prawdziwego i rzeczywistego. Pies symbolizuje wierność i oddanie, ale również słabość i bezbronność (zwłaszcza, że psy u Zbylut to najczęściej suczki, kundelki, niewielkie i niezbyt urodziwe).  

 


 

Monika Bakke pisząc o zażyłości ludzi i psów, wskazuje, że często traktowane są w naszej kulturze jak „włochate dzieci” i podkreśla za Donną Haraway konieczność pamiętania o tym, że psy to nie ludzie. Związek między tymi dwoma gatunkami jest trudny: „jest w nim wiele marnotrawstwa, przemocy, obojętności, ignorancji i straty, ale też radości, inwencji, pracy inteligencji i zabawy”.  Ten związek niesie ze sobą też ryzyko dla psów. „Polega ono przede wszystkim na tym, że jeśli zwierzęta nie wypełniają emocjonalnego oczekiwania, zgodnie z ludzką fantazją o bliskości i oddaniu swojego pupila, mogą zostać porzucone, gdyż to wyłącznie ludzie, a nie psy określają warunki tej relacji”. Chodzi też o to, aby nie myśleć o psach w kategoriach bezwarunkowej miłości, ani też nie koncentrować się na trenowaniu ich, ale szanować ich odrębność i mimo wszystko próbować się z nimi komunikować, co dzieje się w pracach Agaty.

 

 


 

Praca "Martwa natura z zegarem i z owocami" (2005) wydaje się być żeńskim odpowiednikiem fotografii Olega Kulika "Rodzina przyszłości" z 1997 roku.

 

 

Tak, jak tam artysta nawiązuje bliski kontakt ze swoim psem, wspólnie leżą, zaś artysta czyta swojemu psu książkę "Homo Ludens" Johana Huizingi, tak u Agaty, artystka wspólnie ze swoją suczką spędza czas wolny. Leży w łóżku czytając gazetę, a jednocześnie spogląda na swojego psa, możliwe, że opowiadając mu o przeczytanym akurat artykule, zaś na drugiej fotografii – jedząc ciastko, karmi nim siedzącego przy stole pieska. Intymność sytuacji podkreślona zostaje przez nagość ciała, podobnie jak u Olega Kulika. Monika Bakke o pracy Kulika pisze, że „zrywa z dominującą tradycją reprezentowania kobiety (a nie mężczyzny) w seksualnym związku ze zwierzęciem, po drugie – lokuje intergatunkowy związek w społecznym kontekście rodziny, a zatem teoretycznie z dala od zakazanej seksualności i w kręgu pozytywnych relacji emocjonalnych”.  Ponadto autorka książki o sztuce i estetyce posthumanizmu zwraca uwagę na to, że u Kulika pies i mężczyzna wydają się przede wszystkim partnerami, zrywając ze schematem pana i podporządkowanego mu niewolniczo zwierzęcia.

 

Podobnie dzieje się u Zbylut, a jako, że jest to przedstawienie żeńskie, więcej tu ozdób, detali, a także czułości. Jej sztukę można widzieć również w kontekście wyjścia poza antropocentryzm i budowania nowej posthumanistycznej estetyki. W pracach Agaty psy zostają upodmiotowione, a ona sama przygląda się ich przeżyciom oraz relacjom z ludźmi.

 

Więcej na temat sztuki Agaty Zbylut – piszę w najnowszym „Exicie” (1, 2013).

Czy zwierzę może być obiektem sztuki?

izakow2

Dorota Łagodzka opisała na swoim blogu Nie-zła sztuka historię papugi, która zmarła podczas wystawy Michała Brzezińskiego w galerii Czytelnia Sztuki w Gliwicach.

 


 

Wystawa Brzezińskiego została przedwcześnie zamknięta decyzją galerii. Artysta obwinia galerię, że nie dopilnowała papugi i o nią nie zadbała; pracownicy bronią się, mówiąc, że umarła ze stresu i że to nie ich wina. Ewa Chudyba z galerii twierdzi, że strategia artysty, aby pokazać koegzystencję ludzi z innymi gatunkami staje się w gruncie rzeczy swoim przeciwieństwem, i można do tego dodać – ukazuje jedynie dominację człowieka.

 

Dorota pisze o tej wystawie: 

 

"Oprócz papugi na wystawie znalazły się rośliny, grzyby, pleśnie, a zatem różne organizmy żywe, tworzywa i multimedia. Brzeziński chciał pokazać, jak wąsko zazwyczaj definiujemy życie, a jak szerokie ma ono znaczenie, w jak wielu miejscach się pojawia, a także, że często jest tam, gdzie go nie dostrzegamy, np. na zamkniętym w gablocie kawałku salami. Na kawałku martwego zwierzęcia rozwija się nowe życie - życie pleśni."

 

Kiedy to czytałam olśniło mnie, że pracę zestawiającą różne kultury organicznego życia (m.in. pszczół, pająków, mrówek, bakterii, ale również roślin stanowiących podstawę substancji halucynogennych) zatytułowaną "Biotop", pokazał w tym roku na Documentach Pierre Huyghe. Wspominałam o tej pracy pisząc o Documentach XIII, a tutaj znalazłam jej opis.

 


 

Białej psiny nie spotkałam (zresztą możliwe, że dość szybko została stamtąd zabrana, bo po prostu uciekała), ale pamiętam nasze zdziwienie, gdy przechodziliśmy obok śpiącego rudego szczeniaka z różową łapką, bo nie było wiadomo, co on tam właściwie robi, skąd się wziął, do kogo należy, a przypuszczenie, że może być częścią pracy odrzuciliśmy jako coś niemożliwego. A jednak! 

 


 

W e-mailu Dorota Łagodzka napisała mi o innym artyście - Janie Fabre, który męczy koty, o ile dobrze zrozumiałam, każe je publiczności podrzucać. Nie obejrzałam filmiku przesłanego przez Dorotę, bo odmawiam uczestnictwa w takiej grze. 

 

Myślę, że taka sztuka jest nic nie warta, a artyści nie mają w sobie żadnej empatii dla zwierząt, a jedynie próbują zająć się modnym tematem, jakim jest posthumanizm i problem relacji ludzi i zwierząt.

 

Nie do końca oceniłabym tak kategorycznie prace Huyghe'a pytającą o granice między sztuką a realnością oraz między kulturą a naturą. Jego praca była niezwykła i imponująca. A jednak ten psiak był zgrzytem, choć możliwe, że był tam przez kogoś przez cały czas chroniony...

 


 

Zaś powtarzalność motywów pojawiających się w pracach Huyghe’a i Brzezińskiego, obojętnie, czy ten ostatni znał pracę Huyghe'a czy nie, wskazuje na pewną łatwość  i schematyzm strategii artystycznych odnoszących się do tej tematyki. A można przecież inaczej, można na przykład tak, jak zrobiła to opisana to Miyoko Ihara, fotografując niezwykłą przyjaźń jej babci i kota. Choć możliwe, że zwolennicy sztuki bio-artu powiedzą, że to naiwne i, że tych prac nie można ze sobą porównywać. A co mi tam! Ja mam już dość nabzdyczonej sztuki tworzonej w myśl określonych programów.

 

W przypadku wystawiania zwierząt nasuwa się nieznośne skojarzenie z wystawianiem ludzi - na przykład niewolników na sprzedaż czy dziwnych ludzkich „okazów” w ludzkim zoo. Te ostatnie określano jako "wystawy etnologiczne" lub "wioski Murzynów". Wystawy takie organizowano od niemal początku XIX wieku do lat 30. wieku XX, ludzie pokazywani byli jako prawie nadzy, pozamykani w klatkach, często akcentowano to, że bliżsi są zwierzętom niż ludziom, akcentowano ich dzikość oraz nieokiełznany instynkt seksualny (taką atrakcją była na przykład Saartjie Baartman nazywana hotentocką Wenus). Do pomysłu wystaw ludzi próbowano wrócić jeszcze po II wojnie światowej – w 1958 roku  podczas Wystawy Światowej w Brukseli zaprezentowano "Wioskę Kongijską". Polecam tekst "Ludożerca w zoo".

 

Dziś już nikt nie ma wątpliwości, że wystawy te były jedną z praktyk europejskiego kolonializmu, objawem rasizmu i związanego z nim odczłowieczenia innych ludzi. Dzisiaj potępiamy nie tylko rasizm, ale i przemoc wobec zwierząt. Ekolodzy domagają się, aby Polska przyjęła europejską konwencję zakazującą występów zwierząt w cyrku. Wiele osób uważa również, że zamykanie zwierząt w klatkach w ogrodach zoologicznych jest nieetyczne. Więc, dlaczego sztuka miałaby mieć status wyjątkowy?

 

P.S. Znakomity komentarz do tego wpisu na blogu Teoria kultury w praktyce, gdzie autorka przywołuje prace artystki Heide Hatry i zauważa, że nie można robić bio artu (podobnie zresztą, jak wszelkiej sztuki krytycznej), pomijając relacje władzy, w które uwikłany jest sam artysta:

 

"Artysta znajduje się wobec wykorzystywanych podmiotów (ludzkich i zwierzęcych) w stosunku dominacji, ponieważ to on / ona posiada narzędzia komunikacji – to artysta, a nie zwierzę, wypowiada się w sztuce i, niezależnie, jakie warunki zostaną stworzone, podejmuje też wszystkie decyzje. Sztuka to przestrzeń ludzka. Dlatego też wszelkie próby zdekonstruowania relacji pomiędzy człowiekiem i naturą z pominięciem relacji władzy, w które uwikłany jest sam artystka, wydają mi się naiwne i utopijne."

 

Stara kobieta i kot - u Miyoko Ihary

izakow2

Nie jest łatwo zrobić dobre zdjęcia ze zwierzętami. Fotografie ukazujące dzikie zwierzęta w stylu "National Geographic", choć są doskonałe techniczne, niewiele mówią o samych zwierzętach, nie pokazują raczej zwierząt domowych, a także rzadko kiedy odnoszą się do kwestii skomplikowanych relacji między zwierzętami a ludźmi. Z drugiej strony powstaje cała masa zdjęć amatorskich tworzonych przez tych, którzy chcą pochwalić się swoimi pupilkami. Ale z tymi zdjęciami jest tak jak z fotografiami dzieci, najczęściej są przesłodzone i kiczowate, ich "kiutowatość" (od cute, czyli słodki) powoduje, że daleko im do dobrych fotografii, choć oczywiście wszyscy lubimy oglądać takie zdjęcia. Zresztą tylko niektórzy fotografowie czy raczej fotografki potrafią pokazać dzieci w inny, niekonwencjonalny, sposób. Do niedoścignionych mistrzyń należy Sally Man.  


Tymczasem udało mi się odkryć inną mistrzynię - Miyoko Ihara, ur. w 1981 roku, fotografkę prasową, autorkę zdjęć ukazujących bliskie relacje pomiędzy starą kobietą i kotem.



 

Jej zdjęcia pojawiły się na facebookowym fanpage'u Świata według Kota z taką adnotacją: 


"13 lat temu, fotograf Myoko Ihara (Miyoko Ihara) zaczął robić zdjęcia rodzącej się wielkiej przyjaźni między jego babcią Misoy (Misa) i kotem Fukumaru.

75-letnia Misa znalazła śnieżnobiałego kociaka o różnych oczach w stodole.

Misa wzięła kociątko do domu i od tego czasu kotek stał się nierozłącznym przyjacielem nieodstępującym swojej wybawicielki na krok."


 

 


 

Zdjęcia mnie zachwyciły, świetnie, że ten fanpage pokazuje nie tylko słodkie zdjęcia pupilków, ale coś mi nie pasowało w tym opisie, więc  postanowiłam poszukać bardziej dokładnych informacji na ich temat, no i okazało się, że Miyoko to nie fotograf, tylko fotografka, dokumentująca od trzynastu lat związek swojej babci Misao z kotem Fukumaru.



Miyoko Ihara


Rok temu Miyoko wydała album fotograficzny zatytułowany: Misao, wielka Mama oraz Fukumaru - kot, otrzymała za ten cykl kilka nagród, ale przede wszystkim w niezwykły sposób udokumentowała życie swojej babki, która wraz z kotem o różnokolorowych oczach stanowią nierozłączną parę. Fukumaru towarzyszy jej we wszystkich codziennych czynnościach, w pracy na polu, podczas posiłków, odpoczynku, a nawet w czasie kąpieli. Ta wyjątkowa więź jest tym większa, że Misao znalazła kocię krótko po śmierci swojego męża. Imię Fukumaru pochodzi od boga Fuku, przynoszącego fortunę, a więc oznacza "przypadkowe szczęście".  


 

 


 

Miyako mówi, że w swym naturalnym świecie obecnie 88-letnia Misao i Fukumaro lśnią jak gwiazdy, że całkowicie się rozumieją, wzajemnie się wspierają i na pewno też odejdą razem, co podkreśla babka mówiąc do kota, że nigdy się nie rozstaną. 


 


 

To niezwykłą opowieść o więzi, jaka może wytworzyć się między człowiekiem a zwierzęciem, które w zasadzie zostaje tu upodmiotowione, traktowane nie jako dodatek do człowieka, ale samodzielny byt, czujący i rozumiejący. To również opowieść o starości, ale także hołd wnuczki dla swojej babci. 


 


 


W klatce z niedźwiedziami

izakow2

Litografia Adolpha Menzla "Fosa niedźwiedzi w zoo w Berlinie" (1851) analizowana była między innymi przez Wolfganga Kempa w kontekście estetyki recepcji. Przypomniałam sobie o niej jednak w kontekście rozważań dotyczących posthumanizmu i relacji między  ludźmi a zwierzętami. Nie ma bowiem lepszej metafory wizualnej ukazującej nierówne relacje ludzko-zwierzęce w ogrodzie zoologicznym, niż grafika Menzla. Myślę więc, że znakomitą analizę Kempa dotyczącą widza implikowanego, warto uzupełnić namysłem nad opresyjną sytuacją ukazanych tu zwierząt.

 

Widz implikowany, a więc wpisany w obraz umieszczony jest tu w ciemnej i zamkniętej fosie, wraz z czterema niedźwiedziami będącymi obiektami do oglądania w ogrodzie zoologicznym. Kemp powiada o wewnętrznych przesłankach recepcji, które sytuują widza w pozycji raczej niemożliwej, każąc mu zająć miejsce zamkniętego w klatce niedźwiedzia. Całość narysowana jest w perspektywie żabiej, a więc od dołu. Perspektywa żabia często stosowana jest w obrazach, które mają oddać wrażenie ograniczenia, opresji czy podporządkowania. Niedźwiedzie są stłoczone, pozbawione swobodnej przestrzeni i widoku na świat. Zmuszone są do kręcenia się w kółko, a jednocześnie wciąż próbują wydostać się na zewnątrz lub choćby tylko zobaczyć, co dzieje się na górze. Jedynie przedstawiony na pierwszym planie niedźwiedź wydaje się obojętny na całą sytuację. Ta perspektywa oraz umieszczenie implikowanego widza w klatce ujawnia, że niedźwiedzie widzą tylko ściany fosy, spoglądających na nich z góry zwiedzających i fragment nieba. Ludzie zwiedzający zoo wydają się być dalecy i niedostępni, choć prowokujący niepokój zwierząt.  Mężczyzna, który wydaje się wpatrywać w miejsce zajmowane przez widza implikowanego, wykonuje gest ręki, jakby nakazujący działanie czy raczej prowokujący rozdrażnienie wśród niedźwiedzi. Jeden z niedźwiedzi próbuje się zbliżyć do zwiedzających wspinając się na konar uschniętego drzewa, jakie często umieszczano w tego rodzaju fosach dla niedźwiedzi. To drzewo można odczytać jako symbol opanowanej i uśmiercanej natury, a wręcz braku natury w stanie czystym, funkcjonuje ona bowiem przetwarzana i wykorzystywana przez człowieka w celu spełniania jego potrzeb oraz zachcianek. Jedna z takich zachcianek dotyczy oglądania dzikich zwierząt, co u Menzla odzwierciedlają ciekawskie spojrzenia i prowokujące gesty zgromadzonej na górze publiczności.

Litografia Fosa niedźwiedzi w zoo w Berlinie mówi więc  przede wszystkim o uwięzieniu, braku wolności i byciu obiektem oglądu, zaś umieszczenie widza na miejscu niedźwiedzia, zmusza go do spojrzenia jakby z drugiej strony, nie tego, kto patrzy i panuje, ale tego, kto jest oglądany i poddany opresji.



© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci