Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

Wpisy otagowane : nagosc

Zuzanna i starcy

izakow2

Z obrazów Artemisji Gentileschi chyba największe wrażenie robi na mnie ten ukazujący Zuzannę podglądaną przez starców, namalowany w 1610 roku.

 


 

 

Pojawia się tu triada: pożądanie – patrzenie – przerażenie, którą odzwierciedla oparta na odwróconym trójkącie kompozycja obrazu. Starotestamentowa historia o Zuzannie i starcach posłużyła za temat wielu obrazom, ale chyba w żadnym innym Zuzanna nie jest przedstawiona tak strasznie zdominowana, przerażona i niemogąca uciec z narzuconej jej roli. Whitney Chadwick pisała, że bohaterka obrazu wygląda jak motyl przytwierdzony szpilką do planszy. Przestrzeń zajmowana przez nią jest niewiarygodnie ciasna, a mężczyźni wydają się przytłaczać dziewczynę.

 

Ta biblijna historia opowiada o dwóch starcach, którzy choć byli sędziami, pożądali pięknej i cnotliwej żony Joachima. Pewnego razu, gdy Zuzanna brała kąpiel, starcy zaskoczyli ją, żądając, aby im uległa. Zuzanna odrzuciła ich zaloty, a wtedy starcy w zemście oskarżyli ją o cudzołóstwo. Zuzanna poniosłaby śmierć przez ukamienowanie, gdyby nie młody prorok Daniel. Oburzony nieprawością starych sędziów, wykazał ich kłamstwa, za co skazano ich na śmierć, a Zuzanna odzyskała wolność i cześć. Artyści, którzy ukazywali w swych obrazach Zuzannę i starców wybierali właśnie moment podglądania Zuzanny w kąpieli, wydobywając tym samym centralny motyw patrzenia. W wielu obrazach sam akt patrzenia ulega zwielokrotnieniu. Do podglądających starców dołącza najczęściej także widz obrazu.

 

 

U Tintoretta (ok. 1560) Zuzanna dodatkowo przegląda się sobie w lustrze. John Berger pisał, że w tym obrazie Zuzanna ukazana jest jako świadoma tego, że jest oglądana i przedstawiona jest tak, jakby czerpała z tego przyjemność. Inaczej dzieje się u Artemisji, gdzie bohaterka tej historii jest przerażona, próbując zasłonić swoje ciało przed natarczywymi spojrzeniami mężczyzn.


Starcy pożądają Zuzanny i patrzą na nią. Pożądanie i patrzenie są tu ze sobą utożsamione, wydają się niemal tym samym. Pożądać kogoś i patrzeć (przyglądać się, patrzeć natarczywie, patrzeć lubieżnie) to wywoływać u tej osoby przerażenie, lub choćby tylko niepokój, zakłopotanie. Pożądanie to również chęć wzięcia kogoś w posiadanie, zdobycia, zawłaszczenia jego (jej) ciała, zmuszenia go (jej) do uległości. I choć zwykle pożądanie kojarzy się z przyjemnością (tak jest pokazane u Tintoretta), to w tym przypadku pożądanie i patrzenie związane są z przerażeniem. Warto zauważyć jeszcze jedną rzecz – jeśli chodzi o adekwatność przedstawienia malarskiego do tekstu – większość twórców pozwalała sobie raczej na radosne interpretacje tematu, Artemisja natomiast postanowiła oddać ten temat zgodnie z opisem biblijnym.

 

 

Piersi ocenzurowane

izakow2

Pamiętacie mój wpis, że nagość jest „cool”? Ale nie dla wszystkich, a przede wszystkim nie każda nagość. Od dłuższego czasu zastanawia mnie niezwykły fenomen: biorąc pod uwagę reklamy, wydaje się, że jest w nich dużo nagości, że jesteśmy z nią oswojeni, że nie robi już na nas wrażenia. Na ulicach naszych miast, co rusz można spotkać reklamę z jakimś fragmentem nagiego kobiecego ciała. Jedną z bardziej rzucających się w oczy była reklama gładzi murarskich. Na tej reklamie przedstawione było leżące bokiem kobiece ciało, opatrzono napisem: "gładź gładź gładź!!!", co sugerowało, że to ciało jest bardzo milutkie do głaskania, gładzenia, pieszczenia. Chodziło też o inną sugestię, a mianowicie że kładzenie tych akurat gładzi murarskich jest tak przyjemne jak pieszczenie kobiecego ciała. Który murarz nie chciałby z takiej oferty skorzystać!


Kiedy w 1999 roku ocenzurowana została praca „Więzy krwi” Katarzyny Kozyry prezentowana na billboardach w ramach galerii AMS-u, nie mogłam się nadziwić, że w tym samym czasie na ulicach prezentowana była reklama ukazująca nagie piersi latynoskiej tancerki. Ale u Kozyry kobiety nie były seksualne, nie kusiły, zaś jedna z nich nie miała fragmentu nogi. I właśnie te obrazy zostały zaklejone.


Kiedy pokazywałam grupie studentów „Olimpię” Kozyry, a dokładnie fotografię ze staruszką, kilka osób ostro zaprotestowało mówiąc, że na takie zdjęcia nie chcą patrzeć.


Można więc mówić o zakazie nałożonym na kobiecą nagość, który pojawia się w momencie, gdy kobiece ciało nie sprawia męskiemu oku przyjemności. Zresztą nie chodzi tylko o męskie oko. Te zasady uwewnętrzniamy wszyscy bez wyjątku. Krytykowany przeze mnie John Berger, który pisał, że kobiety patrzą na siebie męskim wzrokiem, może jednak miał trochę racji. Ostatnio będąc nad morzem na plaży, zobaczyłam grubą kobietę ubraną (a raczej rozebraną) tak, że było dokładnie widać wszystkie fałdy tłuszczu. Skrzywiłam się i jakoś to skomentowałam, ale do porządku przywołał mnie mój mąż mówiąc, że każdy ma prawo wyglądać jak chce.  To prawda, ale nasza kultura wpisała w nasze spojrzenie wymóg, który każe dyscyplinować siebie i innych i bardzo trudno jest się od tego wymogu uwolnić.  


W sferze wizualnej, jeśli ukazana jest kobieta chora, starsza, grubsza, nieatrakcyjna, jeśli ukazane są jakieś aspekty związane z fizjologią, od razu na takie przedstawienia nakładany jest zakaz. Inaczej mówiąc, dopuszczone do obiegu obrazów są tylko te, w których nagość łączona jest z seksualnością. Nie seksualne kobiece ciało wyparte jest ze sfery wizualnej.


To dlatego, jak sądzę, galeria Pociąg do Sztuki, która prezentuje prace artystyczne na stacjach warszawskiego metra nie zgodziła się na pokazanie fotografii ukazujących karmiące matki, które zostały nagrodzone w konkursie przygotowanym przez fundację Mleko Mamy.




 

Co więcej, jak wynika z tekstu w Wyborczej, fotografie zostały odebrane jako mogące szokować, prowokować czy obrażać. ("Pewnych rzeczy nie możemy pokazać (...). Z tej przestrzeni korzystają przedstawiciele różnych grup kulturowych czy religijnych, a naszym zadaniem nie jest ich szokować, lecz umilać im życie, czasem edukować, ale nigdy naszym celem nie może być prowokowanie czy obrażanie (...). Dlatego po obejrzeniu zdjęć większość wypowiedziała się niestety za rezygnacją z prezentacji tej wystawy".) Magda Ramos z Fundacji Mleko Mamy słusznie zauważa paradoks, który staram się tu przedstawić: „Szokuje nas karmienie piersią, a nie szokują już nas wkładane za wycieraczki ulotki agencji towarzyskich ani obsceniczne reklamy? Czy sama goła baba - traktowana jak obiekt seksualny - nie przeszkadza, a odrobinę goła, karmiąca dziecko "szokuje i obraża"?”.


 

Oczywiście tych paradoksów jest więcej, Polska to ponoć kraj prorodzinny, w którym matkę otacza się szczególnym szacunkiem, tymczasem ukazanie jednego z najbardziej podstawowych dla wielu matek aspektów macierzyństwa, jakim jest karmienie, jest tabu. To nie pierwszy raz, gdy karmiąca kobieta „obraża” spojrzenie innych, nie tak dawno z CSW Zamek Ujazdowski wyrzucono kobietę karmiącą piersią. Wiele matek karmiących w miejscach publicznych spotkało się z różnego rodzaju reprymendami. Dlaczego, jeśli macierzyństwo stawiane jest na piedestale, karmienie piersią uznawane jest za obrzydliwe?


Może chodzi właśnie o nasze wyobrażenia, mówi się o pięknie macierzyństwa, a do tego wyidealizowanego obrazu nie pasuje aspekty fizjologiczne. Nie chodzi tylko o karmienie piersią. Wiele lat temu ostre sprzeciwy wywołał plakat Benettona zaprojektowany przez Toscaniego ukazujący noworodka umazanego płodowymi maziami. Maria Janion zwróciła kiedyś uwagę na wypowiedź jednego z mężczyzn, który był świadkiem porodu w pociągu. Powiedział on, że było to, coś najbardziej obrzydliwego, co oglądał w swoim życiu. Janion wskazała na następujący paradoks – dlaczego cud urodzin uznawany jest za coś ohydnego, zaś nie brzydzą nas obrazy serwowane przez media, na których oglądamy zabijanie. Paradoksem jest, że za obrzydliwe uchodzi dawanie życia, a odbieranie życia jest zwyczajnym obrazem. Janion wskazała, że jest to jedna z bardziej charakterystycznych cech męsko-wojennej kultury.  


Ja wolałabym to interpretować w kontekście abiektu opisanego przez Julię Kristevą: fizjologia, krew, matczyne mleko – wszystko to świadczy o niepewnych granicach naszej podmiotowości, o zagrożeniach, z którymi nie potrafimy sobie radzić, o strachu przed innością, tą zewnętrzną, ale i przede wszystkim tą wewnętrzną; o tym, że nie umiemy pogodzić się sami ze sobą i ze swoim ciałem. Sami siebie i swoje ciało cenzurujemy, co przekłada się na cenzurę obrazów.


Ale też właśnie dlatego tak bardzo potrzebne są takie zdjęcia, jak te, które zaproponowała do prezentacji Fundacja Mleko Mamy, niezwykle pięknie ukazujące ten aspekt macierzyństwa.


 

Przypomniało mi się zresztą, że obrazy laktacyjne już kiedyś wywołały tu sporo zamieszania, prowokując mnie do poszukiwań ikonograficznych dotyczących tego motywuoraz, jak to ktoś określił, motywu "bryzgających piersi".

Nagość jest "cool"

izakow2

Pamiętacie mój dawny wpis o kontrowersyjnych fotografiach z Joanną Krupą dla PETY (organizacji walczącej o prawa zwierząt)?


Podobna sprawa pojawiła się w najnowszym "Arteonie", gdzie Dorota Łuczak pisze o nagości w tychże kampaniach.





 

Oczywiście tekst przeczytam, ale ciekawie brzmi zdanie, które zachęca do tego na facebooku:

"Czy do walki o prawa zwierząt można wykorzystywać fotografie uprzedmiotawiające ludzi?".

A ja się zastanawiam, czy możemy się wreszcie uwolnić od tego myślenia o uprzedmiotowieniu? Czy feministki mogą zaakceptować przedstawienia nagich ciał w reklamach? Kiedy i pod jakimi warunkami?

Dlatego też obiecałam w facebookowej dyskusji znalezienie swojego starego tekstu, a właściwie jego fragmentu, gdzie proponuję spojrzeć na sprawy nieco inaczej:

 

Uważa się, że feministki nienawidzą obrazów nagich kobiet; nie znoszą reklam, które traktują ciało kobiece przedmiotowo; oburzają się na fotografie roznegliżowanych pań. Niekiedy tak bywa, na przykład w odniesieniu do reklam, w których kobieta upodobniona jest do dmuchanej lalki z sex-shopu, albo jej ciało jest obiektem zastępczym dla samochodu, materiałów budowlanych lub, nawet najpiękniejsze, okazuje się być mniej atrakcyjne od butelki z piwem. Faktycznie też, dawne teorie feministyczne wskazywały na uprzedmiotowienie kobiet pokazywanych zarówno w dawnej sztuce, jak i w reklamach. Pisano o tym, że te obrazy powstawały jedynie dla zaspokojenia przyjemności męskiego widza.

 

Ale przecież obrazy kobiet wzbudzających pożądanie mogą odnosić się również do przyjemności przedstawionych kobiet. To przyjemność pozowania, bycia oglądaną, panowania nad spojrzeniem tych, którzy patrzą. To również „kobieca próżność” (bo która z kobiet nie lubi pięknie wyglądać?) oraz narcyzm – poszukiwanie uznania w oczach innych. Kobieca nagość może być więc całkiem zabawna, a nawet mieć znaczenie wyzwalające.

 

Jakiś czas temu, pojawiły się w sieci fotografie z polską modelką, Joanną Krupą, wykonane dla PETA (organizacji walczącej o prawa zwierząt) na rzecz adopcji psów i kotów. Zdjęcia te wzbudziły protesty ze względu na użycie religijnej symboliki (krzyż częściowo przysłaniający nagie ciało modelki). Na Krupę obruszyły się organizacje katolickie w Polsce oraz Stanach Zjednoczonych. Okazało się też, że również niektóre feministki mają wątpliwości, co do kampanii PETA. Chodzi nie tylko o zdjęcia Krupy, ale i innych znanych modelek występujących między w akcjach antyfutrzarskich pod hasłem: „Wolę wyjść naga, niż założyć futro”.


 

Wątpliwości wzbudzało zapewne to, że zaprezentowane modelki ukazywane były nieco podobnie, jak w „Playboyu”, były ponętne, atrakcyjne, seksowne. Ale nad czym tu lamentować? Kobiety te zgodziły się na udział w tych sesjach fotograficznych dobrowolnie, zrobiły to w dobrym celu, a odważne pokazanie ich ciał wywołało medialny szum potrzebny tego rodzaju akcjom.

 

Ponadto noszenie futra może się niektórym kobietom kojarzyć nie tylko z prestiżem, ale i z przyjemnością. Tak zresztą przedstawiona została przez Rubensa jego żona Helena Fourment w futrze. Duchamp przebrany za Rrose Selavy też wskazywał na odczuwanie własnej przyjemności poprzez gest ręki na futrzanym kołnierzu. W akcjach PETY te kobiety się dotykają. Przyjemność mają dać im własne ciała, które akceptują i w których czują się dobrze, a nie futra zabitych zwierząt.

 

I jeszcze na marginesie. Nagość może być wyzwalająca i pozwalająca na samoakceptację. Tak często dzieje się w przypadku zdjęć osób, które nie są reprezentowane w mediach czy kulturze popularnej, które ze względu na jakąś wstydliwą przypadłość, na chorobę czy niepełnosprawność spotykają się z odrzuceniem. Pisałam tu chociażby o fotografiach Izy Moczarnej-Pasiek z cyklu "Harda Wenus", z Edytą Zierkiewicz pisałyśmy też o zdjęciach "Amazonek".

 

Myślę więc, że kobieca nagość może być "cool", także dla feministek.


Harda Wenus

izakow2

Iza Moczarna-Pasiek wraz z Klaudią Winiarską zajmują się pracą nad cyklem zdjęć zatytułowanym „Harda Wenus”. Autorki o ukazanych tu kobietach piszą tak:

„Projekt Harda Wenus to akty przedstawiające piękno dużych kobiet. Takich, których wygląd mocno wyłamuje się ze stereotypowego modelu prezentowanego wszem i wobec. (…) Naszymi modelakmi są kobiety, które chodzą po polskich ulicach, pracują, dbają o dom, są matkami, żonami, przyjaciółkami i kochankami. Są realne i jak najbardziej prawdziwe. I to, jak się okazuje, umieszcza je w kategorii 'estetycznie nieodpowiednie'”.


 

Podoba mi się w tym cyklu, że autorki akcentują przyjemność z bycia oglądaną ukazanych kobiet, wskazują też na ich świadomość swojej fizyczności. Mniej podoba mi się samo wykonanie. Zdecydowanie wolę poprzednie zdjęcia Izy Moczarnej-Pasiek ukazujące kobiety po mastektomii, a także po chemioterapii.

Tutaj, niektóre fotki przypominają za bardzo estetykę Saudka, ciała kobiet zamazane są też jakimiś niepotrzebnymi elementami. Widać tu potrzebę estetyzacji, jakby jednak autorki uznały, że bez tego te ciała nie będą wyglądały na piękne.


 

Piękno jest oczywiście kategorią względną. Podoba mi się, że wiele artystek próbuje zmagać się z pięknem, nie odrzucając go w przekonaniu, że piękno to wyłącznie patriarchalny wymysł i nałożone na kobiety więzienie. Te artystki „próbują” więc przepisać piękno, uczynić je czymś przyjemnym i wyzwalającym (jak w przypadku „Hardej Wenus”).

Faktycznie współczesny kanon wyglądu marginalizuje w sferze widzialności te kobiety, które nie są szczupłe; każe im wstydzić się swej tuszy. Świadczy o tym również używany powszechnie eufemizm: "puszyste" zamiast grube czy grubsze. Z drugiej strony, mam wrażenie, że w kulturze popularnej zaczęło się to dość zmieniać, czego dobrym przykładem była kampania Dove dotycząca właśnie debaty nad prawdziwym pięknem, ukazująca między innymi starsze i grubsze kobiety. W samej sztuce z kolei, temat ciał nieadekwatnych wydaje się już dość mocno przepracowany. Czy więc faktycznie trzeba wciąż jeszcze udowadniać, że grubsze kobiety są również piękne? Czy rzeczywiście są one wciąż uznawane są „estetycznie nieodpowiednie”? A może istnieje jednak problem, tylko ja go nie potrafię dostrzec?

Mimo tych zastrzeżeń, jedno z tych zdjęć mnie zachwyciło. To fotografia kobiety siedzącej w pomieszczeniu "zalanym" słonecznym światłem. Tu wszystko jest ciepłe, niemal dotykalne, niezwykła jest materialność ciała oraz pozytywna energia, która bije od tego przedstawienia.


 

To prawdziwa Harda Wenus, bogni miłości, wdzięku, życia, kojarzona ze słońcem.

Oszczędzajmy energię

izakow2

 


To jedna z fotografii Spencera Tunicka z 2007 roku, o co w niej chodzi, wyjaśnię jednak później.


Bo najpierw chciałam odnieść się do komentarzy, z którymi ostatnio dość często spotykam się na blogu, dotyczącymi teorii, „izmów” (np. feminizmu), dyskursów (np. queer), w które wpisywana jest sztuka, a przede wszystkim wskazującymi, że dzieje się to ze szkodą dla samej sztuki. Nie mam nic przeciwko tym komentarzom, prawdę mówiąc bardzo się cieszę, że mój blog czytają osoby o tak bardzo zróżnicowanych poglądach. Cieszę się również z tego, że sztuka wciąż wzbudza tyle emocji. Ale z drugiej strony, trochę mnie dziwi, że podejście do sztuki, które na dobre zagościło po socrealizmie i panowało w całym PRL-u (którego nie podzielało zaledwie paru artystów, takich, jak np. Jerzy Bereś czy para KwieKulik), że sztuka jest czymś uniwersalnym, nie ma płci, jest poza polityką i nie powinna angażować się w problematykę społeczną, jest ciągle tak bardzo popularne. A przecież owa apolityczność sztuki była także czymś politycznym (bo była tak bardzo na rękę komunistycznym władzom).


Nie mogę się też zgodzić z odmawianiem wartości artystycznych pracom, które w te wypominane w komentarzach „izmy” wchodzą; odnoszą się do jakiejś konkretnej ideologii, albo też odczytywane bywają w myśl różnych współczesnych dyskursów. Jak w każdej innej twórczości, znajdziemy tu przykłady dzieł wybitnych oraz miałkich, kiepskich, wtórnych (i pod względem formalnym, i w związku z wałkowaniem wciąż tych samych tematów). Nie zgodzę się też, że artyści wchodzą w te „izmy” ze względu na koniunkturalizm. Oczywiście, też tacy są. Ale wierzę w to, że artyści są ludźmi wrażliwymi, którzy reagują na problemy współczesności, odnoszą się do nich w sferze wizualnej, przez co każą nam, widzom, inaczej na te problemy spojrzeć, zastanawiać się nad tym, co wydaje się oczywiste, co pomijamy milczeniem, co jest niewygodne i trudne.

Bliskie są mi myśli Josepha Beuysa na temat „rzeźby społecznej”, a więc twórczego kształtowania swojej rzeczywistości, na rzecz sprawiedliwości i równości, na rzecz dobra nas wszystkich, ludzi, zwierząt, naszej planety. Bliski jest mi artywizm (pojęcie odnoszone m.in. do Sanji Iveković), łączenie działań twórczych i prospołecznych. Takie postawy wskazują, że artyści są zainteresowani czymś więcej, niż tylko tworzeniem pięknych, lub ciekawych form. Nie chowają głowy w piasek, są zainteresowani zmienianiem rzeczywistości (choćby tylko przez zmuszanie nas do myślenia). Swoją umiejętność kształtowania form wizualnych wykorzystują do mówienia o problemach innych, niż sztuka. Oczywiście, to stary dylemat, czy opowiedzieć się za „sztuką dla sztuki” czy „sztuką dla społeczeństwa” i jasne jest, że wybierając którąś z tych postaw, na pewno coś tracimy i coś umyka z naszego pola uwagi.

 


Ostatnio na moim blogu, pojawiały się przykłady prac proekologicznych i antygatunkowistycznych. Kontynuując te rozważania, chciałam przedstawić cykl prac Spencera Tunick wykonany dla Greenpeace, gdzie sfotografował on prawie 600 nagich osób na kurczącym się lodowcu Aletsch w Szwajcarii.

 


O pracach Tunicka pisałam już na swoim blogu, wskazując, że, jego sztuka, choć bardzo ciekawa pod względem formalnym (połączenie body artu z land artem), ma wymiar społeczny (nagość w sferze publicznej jest odczytywana jako gest wystąpienia przeciwko konwencjom społecznym, przeciwko władzy), katastroficzny (obrazy przypominające sceny z Sądu Ostatecznego są jakby ostrzeżeniem przed katastrofami, które sami na siebie sprowadzamy, lub sprowadziliśmy) oraz socjologiczny (mówiąc o stosunku nas samych do nagości, naszego ciała, do wspomnianych już konwencji społecznych).

 

 


Fotografie wykonane dla Greenpeace w sierpniu 2007 roku pokazuję tu nieco przewrotnie, bo odnoszą się do globalnego ocieplenia, a mroźna i biała zima niekoniecznie jest tym, co nastraja do rozmyślań na ten temat, a może i nawet każe zwątpić w sam problem globalnego ocieplenia (oczywiście traktowany też przez wielu jako wydumany, bądź kontrowersyjny).

Jedno jest pewne, energię oszczędzać należy i nie wydatkować jej niepotrzebnie. Dlatego warto zastanawiać się też nad tym, na ile produktywnie wydatkowana jest energia artystyczna.


 

 

 


© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci