Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

Wpisy otagowane : antygatunkowizm

Czy zwierzę może być obiektem sztuki?

izakow2

Dorota Łagodzka opisała na swoim blogu Nie-zła sztuka historię papugi, która zmarła podczas wystawy Michała Brzezińskiego w galerii Czytelnia Sztuki w Gliwicach.

 


 

Wystawa Brzezińskiego została przedwcześnie zamknięta decyzją galerii. Artysta obwinia galerię, że nie dopilnowała papugi i o nią nie zadbała; pracownicy bronią się, mówiąc, że umarła ze stresu i że to nie ich wina. Ewa Chudyba z galerii twierdzi, że strategia artysty, aby pokazać koegzystencję ludzi z innymi gatunkami staje się w gruncie rzeczy swoim przeciwieństwem, i można do tego dodać – ukazuje jedynie dominację człowieka.

 

Dorota pisze o tej wystawie: 

 

"Oprócz papugi na wystawie znalazły się rośliny, grzyby, pleśnie, a zatem różne organizmy żywe, tworzywa i multimedia. Brzeziński chciał pokazać, jak wąsko zazwyczaj definiujemy życie, a jak szerokie ma ono znaczenie, w jak wielu miejscach się pojawia, a także, że często jest tam, gdzie go nie dostrzegamy, np. na zamkniętym w gablocie kawałku salami. Na kawałku martwego zwierzęcia rozwija się nowe życie - życie pleśni."

 

Kiedy to czytałam olśniło mnie, że pracę zestawiającą różne kultury organicznego życia (m.in. pszczół, pająków, mrówek, bakterii, ale również roślin stanowiących podstawę substancji halucynogennych) zatytułowaną "Biotop", pokazał w tym roku na Documentach Pierre Huyghe. Wspominałam o tej pracy pisząc o Documentach XIII, a tutaj znalazłam jej opis.

 


 

Białej psiny nie spotkałam (zresztą możliwe, że dość szybko została stamtąd zabrana, bo po prostu uciekała), ale pamiętam nasze zdziwienie, gdy przechodziliśmy obok śpiącego rudego szczeniaka z różową łapką, bo nie było wiadomo, co on tam właściwie robi, skąd się wziął, do kogo należy, a przypuszczenie, że może być częścią pracy odrzuciliśmy jako coś niemożliwego. A jednak! 

 


 

W e-mailu Dorota Łagodzka napisała mi o innym artyście - Janie Fabre, który męczy koty, o ile dobrze zrozumiałam, każe je publiczności podrzucać. Nie obejrzałam filmiku przesłanego przez Dorotę, bo odmawiam uczestnictwa w takiej grze. 

 

Myślę, że taka sztuka jest nic nie warta, a artyści nie mają w sobie żadnej empatii dla zwierząt, a jedynie próbują zająć się modnym tematem, jakim jest posthumanizm i problem relacji ludzi i zwierząt.

 

Nie do końca oceniłabym tak kategorycznie prace Huyghe'a pytającą o granice między sztuką a realnością oraz między kulturą a naturą. Jego praca była niezwykła i imponująca. A jednak ten psiak był zgrzytem, choć możliwe, że był tam przez kogoś przez cały czas chroniony...

 


 

Zaś powtarzalność motywów pojawiających się w pracach Huyghe’a i Brzezińskiego, obojętnie, czy ten ostatni znał pracę Huyghe'a czy nie, wskazuje na pewną łatwość  i schematyzm strategii artystycznych odnoszących się do tej tematyki. A można przecież inaczej, można na przykład tak, jak zrobiła to opisana to Miyoko Ihara, fotografując niezwykłą przyjaźń jej babci i kota. Choć możliwe, że zwolennicy sztuki bio-artu powiedzą, że to naiwne i, że tych prac nie można ze sobą porównywać. A co mi tam! Ja mam już dość nabzdyczonej sztuki tworzonej w myśl określonych programów.

 

W przypadku wystawiania zwierząt nasuwa się nieznośne skojarzenie z wystawianiem ludzi - na przykład niewolników na sprzedaż czy dziwnych ludzkich „okazów” w ludzkim zoo. Te ostatnie określano jako "wystawy etnologiczne" lub "wioski Murzynów". Wystawy takie organizowano od niemal początku XIX wieku do lat 30. wieku XX, ludzie pokazywani byli jako prawie nadzy, pozamykani w klatkach, często akcentowano to, że bliżsi są zwierzętom niż ludziom, akcentowano ich dzikość oraz nieokiełznany instynkt seksualny (taką atrakcją była na przykład Saartjie Baartman nazywana hotentocką Wenus). Do pomysłu wystaw ludzi próbowano wrócić jeszcze po II wojnie światowej – w 1958 roku  podczas Wystawy Światowej w Brukseli zaprezentowano "Wioskę Kongijską". Polecam tekst "Ludożerca w zoo".

 

Dziś już nikt nie ma wątpliwości, że wystawy te były jedną z praktyk europejskiego kolonializmu, objawem rasizmu i związanego z nim odczłowieczenia innych ludzi. Dzisiaj potępiamy nie tylko rasizm, ale i przemoc wobec zwierząt. Ekolodzy domagają się, aby Polska przyjęła europejską konwencję zakazującą występów zwierząt w cyrku. Wiele osób uważa również, że zamykanie zwierząt w klatkach w ogrodach zoologicznych jest nieetyczne. Więc, dlaczego sztuka miałaby mieć status wyjątkowy?

 

P.S. Znakomity komentarz do tego wpisu na blogu Teoria kultury w praktyce, gdzie autorka przywołuje prace artystki Heide Hatry i zauważa, że nie można robić bio artu (podobnie zresztą, jak wszelkiej sztuki krytycznej), pomijając relacje władzy, w które uwikłany jest sam artysta:

 

"Artysta znajduje się wobec wykorzystywanych podmiotów (ludzkich i zwierzęcych) w stosunku dominacji, ponieważ to on / ona posiada narzędzia komunikacji – to artysta, a nie zwierzę, wypowiada się w sztuce i, niezależnie, jakie warunki zostaną stworzone, podejmuje też wszystkie decyzje. Sztuka to przestrzeń ludzka. Dlatego też wszelkie próby zdekonstruowania relacji pomiędzy człowiekiem i naturą z pominięciem relacji władzy, w które uwikłany jest sam artystka, wydają mi się naiwne i utopijne."

 

Sztuka zwierząt?

izakow2



Od jakiegoś czasu zadaję studentom pytanie: czy prawdziwa jest definicja sztuki mówiąca, że jest to dziedzina działalności ludzkiej mająca między innymi na celu dostarczenie wrażeń estetycznych. I nie chodzi mi o kwestię dostarczania wrażeń estetycznych, ale o pytanie, czy można dzisiaj powiedzieć, że sztukę mogą tworzyć tylko ludzie.


Problem ten podejmuje w wielowątkowej książce Bio-transfiguracje. Sztuka i estetyka posthumanizmu Monika Bakke. Autorka przywołuje eksperymenty Desmonda Morrisa, etologa, a zarazem artysty, który pracując w latach 50. XX wieku w londyńskim ogrodzie zoologicznym nauczył małpy malować obrazy.  Malowidła szympansów zostały pokazane w 1957 roku w londyńskim Instytucie Sztuki Współczesnej, były wystawiane również na aukcjach sztuki. Ciekawy jest fakt, że Morris uczył malować małpy w stylu abstrakcyjnego ekspresjonizmu, a nurt ten wiązał się z głębokim przekonaniem, że artysta poprzez ekspresyjne malarstwo oddaje samą istotę aktu twórczego, prezentuje swoje uczucia i emocje, wyraża swą artystyczną duszę. Niejako więc przy okazji malarstwo małp uderzyło w mit action painting.


Innym ciekawym przykładem sztuki zwierząt inspirowanej przez ludzi jest malarstwo słoni, które są w stanie przedstawić konkretne kształty, mogą nawet namalować słonia, choć ponoć najbardziej lubią malować pionowe linie. Historię malarstwa słoni również opisuje Bakke przywołując projekt autorstwa Vitaly’ego Komara i Alexandra Melamida, którzy w 1997 roku założyli organizację charytatywną The Asian Elephant Art and Conservation Project. W gruncie rzeczy jest to projekt ekologiczny, bliski założeniom rzeźby społecznej Josepha Beuysa. Nie chodzi w nim bowiem tylko o pokazanie, że słonie umieją malować, ale o ratowanie zwierząt, które w Tajlandii pod koniec lat 80. straciły zatrudnienie na skutek wyrębu lasów. Zarówno zwierzęta, jak i ich właściciele znaleźli się na skraju ubóstwa. Słoniom kazano żebrać na ulicach, inne wykorzystywano do robienia cyrkowych sztuczek, inne pracowały w przemyśle turystycznym, ale wiele z nich było też zabijanych. Populacja słoni azjatyckich zaczęła drastycznie spadać. Przejęci tym problemem Komar i Melamid postanowili założyć akademie sztuki dla słoni, gdzie zwierzęta mogą nauczyć się nowego zawodu, który pozwoli im na utrzymanie. Ich prace bowiem sprzedawane są na aukcjach sztuki.



 

Akademie sztuki słoni zostały otwarte w Tajlandii, ale też w Kambodży, Indonezji i Indiach. W ten sposób wiele zwierząt zostało uratowanych przed śmiercią, a dziwność tego projektu spowodowała nagłośnienie problemu azjatyckich słoni, o co w gruncie rzeczy  chodziło.


Oczywiście w tych przypadkach, to człowiek jest inicjatorem sztuki zwierząt. Badacze wskazują jednak, że zwierzęta posiadają także swoisty smak estetyczny. Chodzi tu o rozmaite wytwory zwierzęce, jak na przykład niezwykle atrakcyjne i ozdobne gniazda jednego z gatunków ptaków – altannika, który w dodatku drobiazgowo przyozdabia przestrzeń przed gniazdem (w celu zwabienia samicy).



 

Można wspomnieć też konstrukcje wykonywane przez zwierzęta takie jak sieć pajęcza, ule czy budowane przez bobry tamy.



 

Wracając do przytoczonej na początku definicji sztuki, można mieć jednak wątpliwości, czy jest to dziedzina działalności tylko ludzkiej. Poza tym pozostaje jeszcze jedna kwestia – a co ze sztuką tworzoną przez maszyny?


Definiowanie sztuki nie jest łatwe. A może czytelniczki i czytelnicy mają jakieś pomysły, jak zdefiniować, czym jest sztuka?

Holocaust w kampanii PETY

izakow2

 

Wspomniałam ostatnio o kampanii PETA (Ludzie na Rzecz Etycznego Traktowania Zwierząt) „Holocaust on Your Plate” z 2002 roku. Kampania ta szokowała, a w Niemczech została ocenzurowana nakazem sądu orzekającym, że obraża pamięć ofiar.


 

Pojawia się przy tej okazji bardzo sporna kwestia porównań pomiędzy masowym uśmiercaniem zwierząt a Holokaustem. Autorzy kampanii odwołali się do książki Charlesa Pettersona „Wieczna Treblinka”, zainspirowanej wypowiedzią Isaaca Bashevisa Singera: „Zwierzęta doświadczyły, że człowiek to najgorszy osobnik spośród wszystkich gatunków. Zwierzęta zostały stworzone jako dostarczyciele żywności i skór – istoty, które można dręczyć i eksterminować. Dla nich wszyscy ludzie to naziści, a ich Życie – to wieczna Treblinka”. Warto przywołać tu również wypowiedź Theodore’a Adorna: „Auschwitz zaczyna się wszędzie tam, gdzie ktoś patrzy na rzeźnię i myśli: to tylko zwierzęta”.


 

Zarówno obrońcy praw zwierząt, jak i teoretycy sięgają po tego rodzaju porównania dla wzmocnienia swego przekazu oraz pokazania problemu, który jak twierdzą, jest zupełnie niezauważalny. W numerze „Artmixa” na temat gatunkowizmu, Marietta Radomska pisze:

„Gatunkowizm posiada własną logikę. Przede wszystkim, należy najpierw uznać istotę jako nie-ludzką, aby następnie móc ją bezkarnie maltretować lub uśmiercić. Albowiem tylko człowiek zasługuje na godność i odpowiedni szacunek. To właśnie dlatego cierpienie zwierząt i rzeki krwi wylewające się z rzeźni na całej kuli ziemskiej właściwie NIE istnieją (oczywiście z wyjątkiem środowisk związanych z obroną praw zwierząt). Dokładnie taka sama prosta logika działała w przypadku niewolnictwa albo Holokaustu. W momencie, gdy niewolnicy zostali uznani za "zwierzęta juczne", najokrutniejsze traktowanie (wcześniej stosowane wobec nie-ludzkich zwierząt) stało się codzienną praktyką. Z podobnym mechanizmem mamy do czynienia w przypadku nazistowskiego ludobójstwa, które wyznaczywszy linię podziału pomiędzy ludźmi a pod-ludźmi (lub nie-ludźmi - wystarczy przywołać propagandę Trzeciej Rzeszy, według której Żydzi przedstawiani byli jako "robactwo"), automatycznie umożliwiało eksterminację tych, którzy zakwalifikowani zostali poniżej tejże linii podziału. Ponadto, w tych i podobnych sytuacjach, które mają miejsce aż po dziś dzień, jakiekolwiek moralne lub etyczne wątpliwości zostają raczej rozwiane, albowiem - wedle niektórych - status moralny niekoniecznie przynależy nie-ludziom”. Ten mechanizm omówił dokładnie Giorgio Agamben, wskazując, że nagie życie w kontekście biopolityki może zostać bezkarnie unicestwione.


 

Dalej autorka zauważa, że choć różnorodne przejawy rasizmu, seksizmu, homofobii oraz innych form dyskryminacji wciąż mają miejsce zarówno na obszarze teorii (akademia), jak i praktyki (życie codzienne), to postulaty wyżej wymienionych ruchów emancypacyjnych wydają się oczywiste, a przynajmniej uznaje się ich istnienie. Natomiast „ogromne ilości cierpienia oraz eksploatacja zwierząt pozostają niemal niesłyszalne. Stanowią one jedynie element "zwyczajnego" krajobrazu. Ponadto jakakolwiek próba porównania albo przeprowadzenia analogii pomiędzy cierpieniem zwierząt (np. w rzeźni) i niewolnictwem lub Holokaustem zazwyczaj wywołuje oburzenie lub jakąkolwiek inną formę protestu, również ze strony tych, którzy sami podjęli walkę z dualistyczną logiką określającą ich jako "Innych" ludzkiego podmiotu. Tego rodzaju reakcje okazują się być jednak jeszcze jednym przejawem gatunkowizmu” – stwierdza Radmoska.


 

Pytanie, czy uprawnione jest porównanie masowego zabijania zwierząt do Holokaustu jest jak najbardziej aktualne, jednak jak wskazuje Monika Bakke w książce o sztuce i estetyce posthumanizmu, w literaturze przedmiotu wciąż pojawiają się coraz bardziej szczegółowe analizy mechanizmów masowego zabijania ludzi i zwierząt. Bakke wymienia za Davidem Sztybelem podobne sposoby destrukcji i zabijania: „eksperymenty na żywych organizmach, eugenika, eksterminacja ‘szkodników’, polowania, obdzieranie ze skóry, pozyskiwanie włosów i tłuszczu oraz innych części ciała uznanych za cenne, niewolnicza praca, rozrywka kosztem ofiar, wypędzanie z domów-siedlisk, brak możliwości powrotu – dewastacja siedlisk, przymusowa koncentracja, separacja rodziców od dzieci, śmierć głodowa, zmowa milczenia, masowe i nieograniczone zabijanie, masowe groby”.

Trudno nie przyznać racji tym argumentom, podobnie jak tekstowi Darka Gzyry na temat kampanii „Holocaust on Your Plate” (Dorota, dziękuję za ten tekst!), ale z drugiej strony pojawia się tu inny problem, jakim jest instrumentalizacja Holocaustu w rozmaitych dyskursach ideologicznych – z jednej strony – we wspomnianym już antygatunkowizmie i kampaniach na rzecz praw zwierząt, również w dyskursach antyneoliberalnych, które mówią o analogiach między sposobem pracy i zniewolenia w tzw. sweat-shopach a funkcjonowaniem obozów koncentracyjnych, ale z drugiej strony – również w dyskursach zgoła innej opcji światopoglądowej – a mianowicie obrońców tzw. życia nienarodzonego. Oni też chętnie sięgają po porównania z Holocaustem. Jeśli do tego dodać kwestie komercjalizacji i turyzmu Zagięty narożnik: 1Zagłady, o której tu kiedyś również pisałam, wykorzystania związanych z nim symboli (Turystyka Holokaustu), to okazuje się, że Zagłada wykorzystywana jest na wiele, najróżniejszych sposobów. Oczywiście daleka jestem od twierdzenia, że nie wolno dokonywać jakichkolwiek porównań, że o Zagładzie powinniśmy mówić wyłącznie podniosłym tonem, a ponadto, że jest ona czymś niepowtarzalnym. Niepokoi mnie jednak łatwość, z jaką Zagłada wpisywana jest w rozmaite dyskursy i zastanawia mnie na ile jest jeszcze czymś, co faktycznie wywołuje wstrząs...

Przekraczanie granic u Tomka Rogalińskiego

izakow2

Jakiś czas temu, Tomek Rogaliński przesłał mi link do blogu, na którym prezentuje swoje prace (zmieniał co prawda kilka razy adres blogu, ale to nie szkodzi). Muszę przyznać, że jego rzeźby zrobiły na mnie duże wrażenie. Prace koncentrujące się głównie wokół tematu homoseksualności, męskości, dorastania, ujawniania własnego zranienia, wydały mi się niesamowicie mocne i szczere, a zarazem było w nich coś, co można określić jako obnażenie. To tak jakby artysta obnażał swoje uczucia i przedstawiał je w rzeźbach. Niektóre z nich odnoszą się do spraw brutalnych i bolesnych, jak rzeźba Zgwałcony z 2008 roku.



 

Ja chyba nigdy nie mogłabym być artystką, bo nie wyobrażam sobie, że można się aż tak obnażyć. Z drugiej strony, jestem przekonana, że najlepsze prace powstają bardzo często właśnie z tego obnażania.


Napisałam do Tomka, pogratulowałam mu prac i obiecałam, że o nich napiszę. Jednak nie pisałam tak długo, że Tomek zdążył się na mnie obrazić. W międzyczasie powstały nowe prace, które ukazują nie tylko ludzi, ale też zwierzęta. Tomek zresztą od dawna tworzy ludzko-zwierzęce hybrydy, czego przykładem jest praca Chłopiec-ryba.



 

Zwierzęta w jego pracach są jakieś dziwne, pokiereszowane, wydostają się z nich wnętrzności, a niektóre mają na sobie jakieś obrzydliwe wrzody. Wydają się przy tym bezbronne i potrzebujące opieki i ochrony, dlatego niekiedy są przykryte pościelą albo osłonięte jakąś wełnianą narzutką (na przykład w kolorach tęczy).


Piesek w kolorach tęczy, 2009/2010

 

Pojawiają się przedziwne ślimaki, z których wycieka śluz, ale również pieski.


Ślimak biały

 

Wydaje się, że to właśnie pies jest ulubionym tematem prac Tomka i mam przypuszczenie, że piesek to jego alter ego. To właśnie ze względu na niezwykłe przedstawianie tych zwierząt, Tomek bierze teraz udział w wystawie ZWIERZenia. Czułość istnienia w toruńskiej Wozowni (wystawa potrwa do 13.02.). Drugim artystką biorącym udział w wystawie jest Filip Sadowski, a kuratorką, jak pewnie nietrudno się domyślić – Dorota Łagodzka. Jak napisała Dorota, tym, co łączy wystawione prace jest postać psa: „Jest on głównym bohaterem, człowiek pojawia się jako dopowiedzenie, uzupełnienie, bohater drugoplanowy. Wszystkie kontemplują też w jakiś sposób zwyczajność psa, zwierzęcia samego w sobie, nie zaś jako symbolu czegoś, co ludzkie, nie jako nośnika ludzkich znaczeń i metafor. W tych pracach psy pojawiają się jako konkretne jednostki, jako osoby, ale także jako uniwersalne znaki „psowatości” i zwierzęcości w ogóle”.


Pies w pościeli, 2009

 

A ja mam przynajmniej pretekst, aby wreszcie o pracach Tomka napisać. Tomek Rogaliński to młody artysta, urodzony w 1987 roku, mieszka i pracuje w Koszalinie, ponoć nie ma artystycznego wykształcenia, chociaż, kiedy ogląda się jego prace widać, że ma dużą wiedzę na temat współczesnej sztuki. Nie wstydzi się swoich inspiracji, którymi są między innymi prace Kiki Smith, Louise Bourgois, Marii Pinińskiej-Bereś, (to choćby praca Feminista, przedstawiające rękawice bokserskie w kolorze różowym:),



 

Aliny Szapocznikow, Yayoi Kusamy (tu warto wskazać na Donicę:)



 

i chyba też Cindy Sherman. Z artystów młodszego pokolenia Tomek podziwia Iwonę Demko. To w zasadzie same kobiety! Mówi też, że uwielbia Fridę Kahlo. Ciekawy jest ten podziw dla kobiecości, może wręcz tęsknota za kobiecością, która ujawnia się na przykład w niepozornej pracy pod tytułem Wstyd



 

To jest jedna z prac, przed którymi można powiedzieć: chapeau bas! To niby tylko palce od nóg z pomalowanymi na czerwono paznokciami, ale przecież raczej palce nie kobiece, tylko męskie, nieco koślawe, a w dodatku dziwacznie poodcinane. Tak, jakby artysta chciał pokazać, że wciąż musi odcinać i cenzurować kawałek siebie, że nie ma możliwości by być w pełni sobą (jak sądzę oznaczałoby to w gruncie rzeczy przyjęcie cech i atrybutów kobiecości, które wciąż wydają się zbyt nieadekwatne dla mężczyzny). Prace Tomka opowiadają o męskości, ale jest to męskość otwarta na to, co kobiece.


Stąd też zapewne chęć przekraczania granic: między płciami, gatunkami, ludźmi i zwierzętami, poszukiwanie hybryd, bytów niejednoznacznych, niepewnych i niepokojących. A do tego – brak warstwy ochronnej, ujawnienie tego, co wewnętrzne, podskórne, fizjologiczne. Tak, prace Tomka robią na mnie duże wrażenie, ale nie jest łatwo o nich pisać (może zresztą dlatego tak długo zwlekałam), bo mają w sobie też coś odpychającego.



Królowa-matka

 

Tomka fascynuje abiektualny stan oznaczający bycie przedmiotem, a może nawet raczej pomiotem, odrzucenie, wstręt. Nie jest łatwo patrzeć na te prace, bo moją w sobie coś z widoku martwych zwierząt leżących przy drogach. W książce, którą właśnie czytałam, pojawiło się pytanie: „Czy jest smutniejszy widok od widoku martwych zwierząt na poboczach?” No właśnie. Ale na szczęście Tomek łagodzi ten smutek poprzez ironię. Mimo wszystko jednak te prace mówią przede wszystkim o odrzuceniu. Może zresztą dlatego pojawia się tak często ten pies. Bo czy może być coś smutniejszego niż odrzucenie psa? Niestety może. Media donosiły niedawno o urwaniu psu głowy. Najsmutniejsza w gruncie rzeczy wydaje się ludzka natura (czy raczej to jak ją ukształtowała kultura) zdolna do odrzucenia, bestialstwa, przemocy… Czy niekiedy nie jest wstyd być człowiekiem? Mam wrażenie, że to właśnie ten wstyd ujawniają też prace Tomka Rogalińskiego.

Antygatunkowizm i Jonasz Stern

izakow2

Ukazał się nowy numer „Artmixa” na temat antygatunkowizmu. W zasadzie to zasługa Doroty Łagodzkiej, nowej współredaktorki pisma. Niezwykle ciekawe są wszystkie teksty, ale mnie jednak najbardziej poruszył artykuł Doroty pt. Paradoksy wolności i postawione w nim wezwanie etyczne. Ma rację też Darek Gzyra pisząc o wybiórczym oburzeniu na sztukę, podczas gdy: „Żyjemy w cywilizacji rzezi. Nie ma powodu, be negować ją jedynie, głównie lub najpierw w obszarze sztuki. Jest powód, by negować ją całą”.

 

Teoretycznym punktem wyjścia dla autorek i autorów pytających o nasz stosunek do nie-ludzkich zwierząt jest oczywiście „Wyzwolenie zwierząt” Petera Singera. Pojawia się też łączenie perspektywy antygatunkowistycznej i feministycznej, jak w znakomitym tekście Marietty Radomskiej.

 

Być może jest w tym wszystkim zawarta utopia „wspólnoty, która nadchodzi”, która będzie w stanie przekroczyć gatunkową opresję. Rozważając problem zwierciadeł, bytu specjalnego, Giorgio Agamben zastanawia się nad znaczeniami słowa species (w zbiorze pt. Profanacje). Zwraca uwagę na związek tego pojęcia z tożsamością: „Przekształcanie species w narzędzie utożsamiania i klasyfikowania to grzech pierworodny naszej kultury, najbardziej bezwzględny z jej mechanizmów”. Warto więc prowokować myślenie pytające o możliwość wyjścia poza podziały, o to, czy możliwy jest lepszy świat. Theodore Adorno napisał: „Auschwitz zaczyna się wszędzie tam, gdzie ktoś patrzy na rzeźnię i myśli: to tylko zwierzęta”. Nawet, jeśli będziemy chcieli rozumieć tę myśl jedynie jako przenośnię, to i tak dobitnie pokazuje ona, jakim niebezpieczeństwem jest myślenie o świecie, w którym podziały pełnią podstawową rolę klasyfikacji (na ludzi i nie-ludzi, lepszych i gorszych, zasługujących na życie i tych, których życie nie warte jest życia – odwołując się znowu do rozważań Agambena).

 

Możliwe, że jesteśmy drapieżnikami (a może wręcz kanibalami?), ale może wobec tego byłoby uczciwie jeść tych, których jesteśmy w stanie zabić sami?

 

Obserwuję, jak bardzo drapieżne są moje koty, jak silny jest w nich instynkt zabijania. A’propos kotów - przeczytałam niedawno niezwykłą książkę Anny Markowskiej o Jonaszu Sternie (Język Neuera). Autorka wskazuje, jak bardzo sposób życia tego artysty (m.in. jego pasja łowienia ryb) przykładała się na sztukę (obrazy złożone z ości ryb), tak bardzo ziemską (w sensie materialnym) i kanibalistyczną (Wszyscy jesteśmy kanibalami – to tytuł jednego z obrazów Sterna).

 

Jonasz Stern, Pejzaż

 

Stern kochał koty, w wywiadach mówił o lepszym, to znaczy pełniejszym odczuwaniu świata dzięki zwierzętom. Mówił, że obcując z nimi człowiek nabiera cech ludzkich, zaś obcując z ludźmi – nabiera cech zwierzęcych. Pewien chłopiec powiedział o artyście, że mieszka u dużego, czarnego kota; tych kotów, głównie czarnych, przewinęło się kilka – Fredek, Mundek, Chaimek i inne. Kota Albina nie chciał wypuszczać na dwór, gdyż jak mu tłumaczył, wolność jest zgubną rzeczą: „wezmą cię na futro”. Ów kot był bardzo mądry i rozumiał jego obrazy, bo patrząc na kości na obrazie, patrzył na pana, pytając gdzie jest mięso i prowadził go do lodówki. Przeprowadzający wywiady krytycy byli zniecierpliwieni opowieściami Sterna o kotach. Przed śmiercią dopytywał Ernę Rosenstein, jak czuje się Fredzio. Dlatego malarka wspominając artystę, wspominała też czarnego kota o złotych oczach (na marginesie, taki jest też mój Benio czy raczej Benio, z którym mieszkam i, który nieodłącznie towarzyszy mi przy pracy, a niekiedy nawet próbuje pisać na komputerze). Wracając do Sterna, Erna Rosenstein była przekonana, że to z takich drobiazgów buduje się portret człowieka i portret artysty.

 

Stern to oczywiście również przeżycie zbiorowej egzekucji Żydów w Kosowie Lackim w 1943 roku, dosłowne otarcie się o śmierć i wydostanie się spod stosu martwych ciał, to smutek po śmierci tak wielu bliskich i ukochanych osób. Ale to również radość istnienia, o czym pisze w swej książce Markowska.

 


Jonasz Stern, Milczenie rodzajów


Myślę, że prace Sterna nie są łatwe dla antygatunkowistycznego podejścia, w końcu umieszczał na obrazach ości ryb, które wcześniej sam łowił, zabijał i jadł. Ale, z drugiej strony, gdyby powstała kiedyś antygatunkowistyczna historia sztuki, Stern powinien zająć w niej poczesne miejsce. A może wręcz powinien stać się artystą archetypicznym, który pokazując to, co pogardzane, jak pisze Markowska, ukazał zarazem, że jeśli przetrwamy, to nie dzięki przemocy kultury. „Ratunkiem może być tylko natura – w jej pełni, a nie w jej doskonałości”.

 

Kiedyś temat antygatunkowizmu wywołał tu gorące spory o etykę. Zakończę dość prowokacyjnym otwarciem rozważań na temat etyki Agambena: „Punktem wyjścia wszelkiego dyskursu etycznego powinno być stwierdzenie, iż człowiek nie posiada żadnej istoty, którą mógłby urzeczywistnić, żadnego historycznego ani duchowego powołania, które mógłby wypełnić, żadnego zdeterminowanego biologicznie celu, który mógłby osiągnąć” (Wspólnota, która nadchodzi). I nie chodzi o nihilizm, chodzi o wyzwanie dla wyobraźni...

 

© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci