Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

Wpisy otagowane : Europa-Wschodnia

Polska-Rosja 1:1, czyli wokół sprawy Pussy Riot

izakow2

 

Pamiętacie słynny mecz Polaków z Rosjanami podczas Euro? Wynik był remisowy i stał się niebywałym podwodem do dumy dla naszych kibiców. Bo zremisować z Rosją to jak wygrać! Niewątpliwie niechęć do Rosji miesza się z podziwem, ujawniają się polskie kompleksy i sny o potędze, a także przemożna chęć rywalizacji.


 Ale dzieje się tak nie tylko w sporcie. Podobne spostrzeżenia nasuwają się w związku z głośną sprawą Pussy Riot. Trzy członkinie feministycznej punkrockowej grupy (Marija Alochina, Jekatierina Samucewicz i Nadieżda Tołokonnikowa) zostały skazane na dwa lata łagru za rzekome chuligaństwo, jakim miało być przeprowadzenie antyputinowskiego performance w cerkwi Zbawiciela w Moskwie.


 

Wyrok ten jest jawnym zamachem na prawa człowieka. To również potwierdzenie patriarchalnej rosyjskiej władzy i państwowo-kościelnego autorytaryzmu, pokazanie innym, że ta władza jest nietykalna i przestroga dla tych, którzy ważyliby się ją jeszcze krytykować. Może i Putin obnażył przed światem sposób funkcjonowania swego reżimu, ale w Rosji wzmocnił swoją pozycję (również jako obrońca religii), a na tym zależy mu chyba najbardziej.


Ciekawe są komentarze, które pojawiły się w Polsce. Jedni podkreślają barbarzyństwo reżimu Putina i niezrozumienie istoty demokracji. Słusznie, tyle tylko, że pojawia się tu pewne poczucie wyższości, że u nas taka sytuacja nie mogłaby mieć miejsca. Ale czy na pewno?


Czy skazanie Doroty Nieznalskiej w 2003 roku na sześć miesięcy ograniczenia wolności (i uniewinnienie jej dopiero w 2010), czy uznanie przez warszawski sąd Doroty Rabczewskiej winną obrazy uczuć religijnych za wypowiedziane przez nią słowa, że „bardziej wierzy w dinozaury niż w Biblię, gdyż ciężko wierzyć w coś, co spisał jakiś napruty winem i palący jakieś zioła”, czy różnego rodzaju zarzuty o profanację, obrazę uczuć religijnych, niechęć do sztuki problematyzującej pozycję Kościoła nie mają nic wspólnego z przypadkiem Pussy Riot?


Oczywiście skala jest inna, w Polsce kary nie są aż tak bardzo srogie i najczęściej tego rodzaju sprawy kończą się uniewinnieniem. Łączy jednak je ze sprawą Pussy Riot: po pierwsze – tabuizacja wszystkiego, co jest związane z dominującą w państwie religią, po drugie – wzajemne umacnianie autorytetu władzy Kościoła i państwa i po trzecie wreszcie – niezrozumienie, a może raczej brak akceptacji dla istoty demokracji i praw obywatelskich, jakimi są wolność słowa czy wolność tworzenia.  Łączy te sprawy również fakt, że sztuka, kultura alternatywna, a nawet kultura popularna mogą stać się łatwym celem ataków. Są nie do końca zrozumiałe, dziwaczne, niekiedy wulgarne, łatwo więc oskarżyć je o skandalizowanie, chęć prowokacji czy chuligaństwo.


O podobieństwach pomiędzy systemem represji wobec artystów w Polsce i w Rosji pisał Piotr Piotrowski, miedzy innymi w tekście z 2007 roku pt. „Pazurami i dziobem w obronie demokracji” , podkreślając, że „w ‘naszej’ części Europy są tylko dwa takie kraje: Polska i Rosja, a przynajmniej tylko w tych dwóch krajach zapadły wyroki skazujące ludzi związanych ze sztuką” (co ciekawe, nie wiadomo nic o tego rodzaju sprawach na Białorusi). Piotrowski przypomniał sprawę wystawy „Uwaga! Religia”, która miała miejsce w Centrum  Sacharowa w Rosji w 2003 roku. Największe kontrowersje wywołała praca Aleksandra Kosolapova „Coca Cola. Oto krew moja”.


 

Wystawa została zniszczona przez rosyjskich nacjonalistów, a następnie prokuratura, zamiast ścigać chuliganów, wytoczyła akt oskarżenia o bluźnierstwo wobec organizatorów ekspozycji. Zapadł wyrok skazujący, zasądzający po 100 000 rubli grzywny dla Jurija Samodurowa, dyrektora Centrum Praw Człowieka Andrieja Saharowa oraz dla Ludmiły Wasilowskaja, kuratorki Centrum. Sam Kosolapov uniknął kary, gdyż od lat mieszka w Nowym Jorku.


Inna głośna sprawa dotyczyła artystów z grupy Voina (nawiasem mówiąc związanych z Pussy Riot), tworzących antysystemowe akcje. Oleg Vorotnikov i Leonid Nikolaev od listopada 2010 do lutego 2011 przebywali w więzieniu o zaostrzonym rygorze w Sankt-Petersburgu. Zarzucano im chuligaństwo oraz działania motywowane nienawiścią.


To najgłośniejsze ze spraw, których w Rosji było przecież dużo więcej.


Na tym tle wyrok dla Pussy Riot nie powinien być zaskoczeniem, nie stanowi chyba również jakiejś szczególnej cezury, jak twierdzi w ciekawym zresztą wywiadzie Katarzyna Kwiatkowska, znawczyni współczesnej Rosji. Wskazuje ona również, że ich akcja wykorzystywana jest do rozgrywek na linii państwo – Cerkiew, gdyż przede wszystkim przedstawiana jest w mediach jako antyreligijna, a nie antypaństwowa. Mam jednak wrażenie, że ten sposób mówienia o performance Pussy Riot ma przede wszystkim na celu wywołanie społecznego potępienia wobec rosyjskich anarchofeministek, i faktycznie, mówi się o tym, że większość rosyjskiego społeczeństwa popiera wyrok dla dziewczyn z Pussy Riot.


 Piotrowski we wspomnianym tekście pisał również o różnicach między Rosją a Polską: „Polityka Rosji wobec religii, zwłaszcza za czasów prezydentury Władimira Putina, pełna jest koniunkturalizmu. Gesty prezydenta wobec rosyjskiej Cerkwi obliczone są - jak się wydaje - na bezpośredni efekt polityczny. W Polsce problem jest głębszy i wydaje się być związany z (…) ideologicznym [wspierającym światopogląd katolicki] charakterem państwa. Skoro naruszona została zasada rozdziału Kościoła od państwa i państwo wzięło na siebie odpowiedzialność reprezentacji ideologii chrześcijańskiej, to w konsekwencji czuje się ono zapewne powołane do represji wobec tych, którzy nie podzielają tej ideologii i swój sprzeciw manifestują”.


Przykładem tego może być wspomniany już absurdalny wyrok na Dodę, o którym wspominałam również przy okazji sprawy, według mnie niesłusznie zdjętego z anteny, "Porannego WF-u".


Wniosek z tego taki, że należy protestować przeciwko wyrokowi na dziewczyny z Pussy Riot, ale nie można zapominać, jak wyglądają podobne sprawy na własnym podwórku. W tym przypadku mamy bowiem w zasadzie remis.


 

Jeszcze ciekawsze są komentarze tych, którzy popierają wyrok rosyjskiego sądu. Pełen uznania dla tego wyroku jest między innymi poznański senator PO Jan Filip Libicki.

 

W sumie to również mnie specjalnie nie dziwi. Pamiętam Filipa Libickiego z czasów zamieszania wokół spacyfikowanego przez policję w 2005 roku poznańskiego Marszu Równości. Zdjęcia ludzi bitych przez policję obiegły wtedy świat.

 

 

Na przemarsz nie wydał zgody Prezydent Poznania po nagonce przeprowadzonej przez polityków PiS-u przy wtórze przedstawicieli kościoła, zaś najaktywniejsi w atakach oraz kategorycznym żądaniu wydania zakazu marszu (a więc tym samym – żądaniu pogwałcenia konstytucyjnej wolności zgromadzeń) byli Filip Libicki i Witold Tomczak, wtedy członkowie PiS-u, dziś Platformy Obywatelskiej. Niedawno zresztą ta właśnie partia przyczyniła się do wprowadzenia zmian w ustawie o zgromadzeniach, które można także traktować jako ograniczenie wolności obywatelskich.  


Jeśli przedstawiciele partii rządzącej, mieniącej się liberalną (choć wiadomo, że tylko w gospodarce i to w tym najgorszym znaczeniu), tak rozumieją demokrację i prawa obywatelskie, to jestem przekonana, że gdyby Pussy Riot zrobiły podobny performance w Polsce (np. przeciwko zakazowi aborcji), to skończyłoby się tak samo.


I znowu mamy remis: Polska – Rosja 1:1


P.S. Warto więc zastanawiać się nad problemem wolności obywatelskich nie tylko w Rosji, ale także w Polsce, nad kwestią nadużywania represji, zakazów i cenzury, sądzenia artystów, zamykania wystaw czy zdejmowania programów z anteny, gdyż tego rodzaju działania służą tylko i wyłącznie umacnianiu władzy. A kwestia wolności obywatelskich to sprawa nas wszystkich.

Czytając płeć Europy Wschodniej

izakow2

 

W ramach projektu Gender Check został wydany reader pod redakcją Bojany Pejić z tekstami na temat sztuki, gender i teorii w Europie Wschodniej. Podstawowy problem podniesiony przez cały ten projekt odnosi się do niewidzialności prac artystycznych z Europy Wschodniej w opracowaniach dotyczących płci i sztuki wydawanych na Zachodzie, ale również na organizowanych tam wystawach. Pisała o tym Bojana Pejić w tekście zamieszczonym w poprzednim numerze „Artmixa”, Dlaczego feminizm zrobił się nagle taki sexy?.


 

Reader Gender Check: A Reader. Art and Theory in Eastern Europe  został zaprezentowany w Wiedniu podczas Sympozjum Gender Check – Narratives and Exhibition Practices (19-20.11.b.r.). Teksty takich autorek i autorów jak Ewa Franus, Edit Andras, Piotr Piotrowski, Martina Pachmanova, Katrin Kivimaa, Suzana Milevska, Maria Vassileva, Laima Kreivyte i innych zamieszczone są w następujących rozdziałach: Reading the Socialist Iconosphere, Gendering Modernism, Politics of Representation after the Wall, Democracy and its Contents, Situated Knowledges and Feminist Practices. Uzupełnieniem tego jest obszerna bibliografia dotycząca kultury wizualnej w kontekście gender w poszczególnych krajach opracowana przez poszczególne badaczki i badaczy, a uporządkowana przez Marę Traumane.

Teksty te wskazują na krzyżowanie się różnych systemów opresji: komunizmu i specyficznej, ale też różnorodnej sytuacji sztuki w tej części Europy, gdzie obowiązywał albo socrealizm, albo też jego miejsce zajmowała sztuka formalistyczna; dyskryminacji dotyczącej kobiet przy głoszonym w tych krajach postulacie równouprawnienia, a w szczególności wskazują na dyskryminację kobiet artystek. Teksty te podkreślają również znaczenie feminizmu jako z jednej strony dyskursu pozwalającego na wypowiedzenie swoich doświadczeń i zwrócenie uwagi na sytuację kobiet, ale z drugiej strony jako dyskursu dokonującego swoistej kolonizacji, będącego swoistą matrycą interpretacyjną, nie pozwalającą na zobaczenie problemów, które w zachodnich opracowaniach były nieobecne. Dlatego zresztą pokazują one potrzebę wypracowania własnego dyskursu feministycznego. Warto też zaznaczyć, że feminizm w krajach naszej części Europy widziany był niemal wszędzie jako zagrożenie, co ciekawe, albo opisywany był jako przejaw zdegenerowanej zachodniej burżuazyjnej kultury, albo jako wytwór zdegenerowanej zachodniej lewicy. Jak udowadnia Martina Pachmanova, jesteśmy wciąż „pomiędzy”: „‘szara strefa Europy’, jak czasem nazywa się Europę Wschodnią nie jest ani wewnątrz, ani na zewnątrz. Jest pomiędzy, a podobnie dwuznaczna jest pozycja teoretyczek feminizmu i sztuki z krajów byłego bloku wschodniego na wyobrażonej mapie globalnych feminimów. Doświadczające nieufności, a czasem nawet nienawiści i ostracyzmu we własnych krajach są podwójnie marginalizowane”.

Chodzi więc o możliwość spojrzenia na sztukę Europy Wschodniej z uwzględnieniem płciowej specyfiki, możliwość wypowiedzenia się o sobie samych (wiele feministek stąd ma wrażenie, że w zachodnich opracowaniach, które odnoszą się do sytuacji Europy Wschodniej, mówi się „za nas”), ale chodzi również o możliwość przełamania dominacji zachodnich wzorców teoretycznych (choć oczywiście paradoksem pozostaje, że wspólnym językiem, a więc językiem tego opracowania jest oczywiście angielski). Maria Wassilewa z Bułgarii podczas spotkania przy okazji wystawy w Warszawie zwróciła uwagę, że jesteśmy wciąż zmuszone, aby tłumaczyć – tłumaczyć zachodnie teksty na swój język, tłumaczyć nasze teksty na angielski, tłumaczyć innym swoje doświadczenie, tłumaczyć się z feminizmu albo z jego braku czy z jego niezrozumienia, niekiedy też z niedostatecznego feminizmu (kiedy np. dostrzegamy wyzwalający urok kultury konsumpcyjnej…) i to spostrzeżenie wydaje się również kluczowe dla praktyczek i teoretyczek zajmujących się feminizmem.

Można również mówić o lekceważeniu – doświadczenie kobiet w Europie Wschodniej zostało zlekceważone, lekceważąco były traktowane artystki stąd (nie do końca zrozumiane i w końcu rozczarowane feminizmem), wreszcie lekceważona jest potrzeba znalezienia własnego miejsca do mówienia o sztuce Europy Wschodniej w kontekście feminizmu (najczęściej powtarzanym zarzutem jest bowiem – czy te problemy są w ogóle jeszcze ważne i interesujące?).

Z drugiej strony pojawia się niebezpieczeństwo, że feminizm zmienia się po prostu w styl artystyczny, o czym mówiła Martina Pachmanova w komentarzu do niezbyt ciekawego wykładu Amelii Jones. Zastanawiające jest bowiem, czy sztuka faktycznie może działać, czy może być wciąż obszarem społecznej krytyki? Czy radykalna sztuka feministyczna ma szanse rozwoju w naszych krajach w kontekście dominacji sytuacji rynkowej?

Oczywiście wystawa Gender Check, jak i cały projekt spotkały się też z krytyką, jako, że inicjatorem projektu był zachodni bank, zarzucano więc ekspozycji, że wpisuje się w neoliberalny dyskurs. Powierzchownie wyrażana krytyka neoliberalizmu nie dotykała jednak bardzo podstawowego problemu – najbardziej wykorzystywane przez system neoliberalny są kobiety pracujące dla korporacji nie tylko w Azji czy Ameryce Południowej, ale również tutaj, w krajach wschodnich (dość wspomnieć przypadek kasjerek z Biedronek, które zmuszone były do zakładania pampersów, nie mogąc odejść od kas). Na nowe formy opresji nakładają się inne problemy – konserwatyzm i nacjonalizmy w części krajów Europy Wschodniej, reżimy (jak reżim Łukaszenki na Białorusi), powojenna trauma w krajach byłej Jugosławii, zakaz aborcji w Polsce, kobiety żyjące na skraju nędzy zmuszane do prostytucji czy stające się obiektem handlu kobietami, homofobia w krajach byłej Jugosławii oraz w Polsce, bezrobocie i przemoc dotykająca w większości kobiety. Problemem jest, jak zauważyła Bojana Pejić, w jaki sposób budować krytykę neoliberalizmu, kultury konsumpcyjnej czy szerzej kapitalizmu, które krytykowane są przecież również z pozycji nacjonalistycznych. Jak przekonać do krytyki globalizmu kobiety, które żyją w krajach nacjonalistycznych (chodzi np. o Serbię), zamkniętych przecież na globalną kulturę, gdzie największym zagrożeniem dla wolności kobiet są dyskursy prawicowe?

Można powtórzyć za Bojaną, że przede wszystkim potrzebna jest feministyczna krytyka pozwalająca sproblematyzować kwestie doświadczenia kobiet w tej części Europy, zobaczyć podobieństwa, jak i różnice pomiędzy poszczególnymi krajami, ale także pomiędzy kobietami pochodzącymi z różnych grup społecznych. Krytyka taka daje też możliwość sproblematyzowania samej kultury (choćby powtarzanego tu wciąż jeszcze obiegowego przekonania, że sztuka nie ma płci), zaś tego rodzaju projekty, mogą na pewne problemy zwrócić uwagę, otworzyć, zmusić do dyskusji. Zwłaszcza, że, jak sądzę, kręgi feministyczne czy queerowe w poszczególnych krajach pozostają wciąż raczej zamknięte na podobne doświadczenia feministek z sąsiednich krajów. Wciąż mamy kompleks Zachodu, wydaje się, że zachodnie feministyczne teoretyczki są od nas lepsze, tymczasem, nie znają one ani naszych doświadczeń, ani też nie zawsze są w stanie zaprezentować coś ożywczego. Można mówić o „zapatrzeniu w Zachód”, które również wśród samych feministek z tej części Europy powinno zostać poddane krytyce.

 

Gender Europy Wschodniej

izakow2

Po dość długiej nieobecności w przestrzeni wirtualnej, mam przyjemność zaanonsować nowy numer "Artmixa" pt. "Gender Europy Wschodniej".

Wojciech Fangor, Postacie, 1950


Spis treści:


Wściekłość Bojany Pejić; wywiad przy okazji wystawy Gender Check w warszawskiej Zachęcie
Anger of Bojana Pejić. An interview by the occasion of Gender Check Exhibition at the Warsaw's Zacheta Gallery
Bojana Pejić, Dlaczego feminizm zrobił się nagle taki "sexy"?
Izabela Kowalczyk, Ambiwalentne piękno
Katarzyna Pabijanek, Czy artystka, która nie mówi po angielsku, nie jest artystką?
Katrin Kivimaa, Opowieści o "paskudnej dziewczynie". Cyberfeminizm, Transnacjonalizm i Techno-śmiech w sztuce Mare Tralli
Katrin Kivimaa, Stories of a 'Disgusting Girl': Cyberfeminist and Trans/National, Techno-Laughter in Mare Tralla's Art
Ivana Bago, Re: Re: Re: Re: Re: Subversive Repetition and Its Consequences
Igor Siemionowicz Kon, Nagość w malarstwie rosyjskim
Paweł Leszkowicz, Sztuka gejowska?! Chłopcy z tamtych lat
Radosław Kosiada rozmawa z Pawłem Leszkowiczem, Nie cała sztuka jest queer


Aktualny numer odnosi się do wystawy Gender Check. Femininity and Masculinity in the Art of Eastern Europe, która miała miejsce w MUMOK w Wiedniu (13.11.2009 - 14.02.2010), a następnie w Galerii Sztuki Współczesnej Zachęta w Warszawie (19.03 - 13.06.2010).


Wystawa była wydarzeniem wyjątkowym, ponieważ żadna inna ekspozycja nie pytała dotychczas o reprezentacje płci w sztuce krajów Europy Środkowej i Wschodniej. Gender Check ujmowała kwestie płci w szerokim kontekście - od socrealizmu po czasy współczesne. W ekspozycji podjęte zostały problemy konstrukcji kobiecości i męskości w czasach socjalizmu oraz mechanizmów oporu wobec różnych rodzajów zniewolenia, dekonstrukcji płci, feminizmu. Wystawa prowokowała do pytań o różne rodzaje zniewolenia: o dyskryminację ze względu na płeć, o ograniczenia wolności w systemie komunistycznym, ale również o nowe ograniczenia, które pojawiły się w tych krajach po 1989 roku, a więc paradoksalnie - po odzyskaniu wolności. Zwracała też uwagę na specyficzny zachodni (auto)kolonializm, na zapatrzenie artystek i artystów w Zachód, korzystanie przez nich z zachodnich wzorców, w tym - odwoływanie się do zachodniego feminizmu. Tym samym prowokowała dalsze pytania - o możliwość wypracowania własnych teorii oraz własnych metodologii badania tej sztuki.


Ekspozycja stworzona przez Bojanę Pejić przy udziale 26 badaczy i badaczek z poszczególnych krajów przedstawiała pluralistyczny obraz sztuki Europy Wschodniej. Poszczególni badacze wnosili bowiem swoje własne spojrzenie na prezentowaną sztukę. Ponadto wystawa przełamywała niewidzialność tego, co bliskie, ale jednocześnie nieznane. Paradoksalnie, dla rodzimych badaczek zajmujących się kwestiami płci zachodnia sztuka feministyczna wciąż pozostaje bardziej znana niż sztuka tworzona u naszych wschodnich i południowych sąsiadów. Ta wystawa może być więc przełomem w badaniach problematyki reprezentacji płci w sztuce Europy Środkowej, zmusza bowiem do przyjrzenia się pracom już nie w kontekście porównań ze sztuką powstającą na Zachodzie, ale w kontekście wzajemnych związków pomiędzy pracami stworzonymi w krajach znajdujących się w "gorszej" części Europy. Może ona również być ważnym impulsem do dyskusji na temat feminizmu w Europie Wschodniej, nad koniecznością włączenia kategorii geograficznych (przestrzennych) do feministycznych rozważań. 


Dlatego też proponujemy namysł nad sztuką i problematyką płci (gender) Europy Wschodniej. Mamy nadzieję, że ten numer Artmixa - tak jak cała wystawa - zachęci odbiorców do zapoznania się z feministycznymi analizami sztuki autorstwa środkowoeuropejskich krytyczek, których spostrzeżenia są często dużo bardziej adekwatne do opisywania zachodzących u nas zjawiska artystycznych i społeczno-politycznych niż analizy zachodnich badaczek.


Na początku zapraszamy do lektury wywiadu, które przeprowadziłyśmy z Bojaną Pejić, kuratorką Gender Check tuż po otwarciu wystawy w Zachęcie. Ważnym uzupełnieniem wywiadu jest tekst, który Pejić napisała trzy lata wcześniej, pod tytułem "Sexy Feminism", zastanawiając się nad zjawiskiem popularności feminizmu w świecie artystycznym, przy ciągłym ignorowaniu sztuki Europy Wschodniej. Do wystawy odnoszą się również teksty Izabeli Kowalczyk (która zastanawia się, czy pojęcie piękna można potraktować jako kategorię krytyczną w odniesieniu do skomplikowanej sytuacji kobiet żyjących w komunistycznych krajach europy Wschodniej), Katrin Kivimaa (o sztuce Mare Tralla), Ivany Bago (o twórczości Sandry Sterle) oraz Katarzyny Pabijanek o wybranych artystkach z byłej Jugosławii. Wszystkie te teksty wskazują w zasadzie na specyficzne ulokowanie artystek z Europy Wschodniej - pomiędzy dyskursem sztuki uniwersalnej (tu: zachodniej) a specyfiką lokalną (która zarazem wciąż traktowana jest jako marginalna. Tę specyfikę ukazuje również tekst Igora Semionowicza Kona dotyczący nagości w malarstwie rosyjskim. Tym samym teksty te prowokują do pytań o naszą wschodnią g-lokalność, ale zarazem o wewnętrzne różnice pomiędzy sztuką tworzoną w poszczególnych krajach.


W czerwcu 2010 r. w Warszawie (w Muzeum Narodowym) odbyła się też inna ważna - i głośno komentowana - wystawa: Ars homo erotica. W tym numerze Artmixa prezentujemy tekst jej kuratora, Pawła Leszkowicza, "Sztuka gejowska?! Chłopcy z tamtych lat" będącą fragmentem jego nowej książki Art Pride. Polska Sztuka Gejowska oraz rozmowę, którą przeprowadził z nim Radosław Kosiada, "Nie cała sztuka jest queer".


Ciekawe, że wspólnym kontekstem ideologicznym tekstów o kwestiach genderowych i queerowych w sztuce jest polityczność sztuki - także tej, która otwarcie zaprzecza swojemu zaangażowaniu. W post-politycznym świecie, jak w swoich tekstach dowodzą B. Pejić i P. Leszkowicz, każdy komunikat artystyczny może nabrać znaczenia politycznego. Ten kontekst wydaje się szczególnie ważny dla omawiania problematyki gender i queer w Europie Wschodniej, które tym samym pozostają wciąż jednymi z ważniejszych teorii krytycznych we współczesnej humanistyce.


W imieniu redakcji zapraszam do czytania i komentowania!

Kłączenie feminizmu

izakow2

W związku z dylematami, o których pisałam w poprzednim wpisie o potrzebie badań dotyczących "gender" i Europy Wschodniej oraz problemie ciągłego zamykania się na naszym własnym podwórku, Ala zaproponowała mi rozwijanie własnych studiów. Niby racja. Brakuje Ci czegoś - zrób to! Ale z drugiej strony, nie czuję się żadną "siłaczką". Może też dałoby radę zrobić to od innej strony, a więc tworzenia platform, a także linkowania, sieciowania, kłączenia.


Mówiąc o Europie Wschodniej (w zasadzie to pojęcie tak, jak i gender jest passe), myślę też o kwestii geografii kulturowej czy artystycznej, o potrzebie połączenia tych dwóch perspektyw - geograficznej i genderowej.


Próbą stworzenia czegoś takiego w odniesieniu do sztuki współczesnej jest nowy sieciowy projekt: GenderArtNet.


Ciekawy jest też projekt grassrootsfeminism, tworzący platformę dla różnych feministycznych działań, wydarzeń, sztuki oraz mediów.


I trochę autoreklamy: na tej stronie jest też wywiad ze mną - o "Artmixie", dylematach związanych z feminizmem, o potrzebie różnych feminizmów, jak również troszkę o tym blogu: Artmix: The advantage of a diversity of feminisms. Iza Kowalczyk, the editor of the net-magazine Artmix, in conversation with Rosa Reitsamer. Właściwie to wyjaśniam tam też, dlaczego nie chcę być siłaczką ;-)

Gender Check - łyżka dziegciu

izakow2

Najpierw sprostowanie: pracy Olega Kulika (mojej ulubionej!), którą reprodukowałam w poprzednim wpisie na wystawie warszawskiej nie ma (o ile mnie pamięć nie myli, była ona lata temu wystawiana gdzieś w Polsce, chyba w CSW). Ten brak nie jest winą Zachęty, ale ogromnych kosztów, które wiązałyby się z pozostawieniem części prac z kolekcji rosyjskich (tak przynajmniej tłumaczyła mi Bojana Pejić). W efekcie reprezentacja rosyjska na wystawie „Gender Check” została uszczuplona.


Napisać muszę o swojej dość niekomfortowej sytuacji, a mianowicie o tym, że nie mam zbyt wiele do napisania i do pokazania. Na konferencji prasowej nie byłam, bo o niej nie wiedziałam, zdjęć nie robiłam, bo nie wzięłam z domu karty pamięci. Poprosiłam o materiały prasowe, otrzymałam gazetkę, którą, jak sądzę, powinni otrzymywać wszyscy widzowie przychodzący na wystawę.


Nawet wystawy nie obejrzałam ze spokojem, bo ktoś w dobrej wierze wrobił mnie w pracę za friko. Wiem, że się narażę, ale w końcu krytycy są po to, żeby krytykować i się narażać. Głupio, co prawda krytykować wystawę, którą się współtworzyło i w dodatku, która tak bardzo się podoba!


Uważam jednak, że ta wystawa przerosła Zachętę, a przede wszystkim z trudem się w niej zmieściła. Brakuje oddechu, przestrzeni, takiego wyeksponowania prac, aby można było spojrzeć na nie z perspektywy, z oddalenia. Obcięłabym tę ekspozycję o 1/3 prac. Przez to nagromadzenie, traci się możliwość zobaczenia związków formalnych między pracami, gry formalnej, którą wydawały się ze sobą prowadzić w wiedeńskim MUMOK. Oczywiście, jest to moja subiektywna opinia, aranżacja Roberta Rumasa wcale nie jest zła, właściwie dokonał on rzeczy niemożliwych. Wiele osób mówiło mi, że niektóre prace są tutaj zdecydowanie lepiej wyeksponowane niż w Wiedniu. Faktycznie, są miejsca, gdzie widać relacje między poszczególnymi pracami, bardzo dobry jest dół. Ale praca wideo „na wejściu” niczego nie wyjaśnia w zasadzie dotycząc innej nieco, choć też ważnej, problematyki, bo związków między chrześcijaństwem a islamem. Właściwie wystawa zaczyna się na piętrze, po lewej stronie. Tam wisi obraz Fangora Postacie, który otwierał też ekspozycję wiedeńską. Tyle, że tutaj, ze względu na specyficzną architekturę tego budynku, nie jest już wyeksponowany „na wejściu”. Mam wrażenie, że widzowie mogą się tu dość łatwo pogubić. Innych rzeczy również żal. Znakomity, ale wielkich rozmiarów, obraz Einsemkeit Sobczyka i Modzelewskiego pokazywany jest tak, że nie sposób zobaczyć go w całości. Praca Sejli Kamerić, Bośniacka dziewczyna ma tu bardziej formę plakatową, ale przez to nie stajemy z dziewczyną twarzą w twarz i nie ma już tego niesamowitego wrażenia, od którego ciarki przechodziły po plecach. Jest, co prawda lepsza wersja On i ona Barbary Falender – epoksydowa. Z tym wiąże się ciekawa historia, bo ja od początku upierałam się przy wersji epoksydowej, a nie z brązu, ale okazało się, że praca spoczywająca gdzieś w piwnicy, została porządnie nadgryziona przez ząb czasu. Barbara Falender napisała jednak do mnie niedawno, że teraz decyduje się na wersję epoksydową. Po prawdzie praca nie jest zbyt zniszczona, ale jest przede wszystkim bardzo cielesna, a jak każde ciało, uległa pewnej destrukcji...


Inna sprawa, że wystawa już wywołała pewne kontrowersje. W sobotniej lokalnej „Wyborczej” krótki tekst informował o tym, że panów na wystawie zbyt wielu nie ma (co nie jest prawdą), a powodem tego zapewne jest to, że Muzeum Ludwiga i Zachęta zdominowane są przez kobiety. Kobiety powinny w zasadzie czuć się winne, że są na wystawie liczniej reprezentowane. Stąd już krok do argumentów, że sztuka jest wyrazem nerwicy współczesnych kobiet, które nie są w stanie zrozumieć męskiego pierwiastka (który to komentarz pojawił się na moim blogu pod poprzednim wpisem), a można iść jeszcze dalej i zapodać coś na temat obrzękniętych mózgów kobiet przed miesiączką. Ciekawe zresztą, że „Wyborcza” z jednej strony wyśmiewa takie argumenty ale z drugiej puszczając oko do niewiadomo kogo, prezentuje bardzo podobne.


Inne kontrowersje dotyczą wyborów poszczególnych artystów i artystek (bardziej zresztą artystek). Ponoć niektóre polskie artystki, które nie są prezentowane na wystawie mają do mnie duży żal. Dorota Jarecka w „Wyborczej” zarzuca mi, oczywiście nie wprost, brak Doroty Nieznalskiej. Trudno jest zauważyć recenzentce, jak i innym malkontentom, że Polska jest na tej wystawie wręcz nadreprezentowana, ale, jak widać, nie umiemy zauważyć czegoś więcej poza końcem swojego nosa. Jest to wystawa historyczna dotycząca sztuki po 1945 roku i nie tyle dotyczy sztuki feministycznej, ile pyta o wspólne doświadczenia życia i opresji płci w tzw. „demoludach”, próbuje zreinterpretować i ugenderowić naszą, Europy Wschodniej, historię. A z drugiej strony wskazuje też na wewnętrzne zróżnicowanie, pyta o konstrukcję bytu określanego jako Europa Wschodnia. Pojawia się tu również problem zmiany relacji płci w związku z transformacjami ustrojowymi, ale jest to już jakby otwarcie nowego rozdziału w sztuce. Zresztą uważam, że najlepiej byłoby, gdyby wystawa zamykała się na roku 1989. Byliśmy z Piotrem Piotrowskim też doradcami przy tej wystawie proponując właśnie taką opcję, ale przeważyła opcja pokazania również prac bardziej współczesnych. Dla mnie jednak wciąż ta wystawa ma przede wszystkim wartość historyczną.


Największa zaletą ekspozycji jest to, że możemy zobaczyć, co działo się w tym samym czasie u naszych wschodnich czy południowych sąsiadów. Daje do możliwość wyjścia poza ciągłe odnoszenie i porównywanie naszej sztuki z tym, co na Zachodzie. Okazuje się, że w odniesieniu do sztuki krajów Europy Wschodniej istnieje wiele, bardziej niejednoznacznych, ale ciekawszych kontekstów.


Boję się jednak, że trochę została u nas zmarnowana szansa na zbadanie tych kontekstów. Zachęcie udało się znakomicie spotkanie wokół Postaci Fangora. Sam Fangor, trochę ubarwiając, trochę udając, że nie wie, o co chodzi fantastycznie wszedł w dialog z historyczkami sztuki interpretującymi jego obraz. Dialog był naprawdę przedni.


Tyle tylko, że to znowu nasz polski artysta i nasza polska historia sztuki. Zastanawiam się, czy nas w ogóle obchodzi to, co działo się w innych krajach, czy jesteśmy ciekawe/ciekawi kontekstów tamtej sztuki (np. socrealizmu, który w niektórych krajach skończył się dopiero w 1989), czy interesuje nas, jak konstruowana była płeć, klasa, sfera pracy i sfera prywatna w innych krajach tzw. bloku wschodniego, co działo się np. w DDR, w byłej Jugosławii, w byłych republikach ZSRR: Estonii, Litwie, Łotwie, itd.


Ja zawsze odczuwam wstyd spotykając się z badaczkami czy badaczami z innych krajów Europy Wschodniej, bo okazuje się, że nasza sztuka jest na wschodzie dobrze znana, ale niestety bez wzajemności z naszej strony. W pewnym sensie Polska z czasów komunizmu z jej otwartością, awangardą i zapatrzeniem w Zachód na tle innych krajów ma pozycję... nieco kolonizatorską. Czy to może się zmienić? Miałam duże nadzieje, że ta wystawa może do takiej zmiany się przyczynić. Ale zaglądam do programu wykładów i spotkań towarzyszących wystawie: polski teatr, kino, polska sztuka gender, nasze problemy, nasza niewinność... Nasz mały zamknięty świat i znowu odczuwam ten wstyd i właściwie myślę sobie, że może sposobem na rozwiązanie problemu przeładowania tej wystawy byłoby usunięcie jej polskiej części...


Dla porównania wgląd w wersję wiedeńską:

 

 



© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci