Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

Wpisy otagowane : The-Krasnals

Arteon how how, Arsenał how how...

izakow2

 

„Arteon”, jak co roku, przyznał nagrodę artystyczną, której celem jest honorowanie twórców, którzy w minionym roku wykazali się wyjątkowymi osiągnięciami. Jury, w skład, którego weszli między innymi Anna Potocka, Sławomir Marzec i Jerzy Stelmach postanowili uhonorować grupę The Krasnals. Ponoć werdykt jury był jednogłośny, choć to zdanie wydaje się, że znikło z mówiącego o nagrodzie tekstu Piotra Bernatowicza. Nie komentowałabym tej sprawy, bo „Arteon” stał się pismem wyjątkowo niszowym. Jednak trudno przejść mi obojętnie obok faktu, że we wspomnianym tekście nie znajdziemy informacji o wybitnych osiągnięciach artystycznych tej grupy w ubiegłym roku (oprócz wspomnianego obrazu „Bitwa pod Grunwaldem. Statek głupców” według Jana Matejki), jest za to obszerny fragment tekstu z mojego blogu, pisanego, co nie pozostaje bez znaczenia, w roku 2008.


Uważam wykorzystanie tego fragmentu przez Bernatowicza za manipulację i oszustwo. Nie pierwszy raz zresztą ta wypowiedź została zmanipulowana, w tym samym – 2008 roku zrobił to również Kuba Banasiak, co wybaczyć było mi trudno, ale okazało się, że nie myliła go intuicja, co do tej grupy. Ja wtedy, na samym początku działalności Tke Krasnals, miałam wrażenie, że pozwoli ona przekłuć nadmuchane balony polskiego świata sztuki, że kpiną i ironią będzie uderzać w kontekst instytucjonalny i komercjalizację polskiego artworldu, że przyniesie powiew świeżości, jak kiedyś zrobiła to grupa „Ładnie”. Do niej zresztą The Krasnals stylistycznie nawiązywali, kpiąc jednocześnie z tego, jak członkowie grupy „Ładnie” przeszli z opozycji do mainstreamu i stali się poważnymi graczami (może z wyjątkiem Marka Firka, który zresztą ze swoimi obscenami wydaje się być najbliższy Krasnalom). Liczyłam wtedy na anarchistyczny bunt, na krytykowanie działań symbolicznej władzy świata artystycznego, na ujawnianie paradoksów związanych z upolitycznianiem sztuki i nie mam na myśli tylko strojenia się w lewicowe piórka. Wierzyłam więc w anarchizm grupy, jednak okazało się, że wtedy Banasiak wyczuł dużo bardziej jej intencje. Zamiast wnikliwej krytyki, działania The Krasnals przemieniły się w wulgarne i personalne obrażanie poszczególnych osób, zamiast krytyki władzy (choć przyznać trzeba, że zdarzały im się trafne i zabawne akcje, jak „Poznań miast how how” podczas wystawy Arbeitsdisziplin” w Arsenale w styczniu 2012 roku), grupa odnalazła się po prawej stronie sceny artystycznej. Dała temu wyraz między innymi podczas wystawy „Thymos. Sztuka gniewu” w Toruniu (2011/2012) oraz w wypowiedziach o nadziejach pokładanych w ruchach konserwatywnych i krytykujących tzw. „lewacką ekstremę”. Tym samym więc The Krasnals z grupy anarchizującej, mającej krytyczny potencjał przekształcili się w grupę politycznych, prawicowych graczy. I jak to z artystami - graczami bywa, zaczęli grać w jednej drużynie z kuratorami czy krytykami o podobnych poglądach.


Wracając do roku 2008 – wtedy konstelacje w polskim świecie sztuki były zupełnie inne. Gdy powstała grupa The Krasnals, Sasnal był absolutnie na topie, tuż po wydaniu przewodnika Krytyki Politycznej. Rok 2008 zapowiadałam jako rok Sasnala, obawiając się jednak przy okazji, że za chwilę wyskoczy on z mojej lodówki. Wspomniany przewodnik zmuszał do pytań o sens lewicowych deklaracji składanych przez niektórych artystów, którzy z zaangażowaniem politycznym raczej się nie kojarzyli. Już wtedy wiadomo było, że upolitycznianie sztuki (bez względu na to, z której strony) może przynieść opłakane skutki. Był to czas wzmożonych dyskusji na temat cenzury, wciąż toczył się proces Nieznalskiej i to właśnie w tym roku został powołany Indeks 73 zajmujący się sprawami wolności twórczej, która najczęściej atakowana była z prawej strony. To wtedy też szczególnie palące były tematy związane z nieodległą przeszłością, Zagładą i antysemityzmem, do którego odnosił się między innymi film „Polak w szafie” Artura Żmijewskiego. Głośny był również film „Mary koszmary” Yael Bartany, zaś podczas projekcji i towarzyszących im dyskusji, zjawiali się narodowcy, którzy mówili, że poprzez takie prace realizowane są żydowskie interesy i obrażani prawdziwi Polacy. Z pewnością rok 2008 należał do ciekawych.

 

W tym roku byłam też w Izraelu na wystawie i konferencji o pamięci w pracach artystów polskich i izraelskich. Jednym z uczestników był również Piotr Bernatowicz, pamiętam nasze prywatne rozmowy o kwestiach związanych z instytucjami artystycznymi w Polsce, o problemach styku obiegu prywatnego i politycznego, i o tym, co może wyniknąć z działalności grupy The Krasnals. Ale wtedy Piotr Bernatowicz występował jeszcze jako wnikliwy krytykiem polskiego artworldu, o bliskich mi poglądach anarchizujących i antyneoliberalnych. Świetnie uchwycił mechanizmy cenzury, opisując w tekście z 2006 roku między innymi przypadek ocenzurowania przez galerię Arsenał pracy Rafała Jakubowicza „Arbeitsdisziplin”, krytycznie odnosząc się też do tzw. III RP.


W 2010 roku spotkaliśmy się znowu w Kołobrzegu podczas wystawy Piotra C. Kowalskiego. Było upalne lato, „morza szum, ptaków śpiew, złota plaża pośród drzew”, a podczas długiego wieczoru po wernisażu Piotr Bernatowicz tłumaczył nam, dlaczego film Quentina Tarantino „Bękarty wojny” jest zły i dlaczego jedyną nadzieję pokłada on w PiS-ie. Jakoś to się zresztą wiązało, ale już nie pamiętam jak… Podejrzewam, że poglądy Piotra, jak i części moich kolegów historyków sztuki, zradykalizowały się po katastrofie smoleńskiej. W ostatnim czasie Bernatowicz objawił się jako orędownik sztuki prawicowej, wróg gender i sztuki krytycznej, no i, jak wiadomo, został dyrektorem poznańskiego Arsenału. Symptomatyczna jest zbieżność objęcia przez Piotra stanowiska dyrektora „Arsenału” i przyznania nagrody „Arteonu” dla The Krasnals. Nawet nie dlatego, że ta grupa już od dłuższego czasu wydaje się być oczkiem w głowie Bernatowicza, ale raczej ze względu na polityczną grę, w którą te wydarzenia są uwikłane.


Piotr Bernatowicz przedstawiał się kiedyś jako krytyk polityki kulturalnej Ryszarda Grobelnego, zarzucając miastu, że stawia na sport, a nie na kulturę. Warto przypomnieć tu wydany wspólnie z Mikołajem Iwańskim komunikat w sprawie Sztabu Antykryzysowego na Rzecz Poznańskiej Kultury, choć dotyczący niezgody w samym sztabie i wykorzystania przez niego publicznych pieniędzy, uderzający jednak przede wszystkim w politykę Poznania. Bernatowicz wydawał się być osobą świadomą mechanizmów władzy oraz potrzeby jej krytyki.


Kiedy w październiku 2013 roku prezydent Grobelny chciał nominować Bernatowicza poza konkursem, w wywiadzie udzielonym Mikołajowi Iwańskiemu, wypowiedział znamienne zdanie: „Teraz władza nie jest dla mnie wrogim pojęciem (poza prywatą i doraźnymi układami), ale oznacza przede wszystkim służbę publiczną”. 


Najbardziej intryguje fakt, jak to się stało, że pokochali się ludzie stojący wcześniej po przeciwnych stronach? Oto w rozmowie z Iwańskim Bernatowicz podkreślał, że prezydent Poznania ma mocną legitymację demokratyczną, mocniejszą od środowiska, które protestowało w sprawie Arsenału (co w gruncie rzeczy było podważaniem znaczenia społeczeństwa obywatelskiego oraz całego ruchu broniącego tej galerii). I co się stało, że Ryszard Grobelny zobaczył w Bernatowiczu nadzieję dla Arsenału? Wiadomo było, że Bernatowicz dyrektorem zostanie. Świadczył o tym skład komisji konkursowej, do której weszli m.in. Stanisław Czekalski, Maciej Mazurek oraz Joanna Frankiewicz. Ta komisja wydawała się wręcz stworzona pod Bernatowicza i nie pozostawiała złudzeń, jeszcze przed rozstrzygnięciem konkursu, kto dyrektorem zostanie. Później pojawiły się nawet wątpliwości, czy działała ona zgodnie z regulaminem, a szczególnie z punktem mówiącym, że:


„Członkiem Komisji nie może być osoba przystępująca do konkursu albo będąca małżonkiem takiej osoby lub jej krewnym albo powinowatym, albo pozostająca wobec niej w takim stosunku prawnym lub faktycznym, że może to budzić uzasadnione wątpliwości, co do jej obiektywizmu i bezstronności”.


Bo przecież Bernatowicz pozostaje w stosunku zależności ze Stanisławem Czekalskim, który jest nie tylko jego kolegą z Instytutu Historii Sztuki i który już w momencie pozakonkursowej nominacji Bernatowicza, wypowiadał się na ten temat niezwykle entuzjastycznie, ale jest też prodziekanem na Wydziale Historii UAM, a więc jest jego przełożonym. Maciej Mazurek pracował w redakcji "Arteonu" do 2011 roku, więc w zasadzie faktyczny stosunek nie zachodzi. Obaj panowie nie kryją się jednak ze swoimi prawicowymi poglądami i, jak Bernatowicz prezentują, można by rzec, jedną linię ideologiczną.


Możliwe więc, że Bernatowicz przeprosił się z Grobelnym, bo jednak władza mu nie śmierdzi, zaś Grobelnemu Bernatowicz jest potrzebny, aby wzmocnić legitymizację dla swej władzy ze strony bardziej prawicowego środowiska (zwłaszcza w kontekście najbliższych wyborów samorządowych, a może i nawet wyborów parlamentarnych w 2015 roku, które według różnych prognoz najpewniej wygra PiS). Wątpię, czy gdyby obecnie pojawiła się w „Arsenale” wystawa The Krasnals (a jest to wielce prawdopodobne), możliwa byłaby powtórka haseł z 2012 roku (Poznań how how).


Ciekawe jest też, że jeden z najlepszych kandydatów, jakim był Marek Wasilewski, mający olbrzymie doświadczenie artystyczne, kuratorskie i krytyczne, w tej rozgrywce jakby zupełnie się nie liczył. Możliwe, że na przeszkodzie stały jego poglądy bardziej na lewo. O upolitycznieniu obrad komisji mówi też w wywiadzie inna świetna kandydatka, Karolina Sikorska, która w czasie zamieszania wokół Arsenału pokazała siłę woli oraz znakomite umiejętności organizacyjne, co powinno przechylić szalę wygranej na jej stronę:  „Jeżeli słyszę od komisji konkursowej pytanie, "czy rozumiem coś w duchu liberalnym, czy postmarksistowskim", albo jeżeli mówi mi się, że "będę robić skandaliczne, genderowe wystawy", to czy to nie jest upolitycznianie dyskusji lub obrad komisji?”. Sikorska podkreśla też, że wraz z zespołem nie wikłała się w żadne polityczne rozgrywki, ale, jak widać, wcale jej to nie pomogło.


Komentarz w zasadzie wydaje się zbędny. Wbrew pozorom jednak, myśląc o sytuacji „Arsenału”, uważam, że Bernatowicz nie będzie złym dyrektorem, bo możliwe, że jego działania i wystąpienia nie były związane tyle z zaślepieniem ideologicznym, ile raczej z grą o władzę. Ma świetny zespół i oby się ze sobą dogadali. Przestrzegam jednak przed manipulacjami oraz wmawianiem publiczności, że „prawdziwa sztuka jest z natury konserwatywna”. Takie frazesy wmawiano ludziom podczas trwania totalitaryzmów, każda władza o totalitarnych zapędach panicznie bała i boi się sztuki wolnej i w jej miejsce proponuje własną wizję "sztuki", odwołującej się do tradycji i konserwatywnych wartości. Nie ma i nie było dobrej sztuki konserwatywnej, bo nie ma dobrej sztuki spod znaku Hitlera, Stalina, Mao czy Putina. Prawdziwa sztuka jest z natury anarchistyczna, zaś układanie się z władzą nikomu jeszcze na dobre nie wyszło!

 

I proszę też na przyszłość nie wycierać sobie gęby moim nazwiskiem.

 

P.S. A za wizualny komentarz niech posłuży neon Elżbiety Jabłońskiej "Nowe życie" umieszczony na "Arsenale" w niepokojącym zestawieniu z logotypem Poznania. Zdjęcie Dawida Woźniaka z blogu "Wyrażaj się":

 


Poznań how-how w Arsenale

izakow2

 

Oj, działo się w Poznaniu 13 stycznia! W „Arsenale” została otwarta wystawa Arbeitsdisziplin. Duch sztuki poznańskiej około 2012. Trudno jest mi w tej chwili ocenić tę wystawę, bo, jak to na wernisażach bywa, tłumy ludzi i wciąż napotykani znajomi uniemożliwiali skutecznie oglądanie sztuki. Napiszę więc jedynie o pierwszych wrażeniach.


Trzeba było nie lada sprytu, aby dostać się do środka galerii. Chyba zabrakło też nagłośnienia, bo przemowy na otwarciu słychać nie było (to jest właśnie ta słynna poznańska solidność!). A bardzo chciałam dowiedzieć się, jak kurator wystawy, Stach Szabłowski, tłumaczy tytuł ekspozycji.


Na stronie galerii można znaleźć taką oto informację:


"Czy istnieje duch sztuki poznańskiej? Duchy są w zasadzie niewidzialne, a ich realność poddawana w wątpliwość – zwłaszcza w kontekście lokalnych scen artystycznych. Tymczasem wystawa Arbeitdisziplin powstaje w przekonaniu, że taki duch objawia się – w Poznaniu i tylko tu. Trzeba bowiem podkreślić, że takie spirytystyczne rozważania możliwe są wyłącznie wobec Poznania. Wystawa opiera się na tezie, że miasto to jest obecnie jedynym w Polsce ośrodkiem lokalnym, w którym udało się wypracować – i kultywuje się – endemiczne i wyraziście osobne wartości artystyczne. Poznań jest jednym miastem w Polsce, w którym można mówić o środowisku lokalnym, nie ryzykując nazwania go prowincjonalnym. Wystawa Arbeitsdisziplin jest więc próbą uchwycenia ducha sztuki poznańskiej w jego ostatnim wcieleniu – ożywającego w praktykach artystycznych generacji twórców, którzy na nowo definiują specyfikę lokalnej sceny około roku 2012...


Tytuł wystawy zwraca uwagę na „dyscyplinę pracy” jako zasadniczy element paradygmatu tzw. szkoły poznańskiej. Nieprzypadkowo tytułu tego używamy w wersji niemieckiej. Nie przypadkowa jest również jego zbieżność z tytułem słynnej pracy Rafała Jakubowicza. Ikoniczny poznański artysta, należący do generacji poprzedzającej tę, która jest prezentowana na wystawie, uprzejmie pożyczył naszemu projektowi tytuł swojej realizacji. Uczynił to w 10 rocznicę powstania „Arbeitsdisziplin”, oraz kontrowersji wokół pokazania tej pracy w poznańskim Arsenale – prezentacji, do której, jak wiemy, nigdy nie doszło. Współczesne pokolenia poznańskich artystów przenosi uwagę z problematyki społecznej i politycznej – tak ważnej chociażby dla Jakubowicza - na o wiele trudniej uchwytne zagadnienia egzystencjalne, fenomeny subiektywnej percepcji rzeczywistości, wywrotowe potencjały wyobraźni oraz kwestie formalne. Tytułowa „dyscyplina formy” służy często do precyzyjnego określania tego, co nieokreślone i wymykającego się dyskursowi. Kierunek ten można w skrócie opisać tytułem niezwykle zdyscyplinowanego formalnie filmu Wojciecha Bąkowskiego, artysty emblematycznego dla współczesnej sceny poznańskiej: „Robienie nowych światów zamiast dać spokój”. Robione przez artystów „nowe światy” są niezwykle wciągające; symboliczna obecność Arbeitsdisziplin Jakubowicza, przypomina jednak, że istnieją one nie tylko same w sobie, lecz również w konkretnym politycznym, ekonomicznym i instytucjonalnym kontekście."


Warto podkreślić, że kurator użył tego tytułu za zgodą Rafała Jakubowicza, w jakiś sposób wciągając go w ten projekt. Tyle tylko, że miałoby to sens, gdyby artyści biorący udział w wystawie w jakiś sposób odnosili się do sprawy Jakubowicza, kwestii cenzury, uwikłania instytucyjnego sztuki czy krytyki wielkich korporacji. Tymczasem niczego takiego na tej wystawie nie odnajdziemy. Tym samym przejęcie tego tytułu, może wiązać się w gruncie rzeczy z rozbrojeniem i unieszkodliwieniem całej historii wiążącej się z pracą Jakubowicza. Może niektórzy o tej pracy już nie pamiętają, zaś tytuł kojarzyć będą od teraz jedynie z „endemiczną”, jak chce Szabłowski, sztuką pokazaną na wystawie w Arsenale?


Na wszelki wypadek pozwolę sobie pracę Jakubowicza przypomnieć:


 

Wystawa nie jest ani o duchach, ani o dyscyplinie pracy, ani o cenzurze, ani o sztuce krytycznej (którą reprezentuje Jakubowicz) i oczywiście nikt nie ma obowiązku podejmowania tych problemów, ale tytuł na nie właśnie kieruje. A więc tytuł sobie, a wystawa sobie. Zaś „duch sztuki poznańskiej” został tu dość mocno zredukowany do kręgu artystów galerii Stereo przyprawionych szczyptą Galerii Pies. W wystawie biorą udział: Ewa Axelrad, Wojciech Bąkowski, Piotr Bosacki, Galeria Pies, Galeria Niewielka, Gizela Mickiewicz, Tomasz Mróz, Zofia Nierodzińska, Franciszek Orłowski, Mateusz Sadowski, Łukasz Sosiński, Magdalena Starska, Radek Szlaga, Piotr Żyliński.


 

Znalazło się tu trochę zadziornego penerstwa i zwyczajnej poznańskiej gymyli (wyjaśniam nie-Poznaniakom, że chodzi o śmietnik). Jakoś o "wciągających światach" trudno tu mówić, powiewa bowiem nieco nudą.


 

Można mieć też wrażenie, że to wszystko (w gruncie rzeczy wielu z tych artystów osobiście cenię) zostało dość ugrzecznione i brakuje wystawie jaj (z małym wyjątkiem, o czym zaraz). Wystawa jest świetnie zaaranżowana, choć raczej sprawia wrażenie dobrej wystawy złych prac. Choć na szczęście nie wszystkie są złe. Zdecydowanie najlepszy jest Tomasz Mróz, natomiast pomieszczenie dla krasnali, obok którego znajduje się jeszcze mniejsze – dla krasnoludków, jest wyjątkowo udane, choć niektórzy wchodząc do niego, zaliczają spektakularne upadki. Tu jaj nie za brakło, a nawet pojawił się całkiem długaśny penis.




 

Ale skoro o krasnalach mowa, to jeszcze ktoś zdominował wczorajsze otwarcie. A mianowicie grupa The Krasnals, która zdecydowanie wygrała walkę o przestrzeń, wciąż przenosząc się ze swoimi transparentami, chorągiewkami i przyciągając uwagę gawiedzi.


 

Właściwie to nie wiem, czy byli oni na wystawie nieproszonymi intruzami, czy też ściągnął ich ktoś z uczestników wystawy. Nie ma to większego znaczenia. Ciekawe jest natomiast to, że w ich projekcie doszło do swoistej korespondencji z pracą Jakubowicza. Krasnale mieli na transparentach wypisane hasła, które w większości w sposób krytyczny odnosiły się do polityki Poznania, a przecież to galeria miejska w cichym porozumieniu z urzędnikami miasta, za sprawą przerażonych szefów koncernu Volkswagen ocenzurowała pracę Arbeitsdisziplin. Była to również pierwsza cenzura korporacyjna. Artysta zaś krytykował w swojej pracy między innymi neoliberalizm. W tym przypadku neoliberalizm, który zdominował politykę Poznania, stał się przedmiotem krytyki, ale grupy The Krasnals. Wykorzystano tu w większości hasła głoszone przez anarchistów oraz innych krytyków oficjalnej polityki miasta, choćby takie jak „Poznań to nie firma”. Nie zbrakło jednak tez typowego krasnalowego absurdu. Moim ulubionym hasłem jest „Poznań – how how”, co jest przeróbką dziwacznego oficjalnego sloganu reklamowego miasta: „Poznań – know how”.


 

Zastanawiam się, co się stało, że tym razem Krasnale wystąpili z krytyka lewicową, przedstawili swoją wersję krytyki politycznej. Raczej po wystawie o sztuce gniewu w Toruniu, myślałam, że ulokowali się już na dobre po prawej stronie sceny artystycznej.


 

Na marginesie muszę jeszcze sprostować jedno z haseł The Krasnals: „Poznań stawia na sport”. To kompletna bzdura! Poznań stawia bowiem wyłącznie na piłkę nożną (owszem, w innym haśle było też coś o stadionach). Miasto nie jest w ogóle zainteresowane innymi sportami oraz osiągnięciami swoich zawodników. Na przykład, kiedy w ubiegłym roku odbywały się w Niemczech Mistrzostwa Świata w żeglarstwie w klasie Cadet, z Poznania zakwalifikowały się dwie załogi, które zresztą ulokowały się w Mistrzostwach w ścisłych czołówce. Załoga żeńska zajęła zresztą pierwsze miejsce wśród załóg kobiecych, a męska – wśród młodzików. Miasto nie było zainteresowane, aby dołożyć do tego wyjazdu, choćby złotówkę. To tylko przykład, których na pewno znalazłoby się dużo więcej we wszystkich innych dyscyplinach sportowych poza piłką nożną. Ale po co promować zawodników, którzy mają osiągnięcia, jeśli wszystkie pieniądze władowało się w stadion i piłkę nożną, nawet, jeśli tutaj osiągnięciami pochwalić się nie można. Tak działa Poznań – how how.



Sztuka według polityki

izakow2


Sztuka według polityki to tytuł książki Piotra Piotrowskiego, niezwykle jednak adekwatny do tego, co dzieje się ostatnio w polskim świecie artystycznym. Ten ostatni zrobił się bardzo polityczny. Nie jest jednak łatwo rozeznać się w podziałach, obozach i opcjach. Ci, którzy występują z podobnymi żądaniami, stoją po dwóch stronach barykady. Antyneoliberalna krytyka miesza się z teoriami spiskowymi. Prawicowcy chcą zwalczać układ, zaś lewicowi artyści odwołują się wprost do religijnych rytuałów.


Można spróbować to jakoś poukładać. Proponuję więc następujące słowa klucze:


1)      Art-proletariat


Na facebooku krąży obrazek z napisem: „Jestem artystą. To nie znaczy, że pracuję za darmo”. Artyści coraz bardziej dostrzegają systemowy wyzysk, który ich dotyka.



Obywatelskie Forum Sztuki opublikowało odnoszący się do tego problemu komunikat:


"Artystko, Artysto!

 Czy masz ubezpieczenie zdrowotne? Czy odprowadzasz składki emerytalne? Czy twoja praca jest opłacana? Czy masz z czego żyć? Czy spotykasz się z ironicznym uśmiechem, gdy zabierasz głos?

Wszyscy jesteśmy częścią art-proletariatu. Tworzymy sztukę, kreujemy wartości, nie dostając nic w zamian. Obserwujemy, jak sztuka staje się kapitałem symbolicznym w rękach instytucji i polityków. Funkcjonujemy w systemie, który nie bierze pod uwagę naszych potrzeb. Zawalczmy o system, w którym istnieje artysta!."


Co ciekawe, podobne spostrzeżenia pojawiają się jednak również w gronie przeciwników OFS oraz Krytyki Politycznej. Także w tym obozie mówi się o wyzysku artystów, jednakże bardzo często winą za ten wyzysk obarcza się tzw. układ.  

 

2)      Układ


Układ, według niektórych, to właśnie: Krytyka Polityczna, Obywatelskie Forum Sztuki, Anda Rottenberg, Artur Żmijewski i jeszcze parę osób z nimi związanych, którzy, jak piszą The Krasnals, wspierają propagandę skrajnie lewicową oraz utrwalają stereotyp polskiej sztuki: "zaflegmiona inteligencja pod sztandarami Krytyki Politycznej obejmuje przewodnictwo nad resztą społeczeństwa, które wrzucono do wspólnego wora pod hasłem ciemnogród".

Facebook - demokracja czy cenzura? C.D.

izakow2

 

The Krasnals (ich autorstwa obraz powyżej) właśnie donieśli, że zamknięte zostało ich konto na tym właśnie portalu społecznościowym. Wiąże się to z zapisem w regulaminie FB, który zakłada, że konta osobowe mogą mieć tylko osoby, które podają swoje dane. Dlatego też wiele galerii, które dotychczas korzystały z kont osobowych przenosi swoje strony na tzw. funpages. Tyle tylko, że The Krasnals nie są galerią, ani instytucją. Zdecydowanie można ich określić jako twórczy zbiorowy podmiot. I tu powstaje problem, dlaczego taki podmiot nie może mieć swojego osobowego konta?


Inna sprawa, że zamykanie kont odbywa się dość przypadkowo, jak donosi czytelnik dzieje się to na zasadzie donosu, a przede wszystkim - konta są zamykane bez ostrzeżenia i bez jakiegokolwiek wyjaśnienia.


Tak stało się, gdy kilka miesięcy temu FB zamknął stronę Remix.Culture.Share prowadzoną przez gdańską "Kulturę Miejską".  To zresztą ciekawy zbieg okoliczności, że problemy ze swoimi kontami mają między innymi ci, którzy zajmują się kulturowym remixem. The Krasnals to nic innego jak plastyczna konwergencja oraz swoisty anarchizm. Przetwarzają, co tylko możliwe używając do tego przeróżnych dzieł sztuki, zmieniają znaczenia, wykorzystują je na swój użytek. I otwarcie buntują się, między innymi przeciwko artystycznemu establishmentowi i jego obłudzie.


Celnie piszą o usunięciu swojego konta:


„Facebook udowadnia po raz kolejny że demokracja i jej główny element wolność słowa to fikcja. Facebook to syndrom naszych czasów i nowoczesnego sposobu stosowania cenzury. Oficjalna wolność słowa, wypowiedzi ze wszystkich stron jest kontrolowana i odbierana pod przykrywką tworzenia i stosowania precyzyjnie skonstruowanych regulaminów. Na zarzut cenzury Facebook zawsze odpowiada negatywnie”.


Tak, działa to jak paragraf 22. Konto można stracić natychmiast i nie ma możliwości obrony. Czytałam, że zdarzyło się usunięcie kont tylko ze względu na to, że ktoś dopuścił się jakiejś krytyki Facebooka. No cóż, zobaczę, czy ostanie się moje konto… Ale gdyby te informacje o zamykaniu kont za krytykę były prawdziwe, oznaczałoby to, że Facebook jest skrajnie niedemokratyczną strukturą, wobec czego nie zależałoby mi na utrzymaniu mojego konta.  


Oczywiście wraz z popularnością Facebooka (osoby Zuckerberga rozsławionej dodatkowo przez film „Social Network”), pojawia się coraz więcej jego krytyków. Zwykle zwracają oni uwagę na problem dostępności do naszych danych, na to, że stajemy się stale obserwowani (choć oczywiście wszystko zależy od tego, ile będziemy chcieli udostępnić). Inni mówią o pokoleniu Facebooka jako pokoleniu coraz bardziej narcystycznym (skupionym na promocji własnego ja). Niektórzy wskazują na zupełne rozmycie granic między sferą publiczną a prywatną (bo faktycznie Facebook zawiera w sobie elementy jednej i drugiej). Jeszcze inni, jak Kinga Dunin, wskazują, że jesteśmy wykorzystywani jako tania siła robocza.


W listopadzie 2010 roku Dunin pisała: „Zastanowiła mnie informacja zamykająca film, że obecnie Facebook jest wart 25 mld dol.  (…) Kto właściwie tworzy tę wartość? Dlaczego FB jest cokolwiek wart? Jasne, doceńmy twórców tego pomysłu i jego komputerowej aplikacji, to oni stworzyli tę fabrykę. Ale kto w niej pracuje? Jak to kto? Pani, pan, ja - my wszyscy. Za darmola. Zazwyczaj nie rwiemy się do darmowej pracy, a tu proszę: pięć razy dziennie, od świtu prawie bez przerwy, poświęcając życie rodzinne i odpoczynek wypełniamy FB kontentem, dzięki któremu jest on wart tyle, ile jest”.


W „Focusie” z lutego 2011, podana jest informacja, że Facebook został wyceniony na 50 mld dolarów, a więc suma ta wzrosła już dwukrotnie. Świat Zuckerberga porównany jest tu do świata Wielkiego Brata opisanego przez Orwella. Cytowana Beata Stawarz powiada: „Wszelkie działania Facebooka zmierzają do tego, aby była to jedyna słuszna platforma komunikacji na całym świecie. Jeśli dołączymy do tego fakt wykluczenia, którym może skutkować nieobecność na Facebooku, to rzeczywiście można już mówić o tym, że Mark Zuckerberg sprawuje rząd dusz”. Na profilu szkoły, w której pracuję co jakiś czas pojawiała się informacja: „Nie ma cię na Facebooku, nie istniejesz”. Nazwałabym to autodyscyplinowaniem. Ale tak chyba właśnie musieli poczuć się The Krasnals, kiedy zostało usunięte ich konto.  Zauważają oni trzeźwo, że wymaganie od twórcy, który działa anonimowo podawania prawdziwych danych jest absurdalne (na podobnej zasadzie usunięto zresztą profil Kataryny). Pojawia się tu ciekawy lapsus – nie możesz działać jako anonim, nie możesz nie mieć danych ani używać fałszywej tożsamości. Zrywa to z idealistycznym wyobrażeniem internetu, gdzie każdy może być każdym, gdzie realizuje się więc nowy, konstruktywistyczny ideał podmiotu. W przypadku Facebooka mamy zdecydowany powrót do twardej tożsamości.


The Krasnals piszą: „W naszym przypadku jest to żenująca forma cenzury, gdyż wiadomo iż aktywność którą prowadzimy, nie wszystkim wygodna, odbywa się głównie za pośrednictwem Internetu. Odbiera się nam główne narzędzie funkcjonowania”. Jednak przy całej mojej sympatii dla grupy, uważam to stwierdzenie za nieco naiwne. Bowiem nikt nie odbiera ‘nam’ narzędzia, które było ‘nasze’. Przyszliśmy do tej piaskownicy i zaczęliśmy bawić się zabawkami, które tam znaleźliśmy, bo były ładniejsze i łatwiejsze w obsłudze. W gruncie rzeczy my sami decydujemy się na uczestnictwo w tym wirtualnym „świecie”, tym samym wspieramy i przykładamy się do tej pełnej ambiwalencji gry.


Nie do końca zgadzam się z optymistycznymi stwierdzeniami Henry’ego Jenkinsa, nie mogę jednak zgodzić się też z przytoczonymi tu krytykami Facebooka. Mam wrażenie, że w tych stwierdzeniach wciąż coś się wymyka. Może właśnie ucieka z pola widzenia ta niesamowita ambiwalencja, która towarzyszy naszemu uczestnictwu w tej grze. To, co służyć może nie tylko naszej zabawie, autopromocji, ale też poszerzaniu obszarów wolności jest zarazem naszym zniewoleniem. Co więcej – jednego od drugiego oddzielić nie sposób. Przywołując Agambena, można powiedzieć, że stają się one absolutnie nierozróżnialne. To tu rozwija się swoisty stan wyjątkowy, gdzie jednocześnie zyskujemy i tracimy, wyzwalamy się i dajemy się zniewolić, rozwijamy demokrację, jak i jej zaprzeczamy, konstruujemy siebie, jak i utwierdzamy naszą tożsamość, kontrolujemy informacje o sobie i jesteśmy kontrolowani, istniejemy i przestajemy istnieć w rzeczywistości (co ujawnia się choćby w słowach: „Kiedy nie ma cię na facebooku, nie istniejesz”, jakby nie liczył się już żaden inny świat).


Funkcjonujemy w świecie nieustannej kontroli informacji. Dawno temu, bo już w 1979 roku, taką sytuację przewidział Lyotard, wskazując, że wszelkie wysiłki zarówno państw, jak i korporacji będą zmierzały w stronę kontroli informacji, a podstawowym narzędziem będą nowe technologie, przede wszystkim informatyczne. A jednak z tego klinczu należałoby znaleźć jakieś wyjście. Jeśli przestrzeń publiczna jest coraz bardziej zastępowana przez sferę wirtualną, to tutaj musi przenieść się walka o dostęp do niej, tu musi rozwijać się świadomość jej ograniczeń, przy jednoczesnym poszerzaniu pola dostępu. Tu możemy przyczyniać się do poszerzania pola krytyki, do działań społecznie użytecznych (użyteczność to postulat postawiony przed sztuką i teorią krytyczną przez Hala Fostera).


Powinniśmy stać się obywatelami monitorialnymi, jak chce z kolei Jenkins, a więc, jeśli nie jesteśmy w stanie w pełni kontrolować informacji, to powinniśmy umieć je monitorować, oceniać, odnosić się do nich krytycznie, modyfikować i poprawiać. Chodzi więc o rozwinięcie, jak powiada autor „Kultury konwergencji” nowej etyki dzielenia wiedzy, które pozwolą nam deliberować wspólnie. Zamykanie kont na portalach społecznościowych, ograniczanie dostępu do informacji, banowanie niektórych wytworów kulturowych, cenzura z pewnością tej etyce przeczą.


Oczywiście tak wygląda to od strony teoretycznej, ale pozostaje pytanie  – co praktycznie można z tym zrobić?

Polska wojna krzyżowa

izakow2

 

Krzyż został zabrany sprzed Pałacu Prezydenckiego, co nie znaczy, że skończyła się o niego wojna. Obrońcy nie ustaną zapewne w swej walce. Mówiono, że wyrażają oni „głos ludu”, a niektórzy komentatorzy zauważali nawet, że ich akcja jest przykładem budowania społeczeństwa obywatelskiego. Mam, co do tego wątpliwości. Raczej sytuują się oni po stronie fundamentalizmu, katolickiego dżihadu, który nie chce mieć nic wspólnego z demokracją, anektując przestrzeń publiczną własnymi symbolami.

Mało przy tej sprawie mówiło się o przemocy symbolicznej, a także o znaczeniu przestrzeni publicznej, która jest przestrzenią wszystkich, zarówno ludzi wierzących, jak i niewierzących, zwolenników i przeciwników krzyża, a także tych, którym ten problem jest zupełnie obojętny. Ale dlaczego nagle miałyby pojawić się dyskusje o znaczeniu symboli religijnych w przestrzeni publicznej, jeśli w Polsce przyzwyczailiśmy się do sytuacji, że przestrzeń ta nie jest wcale neutralna? Walka o krzyż nie jest moim zdaniem ani efektem polityki PiS-u, ani jakiejś zbiorowej histerii, ani boskich lub szatańskich mocy. Jest to zresztą już kolejna walka, o czym akurat komentatorzy przypominali – krzyże na żwirowisku w Oświęcimiu, proces Doroty Nieznalskiej, krzyże w rękach przeciwników ekologów broniących Rospudy…

Te wojny krzyżowe są według mnie efektem polityki prowadzonej w Polsce od 1989 roku popierającej symboliczną przemoc kościoła. Już w 1990 roku wprowadzono do szkół lekcje religii (z lekcjami etyki są problemy do dzisiaj, po 20 latach!), w roku 1993 pod naciskiem kościoła wprowadzono ustawę zakazującą aborcji. Po 1989 roku krzyże zaczęły wypełniać przestrzeń i instytucje publiczne, krzyż zawisł w sejmie, krzyże wiszą w szpitalach, salach szkolnych, przedszkolach, również w niektórych urzędach. Konstytucyjny rozdział państwa od kościoła jest w zasadzie fikcją.

Jak wobec tego wytłumaczyć, że jeśli krzyże wiszą w tylu instytucjach publicznych, kolejny krzyż nie może stanąć przed Pałacem Prezydenckim? Jaka rządzi tym logika? Osobiście jestem przeciwniczką krzyża przed pałacem, ale uważam, że tak samo krzyże powinny zniknąć z innych instytucji publicznych. Uważam, że są one wyrazem braku poszanowania ludzi niewierzących czy wyznających inne religie, zupełnego nie liczenia się z ich uczuciami.

Z drugiej strony nie uważam, ze przestrzeń publiczna powinna być całkowicie wyczyszczona z jakiejkolwiek symboliki religijnej. Nie nastraja mnie pozytywnie przykład Francji, która domaga się likwidacji wszystkiego, co ma jakiekolwiek odniesienia religijne (w tym przypadku mam jednak wrażenie, że chodzi głownie o religię muzułmańską, której znaki kolą w oczy większość). Pytanie o przestrzeń publiczną oraz miejsce w niej dla symboliki religijnej pozostawiam otwarte, ale chciałabym, żeby to pytanie zostało w Polsce postawione, żeby prowadzono na ten temat dyskusje. A najlepiej, żeby politycy spróbowali zrewidować swoją 20-letnią politykę w kontekście zależności państwo - kościół (na razie głośno mówi o tym jedynie Janusz Palikot, ale razem z Platformą tej sprawy na pewno nie poruszy).

Ciekawa jestem, ile osób oburzonych zachowaniami zwolenników krzyża, widzi ten problem w tym szerszym kontekście? A może po prostu są przeciwnikami krzyża i jego obrońców, gdyż stwarzają oni problem estetyczny?  

A przy okazji kwestii estetycznych drobny przegląd prac i akcji odwołujących się do walki o krzyż.

 

Praca Petera Fussa Cross ukazująca krzyż najeżony gwoźdźmi (jak w pracach niemieckiego artysty Gunthera Ueckera):

 

 

 

 

 

Praca grupy The Krasnals o długim tytule: Obraz surrealistyczny - Sen spowodowany lotem tupolewa wokół Pałacu Prezydenckiego na sekundę przed przebudzeniem - Portret zwykłego Polaka, z cyklu Whielcy Polacy (inspiracje Stasysem, a może Kantorem? To ładny obraz):

Nie można pominąć też street artu, w tym genialnego znaku drogowego:

A także przedziwnej instalacji z misiem na krzyżu, która pojawiła się, podobnie jako powyższy przykład, podczas demonstracji przeciwników krzyża:

I jeszcze ciekawostka:

To fotografia ukazująca członków Komitetu Obrońców Krzyża, przy okazji ich oświadczenia, które wygłaszał ten pan w okularach. Ciekawe, czy kojarzycie tego pana? To jeden ze strażników z Powtórzenia Artura Żmijewskiego.

Od strażnika w eksperymencie więziennym do obrońcy krzyża? A może to kolejna akcja artystyczna?

P.S. Gość Niedzielny pod wpisem o Mediations Biennale przypomniał kuriozalną Uchwałę polskiego Senatu z dnia 4.02.2010, będącą reakcją na wyrok Trybunału Praw Człowieka w Starsburgu dotyczącego własnie krzyży w salach lekcyjnych oraz dyskryminacji niewierzących. W Uchwale napisano m.in. "Krzyż, będący znakiem chrześcijaństwa, na trwałe stał się dla wszystkich Polaków, bez względu na wyznanie, symbolem powszechnie akceptowanych wartości uniwersalnych, a także dążenia do prawdy, sprawiedliwości i wolności naszej Ojczyzny. Biorąc powyższe pod uwagę, wszelkie próby zakazania umieszczania Krzyża w szkołach, szpitalach, urzędach i przestrzeni publicznej w Polsce muszą być poczytane za godzące w naszą tradycję, pamięć i dumę narodową. Apelujemy o zachowanie dystansu wobec wyroku Europejskiego Trybunału Praw Człowieka
w Strasburgu i o poszanowanie Krzyża".

Co wobec tego mają mysleć obrońcy krzyża, jeśli w uchwale polskiego Senatu napisanej przez posłów PO, mowa jest wyraźnie o potrzebie istnienia krzyża w przestrzeni i instytucjach publicznych? Dziwię się, że owa grupka obrońców wywołuje tyle reakcji, natomiast partie takie jak PO, wysyłają tak sprzeczne komunikaty, w dodatku komunikaty, z których również jasno wynika brak podstawowego poszanowania dla demokracji.

Jak napisałam wcześniej obrońcy krzyża może raczej drażnią dlatego, że są problemem "estetycznym", a nie ze względu na głoszone przez siebie poglądy.

© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci