Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

Wpisy otagowane : Anna-Baumgart

Postęp i higiena w Zachęcie c.d.

izakow2

 

Problemem więc w przypadku takich wystaw jest używanie prac jako swoistych egzemplifikacji, ale też ich drugorzędność w stosunku do całej przedstawionej historii. Ponadto, wiele z prac zamieszczonych na wystawie nabiera znaczenia dopiero po zapoznaniu się z wyjaśnieniami na ich temat. Stają się ciekawe i poruszające ze względu na opowieści, które im towarzyszą. Tak dzieje sie np. w przypadku wspomnianego już Sierry, podobnie jest z cyklem prac Jana Faber dotyczących Konga. Są one też niezwykle estetyczne, do ich wykonania autor użył pancerzyków chrząszczy (ciekawe jednak, jak je pozyskał…).

 


Jan Fabe, Loteria kolonialna rozdaje miliony, 2012, z serii: W hołdzie Kongu Belgiskiemu, pancerzyki chrząszczy, drewno, fragment. 

 

Obraz Gerharda Richtera ukazujący aresztowanie Wernera Heyde staje się przejmujący dopiero, gdy dowiemy się, że Heyde był zaangażowany w program eutanazji, zaś ciotka artysty została najpierw wysterylizowana, a potem zamordowana w ramach programu T4, który miał eliminować ze społeczeństwa osoby chore psychicznie, kalekie i inne uznane za nieużyteczne.

 

Gerhard Richter, Herr Heyde, 2001

 

Podobnie praca „Babyfarm” Anny Baumgart – nabiera znaczenia poprzez odniesienie do  programu Lebensborn, powstała bowiem na podstawie jednego zdjęcia ukazującego swoistą hodowlę czystych rasowo dzieci.

 


 Anna Baumgart, Babyfarm, 2011

 

Nie jest to oczywiście zarzut pod adresem tej konkretnie wystawy, ale pojawia się wątpliwość, co w przypadku takich prezentacji jest istotniejsze – prace czy towarzyszące im konteksty? Ale z drugiej strony może jest to zaleta? Pokazanie, że sztuka nie zamyka się na problemy historii i współczesności, że opowiada o tym, co dotyczy nas wszystkich? Bo czy nie jest tak, że higiena, zdrowy tryb życia, medykalizacja ciała, oprócz swych niewątpliwie pozytywnych aspektów, dążą też do coraz większego opanowania nas samych? 

 

Inne moje wątpliwości dotyczyły samego pojęcia „postęp”. Czy bowiem ta oświeceniowa idea nie została tu zbyt jednoznacznie skojarzona z biopolityką? Postęp w dziedzinie medycyny i biotechnologii, samych w sobie będących systemami władzy, to przecież również nowe możliwości związane z leczeniem i poprawą jakości życia, ale też nadzieja na poprawę bytu nieludzkich zwierząt. Szkoda zresztą, że wystawa ignoruje współczesne zainteresowania posthumanizmu (w tym transhumanizmu stawiającego właśnie na postęp). Czym są bowiem współczesne eksperymenty dokonywane na zwierzętach, jeśli nie dalszym ciągiem historii, o której mówi ekspozycja? Może więc dzięki postępowi nauki będziemy w stanie uniknąć dręczenia zwierząt?

 

Zwierzę stanowiło zresztą zawsze negatywny punkt odniesienia dla definiowania człowieka, ale też usprawiedliwienie dla napiętnowania tych, którym było bliżej do zwierząt (robili tak zarówno naziści w odniesieniu do Żydów, dążąc do ich odczłowieczenia, ale też to myślenie było obecne w dyskursie rasowym, który widział czarnych jako ogniwo pomiędzy białymi ludźmi a zwierzętami).

 

Wracając do kwestii postępu – postęp technologiczny z kolei całkowicie zmienił nasz sposób życia oraz myślenie o tożsamości, zaś maszyny, wbrew kulturowym obawom, wydają się doskonale nam służyć, choć stajemy się od nich (oraz od produkujących je korporacji) coraz bardziej zależni. We wszystkich tych przypadkach postęp ma więc swoje negatywne skutki.

 

Ale postęp to również wyzwolenie kobiet oraz inne ruchy emancypacyjne, to dążenie do  równości, to także prawa obywatelskie… Trudno też wyobrazić sobie dzisiaj życie bez modernizacji, z pewnością jakościowo nie byłoby ono lepsze. Co ciekawe do łask wraca też modernizm w architekturze – po chwilowej rozpuście tzw. dekonów.

 

 


Szklany Człowiek, 1995 (według oryginału Franza Tschackerta z 1930)

 

Z postępem związana jest idea racjonalizacji. Ciekawe jest to, że wystawa „Postęp i higiena” w pewnym sensie wpadła we własne sidła. Tu przecież wszystko jest doskonale zracjonalizowane, pogrupowane, opisane i wyjaśnione. Nie ma tu miejsca na szaleństwo (może wyjątkiem jest tu historyczna restauracja „Statek filozofów” Wadima Zacharowa, w której musimy przejść po zastawionym stole), brak też luk w klasyfikacjach poszczególnych działów. Taksonomia dotycząca opanowania ludzkiego ciała przeistacza się tu w pewnym sensie w taksonomię wystawy.

 

Ekspozycję otwiera wypożyczony z Muzeum Higieny w Dreźnie model szklanego człowieka. Był on główną atrakcją nowego gmachu tego muzeum, które zostało otwarte w 1930 roku, a którego początki splotły się ściśle z początkami nazistowskiego myślenia o higienie. Szklany człowiek jest symbolem poznania i opanowania ciała, oświeceniowego przeniknięcia do jego wnętrza, o czym pisał Michel Foucault w „Narodzinach kliniki” – jeszcze jednej niezwykle ważnej książki w kontekście całej wystawy.  Ale można też szklanego człowieka uznać za symbol bliskich związków sztuki i medycyny, dyskursów, które niemal ramię w ramię dążyły do poznania i opanowania ludzkiego ciała.

 

 


Aleksander Rodczenko, Piramida kobiet, 1936, dzięki uprzejmości A. Rodchenko & V. Stepanova Archive. Materiały prasowe Zachęty.

 

W tym miejscu warto też zapytać o znaczenie samej sztuki. Naprowadza na to pierwsza część ekspozycji, akcentując jednak przede wszystkim problem twórczości pozostającej na usługach ideologii. Pojawiają się tu kadry z „Olimpiady” Leni Riefenstahl oraz fotografie Rodczenki z parad sportowych w Moskwie. Zwrócona została też uwaga na kwestie związane ze zdrowym budownictwem i higieniczną urbanistyką, na co naprowadzają przedwojenne plany Warszawy. Aż prosiłoby się, żeby umieścić też w tym miejscu „Wartopię” Aleki Polis! Szkoda bowiem, że Anda nie wychodzi poza pewien utarty zestaw nazwisk. Są też alegorie totalitaryzmów Zofii Kulik oraz ironiczny szkielet żydowskiego człowieka Ereza Israeli. W innym miejscu zaś wystawa przypomina o potępianiu przez nazistów sztuki awangardowej i popularnych zestawieniach, które były przez nich tworzone – wybranych prac awangardowych z fotografiami ukazującymi fizyczne upośledzenia z książki „Kunst Und Rasse” Paula Schultze-Naumburga.

 

 


 

Z drugiej strony sztuka współczesna, twórczość krytyczna jawi się tu jako przezroczysta. Nie została sproblematyzowana jej rola w biotechnologicznych eksperymentach (choćby we współczesnym bio-arcie) czy jej biopolityczne aspekty. Nie została pokazana więc sztuka współczesna, która również nie jest niewinna, dokonując przemocy na ciele innych ludzi, żeby wspomnieć tylko o wcześniejszych pracach Santiago Sierry czy „80064” Artura Żmijewskiego. Szkoda też, że na wystawie zabrakło tego ostatniego artysty, choć należącego przecież do zestawu utartych nazwisk.

 

To zresztą te wątpliwości pozwalają na uznanie wystawy za tak interesującą, bo prowokuje ona do pytań oraz dyskusji.

 

Niemniej jednak dużo bardziej ujęła mnie zdecydowanie skromniejsza ekspozycja „Adoracja słodyczy”, którą można uznać za swoiste pendant dla „Postępu i higieny”. Bo jest tu miejsce na szaleństwo, manię zbieractwa, obsesję związane z jedzeniem, obsesje seksualne i inne natręctwa. Na to wszystko, co w dyskursie higieny wykluczone i poddane badawczej naukowej, tudzież artystycznej (jak choćby u Nelly Agassi) obserwacji. Ale o tej wystawie napiszę już przy innej okazji.

 

 

Baumgart - o uwięzieniu w obrazach oraz w historii

izakow2

Często dobre wystawy mają miejsce poza centrum, w lokalnych galeriach BWA, w małych miastach, gdzie z pozoru mało się dzieje. Piszę o tym w związku z wizytą w Olsztynie, gdzie właśnie dobiega końca wystawa Anny Baumgart Strzeż się tych miejsc.


Ekspozycja w interesujący sposób przedstawia drogę twórczą tej artystki – od pierwszych filmów "O miłości" z lat 1997 – 99, przez znakomite filmy z cyklu Prawdziwe? (2001), gdzie artystka weszła w przestrzeń filmów "Lecą żurawie" oraz Miś, zajmując miejsce kobiecych protagonistek oraz poruszający film"Ekstatyczki, histeryczki i inne święte" z 2004 mówiący o niedostosowaniu kobiet do rzeczywistości, ich lękach i strachu, które przejmują formy histerii czy samookaleczania. Przedstawione zostały też rzeźby, które powstały na podstawie fotografii, jak Natascha czy prace z cyklu "Hipoteza skradzionego obrazu" oraz "Baby Farm" (ta ostatnia odnosząca się do archiwalnych fotografii dzieci z Lebensbornu, a więc tym samym podejmująca wątek nazistowskiej biopolityki).


 

Na wystawie znalazł się też neon nawiązujący do symboliki rewolucji oraz dzieła Mikołaja Kopernika "O obrotach sfer niebieskich" (De Revoulutionibus Orbium Ceolestium, 2011).


 

Jednak najmocniejszym punktem pokazu jest film "Świeże wiśnie" z 2010 odnoszący się do zjawiska przymusowej prostytucji w obozach koncentracyjnych oraz gwałtów wojennych.


Wystawa ta pokazuje, że artystkę interesują przede wszystkim doświadczenia kobiet, które są tematem wszystkich zaprezentowanych tu filmów, a także to, w jaki sposób kobiety poddawane są treningowi kulturowemu, jak muszą wciąż mierzyć się z wyobrażeniami na temat kobiecości, stereotypami czy wymogami, które stawia przed nimi kultura i społeczeństwo.  


Bardzo ciekawe u Baumgart jest ukazanie swoistej władzy w takim sensie, jak opisywał to Michel Foucault. To, co zewnętrzne, kulturowe czy społeczne zostaje przyswojone jako własne. Podmioty poddane zniewoleniu niekiedy starają się z tym walczyć, ale w gruncie rzeczy najczęściej same ten system zniewolenia reprodukują, a przynajmniej próbują się do niego dopasować. Mówiąc o władzy czy raczej o systemie wymogów dotyczących kobiecości mam na myśli siatkę znaczeń tworzonych przez historię, społeczne stereotypy, ale również – medialne reprezentacje. Artystka wnika w te zależności, ukazując, że z jednej strony nie ma tu możliwości ucieczki (niektóre jej prace można odczytać jako dotyczące uwięzienia w rolach), ale z drugiej – poprzez ich ujawnienie, Baumgart pokazuje ich sztuczność, ich zewnętrzność wobec konkretnych podmiotowości.


Niezwykłe są też rzeźby powstałe na podstawie fotografii prasowych.


 

Artystka zastępuje płaskość fotografii trójwymiarowymi wyobrażeniami, niektóre z nich dodatkowo maluje. Jednakże kolory pojawiają się najczęściej tylko z jednej strony, jakby artystka chciała wskazać na jednostronność fotografii, niemożność ich wieloznacznego odczytania.


 

Ponadto figury konkretnych osób przedstawionych na fotografiach, jak Nataschy Kampusch uwolnionej po ośmiu latach udręki czy Weroniki, pokrytej pyłem po zamachu terrorystycznym w londyńskim metrze w 2005 roku, są małych rozmiarów, co akcentuje ich bezbronność, ich poddanie się wobec władzy naszego spojrzenia.




Artystka wydobywa również uwodzącą moc tych fotografii.

 

Rzeczywistość, jak i historia ulegają medialnemu przetworzeniu, istnieją dla nas przede wszystkim jako obrazy. Pewne problemy czy kwestie ulegają wymazaniu, zniknięciu, jako niepasujące do skonstruowanych już ram. Tak dzieje się z kobiecym doświadczeniem wojennym. Przez długi czas w ogóle nie zastanawiano się nad płcią tego rodzaju doświadczeń. Mówiąc o ofiarach, mówiono o nich w sensie uniwersalnym, jakby pozbawione były płci. Ponadto w kontekście wojny, doświadczenia kobiet zostały uznane jako zdecydowanie drugorzędne w porównaniu z doświadczeniami mężczyzn. Gwałty czy przymusowa prostytucja pomijane są w większości opowieści wojennych. Ponadto są czymś, co traktowane jest jako okrywające wstydem same kobiety. Dlatego one również nie chcą o tym mówić lub zdobywają się na opowieść po wielu latach milczenia, niekiedy pod koniec życia. Tego rodzaju opowieści stały się podstawą filmu "Świeże wiśnie".


 

Pojawia się tu główna protagonistka Klara, która reprezentuje zarówno kobiety wykorzystywane w obozowych domach publicznych (tzw. puffach), jak i gwałcone przez rosyjskich żołnierzy. Jej historia zderzona jest z historią współczesnego reżysera (w tej roli Marcin Koszałka), który chce nakręcić poruszający film o Zagładzie, a także współczesnej badaczki (w swojej roli wystąpiła Joanna Ostrowska) mierzącej się z tym tematem.  Film prowokuje między innymi do pytań o możliwość wyleczenia traumy, o to, na ile ciało przechowuje pamięć złych doświadczeń, ale również o niewypowiedzianą traumę, która może być przenoszona z pokolenia na pokolenie. W bardzo dobrym tekście na temat tego filmu, Katarzyna Bojarska pisze:

 

"Propozycja Baumgart jest iście krytyczna i feministyczna. Nie dlatego, że w filmie występują przede wszystkim kobiety ani nie dlatego, że dotyczy on historii kobiet, ale dlatego, że artystka z chirurgiczną niemal precyzją, choć bez zbędnego ciężaru dydaktyki, dekonstruuje istniejące ramy wiedzy/władzy, które nie tylko organizują naszą świadomość przeszłości, nazywają możliwe do przyjęcia traumy i ofiary, ale przede wszystkim hierarchizują, tworząc godne zainteresowania centrum i „mniej istotne” peryferia. Istnieje pewien consensus dotyczący tego, że kiedy myślimy o wojnie, zazwyczaj nie myślimy o kobietach ani przemocy seksualnej (choć ta podług Konwencji Genewskiej uznawana jest za zbrodnię wojenną), prostytucji w obozach nie traktujemy jako formy pracy przymusowej, zaś w kontekście przemocy seksualnej wstyd i winę zazwyczaj skłonni jesteśmy lokować po stronie ofiar."



 

W filmie pojawia się propozycja terapii, jaką są ustawienia Helinigerowskie. Metoda ta uchodzi ponoć za bardzo kontrowersyjną, ale jej założeniem jest silne przekonanie o historii zapisanej w ciele. Dlatego też wydobyta zostaje tu właśnie cielesność traumy, tej traumy, która jest tak trudna do wypowiedzenia. Akcent zaś zostaje przeniesiony na teraźniejszość, na pytanie o to, jak my mamy radzić sobie z tego rodzaju opowieściami czy też, jak bardzo tamte historie, nawet niewypowiedziane, kładą się cieniem na naszej rzeczywistości.



Odczarowana Natasza Anny Baumgart

izakow2

Świetna wystawa „Odczarowywanie. Proces ciągły” we wrocławskiej Galerii BWA Awangarda (22.02-30.03).


To kontynuacja „Odczarowania”, które miało miejsce w Zielonej Górze i odnosiło się do mitu czarownic. Jednakże mimo bardzo ciekawych zamierzeń, w realizacji wystawa zielonogórska wypadła dość blado. Przeciwnie – ekspozycja we Wrocławiu, na której zaprezentowano znakomite prace, a ponadto wystawa jest dobrze skonstruowana, zwarta, a przy tym bardzo niejednoznaczna, otwarta na różne możliwości odczytania.


Chodzi w tych wystawach o deformację pamięci, o mityczne deformacje przeszłości, o pokazanie, jak łatwo dajemy się zaczarować – przez media, historyczne mity, a także przez system władzy. Postaram się napisać o przedstawionych tu pracach w kolejnych notkach.


Najpierw „B9” („Natasza”) Anny Baumgart:


 

 

Praca ta została zainspirowana medialnymi doniesieniami na temat odnalezienia Nataschy Kampusch – austriackiej nastolatki, która przez 8 lat przetrzymywana była w zamknięciu przez porywacza. Wśród tych doniesień pojawiło się zdjęcie dziewczyny wyprowadzanej z budynku, w którym była przetrzymywana w policyjnym kocu na głowie.


 

 

Sensacyjne były także następne doniesienia w mediach, że Natasza była seksualną niewolnicą porywacza, ale też że związała się z nim na tyle, iż opłakuje jego śmierć. 


Sensacje, sensacyjne doniesienia (najlepiej, gdy łączące w sobie coś brutalnego z czymś ckliwym, sentymentalnym), towarzyszące im drastyczne fotografie zapełniają wyobraźnię mediów, ale oddziałują przecież także na wyobraźnię odbiorców, odpowiadają na nasz głód sensacji. Tego typu doniesienia najbardziej wpisują się w kanibalizm mediów, pożerających wszystko, tragedie, prywatność, uczucia...


 

 

„Natasza” Anny Baumgart jest malutka, a przez swoje nienaturalne rozmiary – staje się groteskowa. Jest jakimś dziwnym stworem, krasnalem, hybrydą (monstrualną figurą okrytą kocem na malutkich nóżkach). Bo pozbawienie twarzy to odczłowieczenie. Musimy oglądać ją z góry, czując jak bardzo dominujemy nad tą postacią.



 

Z kolei poprzez wypreparowanie tej figury z fotografii dokonane przez Baumgart, można odnieść wrażenie, że jest to przedstawienie postaci w trakcie ucieczki.


Ucieka z domu porywacza czy z medialnej rzeczywistości, w którą została wtłoczona? A może ucieka przed naszym wzrokiem, bo nie chroni jej zasłaniający jej głowę koc? Bo przeciwnie – ten koc powoduje, że możemy gapić się na jej wizerunek bez ograniczeń i bez zażenowania.  


Ale czy jest w stanie uciec?

Panny młode, matki, córki..

izakow2

Ostatnio na blogu u Ali pojawił się ciekawy i przewrotny wpis o ślubach i weselach. Konkluzja jest taka: dlaczego feministki zwracając się w stronę kobiecej symboliki, szukają znaczenia wspólnoty w takich czynnościach, jak np. lepienie pierogów, ale odwracają się od rytuałów ślubno-weselnych, które można by odczytać jako „znak kontynuacji doświadczenia, komunikacji, pojednania, akceptacji i dialogu z innymi kobietami, choćby z własnej grupy krewniaczej”.

  

Ala ma dość duży dystans do feministycznego pisarstwa spod znaku „ciało-w-ciało” z matką, symboliki miesiączki itp., a mówiąc wprost do esencjonalizowania, co zresztą mnie osobiście też drażni. To esencjonalizowanie jest niestety dość trudne do wykorzenienia w feministycznych dyskursach.

  

A’propos tematu ślubów przypomniały mi się prace Anny Baumgart z serii „Dostałam to od mamy”.




 

Bo ujawniają one coś jeszcze – nie tylko kontynuację kobiecej „ginealogii”, ale i wpisaną w ten związek walkę, ścieranie się, cierpienie, a nieraz i przemoc. „Królewny”, inaczej określane jako „Panny młody” to artystka i jej córka Agata. Niby wszystko jest w porządku, ale na stopach mają symbole cierpienia – stygmaty. Znaczące jest też odwracanie się ich od siebie, toczona w milczeniu rywalizacja.


 Ostatnio pojawiło się też kilka tekstów na temat przemocy pomiędzy kobietami, przemocy, jaką stosują starsze kobiety: babki, matki wobec córek czy wnuczek. To temat tabu, na razie również w feminizmie.

 

Bo można wyobrazić sobie, jeśli już jesteśmy przy temacie ślubów, sytuację, która łamie feministyczny stereotyp: córka wychodzi za mąż nie po to, żeby przejść pod władzę męża (o rynku kobiet – Lucy Irigaray), ale po to, by uciec od przemocy, której zaznaje od kobiet w swojej rodzinie i aby zbudować oparte już nie na przemocy relacje. Czy jest możliwa taka sytuacja? Na pewno tak.

W takim przypadku potrzebna jest też na pewno świadomość tego, co „dostaje się od mamy” (genialny tytuł pracy Baumgart).

 

 

Co córka dostaje od mamy: urodę, radość, mądrość, ale również choroby, złość, frustrację. Matka stygmatyzuje córkę. Praca Baumgart jest świetna dlatego, iż pokazuje, że nie ma prostych sytuacji, nie ma tylko dobra, albo tylko zła, miłości lub nienawiści (to nie jest poszukiwanie wiecznej kobiecości czy macierzyńskości). W każdy związek, a zwłaszcza związek matki i córki wpisana jest ambiwalencja, sprzeczne uczucia, bagaż, na pozór niemożliwych do pogodzenia elementów.


 I wracając jeszcze do schematów i kwestii przemocy – mały spór na ten temat pojawił się na Feminotece – pomiędzy Areną a Joanną Piotrowską. Arena przyczepił się tego, że feministki za mało zajmują się przemocą wobec kobiet.


 I znowu ten nieszczęsny schemat! Mam wrażenie, że jest coś mocno nie tak z „rodzajowieniem” (esencjonalizowaniem) przemocy, z powtarzaniem tego, że najczęściej ofiarami przemocy są kobiety, albo wręcz z uproszczaniem: „ofiarami przemocy są kobiety”, bo część z nich jest (i tego nie kwestionuję), ale inne nie są, a jeszcze inne same dopuszczają się przemocy, inne nieświadomie uczestniczą w jej reprodukowaniu itd.

 

Raczej częściej ofiarami przemocy są dzieci (traktowane w tym dyskursie jako odnoga, albo dopełnienie kobiet, (co z kolei powtarza stereotyp: „kobiety, dzieci i starcy”).

 

Po drugie – powtarzana setki razy opinia zaczyna być traktowana jako prawdziwa. Mówienie o przemocy wobec kobiet, a nie o problemie, jakim w ogóle jest przemoc może prowadzić do reprodukowania prostego i niebezpiecznego wzorca: „kobiety to ofiary a mężczyźni to agresorzy” (a tożsamość, jeśli jest rodzajem cytowania wzorca, może i w tym przypadku sprawiać, że zaczyna się cytować, powtarzać schemat).

  

Konkludując – przykładanie schematów do czegokolwiek odbiera nam możliwość zobaczenia całości sytuacji, jej złożoności i niuansów.

A mój wpis na marginesie innych wpisów, tym razem wpasował się w niedawny Dzień Matki.

© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci