Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

Wpisy otagowane : Piotr-Piotrowski

Piotr Piotrowski (1952 - 2015)

izakow2

Od kilku dni, które minęły od śmierci Piotra Piotrowskiego, mojego nauczyciela, promotora, przyjaciela, noszę się z myślą napisania o nim wspomnienia. Ale wiem, że ostatnią rzeczą, której Piotr by sobie życzył, byłaby wystawiona mu laurka, zwłaszcza przeze mnie, która w recenzjach jego książek i innych tekstach, z uporem maniaka wytykała mu pewne pominięcia, zbytnią ogólność czy ignorowanie miejsca, z którego się mówi.  Bo Piotr przede wszystkim prowokował do dyskusji, stąd też tak trudno pisać coś, co nie zostanie przez niego skomentowane, a nawet skontrowane czy podważone.

Pisanie wspomnień jest też egoistyczne, bo jest zarazem pisaniem o sobie, o relacjach łączących nas z osobą, która odeszła. Pojawia się więc wątpliwość, czy lepiej pisać, czy milczeć. A jednak niemożliwe jest milczenie na temat kogoś tak wyjątkowego i niezwykłego jak Piotr Piotrowski. 

 

PP_lljub_kasiaPiotr w Ljubljanie, fot. Katarzyna Bojarska

 

Jego silna osobowość powodowała, że każdy musiał wobec niego jakoś się określić. Można się było identyfikować z jego poglądami, ale jego silna pozycja prowokowała raczej do ich podważania. Piotr był uparty w bronieniu swych racji, nie uznawał też kompromisów. Tym samym prowokował do tego, aby stanąć do niego w opozycji, co zrobiła część jego uczniów deklarując swoją anty-lewicowość. Wydaje się, że swoista polaryzacja, która pojawia się w polskiej historii sztuki nowoczesnej jest związana właśnie z bardzo mocną i ideologicznie silnie określoną pozycją Piotra. Bo nie można pozostać wobec niego i jego poglądów obojętną czy obojętnym.

Można powiedzieć, że Piotr Piotrowski wyznaczył pozycje w obszarze badań nad naszą nowoczesnością. Pisanie historii polskiej sztuki nowoczesnej i współczesnej bez odniesień do jego tez i dyskusji z nimi jest niemożliwe. Historia sztuki, jak i życie były dla Piotra walką – walką o krytyczność, o demokrację, wolność słowa; o zrozumienie symbolicznej wartości sztuki, docenienie twórczości powstałej w „gorszej” części Europy, były też walką z hipokryzją, cenzurą, zakłamaniem.

Dobrych wspomnień mam wiele, w końcu znaliśmy się od 1990 roku. Najpierw pojawia się Piotr prowadzący inspirujące wykłady ze sztuki nowoczesnej – wciąż są one dla mnie wzorem prowadzenia zajęć. Pamiętam też jego seminaria, na których każdy czuł, że musi coś sensownego powiedzieć, a najlepiej nie zgadzać się z resztą; studenckie objazdy prowadzone przez Piotra, jak na przykład wyjazd do Łodzi, gdy odwiedzaliśmy postrychowe galerie i poszliśmy do kina na „Burtona Finka” (nie pamiętam zbyt wielu zabawnych momentów, ale pamiętam Piotra śmiejącego się najgłośniej w całym kinie). Piotr to brak dystansu, a jednocześnie poczucie autorytetu (proponował swoim seminarzystom przechodzenie na „ty”, czytał nam swoje teksty, które mieliśmy potem dyskutować, ale też zawsze czuło się wagę tych dyskusji i omawianych przez nas problemów). Zawsze zachęcał do zajmowania się trudnymi tematami, do badania obszarów wykluczeń, do poszukiwania tematów, które będą prowokować do dyskusji. Już wtedy prowadziliśmy spory, na przykład długo Piotr nie był przekonany do pojęcia „sztuki krytycznej”, o czym dyskutowaliśmy na seminariach – już wtedy – doktoranckich. Nie podobała mu się ta „kalka z Fostera”, jak mówił, ale w końcu zaczął tego pojęcia używać.  

Cenię szacunek Piotra dla swoich uczniów, który ujawniał się na przykład tym, że ich cytował (nawet, jeśli się z nimi nie zgadzał). Miał też niezwykły zmysł integracji, zapraszał nas jako swoich doktorantów na spotkania u niego w domu organizowane przy zaangażowaniu Marii, jego kochanej, mądrej żony (wtedy nie pomyślałam, ale może ona miała nas już dosyć?). Wśród wspomnień nie może zabraknąć jego celebrowania dobrego jedzenia i znawstwa w tej dziedzinie – instruował, co najlepiej zamówić w restauracji, jak przyrządzać dania. Kiedy byłam młodą mamą, przyjechał do mnie na chwilę po jakąś książkę, ale zdążył wcześniej wypytać przez telefon, co przygotowuję na obiad, na którym zresztą wcale nie zostawał i przywiózł mi puszkę z włoskimi pomidorami, mówiąc, że te do spaghetti są najlepsze.

Wspomnienia dotyczą również wspólnych konferencji, dalekich lotów, podczas których rozmawialiśmy o książkach albo o naszych rodzinach. Zdarzały się też wspólne wyjazdy samochodem. Piotr jeździł zdecydowanie za szybko, bo musiał wyprzedzić wszystkich. Była w tym, nieobca również mi, potrzeba rywalizacji. Po jednym z ostatnich spotkań Otwartej Akademii, mijałam się z nim gdzieś na Dębinie, marząc tylko o tym, że pokażę mu, że jeżdżę szybciej, ale nasze drogi się rozeszły. 

Zresztą nasze drogi rozchodziły się też symbolicznie. Nie pracowaliśmy razem, wcale tego nie chciałam, bo Piotr wydawał mi się zbyt przytłaczający. W takiej sytuacji można było pewnie albo pozostać w jego cieniu, albo z nim otwarcie walczyć. Prawdopodobnie zresztą to było przyczyną porażki jego niektórych, skądinąd ważnych, projektów, takich jak „muzeum krytyczne”. Wiele lat temu odmówiłam mu, gdy chciał, abym stanęła do konkursu na adiunkta w poznańskim Instytucie Historii Sztuki. Piotr długo jeszcze mi to wypominał. Nie chciałam też pracować w Muzeum Narodowym w Warszawie, gdy Piotr miał objąć funkcję dyrektora. Prawdę mówiąc nie bardzo wierzyłam w możliwość zrewolucjonizowania muzeum, choć trzymałam za to kciuki. Cieszyłam się, że pracowała z nim znakomita Kasia Morawska-Muthesius. Piotra zaś jakiś złośliwy muzealnik określił „upiorem w muzeum”. Niestety, muzeum krytyczne pozostało – jak na razie – ideą.

Nasze relacje chyba najbardziej budowała niezgoda, prawdopodobnie widać to w naszych książkach, gdy każde drugiemu wypomina, że pierwsze nie miało racji.  Całkiem niedawno pokłóciliśmy się o sprzątaczki na UAM-ie, a w zasadzie o kwestię outsourcingu na uniwersytetach. To chyba przez tę mejlową awanturę powołanie Otwartej Akademii przeciągnęło się o pół roku, aż do odwołania spektaklu „Golgota Picnic”. Wtedy, przy okazji dyskusji na temat tej cenzury toczącej się na Placu Wolności, ostatni raz poszłam z Piotrem na kawę.  Dyskusja w swej pierwsze części okazała się tak nudna, że postanowiliśmy wyrwać się z Piotrem do pobliskiej kawiarni (zawsze zamawiał espresso). Zapomnieliśmy już wcześniejszą kłótnię i żartowaliśmy, że Piotr mógłby przyjść pracować na Uniwersytet Artystyczny. Opowiadał o swoich dalekosiężnych planach naukowych. Później było jeszcze kilka spotkań Otwartej Akademii i ambitne plany działań, z których zbyt wiele dotychczas nie wyszło. Ale Piotr zawsze był wizjonerem, wierzył w powstanie ogólnopolskiego ruchu akademickiego walczącego o lepsze uniwersytety.

Piotr był zwolennikiem demokracji radykalnej Chantal Mouffe, agonizmu, otwartych konfliktów.  Wierzył, że sztuka jest polityczna i nie w smak były mu teorie Ranciere’a przestrzegającego przed upraszczającym przypisywaniem sztuki znaczeń politycznych. Był też niechętny temu, aby spory ideologiczne łączyć z kwestiami ekonomicznymi. To właśnie różniło nas najbardziej. Dla mnie model demokracji radykalnej nie ma faktycznego zastosowania, oprócz zwulgaryzowanej wersji ujawniającej się w sferze publicznej w postaci takich wydarzeń, jak choćby palenie „Tęczy” w Dzień Niepodległości. Bo myślenie o demokracji radykalnej, nieuwzględniające zaplecza ekonomicznego konfliktów politycznych, może prowadzić w gruncie rzeczy do coraz większego antagonizowania społeczeństwa, do „wojen kulturowych”, o których Piotr tak chętnie w ostatnim czasie mówił (a więc działa to nieco na zasadzie błędnego koła…).  Uważam, że ważniejsze są „bardziej” miękkie metody walki o demokrację, pytania o możliwość otwarcia na innych, również tych z przeciwnych opcji ideologicznych, szukanie dialogu, porozumienia, pytania o wspólne interesy i strategiczne przymierza (jak choćby naukowców ze sprzątaczkami..).  

No i ze wspomnieniami wyszło jak zwykle, bo znowu wdałam się w spór z Piotrem. Ale czy to nie na tym polega właśnie jego siła? Z jego poglądami, tezami, książkami długo jeszcze będziemy się rozprawiać. I w tym sensie Piotr Piotrowski żyje!

Kolaże Jiřego Kolářa

izakow2

Było ostatnio trochę na temat krytyki, teorii i różnych spraw, które dzieją się wokół sztuki. Tym razem chcę wrócić do samej sztuki, a konkretnie do tematu przetworzeń, który jakiś czas temu fascynował mnie w kontekście memów i obrazków Sztucznych Fiołków oraz ogólniej - tego, jak sztuka funkcjonuje w internecie. Pisałam też między innymi o dziedzictwie Duchampa oraz o tym, co Bourriaud określa postprodukcją będącą recyklingiem dawnych obrazów i wyobrażeń.

 


Jiří Kolář, Śniadanie w krowie, 1967

 

Warto jednak podkreślić, że sztuka przetwarzania nie jest charakterystyczna jedynie dla poczatku XXI wieku. Lev Manovich pisząc o języku nowych mediów podkreślał, że na jego specyfikę wpłynęły z jednej strony XIX-wieczne wynalazki (m.in. fotografia oraz licząca maszyna Babbage'a), a z drugiej - typowe techniki awangardy, w tym przede wszystkim kolaż.  

 

Artystą, który sytuuje się dokładnie pomiędzy pierwszą awangardą oraz współczesną postprodukcją jest Jiří Kolář (1914 - 2002).

 

Jiří Kolář, Mrożone słowa, 1981

 

Ten czeski poetoartysta, jak określiła go Maria Anna Potocka, tworzył początkowo poezję wizualną, obiekty artystyczne określane "poematami - przedmiotami", a przede wszystkim, stosownie do swojego nazwiska, kolaże w rozmaitych odmianach. Nadawał im własne nazwy, Piotr Piotrowski wylicza: "muchlage" (przekrzywione, pocięte fotografie), "intecollage" lub "prollage" (połączone fragmenty obrazów, powycinane w kształcie powszechnie używanych przedmiotów, "confrontage" (powiększone i zestawione ze sobą fragmenty fotografii), "raportage" coś w rodzaju fotograficznego reportażu, "rollage" (rozciągnięte, wydłużone fotografie), "chiasmage" (formy przypominające gazety złożone z małych literek i fragmentów tekstów). ("Awangarda w cieniu Jałty", s. 182). W wielu pracach te techniki łączył ze sobą. Niekiedy też dokonywał zestawień różnych dzieł sztuki, przekształcając je w swoiste "mozaiki cytatów". Dziś można by użyć określenia: obrazowy remiks, co ujawnia najbardziej moje ulubione "Śniadanie w krowie". Tu na marginesie warto przypomnieć współczesną twórczość malarską Cesara Santosa. Choć artystów tych różni technika, widać u nich tę samą fascynację obrazami i przemieszczaniem się ich najbardziej rozpoznawalnych motywów.

 

W twórczości Kolářa odnaleźć można wpływy konstruktywizmu i dadaizmu, niekiedy bywa ona łączona z nową figuracją czy nawet z pop artem. Przede wszystkim jednak, ujawnia się u tego artysty fascynacja dawną sztuką i jej reprodukcjami, tym, co można z zdziałać poddając sztukę manipulacjom, tworząc w ten sposób całkowicie nową jakość.  

 


 Wenus (Botticelli), 1968-69

 

Pod koniec lat 80. Kolář pisał o sztuce, że "ma moc nieskrępowanej wypowiedzi i nie traci siły, nawet gdy podlega reprodukcji, uwięzieniu czy naśladownictwu", zaś jej wielkość można spotęgować jeszcze bardziej przez jej świadome upośledzenie, zadanie rany "na drodze transformacji wyobrażeń, który trywializują się za sprawą cywilizacyjnego przesytu nieprzebraną rozmaitością technik drukarskich i właściwego naszej kulturze fałszywego rozumienia pojęcia 'doskonałość'".

 

 


Zakochane gołębice, 1969

 

Potwierdzał, że sztuka rodzi się ze sztuki:


"Mam świadomość, że piszę te słowa w czasie, kiedy sztuka 'potyka się o własne nogi', jak niegdyś ujął to Burckhardt, i że moja twórczość jest tego efektem - niemniej wypływa ona także z mojego wieku, z mozolnej pracy, którą zwracam artystom i być może reszcie świata, z trudu, który zapożyczyłem od nich".

 

W tekście "Kilka słów o sztuce wadliwej", przedrukowanym w katalogu wystawy Kolářa "Kolaż z łasiczką", która miała miejsce w krakowskim MOCAKU na przełomie 2012 i 2013 roku, artysta daje też prosty przepis na przetworzenie:

 

"Weź reprodukcję ulubionego dzieła sztuki i rozerwij ją w najistotniejszym miejscu albo rozerwij ją na pół, a następnie sklej z powrotem zwykłą taśmą. Przekonasz się, że reprodukcja nie straciła wiele ze swojego pierwotnego wyglądu i że - gdy wpatrzeć się w nią uważniej - zyskała pewną dodatkową jakość, stała się w pełni twoja, ponieważ sposobu, w jaki ją rozerwałeś, nie da się powtórzyć idealnie tak samo. Pamiętaj jednak, że nawet rozdzierania, przebijania, gniecenia, bazgrania, przypalania itp. trzeba się wpierw nauczyć" (s.17). 

 

 


1996

 

Można więc powiedzieć, że twórczość Kolářa oscyluje pomiędzy poczuciem dewaluacji obrazów a poszukiwaniem w nich siły, pomiędzy typowym dla awangardy "szarganiem świętości" wielkiej sztuki a odkrywaniem jej potęgi, która ujawnia się nawet w dziełach tak bardzo przetworzonych, jak słynna "Dama z łasiczką".

 


 Dama z łasiczką, 1966

 

Lodowy antypomnik Jerzego Kaliny

izakow2

We Wrocławiu z 9 na 10 listopada 74 lata temu spłonęła synagoga na ulicy Łąkowej. Również w innych niemieckich miastach doszło do zniszczeń. Nazwano te wydarzenia Nocą Kryształową, gdyż ulice zostały zasypane szkłem ze zniszczonych żydowskich mieszkań i sklepów. Możliwe też, że nazwa wzięła się od "krystalizacji", a więc postulatu oczyszczenia narodu niemieckiego z Żydów. Język III Rzeszy pełen był podobnych, eufemistycznych, a zarazem niezwykle znaczących, pojęć odnoszących się do biopolityki, w której ochrona życia (własnego narodu) zbiegała się z walką przeciwko innym, którzy mieli zostać wyeliminowani. 


W tym roku wrocławska Fundacja Bente Kahan w rocznicę Nocy Kryształowej zorganizowała Marsz Wzajemnego Szacunku połączony z prezentacją pracy Jerzego Kaliny pt. "Czarny Kryształ" na dziedzińcu przed synagogą pod Białym Bocianem.

 


 

I choć nie jestem zwolenniczką prac Kaliny, instalacja stworzona z 35 bloków lodu w kształcie macew, przywołująca nazwę Nocy Kryształowej, jest niezwykła, wymowna, a przede wszystkim nie jest to kolejny pomnik, który na trwałe wpisze się w przestrzeń miasta, obok którego przechodzi się obojętnie, ale poruszający antypomnik, dzieło efemeryczne, zanikające, kruche jak sama pamięć. 

 


Bo antypomniki przede wszystkim problematyzują samą pamięć, znikając, wskazują na zapomnienie, na wyrzucanie z pamięci ważnych bolesnych wydarzeń z przeszłości; a w tym przypadku przypadku także na to, że niektóre z tych wydarzeń nie do końca mieszczą się w ramach pamięci zbiorowej, jakby nie pasują, bo mówią o Żydach, a nie o Polakach. To znaczące, że gdy wszyscy mówili o przygotowaniach do Marszu Niepodległości, obchody rocznicy Nocy Kryształowej przeszły niemal niezauważone.


Pierwsze antypomniki powstały w Niemczech w latach 80., autorstwa Jochena Gerza i jego żony Ester Shalev-Gerz oraz Horsta Hoheisela i również odnosiły się do Zagłady. Gerz stworzył w Hamburgu 12 metrowy obelisk - "Pomnik przeciwko faszyzmowi i wojnie", który w całości w ciągu kilku lat zapadł się pod ziemię. Cechą antypomnika jest właśnie zanikanie, a równocześnie problematyzowanie pamięci zbiorowej i znaczenia pomników w przestrzeni publicznej. Antypomniki, jak pisze Piotr Piotrowski, zachowują milczenie w obliczu zbrodni, a często też prowokują do interaktywności. W przypadku pomnika Gerza było to umieszczanie przez przechodniów na powierzchni obelisku swoich przemyśleń. 


Chodzi również o to, że pomniki odciążają naszą pamięć, usprawiedliwiają nas w niepamiętaniu, natomiast antypomniki, jak pisze Paul Sigel, "nie tylko zwracają uwagę na bolesne wydarzenia historyczne, lecz także przekazują zwiedzającemu zadanie pielęgnowania pamięci o tych wydarzeniach i wyciągania z nich wniosków". 

 

Chodzi więc o to, że to my mamy być nośnikami pamięci, jej mediami, a nie martwe pomniki, bo wtedy nasza pamięć topnieje.

 


 

O tym własnie mówi roztapiający się i rozpadający "Czarny kryształ" Jerzego Kaliny.

 


 

Fotografie z fanpage'a Fundacji Bente Kahan


Polska-Rosja 1:1, czyli wokół sprawy Pussy Riot

izakow2

 

Pamiętacie słynny mecz Polaków z Rosjanami podczas Euro? Wynik był remisowy i stał się niebywałym podwodem do dumy dla naszych kibiców. Bo zremisować z Rosją to jak wygrać! Niewątpliwie niechęć do Rosji miesza się z podziwem, ujawniają się polskie kompleksy i sny o potędze, a także przemożna chęć rywalizacji.


 Ale dzieje się tak nie tylko w sporcie. Podobne spostrzeżenia nasuwają się w związku z głośną sprawą Pussy Riot. Trzy członkinie feministycznej punkrockowej grupy (Marija Alochina, Jekatierina Samucewicz i Nadieżda Tołokonnikowa) zostały skazane na dwa lata łagru za rzekome chuligaństwo, jakim miało być przeprowadzenie antyputinowskiego performance w cerkwi Zbawiciela w Moskwie.


 

Wyrok ten jest jawnym zamachem na prawa człowieka. To również potwierdzenie patriarchalnej rosyjskiej władzy i państwowo-kościelnego autorytaryzmu, pokazanie innym, że ta władza jest nietykalna i przestroga dla tych, którzy ważyliby się ją jeszcze krytykować. Może i Putin obnażył przed światem sposób funkcjonowania swego reżimu, ale w Rosji wzmocnił swoją pozycję (również jako obrońca religii), a na tym zależy mu chyba najbardziej.


Ciekawe są komentarze, które pojawiły się w Polsce. Jedni podkreślają barbarzyństwo reżimu Putina i niezrozumienie istoty demokracji. Słusznie, tyle tylko, że pojawia się tu pewne poczucie wyższości, że u nas taka sytuacja nie mogłaby mieć miejsca. Ale czy na pewno?


Czy skazanie Doroty Nieznalskiej w 2003 roku na sześć miesięcy ograniczenia wolności (i uniewinnienie jej dopiero w 2010), czy uznanie przez warszawski sąd Doroty Rabczewskiej winną obrazy uczuć religijnych za wypowiedziane przez nią słowa, że „bardziej wierzy w dinozaury niż w Biblię, gdyż ciężko wierzyć w coś, co spisał jakiś napruty winem i palący jakieś zioła”, czy różnego rodzaju zarzuty o profanację, obrazę uczuć religijnych, niechęć do sztuki problematyzującej pozycję Kościoła nie mają nic wspólnego z przypadkiem Pussy Riot?


Oczywiście skala jest inna, w Polsce kary nie są aż tak bardzo srogie i najczęściej tego rodzaju sprawy kończą się uniewinnieniem. Łączy jednak je ze sprawą Pussy Riot: po pierwsze – tabuizacja wszystkiego, co jest związane z dominującą w państwie religią, po drugie – wzajemne umacnianie autorytetu władzy Kościoła i państwa i po trzecie wreszcie – niezrozumienie, a może raczej brak akceptacji dla istoty demokracji i praw obywatelskich, jakimi są wolność słowa czy wolność tworzenia.  Łączy te sprawy również fakt, że sztuka, kultura alternatywna, a nawet kultura popularna mogą stać się łatwym celem ataków. Są nie do końca zrozumiałe, dziwaczne, niekiedy wulgarne, łatwo więc oskarżyć je o skandalizowanie, chęć prowokacji czy chuligaństwo.


O podobieństwach pomiędzy systemem represji wobec artystów w Polsce i w Rosji pisał Piotr Piotrowski, miedzy innymi w tekście z 2007 roku pt. „Pazurami i dziobem w obronie demokracji” , podkreślając, że „w ‘naszej’ części Europy są tylko dwa takie kraje: Polska i Rosja, a przynajmniej tylko w tych dwóch krajach zapadły wyroki skazujące ludzi związanych ze sztuką” (co ciekawe, nie wiadomo nic o tego rodzaju sprawach na Białorusi). Piotrowski przypomniał sprawę wystawy „Uwaga! Religia”, która miała miejsce w Centrum  Sacharowa w Rosji w 2003 roku. Największe kontrowersje wywołała praca Aleksandra Kosolapova „Coca Cola. Oto krew moja”.


 

Wystawa została zniszczona przez rosyjskich nacjonalistów, a następnie prokuratura, zamiast ścigać chuliganów, wytoczyła akt oskarżenia o bluźnierstwo wobec organizatorów ekspozycji. Zapadł wyrok skazujący, zasądzający po 100 000 rubli grzywny dla Jurija Samodurowa, dyrektora Centrum Praw Człowieka Andrieja Saharowa oraz dla Ludmiły Wasilowskaja, kuratorki Centrum. Sam Kosolapov uniknął kary, gdyż od lat mieszka w Nowym Jorku.


Inna głośna sprawa dotyczyła artystów z grupy Voina (nawiasem mówiąc związanych z Pussy Riot), tworzących antysystemowe akcje. Oleg Vorotnikov i Leonid Nikolaev od listopada 2010 do lutego 2011 przebywali w więzieniu o zaostrzonym rygorze w Sankt-Petersburgu. Zarzucano im chuligaństwo oraz działania motywowane nienawiścią.


To najgłośniejsze ze spraw, których w Rosji było przecież dużo więcej.


Na tym tle wyrok dla Pussy Riot nie powinien być zaskoczeniem, nie stanowi chyba również jakiejś szczególnej cezury, jak twierdzi w ciekawym zresztą wywiadzie Katarzyna Kwiatkowska, znawczyni współczesnej Rosji. Wskazuje ona również, że ich akcja wykorzystywana jest do rozgrywek na linii państwo – Cerkiew, gdyż przede wszystkim przedstawiana jest w mediach jako antyreligijna, a nie antypaństwowa. Mam jednak wrażenie, że ten sposób mówienia o performance Pussy Riot ma przede wszystkim na celu wywołanie społecznego potępienia wobec rosyjskich anarchofeministek, i faktycznie, mówi się o tym, że większość rosyjskiego społeczeństwa popiera wyrok dla dziewczyn z Pussy Riot.


 Piotrowski we wspomnianym tekście pisał również o różnicach między Rosją a Polską: „Polityka Rosji wobec religii, zwłaszcza za czasów prezydentury Władimira Putina, pełna jest koniunkturalizmu. Gesty prezydenta wobec rosyjskiej Cerkwi obliczone są - jak się wydaje - na bezpośredni efekt polityczny. W Polsce problem jest głębszy i wydaje się być związany z (…) ideologicznym [wspierającym światopogląd katolicki] charakterem państwa. Skoro naruszona została zasada rozdziału Kościoła od państwa i państwo wzięło na siebie odpowiedzialność reprezentacji ideologii chrześcijańskiej, to w konsekwencji czuje się ono zapewne powołane do represji wobec tych, którzy nie podzielają tej ideologii i swój sprzeciw manifestują”.


Przykładem tego może być wspomniany już absurdalny wyrok na Dodę, o którym wspominałam również przy okazji sprawy, według mnie niesłusznie zdjętego z anteny, "Porannego WF-u".


Wniosek z tego taki, że należy protestować przeciwko wyrokowi na dziewczyny z Pussy Riot, ale nie można zapominać, jak wyglądają podobne sprawy na własnym podwórku. W tym przypadku mamy bowiem w zasadzie remis.


 

Jeszcze ciekawsze są komentarze tych, którzy popierają wyrok rosyjskiego sądu. Pełen uznania dla tego wyroku jest między innymi poznański senator PO Jan Filip Libicki.

 

W sumie to również mnie specjalnie nie dziwi. Pamiętam Filipa Libickiego z czasów zamieszania wokół spacyfikowanego przez policję w 2005 roku poznańskiego Marszu Równości. Zdjęcia ludzi bitych przez policję obiegły wtedy świat.

 

 

Na przemarsz nie wydał zgody Prezydent Poznania po nagonce przeprowadzonej przez polityków PiS-u przy wtórze przedstawicieli kościoła, zaś najaktywniejsi w atakach oraz kategorycznym żądaniu wydania zakazu marszu (a więc tym samym – żądaniu pogwałcenia konstytucyjnej wolności zgromadzeń) byli Filip Libicki i Witold Tomczak, wtedy członkowie PiS-u, dziś Platformy Obywatelskiej. Niedawno zresztą ta właśnie partia przyczyniła się do wprowadzenia zmian w ustawie o zgromadzeniach, które można także traktować jako ograniczenie wolności obywatelskich.  


Jeśli przedstawiciele partii rządzącej, mieniącej się liberalną (choć wiadomo, że tylko w gospodarce i to w tym najgorszym znaczeniu), tak rozumieją demokrację i prawa obywatelskie, to jestem przekonana, że gdyby Pussy Riot zrobiły podobny performance w Polsce (np. przeciwko zakazowi aborcji), to skończyłoby się tak samo.


I znowu mamy remis: Polska – Rosja 1:1


P.S. Warto więc zastanawiać się nad problemem wolności obywatelskich nie tylko w Rosji, ale także w Polsce, nad kwestią nadużywania represji, zakazów i cenzury, sądzenia artystów, zamykania wystaw czy zdejmowania programów z anteny, gdyż tego rodzaju działania służą tylko i wyłącznie umacnianiu władzy. A kwestia wolności obywatelskich to sprawa nas wszystkich.

Facebook - demokracja czy cenzura?

izakow2

Milczałam dość długo, bo po wydaniu nowej książki miałam ochotę trochę odsapnąć, a także zająć się innymi zupełnie aktywnościami, głównie sportowymi. Ale również nadrabiałam zaległości czytelnicze. I tu garść refleksji, bo wszystko to, co przeczytałam, jakoś się ze sobą wiąże, a przede wszystkim wiąże się z tematem demokracji. Autorzy czytanych przeze mnie książek pytają o jej wypaczone rozumienie (jako wolność do kupowania) i idący za tym upadek polityki (Ranciere), o to, czy w dyskursie demokratycznym jest miejsce dla mowy nienawiści, dla słów, które ranią (Butler), o to czy można zastąpić demokrację konsensualną demokracją agonistyczną i czy w postkomunistycznej Europie jest miejsce na agorafilię, czyli wolę uczestniczenia w przestrzeni publicznej (Piotrowski), czy szansą dla demokracji mogą być rodzące się dzięki sieci typu Web 2.0 postawy uczestnictwa (Jenkins), czy we współczesnym świecie jest jeszcze miejsce na krytyczność – krytyczną sztukę i teorię (Foster).


Ten ostatni pisze tak: „Czy nasz mediatyzowany świat to świat niezwykle intensywnej interakcji, tak niewinnej, jak pobieranie pieniędzy z bankomatu czy poszukiwanie informacji w internecie, czy też raczej świat inwazyjnej dyscypliny, w którym każdy z nas to ‘jednostka wewnętrznie pęknięta’, możliwa do namierzenia elektronicznego, genetycznie zakodowana, wcale nie dlatego, że działa jakiś zły Wielki Brat, lecz po prostu w ramach codziennego administrowania?”. Hal Foster sugeruje, że zapewne jedno, i drugie.


Można mieć pewność, że pytania o wolność, demokrację, o ograniczenia nie tyle narzucane, ile dobrowolne, będą coraz bardziej wiązały się z pytaniami o globalną sieć, sieciowe obywatelstwo, sieciowy nadzór oraz dostęp do informacji, zarządzaniem nimi oraz do nowych technologii, a także idące za tym wykluczenia.  

Piotr Piotrowski w książce „Agorafilia. Sztuka i demokracja w postkomunistycznej Europie” wskazuje na potrzebę działań anarchistycznych, odrzucających władzę i mających na celu poszerzanie pola wolności z jednej strony, a z drugiej – branie odpowiedzialności za innych. Pisze on: „O demokrację muszą się więc upominać intelektualiści i artyści, którym bliskie są wolnościowe ideały, którzy odczuwają dyskomfort niespełnionej demokracji; intelektualiści i artyści, którzy widzą swoje miejsce na agorze, w środku publicznej debaty, których postępowaniem kieruje agorafilia”.


Czy jednak przestrzeń publiczna nie jest obecnie zastępowana przez przestrzeń internetu, bo tu właśnie coraz częściej przenoszą się publiczne debaty? O tym pisze między innymi Henry Jenkins („Kultura konwergencji”, ale również inne jego opracowania poświęcone sieciowemu obywatelstwu), zauważając, że obecnie stare i nowe media wchodzą w coraz bardziej skomplikowane związki i interakcje, zaś każda opowieść czy zdarzenie artystyczne prezentowane są poprzez różne dostępne kanały informacyjne i platformy medialne. Zaś odbiorcy produktów kulturowych zmieniają się w użytkowników.  Według tego autora mamy do czynienia z tworzeniem się kultury partycypacyjnej. Można mówić o coraz większej aktywności użytkowników internetu jako twórców blogów czy innych stron internetowych, uczestników forów dyskusyjnych, członków portali społecznościowych, twórców własnej produkcji prac czy filmów wrzucanych na serwisy w rodzaju YouTube’a. To użytkownicy wybierają to, co im najbardziej odpowiada, nadają znaczenia temu z czego korzystają, oceniają, a niekiedy poprawiają pozyskiwane informacje. Na zasadzie adbustingu, culture jamming czy remixu kulturowego kultura ulega ciągłym przetworzeniom, podważane są dominujące treści, a znane produkty kulturowe pojawiają się w zupełnie nowych interpretacjach. Powstaje w ten sposób pełna sprzeczności kultura 2.0, nie respektująca granic, gatunkowej przynależności, odrzucająca zasadę decorum oraz dokonująca subwersywnego „przepisania” dawnych utworów. Wszystko może zostać przez uczestników internetu skomentowane, niekiedy poddane w wątpliwość, czasem odrzucone przez użytkowników, którzy tworzą sieć sprzecznych i różnorodnych znaczeń. Każdy z uczestników internetu jest już nie tylko biernym odbiorcą, ale również aktywnym uczestnikiem, komentatorem, krytykiem, ekspertem, zyskuje możliwość wypowiadania się. Powstaje w ten sposób nowa kultura ludowa, promująca na szeroką skalę uczestnictwo, twórczość amatorską i ekonomię oparta na wymianie czy na darach. Można mówić też o sieciowym obywatelstwie. Popularność zyskuje dziennikarstwo obywatelskie, każdy ma prawo stworzyć swój własny komentarz do rzeczywistości. Ma miejsce współtworzenie wspólnych zasobów wiedzy (najlepszym tego przykładem jest Wikipedia), kwitną akcje obywatelskie, zdarzają się nawoływania do bojkotów konsumenckich, podpisywane są petycje w różnych szczytnych celach, a na portalach społecznościowych uczestnicy zwołują się na akcje mające odbyć się w rzeczywistości realnej. To tutaj więc rozwija się społeczeństwo obywatelskie i kultura partycypacyjna.

A jednak konwergencja jest ambiwalentna, napędzana jest zarówno przez konsumentów, jak i przez korporacje, działa tyle na rzecz samych użytkowników, co również na rzecz neoliberalnego systemu. Ten element nie jest zbytnio sproblematyzowany przez Jenkinsa. Jego podejście jest raczej optymistyczne. W niektórych momentach trafia celnie, choćby, gdy mówi: „Wyobraźcie sobie, jakie informacje mogliby zebrać fani, gdyby tylko chcieli spojlować rząd, a nie stacje telewizyjne”. Już dziś wiemy, że to spojlowanie miało miejsce, a jego efekt to strony WikiLeaks. Tyle, że po chwilowej panice w zasadzie nic się nie stało, zaś strony WikiLeaks zostały zablokowane. Podobnie banowane są w sieci informacje czy wytwory kulturowe na serwisach społecznościowych czy serwisach typu YouTube. Niekiedy odbywa się to na dość niejasnych zasadach, jak w przypadku zamykania kont na Facebooku.

© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci