Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

Wpisy otagowane : sztuka-krytyczna

Zwrot konserwatywny C.D. - głównie na przykładzie Poznania

izakow2

 

W 2009 roku pisałam na blogu o konserwatywnym zwrocie w sztuce. W międzyczasie temat ten pojawił się też na sesji w MSN-ie w 2014 roku, ale rzadko zdarza mi się bywać na warszawskich salonach, a z peryferyjnej perspektywy niektóre rzeczy widać ostrzej. Dzisiaj warto zapytać o dalsze losy konserwatywnego zwrotu.

W 2009 starałam się go scharakteryzować w ten sposób:

Jedni twierdzą, że panują tu tendencje lewicowe, co jest jakąś totalną pomyłką. Bo to, co oni określają „lewicowością”, jest zwyczajnym neoliberalizmem. Ten z kolei, jak sądzę nałożył się na konserwatyzm, który zawsze miał się w tym światku dobrze. Ten konserwatyzm prezentowali ci, którzy atakowali sztukę krytyczną – i prawicowcy, i gamoniowaci krytycy, którzy jakoś nic z niej zrozumieć nie mogli. A do tego cała rzesza artystów i krytyków, którzy twierdzą, że ze sztuką wiążą się uniwersalne wartości, albo najważniejszy jest warsztat i jakość wykonania (jakby to zresztą ktoś odrzucał!).

Aktualne? Raczej obecnie jest gorzej, polityczne podziały przekładają się na świat sztuki, mowa już nie o układzie, ale o mafii. Niektórzy są przekonani, że „trzeba rozbić ten układ”, choć tak naprawdę każdy, kto zachowuje odrobinę zdrowego rozsądku, a ma coś wspólnego z polskim światem sztuki, nie wie, czym niby ten układ jest. Środowisko nie jest jednolite, jedni są bardziej lewicowi, inni bardziej neoliberalni (w tej chwili nie nakłada się to już na siebie tak, jak wówczas sądziłam, zaś opcje te ulegają coraz większej polaryzacji). Toczą się zażarte dyskusje i polemiki (to choćby casus książki Karola Sienkiewicza, a obecnie na FB Iwo Zmyślony występuje jako obrońca rynku przeciwko, niczemu niewinnej, bo jedynie rzetelnej recenzentce książki „Skuteczność sztuki” – Agacie Pyzik). Momentami można odnieść wrażenie, że wszyscy ze wszystkimi toczą wojnę (szczególnie w Warszawie), a niektórzy nawet nie są wpuszczani do galerii (opisany ostatnio przypadek Karoliny Plinty). Wspomniany podział na centrum i peryferie bywa dotkliwy, zaś strategie wykluczania dotykają sporą grupę artystów i artystek, również tych lewicowych. Oto ów mityczny układ…

Tymczasem prawicowy, coraz bardziej brutalny, język przenika do publicznych galerii oraz wybrzmiewa podczas dyskusji. W tej wizji istnieją tylko dwa obozy: czarny i biały.

 

Weźmy na przykład Poznań i aktualną wystawę „Strategie buntu” w galerii „Arsenał”, na której pojawiają się takie oto hasła: „III RP śmierdzi od łba”, „Feministko, użyj mózgu przed stosunkiem. Nie pieprz bez sensu!”, „Jesteś wredna, brzydka i leniwa - zostań feministką”, „Jesteś homo? OK. Ale nie spedalaj nieletnich”, „Kobiety palą się lepiej”.

 

To nic innego, jak użycie raniących słów, jak powiedziałaby Judith Butler, słów, ustawiających określone podmioty w pozycji podporządkowanej, słów, których nawet przytaczanie w celu krytyki, jest podwajaniem raniącej mowy.

 

Zadziwia uparte eksponowanie przez Piotra Bernatowicza, dyrektora "Arsenału" i kuratora wystawy, prac The Krasnals. Popieranie tej grupy jest bowiem niczym innym jak popieraniem słownej agresji, chamstwa, a także znieważania innych (co samo w sobie jest czynem karalnym, art. 216 KK). Grupa ta ujawniła w pełni swoją „kulturę” w odpowiedzi na ostatni ranking „Obiegu”, gdzie pod adresem jego współpracowników padły takie określenia jak: „lizofiut”, „nomenklaturczyk”, „stara menda”, „powinien siedzieć w psychiatryku”, „pierdziel”, „cuchnący ferment” itp. Warto postawić pytanie, czy tego rodzaju język powinien być wspierany przez publiczną galerię sztuki?

 

Bernatowicz, skrytykowany przez dziennikarza lokalnej „Gazety Wyborczej”, poczuł się od razu wywołany do odpowiedzi. 

 

Kończąc swój przewrotny tekst, Bernatowicz, nie pierwszy raz zresztą, był łaskaw powołać się na mnie (prawdopodobnie robi to specjalnie, na zasadzie „uderz w stół”, a oczywiście ja nie będę milczeć, jak milczy obecnie większość poznańskiego środowiska, udając, że tej galerii nie ma. Ale galeria jest publiczna, poznańska, należy do nas wszystkich jako mieszkańców i mieszkanek tego miasta, a nie jest czyimś prywatnym folwarkiem!).

 

Pisze on:

 

„Na koniec chciałbym zaakcentować, że zrobiłem tę wystawę właśnie dlatego, że kieruję publiczną galerią i tak postrzegam swoją misję, aby korzystając z autonomii instytucji kultury, dotykać spraw ważnych, wytrącać z kolein myślowych, choć czasem może to wywoływać kontrowersje. Pobudzić do myślenia poprzez wykorzystanie wyjątkowości mediów wizualnych i sztuki. Przede wszystkim wywołać dyskusję, która jest w interesie publicznym, w interesie polskiej demokracji, która - jak mówi historyczka sztuki i feministka, prof. Izabela Kowalczyk - "nie jest dla obrażalskich"”.

 

Proszę! Wytrącaniem z kolein myślowych, pobudzaniem do myślenia nazywa on nawoływanie do nienawiści? Pełen samozadowolenia zadaje też pytanie, czy redaktor Nyczka słyszał kiedykolwiek o sztuce krytycznej.

 

Widać niestety, że Piotr Bernatowicz, który na początku mojej kariery uniwersyteckiej był moim studentem, zajęcia ze sztuki krytycznej musiał chyba przespać. Bo może warto mu przypomnieć – sztuka krytyczna w polskim wydaniu burzyła stereotypy i przyzwyczajenia, ujawniała brak tolerancji i wykluczenie innych. Nie zaś, jak chciałby Bernatowicz, wspierała ksenofobię, seksizm czy homofobię! Tym samym mamy raczej do czynienia z żałosną karykaturą sztuki krytycznej czy raczej myślenia o niej. Pokazuje to zresztą, że Bernatowicz nie ma żadnych narzędzi teoretycznych w obronie własnej wystawy, skoro musi „zgapiać” narzędzia wrogiego sobie obozu. Ujawnia się tu słabość zarówno intelektualna, jak i twórcza, o której mówił jakiś czas temu Stach Szabłowski:

 

„Myślę, że kłopot środowiska konserwatywnego polega na problemie z tworzeniem [i myśleniem – IK]. Dlatego dyskusja o tym, co robić samemu, tak często zbacza w dygresję o tym, czego by tu zabronić robić innym. Podejrzewam, że w tym rzekomo zepchniętym do podziemia świecie sztuki tradycyjnej panuje nie kontrrewolucyjny ferment, lecz niemoc. I dlatego krytyka konserwatywna tak łatwo wyradza się w krytykę spiskową”.

O bezwładzie intelektualnym tej opcji zaświadczają też setki bełkotliwych komentarzy na tym blogu, które już dawno przestałam czytać.

 

Wracając do sztuki krytycznej – nie była ona jednoznaczna, ani nie zawierała prostych przekazów. Jakoś trudno mi przypomnieć sobie prace, w których pojawiałyby się np. takie hasła: „Kościół śmierdzi od łba”, „Mężczyzno, użyj mózgu przed stosunkiem. Nie pieprz bez sensu!”, tudzież: „Jesteś wredny, brzydki i leniwy – wstąp do partii prawicowej”, „Jesteś księdzem? OK. Ale nie spedalaj nieletnich”, „Mężczyźni palą się lepiej”. Może w tej wersji będzie niektórym łatwiej zrozumieć, że w Arsenale prezentowana jest mowa nienawiści! A gdyby ktoś poczuł się urażony, niech zgłosi się do Piotra Bernatowicza, to w końcu tylko delikatna trawestacja haseł z jego wystawy. Gdyby jednak taki język pojawił się w sztuce krytycznej, nie byłaby to już sztuka, ale tania i głupia propaganda! Czy naprawdę Bernatowicz myśli, że ktoś nabierze się na ten bełkot, że sztuka prezentowana w Arsenale jest krytyczna?

 

Istotną częścią sztuki krytycznej lat 90. była twórczość feministyczna, natomiast feminizm w poznańskim Arsenale jest obecnie wybitnie nielubiany. Ujawniła to już wystawa „Bez różu” (a więc sztuka kobiet bez feminizmu), „Strategie buntu” zaś to potwierdzają. Za co Bernatowicz tak bardzo nie lubi feministek, trudno stwierdzić. Sama zwykle pytam studentki, które mówią, że nie lubią feminizmu, komu właściwie zawdzięczają możliwość studiowania, pracy, robienia kariery? Może „sprawiedliwe” byłoby więc, gdyby kobitki zamknąć w domu, przy garach, a jak się nie dadzą – to je spalić?

 

 

gust_arsenal

 Izabella Gustowska, frahment instalacji "She - Ona", wystawa "Uroki władzy", Galeria Arsenał, Poznań 2009

 

  

Ale żarty na bok, Poznań ostatnio chyba zaczął zmieniać się na lepsze, staje się bardziej otwarty, co potwierdził tegoroczny Marsz Równości. Trudno niestety powiedzieć to samo o poznańskich publicznych instytucjach sztuki. Chlubnym wyjątkiem na tym tle pozostaje Centrum Kultury Zamek, gdzie organizowane są ciekawe wystawy, ale nie jest to przecież instytucja zorientowana wyłącznie na sztuki plastyczne.

 

„Arsenał”, podobnie zresztą jak Muzeum Narodowe, wydają się natomiast przeciwieństwem otwarcia, zasklepiając się w swoim konserwatyzmie. Co się stało z moimi kolegami po fachu – poznańskimi historykami sztuki, między innymi tymi, którzy zarządzają wspomnianymi instytucjami publicznymi? Czy nie dopadł ich syndrom „końca sztuki”, o którym pisze Georges Didi-Huberman? Wskazuje on na „krzyk rozpaczy tych, których sztuka współczesna w całości przeraża”. A pewnie jeszcze bardziej przerażają ich pojawiające się w tej sztuce odniesienia społeczne, choćby wspomniany feminizm. Paradoksem jest to, że pierwszy raz o feministycznej historii sztuki słyszałam na wykładach u moich starszych kolegów w Instytucie Historii Sztuki. Nie wyszydzali feminizmu, nie wyśmiewali, traktowali z dużym zainteresowaniem… Dziś natomiast sztuka feministyczna, krytyczna, społeczna, jak się wydaje, zostały przez nich skreślona jako nie-sztuka.

 

Następny paradoks polega na tym, że jeśli w Poznaniu pojawia się sztuka feministyczna, to w prywatnych galeriach (choćby aktualna jeszcze ekspozycja „Fotografowie i feministki”, zapowiadają się interesujące wystawy Izabelli Gustowskiej i Oli Ska). Dobrze, że są, ale dlaczego nie w galerii miejskiej albo w Muzeum? (tu osiem lat temu miała miejsce świetna ekspozycja Gustowskiej, ale to już kawał czasu…).

 

Nie chodzi bowiem tylko o niedostrzeganie sztuki zaangażowanej. Jak to jest możliwe, że „Koło Klipsa” nie miało w Poznaniu wystawy monograficznej, jak ta, którą zorganizowało łódzkie Muzeum Sztuki? Dlaczego wystawa Leszka Knaflewskiego odbywa się jedynie w warszawskim CSW? Dlaczego nie dostrzegany jest w poznańskich instytucjach potencjał naszych intermediów? A wielki nieobecny w poznańskich publicznych instytucjach – Jarosław Kozłowski? Dlaczego nie było zainteresowania w Muzeum Narodowym Andrzejem Matuszewskim, ani wystawą, która byłaby dyskusją z kontekstualizmem Jana Świdzińskiego?  Dlaczego Muzeum nie dopuściło do prezentacji w tym roku wystawy „Projekt Ulotka”, będącej integralną częścią tournée ekspozycji „Bunt – Ekspresjonizm – Transgraniczna awangarda”? Brali w niej udział między innymi świetni poznańscy graficy, jak choćby Stefan Ficner. Cenzura, przeszła jak zwykle niemal bez echa, zauważona jedynie przez poznańskich anarchistów. Pytania o to, czego nie ma, można by mnożyć w nieskończoność, ale nie o to chodzi. Chodzi bowiem o to, co stało się z Muzeum Narodowym, które przeistoczyło się w miejsce mało interesujące i niemal zupełnie niezainteresowane współczesnością (jedna jaskółka – Joanna Przybyła wiosny jeszcze nie czyni…)?

 

A problem doskwiera, mamy przecież w Poznaniu świetnych artystów i artystki, zarówno tych starszych, jak i znakomicie zapowiadających się studentów i studentki. Dość wspomnieć, że tegoroczne Rybie Oko wygrał Adrian Kolarczyk, absolwent studiów licencjackich (owszem, przyłożyłam się do tego, ale nawet go nie znam). W swej realizacji podejmuje on problem pracy, fachu, rzemiosła, pytając zarazem o status artysty dzisiaj.

 

To jeden z najbardziej nurtujących obecnie problemów i mogę zaręczyć, że w sztuce będzie wracał coraz częściej. Nawet, jeśli Karolina Staszak, redaktorka „Arteonu”, współpracująca z poznańskim „Arsenałem”, powiedziała niedawno na dyskusji „Młodzi w polu sztuki” towarzyszącej wystawie najlepszych dyplomów w gdańskiej ASP, że kondycja prekarna artystów nie jest ciekawym tematem do dyskusji i jej zupełnie nie interesuje, bo w sztuce szuka ona znaczeń metafizycznych…

 

To tak, jakby za wszelką cenę zapominać o tym, o czym napisała Ewelina Jarosz w odniesieniu do gdańskiej wystawy:  „To, z czym często spotykają się młodzi artyści i artystki zaraz po wyjściu z uczelni to nie Hollywood, ale brak perspektyw, brak nabywców ich wytworów, mozolne przedzieranie się do świata sztuki, problemy z utrzymaniem pracowni, konieczność godzenia pracy artystycznej z zarobkową, a nierzadko także porzucenia sztuki i wyjazdu na Zachód w roli rzemieślników lub pracujących ‘na zmywaku’”.

 

Wracając zaś do sytuacji w Poznaniu, brakuje tu tego, co integrowałoby środowisko artystyczne, a taką funkcję powinny przecież pełnić instytucje publiczne. Galeria ON odeszła już prawie w niepamięć, komercyjne galerie takie jak Starter, Stereo, Pies, nastawione na młodych twórców, uciekły do Warszawy. W Poznaniu jest więc tak: artyści – sobie, instytucje publiczne – sobie. Przykre tylko, że tak świetni artyści i artystki, nagradzani, biorący udział w prestiżowych wystawach, nie mają w zasadzie czego tutaj szukać. Jeszcze gorsze perspektywy mają studenci i studentki, bo marne są szanse, aby wspierana była tu – w sposób instytucjonalny – ich kariera.

 

W innych miastach nie jest zresztą wcale lepiej. Oburza choćby to, co dzieje się obecnie wokół konkursu na dyrektora Centrum Sztuki Współczesnej w Toruniu. Konkurs wygrał Stach Ruksza, jeden z najbardziej profesjonalnych i interesujących kuratorów w Polsce, jednakże, oprócz niego, komisja zarekomendowała prezydentowi Torunia dwóch innych kandydatów, w tym Wacława Kuczmę, obecnego dyrektora Galerii BWA w Bydgoszczy i to właśnie on miałby zostać powołany na stanowisko dyrektora CSW. Miałam okazję posłuchać tego pana podczas wspominanej dyskusji na ASP w Gdańsku. On również, jak Karolina Staszak, uważał, że prekarna sytuacja artystów nie jest interesującym tematem. Zwłaszcza, że artyści są, według niego, coraz bardziej roszczeniowi. Podał też przykład niemiecki, gdzie, według niego, artyści sami płacą za udział w wystawie. Można sobie wyobrazić próbę wprowadzenia takiego wzorca w toruńskim CSW… Najbardziej jednak dziwi mnie to, że Kuczma jako dyrektor publicznej galerii i osoba starająca się o stanowisko w publicznym Centrum Sztuki, w czasie dyskusji wspomniał, że publiczne galerie powinny zostać zlikwidowane!

 

Ludzie prezentujący podobne poglądy, stający po prawej stronie sceny artystycznej nie chcą wiedzieć o tym, że sztuka jest dobrem publicznym, a nie tylko przedmiotem handlu czy przedmiotem politycznych manipulacji.

 

Obawiam się, że w przypadku Poznania ziściło się to, o czym pisałam na blogu w 2013:

 

Kandydatura Bernatowicza pociąga za sobą niebezpieczeństwo polityzacji sztuki. W jednej ze swych wypowiedzi mówi on wyraźnie: „prawdziwa sztuka w swej istocie jest konserwatywna – potrzebuje czasu by wybrzmieć. Opiera się o tradycję”. Sprzeciwia się on również tradycji kontrkultury, wiążąc ją w przedziwny sposób z ideologiami totalitarnymi.

 

Oby nie ziściło się to w Toruniu czy gdziekolwiek indziej. Ale trzeba wciąż przypominać, że sztuka jest sprawą publiczną, a instytucjami publicznymi powinni zarządzać ludzie, którzy zdają sobie z tego sprawę!

 

Monika Drożyńska: haft krytyczny

izakow2

 

Linda Nochlin w klasycznym eseju „Dlaczego nie było wielkich kobiet artystek?” proponowała przewartościowania dotyczące tzw. sztuki wysokiej i sztuki niskiej, aby zmienić podejście do rękodzieła jako tradycyjnej domeny kobiet. Choć zniesienie granicy dzielącej te dziedziny postulowali też inni teoretycy, okazuje się, że niezwykle trudno w sposób praktyczny włączyć rękodzieło do dziedziny twórczości artystycznej, traktować je na równi z innego rodzaju sztuką. Sztuki użytkowe znajdują się raczej w domenie zainteresowań etnografów czy antropologów, nie zaś historyków, kuratorów czy krytyków sztuki. Z drugiej strony pojawiają się wciąż artystki (oraz mniej liczni artyści), którzy sięgają do tradycyjnych technik rękodzieła.

 

 


Jedną z nich jest Monika Drożyńska wykorzystująca technikę haftu płaskiego do przepisywania cytatów, fragmentów wypowiedzi, a także napisów na murach, jakie można spotkać w zasadzie w każdym mieście. Tego rodzaju napisy szpecą zwykle nasze otoczenie, zaś Drożyńska haftuje je i umieszcza w typowym hafciarskim tamborku, przez co zyskują estetyczny wyraz. Autorka zderza „męski”, często wulgarny język z „kobiecą” – delikatną estetyką haftu. Niekiedy te przepisane hasła zostają przetworzone np. w formie billboardów i wracają – tym samym – do przestrzeni miejskiej. W ten sposób Drożyńska pokazuje, że forma ma znaczenie, wynosząc haft kojarzący się z tym, co kobiece, prywatne, domowe, uznawane za nieistotne do przestrzeni publicznej, nadając mu tym samym rangę i znaczenie.


 


Miałam niedawno okazję współpracować z Moniką Drożyńską przy jej wystawie w Centrum Sztuki w Staniszowie pod hasłem „Zastąpmy smartfony tamborkami”. Tytuł zwraca uwagę na to, jak bardzo zaniedbaliśmy wspólnotowe działania. Kiedyś uczono młode dziewczęta haftować, aby zyskiwały umiejętność ozdabiania otoczenia. Haftowano dla zabicia czasu, ale też po to, aby ten czas spędzać wspólnie z innymi. Podczas haftowania kobiety przekazywały swą wiedzę młodszym, opowiadały im o tym, jak radzić sobie w życiu. Dzisiaj nie spędzamy już wspólnie czasu przy manualnych czynnościach, nasze ręce najczęściej wędrują po klawiaturach i ekranach smartfonów, coraz rzadziej ze sobą rozmawiamy.

 


Dlatego też przed otwarciem wystawy Monika Drożyńska przeprowadziła warsztaty hafciarskie z kołem Gospodyń Wiejskich, będące edycją szkoły haftu dla pań i panów „Złote rączki”.  Okazało się, że Monika Drożyńska nawiązała znakomity kontakt z paniami. Dołożyły się one do jej pracy „Wyhaftuj się”, wspólnie z nią stworzyły krótki film, a przede wszystkim pokazywały jej rezultaty własnej pracy – haftowane serwety, pocztówki, szydełkowane makatki, figurki, a nawet bieliznę.

 

 

 

 

 

Drożyńska postanowiła włączyć te przedmioty do swojej wystawy, rezygnując też z własnego autorstwa ekspozycji. Tym samym wystawa stała się prezentacją zbiorową z udziałem następujących pań: Marii Pacewicz, Romy Krawętkowskiej, Marii Jurczyk, Wandy Jurczyk, Teresy Paluszczyszyn, Krystyny Wróblewskiej, Iwony Lach Rój, Aliny Sobieraj, Grażyny Barańskiej, Cecylii Kowalskiej i Małgorzaty Cygan. Prace Drożyńskiej znakomicie współgrają z haftowanymi obrusami, serwetkami, tworząc na ścianach galerii coś w rodzaju haftowanego graffiti. A tym samym rękodzieło znalazło się w galerii sztuki.


 


Działania Drożyńskiej są interesujące nie tylko w kontekście pytań o granice między tzw. sztuką wysoką a rękodziełem, ale też ze względu na problem sztuki współpracy. Ostatnio coraz częściej zwraca się uwagę na kwestię partycypacji, skuteczności sztuki, twórczości służącej nawiązywaniu relacji, ale też zauważa się negatywne aspekty tego rodzaju działań, jakimi może być na przykład wykorzystanie pracy innych, potraktowanie ich anonimowo oraz czerpanie przez artystów renty z działań, które włączają do współpracy publiczność.


Jednak w przypadku działań Drożyńskiej, należy podkreślić równościowy charakter współpracy. Panie zostały przedstawione jako współautorki wystawy, zaś w zamian za współpracę artystka podarowała im baner z napisem: „Nie! Dziś Ty zrobisz mi kanapkę”, który zawisł w centrum wsi, na zaniedbanym budynku. Wywołał też dyskusje mieszkańców na temat sztuki oraz tego konkretnego hasła. Nawiązując do wydanej niedawno przez Muzeum Sztuki w Łodzi książki „Skuteczność sztuki” pod redakcją Tomasza Zaluskiego, można więc powiedzieć, że sztuka może być „skuteczna”, zaś metodę obraną przez Monikę Drożyńską można przewrotnie określić haftem krytycznym.

 


 

 

Wystawę Moniki Drożyńskiej i pań z Koła Gospodyń Wiejskich w Staniszowie pod Jelenią Górą można oglądać do 20 maja.


Postęp i higiena w Zachęcie c.d.

izakow2

 

Problemem więc w przypadku takich wystaw jest używanie prac jako swoistych egzemplifikacji, ale też ich drugorzędność w stosunku do całej przedstawionej historii. Ponadto, wiele z prac zamieszczonych na wystawie nabiera znaczenia dopiero po zapoznaniu się z wyjaśnieniami na ich temat. Stają się ciekawe i poruszające ze względu na opowieści, które im towarzyszą. Tak dzieje sie np. w przypadku wspomnianego już Sierry, podobnie jest z cyklem prac Jana Faber dotyczących Konga. Są one też niezwykle estetyczne, do ich wykonania autor użył pancerzyków chrząszczy (ciekawe jednak, jak je pozyskał…).

 


Jan Fabe, Loteria kolonialna rozdaje miliony, 2012, z serii: W hołdzie Kongu Belgiskiemu, pancerzyki chrząszczy, drewno, fragment. 

 

Obraz Gerharda Richtera ukazujący aresztowanie Wernera Heyde staje się przejmujący dopiero, gdy dowiemy się, że Heyde był zaangażowany w program eutanazji, zaś ciotka artysty została najpierw wysterylizowana, a potem zamordowana w ramach programu T4, który miał eliminować ze społeczeństwa osoby chore psychicznie, kalekie i inne uznane za nieużyteczne.

 

Gerhard Richter, Herr Heyde, 2001

 

Podobnie praca „Babyfarm” Anny Baumgart – nabiera znaczenia poprzez odniesienie do  programu Lebensborn, powstała bowiem na podstawie jednego zdjęcia ukazującego swoistą hodowlę czystych rasowo dzieci.

 


 Anna Baumgart, Babyfarm, 2011

 

Nie jest to oczywiście zarzut pod adresem tej konkretnie wystawy, ale pojawia się wątpliwość, co w przypadku takich prezentacji jest istotniejsze – prace czy towarzyszące im konteksty? Ale z drugiej strony może jest to zaleta? Pokazanie, że sztuka nie zamyka się na problemy historii i współczesności, że opowiada o tym, co dotyczy nas wszystkich? Bo czy nie jest tak, że higiena, zdrowy tryb życia, medykalizacja ciała, oprócz swych niewątpliwie pozytywnych aspektów, dążą też do coraz większego opanowania nas samych? 

 

Inne moje wątpliwości dotyczyły samego pojęcia „postęp”. Czy bowiem ta oświeceniowa idea nie została tu zbyt jednoznacznie skojarzona z biopolityką? Postęp w dziedzinie medycyny i biotechnologii, samych w sobie będących systemami władzy, to przecież również nowe możliwości związane z leczeniem i poprawą jakości życia, ale też nadzieja na poprawę bytu nieludzkich zwierząt. Szkoda zresztą, że wystawa ignoruje współczesne zainteresowania posthumanizmu (w tym transhumanizmu stawiającego właśnie na postęp). Czym są bowiem współczesne eksperymenty dokonywane na zwierzętach, jeśli nie dalszym ciągiem historii, o której mówi ekspozycja? Może więc dzięki postępowi nauki będziemy w stanie uniknąć dręczenia zwierząt?

 

Zwierzę stanowiło zresztą zawsze negatywny punkt odniesienia dla definiowania człowieka, ale też usprawiedliwienie dla napiętnowania tych, którym było bliżej do zwierząt (robili tak zarówno naziści w odniesieniu do Żydów, dążąc do ich odczłowieczenia, ale też to myślenie było obecne w dyskursie rasowym, który widział czarnych jako ogniwo pomiędzy białymi ludźmi a zwierzętami).

 

Wracając do kwestii postępu – postęp technologiczny z kolei całkowicie zmienił nasz sposób życia oraz myślenie o tożsamości, zaś maszyny, wbrew kulturowym obawom, wydają się doskonale nam służyć, choć stajemy się od nich (oraz od produkujących je korporacji) coraz bardziej zależni. We wszystkich tych przypadkach postęp ma więc swoje negatywne skutki.

 

Ale postęp to również wyzwolenie kobiet oraz inne ruchy emancypacyjne, to dążenie do  równości, to także prawa obywatelskie… Trudno też wyobrazić sobie dzisiaj życie bez modernizacji, z pewnością jakościowo nie byłoby ono lepsze. Co ciekawe do łask wraca też modernizm w architekturze – po chwilowej rozpuście tzw. dekonów.

 

 


Szklany Człowiek, 1995 (według oryginału Franza Tschackerta z 1930)

 

Z postępem związana jest idea racjonalizacji. Ciekawe jest to, że wystawa „Postęp i higiena” w pewnym sensie wpadła we własne sidła. Tu przecież wszystko jest doskonale zracjonalizowane, pogrupowane, opisane i wyjaśnione. Nie ma tu miejsca na szaleństwo (może wyjątkiem jest tu historyczna restauracja „Statek filozofów” Wadima Zacharowa, w której musimy przejść po zastawionym stole), brak też luk w klasyfikacjach poszczególnych działów. Taksonomia dotycząca opanowania ludzkiego ciała przeistacza się tu w pewnym sensie w taksonomię wystawy.

 

Ekspozycję otwiera wypożyczony z Muzeum Higieny w Dreźnie model szklanego człowieka. Był on główną atrakcją nowego gmachu tego muzeum, które zostało otwarte w 1930 roku, a którego początki splotły się ściśle z początkami nazistowskiego myślenia o higienie. Szklany człowiek jest symbolem poznania i opanowania ciała, oświeceniowego przeniknięcia do jego wnętrza, o czym pisał Michel Foucault w „Narodzinach kliniki” – jeszcze jednej niezwykle ważnej książki w kontekście całej wystawy.  Ale można też szklanego człowieka uznać za symbol bliskich związków sztuki i medycyny, dyskursów, które niemal ramię w ramię dążyły do poznania i opanowania ludzkiego ciała.

 

 


Aleksander Rodczenko, Piramida kobiet, 1936, dzięki uprzejmości A. Rodchenko & V. Stepanova Archive. Materiały prasowe Zachęty.

 

W tym miejscu warto też zapytać o znaczenie samej sztuki. Naprowadza na to pierwsza część ekspozycji, akcentując jednak przede wszystkim problem twórczości pozostającej na usługach ideologii. Pojawiają się tu kadry z „Olimpiady” Leni Riefenstahl oraz fotografie Rodczenki z parad sportowych w Moskwie. Zwrócona została też uwaga na kwestie związane ze zdrowym budownictwem i higieniczną urbanistyką, na co naprowadzają przedwojenne plany Warszawy. Aż prosiłoby się, żeby umieścić też w tym miejscu „Wartopię” Aleki Polis! Szkoda bowiem, że Anda nie wychodzi poza pewien utarty zestaw nazwisk. Są też alegorie totalitaryzmów Zofii Kulik oraz ironiczny szkielet żydowskiego człowieka Ereza Israeli. W innym miejscu zaś wystawa przypomina o potępianiu przez nazistów sztuki awangardowej i popularnych zestawieniach, które były przez nich tworzone – wybranych prac awangardowych z fotografiami ukazującymi fizyczne upośledzenia z książki „Kunst Und Rasse” Paula Schultze-Naumburga.

 

 


 

Z drugiej strony sztuka współczesna, twórczość krytyczna jawi się tu jako przezroczysta. Nie została sproblematyzowana jej rola w biotechnologicznych eksperymentach (choćby we współczesnym bio-arcie) czy jej biopolityczne aspekty. Nie została pokazana więc sztuka współczesna, która również nie jest niewinna, dokonując przemocy na ciele innych ludzi, żeby wspomnieć tylko o wcześniejszych pracach Santiago Sierry czy „80064” Artura Żmijewskiego. Szkoda też, że na wystawie zabrakło tego ostatniego artysty, choć należącego przecież do zestawu utartych nazwisk.

 

To zresztą te wątpliwości pozwalają na uznanie wystawy za tak interesującą, bo prowokuje ona do pytań oraz dyskusji.

 

Niemniej jednak dużo bardziej ujęła mnie zdecydowanie skromniejsza ekspozycja „Adoracja słodyczy”, którą można uznać za swoiste pendant dla „Postępu i higieny”. Bo jest tu miejsce na szaleństwo, manię zbieractwa, obsesję związane z jedzeniem, obsesje seksualne i inne natręctwa. Na to wszystko, co w dyskursie higieny wykluczone i poddane badawczej naukowej, tudzież artystycznej (jak choćby u Nelly Agassi) obserwacji. Ale o tej wystawie napiszę już przy innej okazji.

 

 

Leszek Knaflewski 1960 - 2014

izakow2

 

Kilka lat temu Wojtek Makowiecki, ówczesny dyrektor poznańskiego Arsenału, poprosił mnie o tekst do książki o sztuce Poznania. Miałam napisać o tym, dlaczego nie było sztuki krytycznej w Poznaniu. Zdałam sobie jednak sprawę z tego, że nie jest to dobrze postawione pytanie, gdyż można mówić o poznańskich artystach krytycznych, zaś najciekawszy wydał mi się Leszek Knaflewski.

 

Knaf odszedł od nas 6 września. Smutno pisać o nieżyjącym przyjacielu, ale należy Mu się tekst o nim na moim blogu.

 


 Elektryczna trumna, 2002

 

Leszek Knaflewski należał do artystów krytycznych wypowiadających się na tematy związane z religią i wpływem kościoła katolickiego na życie publiczne i prywatne w Polsce.


Zainteresowanie symbolami religijnymi pojawiło się w jego sztuce już w latach 80., kiedy działał w Kole Klipsa. Zresztą to właśnie od wystaw Koła Klipsa na Wielkiej 19 zaczęła się moja fascynacja sztuką współczesną. W ostatnim czasie Leszek z wielkim zaangażowaniem dążył do uwiecznienia dorobku tej grupy, traktowanej wciąż przez historyków sztuki nieco marginalnie. Niedługo córka moich cudownych przyjaciół – Justyna Kowalska wyda książkę o tych poznańskich młodych - gniewnych.

 


 

Leszek realizował wtedy obiekty oraz instalacje z użyciem materiałów organicznych: korzeni, ziemi i włosów, a jednym z istotnych motywów tych kompozycji był krzyż. Ukorzeniony krzyż interpretowany był jako znak siły oraz rozdarcia polskiego katolicyzmu, który z jednej strony przyniósł wielkie idee i wolę walki o samorządność, ale z drugiej – podtrzymuje postawy ksenofobiczne i ogranicza wyobraźnię.

 


 

Jedna z najbardziej znanych prac Leszka „Catolic Cola” z 2001 roku to fotografia przedstawiająca konia, który ma do boku przytwierdzony krzyż służący do orki, a towarzyszy temu logotyp: Catolic-Cola. Fotografia na lightboxie jest częścią instalacji złożonej ze szklanek z tym samym logo napełnionych ziemią.

 

 

To ukazanie świata zacofanego, kierującego się religijnym fundamentalizmem, odrzucającego wszelki postęp czy widzącego wszelkie zło w mitycznym „Zachodzie”. Paradoksalnie jednak ten świat przyswaja kulturę konsumpcyjną, ta staje się dla niego jedyną rozrywką, jeśli nie wręcz – jedyną rozkoszą, zaś jej symbolem jest Coca Cola (zamieniona na Colę katolicką).

 


Problem władzy symbolicznej Kościoła Knaflewski podjął też w pracy „Killing me softy” z 2005 roku, gdzie artysta występuje w przebraniu księdza, testując niejako znaczenia związane z tym strojem oraz pełnionymi przez księży funkcjami społecznymi (niesamowite jest to, że w sobotę, gdy umierał Lechu, pierwszy raz w życiu spotkałam księdza, który był człowiekiem uśmiechniętym i serdecznym, całkowitą odwrotnością wyobrażeń z tej pracy).  U Lecha ksiądz staje się postacią przerażającą, od której emanuje władza i siła, co wzmacniają użyte w pracy akcesoria militarne.

 


Inną pracą Knaflewskiego odwołującą się do przemocy systemów władzy jest instalacja "Good mit uns" z 2004 roku, o której pisałam, gdy zaczęłam prowadzić blog. Knaflewski nałożył na ramiona swastyki prezerwatywy przekształcając ją w przedziwną seksualną machinę. Koszmarny system III Rzeszy sprowadził kobiety jedynie do funkcji biologicznych, związanych z rozrodczością. Silny naród, silna rodzina, najważniejsza rola kobiety jako matki... To wszystko nie jest jednak aż tak bardzo odległe. Powraca jak nocny koszmar w wypowiedziach niektórych polskich prawicowych polityków czy księży. Założone na swastykę prezerwatywy to jakby próba zatrzymania tej machiny, powiedzenia stop namnażaniu się systemów przemocy.

 

Prace Knaflewskiego są analityczne, bije od nich zimno. Zresztą za to najbardziej je cenię. Są też niesamowicie precyzyjne. Można mieć wrażenie, że Leszek tworzył przedstawienia przy użyciu chirurgicznego skalpela. Pewnie, gdyby nie wybrał drogi artystycznej, zostałby chirurgiem. Przyglądając się jego pracom widać teraz, że fascynowała go również śmierć czy  - precyzyjniej - pytanie o niebyt.


Knaf był też prekursorem sztuki zrywającej z prymatem wizualności na rzecz dowartościowania dźwięku.  Uwielbiał muzykę rockową, sam grał na perkusji (tak przynajmniej twierdzi mój mąż, choć zastanawiamy się też nad gitarą elektryczną).

 

Pamiętam nasz wspólny wyjazd do Legnicy, gdzie byliśmy jurorami „Promocji”. Leszek był najspokojniejszym i najbardziej towarzyskim pasażerem, choć ze mną jako kierowcą nie jeździ się łatwo. Przeraził się dopiero, gdy groził nam bezpośredni kontakt z tirem (co zresztą wynikało z głupoty kierowcy tego tira). Było mi też trochę głupio, bo wciąż w kółko odtwarzała się płyta mojego męża z jego ulubionymi rockowymi kawałkami (wzięłam samochód męża, a swoich płyt zapomniałam). Leszek był tą płytą zachwycony, bo, jak powiedział, to jego muza. Potem znaleźliśmy płytę z szantami i też nam się podobało. Przegadaliśmy całą drogę tam i z powrotem. Nigdy tak szybko nie zajechałam do Legnicy, wróciliśmy równie szybko, a nasze wybory na konkursie były zaskakująco podobne. Były tam znakomite prace Pawła Matyszewskiego i Bartosza Kokosińskiego, który był zresztą też studentem Knafa. Równie serdeczny, towarzyski, ujmujący był Leszek podczas wszystkich wernisaży i powernisażowych imprez (zwłaszcza u Cezarego Pieczyńskiego). Wciąż umawialiśmy się na kolację i wciąż coś stało na przeszkodzie (w ostatnim czasie choroba jego ojca i mojej matki).


Leszek był również znakomitym pedagogiem, co widać po jego studentach. Odkryłam to już w 2006 roku na wystawie „Międzynarodowa Noc Dziecka” w Gorzowie Wielkopolskim, gdzie prace prezentowali jego uczniowie. Jego absolwenci przejmują po nim niesamowite wyczulenie na dźwięk oraz swoistą mroczność.

 

A jeszcze a’propos dzieci – mój syn Bartek wyniósł bardzo wiele z wyjścia do pracowni Knafa. Grupka dzieciaków z poznańskiego gimnazjum Kuronia wraz z Kamilem Wnukiem odwiedza co jakiś czas mury, już teraz również mojego, Uniwersytetu Artystycznego. W kwietniu byli na świetnym performance studentki Knafa mówiącym o uwięzieniu w chorobie. Zdjęcie Kamila z tego wydarzenia jest teraz dla mnie magiczne. Jedna z ostatnich fotek, jakie mam z Knafem. To był już czas choroby mojej matki, której pogrzeb odbył się dzień przed śmiercią Leszka.


 

 

Na fotce – niesamowita dziewczyna wykonująca performance, po prawej - studenci, których znam z wykładów wraz z czuwającym nad wszystkim Leszkiem (jak zawsze ubranym na czarno), jeszcze bardziej po prawej gimnazjaliści, w tym mój długowłosy młody rockman. W tle  - centralnie ustawiona trumna i napis: Silence.

 

Cisza nad trumną? Leszku, ale czy Ty wytrzymasz bez rocka?

 

Podróż do przeszłości

izakow2

Wydawnictwo SWPS Academica wydało moją nową książkę Podróż do przeszłości. Interpretacje najnowszej historii w polskiej sztuce krytycznej.



Piszę w niej między innymi o znaczeniu i pułapkach dyskursu pamięci; o historii popularnej i historii artystów, o niedostrzeżonej problematyce wojennej traumy oraz Zagłady w sztuce po II wojnie światowej oraz analizuję twórczość konkretnych artystów: Elżbiety Janickiej, Rafała Jakubowicza, Artura Żmijewskiego, film Wspomnienia z miasta L. (Monika Kowalska, Grzegorz Kowalski, Zbigniew Sejwa), a także książkę Co robi łączniczka Darka Foksa oraz Zbigniewa Libery. Pojawiają się również wtręty na temat innych twórców takich jak: Ola Polisiewicz, Mirosław Bałka, Karolina Freino czy Tomek Kozak.


Przede wszystkim zastanawiam się nad popularnością historii w polskiej sztuce krytycznej. Staram się znaleźć też odpowiedź na pytanie, dlaczego sztuka współczesna przywołuje historię – przypominając, ostrzegając, przywołując duchy, przepracowując traumy, zmuszając do przemyślenia zapomnianych, jak mogłoby się wydawać, problemów.


Książkę pisałam dobrych parę lat, niektórymi przemyśleniami dzieliłam się z Wami na blogu. Dlatego też dziękuję w książce, a także tutaj za wszystkie komentarze, które dotyczyły tej problematyki, a niektórym z Was za pomoc w rozwiązaniu konkretnych problemów.





© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci