Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

Wpisy otagowane : dzieci

O filmie Nasza klątwa

izakow2

 

Już niedługo rozdanie Oskarów. Cieszą nominacje dla polskich produkcji, wśród których znalazła się „Nasz klątwa” Tomasza Śliwińskiego.

 

 

 

 

Ten poruszający dokument opowiada historię twórcy filmu i jego żony – Magdy Hueckel, którzy od urodzenia swojego syna Leosia mierzą się z jego chorobą, jaką jest klątwa Ondyny. To bardzo rzadka choroba nosząca fachową nazwę zespołu wrodzonej ośrodkowej hipowentylacji. Chorzy na tę przypadłość mogą podczas snu doznać zatrzymania oddechu, zaburzona jest u nich bowiem kontrola oddychania. Dlatego też chorzy muszą żyć z tracheotomią i zależni są przez cale życie od aparatury wentylacyjnej.

 

Siłą filmu jest jego bolesna szczerość. Otwierająca scena ukazuje Magdę i Tomka przed powrotem ich synka ze szpitala. Siedzą na kanapie, przed którą ustawili kamerę i rozmawiają ze sobą o sytuacji, w jakiej się znaleźli. Widać ich przemęczenie oraz smutek. Problem zdaje się ich przerastać. Nie wiedzą, czy sprostają opiece nad tak ciężko chorym dzieckiem, czy będą umieli z nim żyć.  Z drugiej strony przeraża ich myśl, że mogliby go stracić. Zastanawiają się też nad piętnem, jakie choroba odciśnie na psychice ich syna. Towarzyszą im lęk, niepokój, ale pojawia się też nadzieja.

 

 

 

 

Nieuleczalna choroba dziecka zawsze jest ciosem, a, jak w tym przypadku, odkryta po porodzie powoduje, że w rodzicach pojawiają się sprzeczne uczucia – radości z przyjścia dziecka na świat, ale też złości, że dotknęło to akurat ich oraz strachu związanego z tym, co będzie dalej. Rodzice próbują sobie na najróżniejsze sposoby zracjonalizować tę sytuację. W rozmowie Magdy i Tomka pada stwierdzenie, że Leoś jest materializacją lęków Magdy, które towarzyszyły jej w czasie ciąży.  Ale też w tym momencie Magda zdaje sobie sprawę z tego, że nie może już dłużej myśleć negatywnie, że od teraz muszą zacząć walczyć o życie Leosia oraz jakość tego życia.

 

Wraz z Magdą i Tomkiem oraz towarzyszącą im kamerą poznajemy ich świat – długie i puste szpitalne korytarze; dom, który przypomina szpital ze względu na ilość sprzętu potrzebnego, aby uchronić dziecko przed śmiercią; kłębiące się po podłodze rurki. Mimo, że pomysł na film zrodził się z potrzeby wspólnych rozmów, nie jest on jednak przegadany. Niezwykle sugestywne, niemal minimalistyczne sceny mówią tyle samo, albo i więcej, co słowa.

 

Rodzice Leosia wprowadzają nas do swojego świata, który próbują oswoić. Nie jest to łatwe, gdyż mierzą się nie tylko z chorobą dziecka, ale też z nieprzyjaznym systemem polskiej służby zdrowia. Uczą się żyć z chorobą, przyzwyczaić do świszczącego oddechu swojego dziecka, do głośnej aparatury, nauczyć się czynności pielęgnacyjnych, choćby takich jak zmiana rurki do tracheotomii – to jedna z najtrudniejszych i najmocniejszych scen w filmie. Powoli ich życie normalnieje, a symbolem tego jest pierwszy wspólny wypad za miasto. Ostatnie sceny pokazują, że zwycięża jednak nadzieja. Wspólny taniec, przebitki ukazujące uśmiechniętego Leosia, jego zabawę, poznawanie świata, pierwsze urodziny…  Szczęście wyrwane chorobie, a może nawet i śmierci.

 

 

 

 

Choć nakręcili ten film przede wszystkim po to, aby poradzić sobie z własnymi lękami, Magda Hueckel i Tomek Śliwiński opowiadają tę historię nie tylko dla siebie, a raczej dla wszystkich rodziców chorych dzieci, a także dla ludzi mierzących się z ciężkimi doświadczeniami.  Pokazują, że trzeba walczyć w każdym przypadku i nie wolno się poddawać, nawet, jeśli wiemy, ze nie będzie happy endu. Autorzy już wykorzystali ten film, aby zbierać pieniądze na badania nad tą chorobą. Może on stać się też przyczynkiem do dyskusji na temat życia z chorobą, wykluczenia, jakie dotyka osoby chore czy ich bliskich, medycznej opieki nad chorymi czy niepełnosprawnymi dziećmi.

 

To ważny film, mocno trzymam kciuki.

 

Można go zobaczyć na stronie The New York Timesa, a historia życia Leosia można śledzić na bieżąco na Leoblogu.

Nasz narodowy kanibalizm

izakow2

 

1.08.2014 - 70. rocznica wybuchu powstania warszawskiego, oficjalne obchody, ale też powstanie jako atrakcyjny temat historii popularnej. A ja mam już dość tego kanibalizmu!


Sama historia powstania warszawskiego wpisywana jest w romantyczny paradygmat tradycji narodowo-wyzwoleńczej, która jest przede wszystkim historią bohaterstwa, odwagi, umiłowania czynu zbrojnego, często z góry skazanego na klęskę. Nasza oficjalna historia dokonuje swoistego uwznioślenia zbrojnych powstań, nie pyta o ich sens, wymazuje to, co potworne, dokonuje heroizacji uczestników i ich czynów (również bardzo ambiwalentnego udziału dzieci w powstaniu warszawskim – to Pomnik Małego Powstańca, Sala Małego Powstańca w muzeum, to również tegoroczna akcja (piknik?) „Podwórkowi powstańcy”, która ma odbyć się 3 sierpnia i przeznaczona jest dla dzieci w wieku od 5 do 12 lat).



 

Walka o wizję powstania jest walką o obrazy, a zarazem walką o wyobraźnię. Historia, która jest przedstawiona w samym Muzeum Powstania Warszawskiego ma przede wszystkim wymiar estetyczny. Ma uwodzić i nie zostawiać żadnych wątpliwości, co do sensu wybuchu powstawania. Kreowany jest tam dyskurs chwały, zaś interaktywność muzeum ma wymusić na zwiedzających poczucie uczestnictwa.  Widz muzeum ma nie tyle opłakiwać ofiary, ile wczuć się w ich wolę walki, odczuć ich męstwo, odebrać fakt uczestnictwa w powstaniu jako coś, w czym sam chciałby uczestniczyć. Ma poczuć się jak powstaniec, odczuć romantyczną potrzebę walki o niepodległość.

Opisywałam już na blogu wspomnianą salę Małego Powstańca, gdzie każde zwiedzające dziecko, słuchając piosenek Jana Pospieszalskiego, zakładając hełmy i ujeżdżając konie na biegunach powinno zapragnąć być małym powstańcem. Mój ośmioletni wówczas syn wyszedł z tej sali z obrzydzeniem.

Mówiąc o historii popularnej mam na myśli popularne interpretacje historii, a więc przede wszystkim filmy historyczne, reportaże, wspomnienia, fikcje, komiksy, muzykę popularną, koncerty, rekonstrukcje historyczne, gry wojenne, ale częściowo również muzea historyczne (w tym Muzeum Powstania Warszawskiego, gdzie można też pochodzić sobie po kanałach lub wypić kawę w kawiarni stylizowanej na Biklego).

Popularność tych form wynika z tego, że wzmacniają poczucie wspólnoty – z historią oraz z grupą ludzi, dla których równie ważna jest historyczna tradycja, ale w gruncie rzeczy przede wszystkim oferują rozrywkę. Ten rozrywkowy aspekt zabaw z historią znakomicie ujawnił w swoim filmie z 2013 roku Paweł Hajncel - polecam wszystkim zwolennikom rekonstrukcji.

Historia popularna to też różnego rodzaju „gadżety”, które można nabyć w muzeach, to także historyczne stylizacje czy wybrane elementy garderoby. W tym roku mytshirtdress wyprodukowało w limitowanej wersji koszulkę „Powstanie 44” ze śladem po kuli i plamą imitująca rozbryzganą krew.

 

 

Sarkastycznie powiedziałabym, że byłaby świetna na Marsz Zombie, ale towarzyszący reklamie napis: „W hołdzie Warszawie 44” w kontekście sprzedaży wizerunku tragicznej śmierci wydaje się pomysłem wyjątkowo wstrząsającym.  Jest to rodzaj kanibalizmu, którego jak najbardziej należy się bać…

Wspomniana przeze mnie historia popularna w dużej mierze kształtuje recepcję historii czy naszą historyczną świadomość. Historię II wojny światowej, wyzwolenia, powstania warszawskiego, a także Zagłady znamy nie tylko z podręczników historii, ale również z wersji sfabularyzowanych. W tych wersjach tragizm wojny przemieszany jest z elementami przygody, zabawy, romansu. Wymienić można tu produkcje, które przez długie lata zasilały wyobraźnię publiczności jak „Czterej pancerni i pies”, „Stawka większa niż życie”, produkcje komediowe (np. „Jak rozpętałem II wojnę światową”) oraz filmy poważniejsze, w których jednak również ważny jest wątek romansowy (np. „Kanał” Andrzeja Wajdy).

To także produkcje najnowsze – w tym roku powstały dwa filmy: „Powstanie Warszawskie” (reklamowany jako „pierwszy na świecie dramat wojenny non-fiction”) oraz „Miasto 44”, które pokazuje ponoć powstanie jak grę komputerową (Wojciech Engelking: „rzeź, jaka to świetna impreza”). A na marginesie, kiedy zobaczyłam zdjęcie z tego filmu, myślałam, że chodzi o nowy sezon mojego ulubionego serialu „Walking Dead”.

 


Ten ostatni to film o miłości, "Kanał" jakby został odesłany do lamusa...

W popularnych wersjach historii dominuje swoisty sentymentalizm, ujawnia się on równie mocno w muzyce popularnej czy w okolicznościowych koncertach. Na dzisiejszym koncercie rocznicowym, na którym śpiewano powstańcze pieśni publiczność otrzymała śpiewniki. Widziałam migawkę i zadrżałam na widok dzieci śpiewających z przejęciem: „Warszawskie dzieci, pójdziemy w bój”.

Ta historia toczy się już od jakiegoś czasu, może od 2004 roku, kiedy otwarto Muzeum Powstania Warszawskiego. Można tam zakupić przeróżne pamiątki odwołujące się do powstania, a także gry i zabawki dla dzieci, m.in. grę planszową Zawiszak, układanki na temat powstania, powstańczy pamiętniczek, filiżanki z logo muzeum, a nawet cukierki krówki i wiele innych gadżetów. W roku 2009 firma Egmont Polska wydała grę planszową dla dzieci „Mali Powstańcy”. W tym roku firma Cobi wypuściła serię klocków „Powstanie Warszawskie”.

 

 

Zbigniew Libera, autor pracy „Lego. Obóz koncentracyjny” nie mógł przypuszczać, że jego artystyczna fantazja w nieco zmienionej wersji przerodzi się w realność. Warto też nadmienić o stylizacjach modowych „na powstanie”, w których zaczęli prześcigać się projektanci oraz szafiarki…

Można powiedzieć wręcz, że historia popularna zalewa nas wciąż nowymi reprezentacjami powstania, z których duża część skierowana jest do dzieci. Bo przecież, jak pisałam, jest to walka o wyobraźnię.

Ja na pewno nie posłałabym syna do powstania! „Sorry, Polsko” – jak śpiewa Maria Peszek -  „Lepszy żywy obywatel, niż martwy bohater!”. I przypominam na marginesie, że według Konwencji Genewskiej bezwzględnie zabroniony jest udział dzieci poniżej 15 lat w działaniach wojennych. Tym samym epatowanie dzieci figurą „małego powstańca”, zarażanie ich podniosłym nastrojem powstańczym, narzucanie im marzeń o walce, namawianie ich do zabaw w powstanie uważam za wyjątkowo obrzydliwe.

Podobnie obrzydliwe jest kupczenie obrazami śmierci. Od dawna już wiemy, że przeszłość stała się towarem, a wraz z nią towarem stały się cierpienie i śmierć. 


Oskarżam Polskę o żywienie się trupami. Może, zamiast śpiewać powstańcze pieśni, czas zacząć się leczyć z tego narodowego kanibalizmu!

 

P.S. A jeśli pojawi się pytanie o szacunek dla ofiar i pamięć, to odpowiem - nie wywlekajmy trupów i nie bawmy się na ich grobach, a pamięć powinna być przede wszystkim pamięcią krytyczną (czyli związaną z myśleniem o teraźniejszości i przyszłości).


Sprawa australijska C.D. a przedstawienia dzieci

izakow2

Nie sądziłam, że wpis na temat cenzury w Australii wywoła tak żywe reakcje. Emocje nie są tu chyba potrzebne, potrzebna jest natomiast dyskusja, której w zasadzie w ogóle w tym kraju się nie prowadzi. Dyskusja na temat tego, jak faktycznie chronić dzieci przed przemocą.


Bo oczywiście, że przemoc wobec dzieci (również seksualna) jest wielkim problemem i należy je uczyć, jak się jej przeciwstawić, jak się przed nią bronić. Jest to szczególnie trudne, gdyż, jak pokazują statystyki, ta przemoc, wykorzystywanie czy molestowanie dzieci najczęściej dokonywana jest przez najbliższych. Pedofil czyhający za rogiem na nasze dziecko to jednak rzadki przypadek.


I trudno mi jednak znaleźć powiązanie pomiędzy tą przemocą a artystycznymi fotografiami wiszącymi w galerii.


Przypomina mi się przekonanie dotyczącego innego, pokrewnego problemu: „pornografia jest teorią, gwałt praktyką”. Tymczasem, trudno udowodnić jakiekolwiek powiązanie między jednym a drugim. Czytałam, że w Japonii, gdzie wizualnej pornografii jest bardzo dużo (w tym, nie ukrywajmy, również dziecięcej), do gwałtów dochodzi najrzadziej.


Oczywiście jestem zdecydowanie przeciwniczką dziecięcej pornografii, uważam jednak, że trudno wrzucać wszystko do jednego wora i tym samym zamykać jakąkolwiek dyskusję, choćby na temat dziecięcej seksualności i poszanowania dziecięcej autonomii.  


Zresztą na marginesie, może z tą ostatnią jest właśnie największy problem, bo dziecięca autonomia wcale nie jest dla nas czymś oczywistym. Dzieci wciąż wolno bić, o obruszeni zwolennicy klapsów protestują przeciwko propozycjom wprowadzania jakichkolwiek zakazów. I to jest dopiero problem. Bo, jeśli przypomnimy sobie choćby ostatnie głośne przypadki maltretowania dzieci, to zakaz powinien być wprowadzony już dawno i to w trybie pilnym. Kiedy Tusk obiecał, że zajmie się wprowadzeniem zakazu, pomyślałam sobie, że to jego pierwsze mądre posunięcie. Obawiam się, że skończyło się na obietnicy.


Jeśli ta autonomia dziecka nie jest czymś oczywistym, to niestety znajduje to swoje szczególnie złe konsekwencje w przypadkach seksualnego molestowania.


Tymczasem regulacje prawne i zakazy idą przede wszystkim w stronę kontroli wizerunków. Niedawno przyjęto kuriozalne poprawki do Kodeksu Karnego (równeiż pisała o tym Ewa Majewska), dotyczące pornografii z udziałem nieletnich. Rozszerzono w nich pojęcie treści pornograficznych, obejmując tym zakresem także wygenerowane komputerowo realistyczne wizerunki „wirtualnych” osób, w tym małoletnich, w sytuacjach mających charakter pornograficzny. Karane będzie więc nie tylko rozpowszechnianie pornograficznych filmów z udziałem nieletnich, ale także grafik komputerowych czy komiksów, stworzonych bez udziału dzieci (co z japońskimi komiksami?). Mam pytanie, jak to się ma do sztuki, również do sztuki dawnej? Czy takie przykłady jak poniżej mogą uchodzić za pornografię?


Chcę jeszcze raz zwrócić uwagę na fakt, że bardzo podobne wizerunki możemy znaleźć w dawnej sztuce. Ktoś napisał, że pomijam zupełnie podstawowy fakt, że nagość w sztuce była atrybutem figur niebiańskich (choć nie tylko!). Zresztą można powiedzieć inaczej, to tematyka mitologiczna, a nawet religijna umożliwiała artystom podejmowanie pewnych tematów oraz przedstawianie nagiego ciała, również ciała dziecięcego. Ale czy ciała ziemskie czy niebiańskie, problem pozostaje. Jest nim pewien erotyczny naddatek, który możemy znaleźć w takich przedstawieniach, jak poniższe. I cóż z tym zrobić?



Caravaggio, Amor Vicit Omnia, 1601-02

 


Parmigianino, Amor, 1533



Parmigianino, Madonna z różą, 1527 - 31




William Bouguereau, Cupido, 1875




Greuze, Dziewczynka z gołębiami, 1800



I chyba najbardziej problematyczne przedstawienie:


Fragonard, Dziewczynka igrająca z pieskiem, 1783


Moje pytanie teraz jest takie, jak wobec tego traktować takie przedstawienia? Czy może również je zakazać? Te wiszą w muzeach, fotografie Hansona (który według mnie wyraźnie inspirował się Caravaggiem) wisiały w galerii...


No i jeszcze jedna kwestia, tak bardzo ktoś tu oburzył się na fotografie Hansona. Ja przyznaję, że byłam w szoku w odniesieniu do zupełnie innych fotografii, a mianowicie zdjęć szkolnych koleżanek mojego syna zamieszczonych na ‘naszej klasie’ (a więc dostępnych tym samym dla wszystkich). 11-letnie dziewczynki wypinają biusty (sic!), eksponują swoje gołe brzuchy, długie nogi i pomalowane paznokcie. Prawdę mówiąc te dziewczynki są dużo bardziej seksualne niż modelki i modele u Hansona. Zresztą ile na ‘naszej klasie’ jest zdjęć gołych maluchów zamieszczanych przez rodziców!


A może to właśnie ten szok jest czymś nie na miejscu, bo oni traktują swoją seksualność (w przypadku tych dziewczynek) czy cielesność (w przypadku rodziców dzieci) jako coś naturalnego? Zaś my, kiedy jesteśmy zdegustowani, zniesmaczeni, obrzydzeni, ujawniamy, że mamy z tym problem.


Jak dla mnie za wiele tu komplikacji i niuansów, by jednoznacznie osądzać fotografie Hansona. A przede wszystkim za mało rozmów dotyczących problemu ochrony dzieci przed przemocą.

Cenzura w Australii

izakow2

Problem cenzury sztuki istnieje na całym świecie. Tym razem skandal został wywołany przez cenzorów australijskich, których oburzyły fotografie Billa Hensona ukazujące nagie nastolatki i nastolatków.



 

Fotografie prezentowane były w galerii Roslyn Oxley w Sydney i w efekcie kontrowersji i oskarżeń o dziecięcą pornografię wystawę zamknięto.


W odpowiedzi przeciwko cenzurowaniu sztuki australijski miesięcznik Art Monthly zamieścił na okładce fotografię z sześciolatką Olympią Nelson na okładce, sfotografowaną przez jej matkę.



 

Ta zupełnie niewinna fotografia również wywołała kontrowersje. „Nie mogę znieść takich zdjęć - oświadczył bez ogródek premier Australii Kevin Rudd i zapowiedział, że rząd na nowo przemyśli dotacje dla miesięcznika oraz stworzy ścisłe regulacje prawne publikowania zdjęć dzieci w sztuce i reklamie”.


Oburzona jest 11-letnia już Olimpia: „Czuję się bardzo, bardzo dotknięta tym, co premier powiedział o moim zdjęciu. To jedno z moich ulubionych zdjęć zrobionych przez mamę”. Info za: „Gazetą Wyborczą”.


Redaktor naczelny Art Monthly Maurice O'Riordan napisał: „Chcemy potwierdzić, że dzieciństwo i nagość są pełnoprawnymi tematami w sztuce”.


Bo przedstawienia dzieci, również nagich są jednym z częstszych artystycznych tematów. Można tu wymieniać: antyczne figury, przedstawienia religijne i mitologiczne, w których roi się od aniołków, amorów, erosów. Eros w tradycji artystycznej najczęściej ukazywany był pod postacią małego chłopca. Dalej mamy obrazy Caravaggia, z których wiele również ociera się o perwersję, albo rokoko z tak perwersyjnymi przedstawieniami, jak choćby „Dziewczynka igrająca z pieskiem” Fragonarda; sentymentalne obrazy Greuze’a czy bardziej współczesne przedstawienia Roberta Mapplethorpe’a, Jaqueline Livingstone czy Richarda Prince’a.


Czy należy przekreślić tę tradycję w związku z powszechną fobią i strachem przed pedofilią? Zresztą, czy jest tak dalece idąca fobia? Dlaczego tak bardzo tabuizowane jest dziecięce ciało, podczas, gdy w tym samym czasie jest seksualizowane – w sferze kultury konsumpcyjnej – poprzez reklamy, modę, wybory małych miss, zabawki, itd.?


Jako komentarz polecam znakomity tekst Ewy Majewskiej „Kolczyk w pępku nastolatki, czyli o fetyszyzacji seksualności dziecięcej na użytek cenzorskiego prawodawcy” publikowany w Nieregularniku Indeksu 73.


Dwa poruszone przez Ewę problemy wydają mi się szczególnie ważne. Po pierwsze pokazuje ona, że tendencja do cenzurowania idzie często w parze z trendem do niemówienia o dziecięcej seksualności, a więc również o uświadamianiu, uczeniu jak zapobiegać i przeciwdziałać przemocy, w tym – seksualnej. Co jest oczywiście dużo ważniejsze, niż doszukiwanie się perwersyjnych treści w artystycznych przedstawieniach!


Po drugie Majewska, w odwołaniu do myśli Foucaulta zwraca uwagę na „perwersyjną satysfakcję” zakazu. Bo zakaz w gruncie rzeczy wiąże się z machiną produkowania pożądania (czyli w przypadku tych zdjęć, to właśnie ze względu na głosy tych, którzy robią z nich sensację, doszukujemy się w nich czegoś perwersyjnego).


Ewa konkluduje:


„Gdyby cenzurę postrzegać jako element zarządzania seksualnością raczej, niż jej „zewnętrze”, może w rozlicznych praktykach i próbach „zakazywania” doszukamy się nie tylko form represji, ale również ekspresji tego, co pożądane i pożądające. W takim ujęciu w działaniu cenzora zobaczymy jego pragnienie w takim samym stopniu uwikłane w oczekiwania i normy społeczne, jak nasz gorący protest wobec jego działania. Może wtedy działanie na rzecz wolności okaże się nieco bardziej skuteczne, gdyż nie będzie bazowało na fikcji łatwego oddzielenia tego, co wolne i co represjonujące. Być może w takiej perspektywie pojedyncze działania cenzorskie łatwiej będzie zobaczyć jako wyraz jednej większej strategii – zarządzania życiem i seksualnością obywateli, a nie jako odizolowane akty odbierania nam naszej „wolności”.”


Nagranie na ten temat z Tok FM na stronie Indeksu 73

O edukacji

izakow2

Dzisiaj nie będzie o sztuce, ale kwestia edukacji, o której chcę wspomnieć, jest tak samo w Polsce upolityczniona jak sprawa sztuki.


A kwestie polityczne po sprawie Fussa stały się tu - na blogu dość intensywnie dyskutowane.



W Polsce dominują obecnie postawy represyjne, autorytarne, tendencje do ograniczania wolności.



Zarówno sztuka, jak i edukacja mogą uczyć do życia w demokracji, ale mogą też uczyć posłuszeństwa. Obie dziedziny łatwo daje się wykorzystać i zawłaszczyć przez państwo. Nie służą wtedy swym podstawowym celom - sztuka poznaniu świata, a edukacja - po prostu dziecku.


O edukacji piszę dlatego, że byłam wczoraj na bardzo ciekawym spotkaniu z Krystyną Strarczewską, która prowadzi społeczne gimnazjum i liceum "Bednarska", gdzie właśnie stara się wychowywać do demokracji, do współodpowiedzialności i solidarności społecznej. Jest polonistką, pedagożką, filozofką, a także publicystką. Napisała kilka artykułów, w których wyraża ostrą krytykę propagowanego obecnie modelu edukacji.



Znalazłam w sieci artykuł Krystyny Starczewskiej z 2006 napisany przy okazji odłonięcia pomnika Korczaka w Warszawie, dotyczący propagowanej obecnie "szkoły podejrzliwości".



Oto fragmenty:



„Dziecko nie dopiero będzie, ale już jest człowiekiem” – na tym prostym stwierdzeniu opiera się w istocie cała myśl pedagogiczna Korczaka i cała jego praktyczna działalność wychowawcza. Dziecko jest człowiekiem, a nie własnością rodziców, którzy mogą z nim robić, co zechcą. Dziecko jest człowiekiem, a nie jedynie materiałem na przyszłego człowieka, przeznaczonym do obróbki przez instytucje wychowawcze działające na zlecenie państwa, partii politycznych, czy ideologów takiej, czy innej proweniencji. Dziecko jest człowiekiem i ma z tej racji już teraz, a nie dopiero jak dorośnie, prawo do szacunku. (...)



Przekonanie, że dziecka nie da się wychowywać bez stosowania ostrych form represji i autorytarnej postawy ze strony wychowawców – to zdaniem Korczaka przesąd, który paraliżuje wszelki postęp w dziedzinie wychowania. Dzieci bowiem w przekonaniu Korczaka nie mają większych od dorosłych trudności w przestrzegania prawa, o ile dotyczy ono spraw istotnych dla społecznego współżycia i jest sformułowane w sposób jasny i zrozumiały. Dzieci nie mniej od dorosłych są podatne na racjonalną argumentację, należy więc z nimi rozmawiać, a nie uciekać się do arbitralnego: „ma tak być, bo ja, dorosły, tak chcę”. Dziecko znacznie bardziej od dorosłych skłonne jest do współczucia i odruchów solidarności, należy się więc od niego uczyć wrażliwości, a nie niszczyć jej poprzez własny cynizm, arogancję i bezwzględność. (...)



Sądzę, że cele i metody wychowania, preferowane przez Romana Giertycha, w sposób przejrzysty i nie pozostawiający złudzeń wyrażają słowa wypowiedziane przez niego półtora roku temu do jego własnych wychowanków. W grudniu 2004 roku na zjeździe Młodzieży Wszechpolskiej – organizacji reaktywowanej przez Giertycha i kształtowanej przez jego idee – obecny minister edukacji zwrócił się do młodzieży w sposób następujący:

<>

To przerażające przemówienie traktować niestety musimy, choć Roman Giertych wygłosił je jeszcze przed objęciem swej państwowej funkcji, jako aktualny program wychowawczy kierowanego przez niego Ministerstwa Edukacji Narodowej. I to nie tylko dlatego, że minister wypowiedzianych przed półtora rokiem słów nie odwołał i nie przeprosił za nie, lecz przede wszystkim dlatego, że podejmowane przez niego obecnie decyzje są tych słów potwierdzeniem. (...)



Program wychowawczy proponowany przez MEN odwołuje się do przemocy jako najbardziej skutecznego środka wychowywania młodego pokolenia. Policja we współpracy ze szkołami, monitoring dla każdej ze szkół, oddziały uzbrojonych policjantów przeciwko uczniowskim demonstracjom, brak jakiejkolwiek próby dialogu z tymi, którzy nie zgadzają się z decyzjami władzy, apele o zwiększanie dyscypliny i autorytarnego działania nauczycieli, podejrzliwość i insynuacje ze strony władz oświatowych wobec wszystkich myślących inaczej, tropienie ukrytych wrogów wszędzie tam, gdzie ktoś wypowiada własne, niezgodne z przyjętą tendencją, opinie."



Polecam cały tekst.

© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci