Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

Wpisy otagowane : Obieg

O krytyce zaangażowanej

izakow2

 

Podczas niedawnego zamieszania dotyczącego tekstu Karoliny Plinty na temat wystawy Roberta Maciejuka i Honzy Zamojskiego "Góra i dół", w którym szczególnie oberwało się temu ostatniemu, jak bumerang powrócił problem kryzysu polskiej krytyki artystycznej.


Honza nie wytrzymał i wysłał do redakcji „Szumu” list, w którym zarzuca Plincie operowanie stereotypami, sprowadzającymi Czechów do piwa, knedliczków i prymitywnego humoru. O głębszą analizę pokusił się Iwo Zmyślony zauważając, że poziom tekstu Plinty dorównuje bluzgom rzucanym niegdyś pod adresem Hasiora przez oburzonych widzów wystawy, a problem z tego rodzaju krytyką polega na kompletnej ignorancji oraz banalizacji sztuki, zwłaszcza, że stwierdzenia o złej sztuce nie są tu uzasadnione argumentami merytorycznymi.


Nie mam jednak zamiaru odnosić się do tej dyskusji, ani wnikać w intencje Karoliny Plinty (nie bardzo wiem zresztą, o co w ogóle chodziło w jej tekście), chcę natomiast zapytać o to, co w ogóle stało się z krytyką?


To pytanie było już podnoszone wielokrotnie, w ostatnim czasie pisali na ten temat między innymi: Magda Ujma - o bezbrzeżnej nudzie krytyki, Dorota Łagodzka - o jej jałowości, Jakub Banasiak - o archipelagizacji i wirtualizacji czy wspomniany już Iwo Zmyślony. Ten ostatni, przywołując Adorna, który postrzegał filozofię jako krytykę, zaproponował, aby traktować krytykę jako filozofię – „tylko tą drogą możemy stawić czoła własnym ograniczeniom, zachwiać dyskursem od wewnątrz, przełamać myślowe nawyki, wyruszyć na poszukiwania nowego paradygmatu”. To piękne założenie, pytanie tylko, czy ten postulat ma szansę sprawdzić się w naszym – lokalnym kontekście, gdzie sztuce towarzyszą powszechne niezrozumienie i abnegacja. Prace artystyczne traktowane są najczęściej jako wybryki zblazowanych artystów. Sztuka nie jest doceniana jako obszar rozwijania wyobraźni, nie docenia się też jej roli dla demokracji. A przecież pokazuje ona różne punkty widzenia, wydobywa różnorodność poglądów, a zarazem uczy nas „jak różnić się pięknie”, ale też zwraca uwagę na trudne problemy społeczne (można tu wspomnieć choćby wystawę zorganizowanej przez Monikę Weychert Waluszko „Domy srebrne jak namioty”, która stała się też znakomitą okazja do rozmowy na temat polskich Romów).

 

To właśnie niezrozumienie istoty demokracji, a może wręcz niechęć do niej każe prezesowi Kaczyńskiemu dzielić sztukę na dobrą i złą – destrukcyjną. Jeśli wskazał on, że miejscem dla tej ostatniej powinien być tylko obieg prywatny, to oznacza to zapowiedź zrobienia porządku ze sztuką niepokorną.


Ale tego rodzaju ignorancja pojawia się nawet wśród osób zajmujących się sztuką. Dużo do myślenia dały mi prace zaliczeniowe, które zadałam studentom jednej z uczelni artystycznej. Postawiłam dość proste pytanie: czy wiedza o sztuce współczesnej jest potrzebna dla twojej praktyki artystycznej? Odpowiedzi były oczywiście w przeważającej części twierdzące, ale wielu studentów i studentek pisało o tym, że sztuki współczesnej nie rozumieją, że denerwuje ich twórczość, która wymaga dodatkowych komentarzy, bo bez nich nie są w stanie o współczesnych pracach nic powiedzieć, niektórzy pisali też, że sztuka ich bulwersuje. Natomiast podczas zajęć okazało się, że nikt nie nauczył ich do tej pory (a byli to już słuchacze studiów magisterskich) analitycznego patrzenia na sztukę oraz jej interpretacji. Można powiedzieć: patrzyli i nie wiedzieli, co widzą. Zgadzam się z konstatacjami m.in. Krzysztofa Pomiana, który pisał o tym, że nasze społeczeństwo cechuje analfabetyzm wizualny. Wracając w tym miejscu do postulatu Iwo Zmyślonego – można odpowiedzieć – niestety, ale temu analfabetyzmowi nie zaradzi krytyka jako filozofia. Czy nie dlatego teksty krytyczne nie są czytane, bo są właśnie zbyt filozoficzne, zbyt trudne, zbyt hermetyczne? Może więc należałoby zejść z wyżyn naszych uczonych mikroświatów i wrócić do podstawowych założeń krytyki, jakimi są: tłumaczenie, próba przekładu języka wizualnego na język werbalny, wyjaśnianie, interpretacja, ocenianie. Może więc przede wszystkim powinna ona umożliwić „zobaczenie” pracy artystycznej, a dokładnie – „zobaczenie ze zrozumieniem”. Świetnym pomysłem na realizację tego postulatu był projekt Karoliny Breguły "Biuro tłumaczeń sztuki" .


Oczywiście pytanie pozostaje otwarte, kto, w jaki sposób i przede wszystkim gdzie - na łamach prasy?, w internecie? - ma się tym zajmować? Jak zainteresować czy przyciągnąć odbiorców do sztuki?

 

Warto zastanowić się na początek, jak wygląda dzisiaj rynek pism artystycznych? Swoistym tłumaczeniem sztuki zajmują się wciąż autorzy i autorki publikujący w „Obiegu”, dobre teksty pojawiają się od czasu do czasu w "Dwutygodniku", w „Szumie” jest misz-masz, trochę tekstów i ciekawych dyskusji, a poza tym sporo krótkich notek i fotek, które niczemu nie służą, „Exit” przestał wychodzić, „Arteon” stał się przyczółkiem poglądów na sztukę wyrażonych przez wspomnianego tu Jarosława Kaczyńskiego, „Magazyn Sztuki” ponoć się reaktywował, jest jednak bardzo niszowy.

 

Blogi o sztuce również zamierają. Nim zaczęłam pisać ten tekst, zajrzałam do blogów podlinkowanych do „Obiegu”: większość ostatnich wpisów to listopad lub grudzień 2013, blog „Art Addict” jest rekordzistą – ostatni wpis pochodzi z 29.08.2011 roku. Nie lepsze są „Art Aktualia”  - 8 sierpnia 2012, a tytuł blogu zakrawa w tym kontekście na kpinę. „Blog on Tour" skończył swoje wpisy na relacji z ostatniego Biennale w Wenecji. Aktualny i zmieniany jest tylko blog Wojtka Wilczyka, ale ten nie jest związany z krytyką artystyczną.

 

Nie podlinkowano tu niestety aktualnego i ciekawego blogu „chill-art” ani blogu, który stanowi przykład krytyki zaangażowanej, Doroty Łagodzkiej „Nie-zła sztuka”. Swoją drogą przyglądając się temu ostatniemu, można zauważyć, że autorka pisze o wielu interesujących problemach związanych ze sztuką (np. o dziecięcym artywizmie czy szympansim konkursie malarskim), ale zaczyna coraz częściej omijać szerokim łukiem sztukę profesjonalną. Ja sama publikując notki poświęcone wyłącznie sztuce, mam wrażenie, że nikt ich nie czyta, no może poza jednym Gościem Niedzielnym. Natomiast, kiedy zajmuję się takimi kwestiami, jak gender czy akcje przeciwko przemocy wobec kobiet, od razu zainteresowanie wzrasta – pojawia się mnóstwo polubień i komentarzy. Dużym zainteresowaniem cieszyły się też wpisy o zamieszaniu wokół Arsenału, który w końcu ma zostać przejęty przez Piotra Bernatowicza, który też wie, jaka sztuka jest dobra, a jaka zła. Symptomatyczne jest to, co napisała jakiś czas temu na swoim blogu Magda Ujma, że nie chce jej się pisać o wystawach, bo nikogo to już nie interesuje, może więc należałoby zacząć pisać na tematy niezwiązane ze sztuką. Można przypuszczać, że wspomniane tu blogi umarły śmiercią naturalną, bo ich autorzy i autorki doszli do smutnych konstatacji, że nikt już ich nie czyta...


Wnioski z tego nasuwają się dwa – po pierwsze to potrzeba wspomnianego tłumaczenia sztuki, swoistej pracy u podstaw, której nigdy dosyć, ale po drugie – to potrzeba krytyki zaangażowanej, etycznej oraz świadomej swego celu. Iwo Zmyślony na wyrost pisze o tym, że wyczerpał się dyskurs emancypacyjny. Jeśli chodzi o polską krytykę artystyczną, to nie sądzę, żeby można było ją określić jako „emancypacyjną” (to słowo wydaje się już nieco anachroniczne, a poza tym, kto i w jaki sposób dzięki krytyce miałby być emancypowany?). Owszem, można mówić o krytyce feministycznej, którą cały czas staram się pielęgnować, wydając pismo „Artmix”, które wciąż cieszy się dużą poczytnością.  Nie chodzi jednak o emancypację, ale świadomość wagi podejmowanych problemów, o pisanie o sztuce, która daje nam coś więcej niż chwilowe zaspokojenie nudy. 

 

Wydaje się, że to właśnie dyskusje i zainteresowanie kwestami społecznymi – problematyką gender, sprawami mniejszości, akcjami społecznymi, ekologią i prawami zwierząt, ale też szeroko pojętym artywizmem, sprawami związanymi z instytucjonalizacją sztuki, funkcjonowaniem tych instytucji, złą sytuacją artystów wciąż domagają się zajęcia stanowiska, przyciągają uwagę, ale też pokazują, jak bardzo na tym tle potrzebna jest sztuka. To, co łączy te dwa postulaty to określenie roli sztuki w kontekście społeczno-kulturowym, a to oczywiście wcale nie jest łatwe…


Trochę o tym problemie mówi praca artysty wspomnianego na początku tego wpisu - Honzy Zamojskiego "Anarchia", która prowokuje pytanie - czy sztuka jest obszarem nieskrępowanej wolności i wyzwalania czy może raczej kłamstwem, a może tym, co jest pomiędzy tymi obszarami?



Podsumowanie 2011

izakow2

 

I znowu dałam się wciągnąć w podsumowanie roku 2011 dla "Obiegu". Zresztą nie jestem już, jak niektóre osoby, przeciwniczką podsumowań. Ukazują one to, co nam zostało w pamięci, co zrobiło na nas wrażenie lub rozzłościło. Pozwalają zastanowić się nad ogólniejszym kierunkiem przemian, którym podlega sztuka.


Zdziwiło mnie samą, jak negatywnie oceniłam to, co działo się w roku 2011. Nie będę jednak tego tutaj publikować, gdyż właściwie pisałam o tych sprawach, wystawach czy publikacjach tutaj na blogu. A jeśli ktoś jest ciekawy, podaję link do mojego podsumowania.


Natomiast najciekawsze wydało mi się krótkie podsumowanie Karola Sienkiewicza, więc pozwalam sobie je tutaj zamieścić:


"Pewnie „Obieg” znalazłby się w awangardzie krytyki, gdyby dla odmiany zrezygnował z podsumowywania dokonań minionego roku. Nic mnie tak ostatnio nie znudziło, jak czytanie o tym, co się komu podobało, a co nie, a które wydarzenia Anno Domini2011 uważa się za warte wzmianki. Sam nie jestem tu bez winy. Tradycja. W „Arteonie" wygrały wystawy poświęcone artystom naszego Wschodu, a na blogu Art Bazaar organizowane przez jego autorów koncerty. To chyba ironiczny dowcip internautów. No i kryzys.


Czego mi zabrakło w ubiegłym roku? - pyta mnie „Obieg". Otóż zabrakło mi obiegu.


Późną jesienią Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie zainicjowało cykl spotkań ze słynnymi krytykami. Przyleciał i Adrian Searle, i Jennifer Allen, uroczo śmiejąca się z własnych dowcipów, i aktywistka Ekaterina Degot. Elisabeth Lebovici - już w tym roku - nawoływała, by pisać blogi. Cykl, który miał rozbudzić krytykę i pokazać nowe potencjalne kierunki, przyniósł dla nas smutną refleksję - krytyka się kończy, przynajmniej w swej tradycyjnej formie. I nic nie możemy z tym zrobić. Może jakieś muzeum pomyśli o kursach reedukacyjnych.


Wizja kryzysu - kryzysu w ogóle, nie tylko krytyki artystycznej - przyniosła w ostatnim roku wyklarowanie się postaw. Maski opadły. To, że spora część środowiska sztuki współczesnej podziela poglądy mniej lub bardziej lewicowe, wiadomo było od dawna i bez jasnych deklaracji ideowych Sasnala. Oskarżenia o zdominowanie dyskursu przez „Krytykę polityczną" i zideologizowanie go (Bartana w Wenecji, Żmijewski w Berlinie) idą dziś w parze z czynami. Mam na myśli przede wszystkim toruńską wystawę Thymós. Sztuka gniewu. Powtórzę się, pisząc, że uważam poglądy Kazimierza Piotrowskiego czy Piotra Bernatowicza (który się chyba jeszcze nie w pełni ujawnił) za sobie obce, a dla ogółu niebezpieczne. Tym bardziej, że wpisują się w brutalizację rodem ze stadionów i Krakowskiego Przedmieścia. Ale wiemy już przynajmniej, gdzie przebiega niewidzialna barykada.


Nie jest tak - jak chciałaby Marta Tarabuła - że nagle następuje ideologizacja czegokolwiek. Ale teraz wiemy, kto jest po której stronie. I będziemy musieli ze sobą rozmawiać. Mam tylko nadzieję, że liczyć się będzie siła argumentów, a nie emocjonalne natężenie inwektyw."

 

Sienkiewicz krótko i zwięźle wskazał na jedną z najbardziej interesujących zmian w polskiej sztuce. Ja również pisałam o polityzacji środowiska artystycznego w Polsce, o tym, że nagle mamy do czynienia z grupami stojącymi po przeciwnych stronach barykady, ale i o problemie, jakim jest brak możliwości dyskusji. Osobiście ciekawa jestem, co z tego może wyniknąć... Ale też obawiam się, że nic dobrego.



2010 - podsumowanie

izakow2

Na "Obiegu" ukazało się podsumowanie roku 2010. Pomiędzy głosami różnych krytyków znalazła się też moja ocena:


2010 był rokiem ciekawych wystaw. Zaczęło się od retrospektywnej wystawy Zbigniewa Libery ("Prace 1982 - 2008), otwartej w 2009 roku w warszawskiej Zachęcie, a następnie mającej miejsce w Galerii Awangarda we Wrocławiu. Świetna ekspozycja, która choć prezentowała znane prace, bawiła i zaskakiwała między innymi poprzez pokazanie mniej znanych fotografii, a także szkiców do wielu prac. W marcu przeniesiona została z Wiednia do Warszawy wystawa "Gender Check", prezentowana tutaj pod tytułem "Sprawdzam płeć? Kobiecość i męskość w sztuce Europy Wschodniej". Nie wypada mi oceniać tej wystawy, gdyż ją współtworzyłam. Podkreślić chcę jedynie jej niezwykłość. Ekspozycja stworzona była bowiem przez Bojanę Pejić przy udziale 26 badaczy i badaczek z poszczególnych krajów. Wnieśli oni swoje własne spojrzenie na prezentowaną sztukę, dzięki czemu udało się stworzyć pluralistyczny obraz sztuki Europy Wschodniej. Ponadto wystawa przełamywała niewidzialność tego, co bliskie, ale jednocześnie nieznane, bo pochodzące z wciąż chyba traktowanej jako gorsza, Europy Wschodniej. Paradoksalnie, dla rodzimych badaczek zajmujących się kwestiami płci zachodnia sztuka feministyczna wciąż pozostaje bardziej znana niż sztuka tworzona u naszych wschodnich i południowych sąsiadów. Niestety, mam wrażenie, że wystawa była trochę straconą szansą. Nie stała się, na co liczyłam, impulsem do rozważań nad problematyką płci w Europie Wschodniej oraz do badań nad sztuką podejmującą tę problematykę. Brakowało również w odniesieniu do tej wystawy głębszego namysłu feministycznych krytyczek.


W ogóle można odnieść wrażenie, że nastąpił pewien uwiąd wśród krytyków, mało jest interesujących komentarzy podejmujących dyskusję z koncepcjami kuratorskimi czy konkretnymi pracami artystycznymi. Na tym tle wyróżnić warto tekst Ewy Opałki, która krytycznie podeszła do wystawy Zbigniewa Libery, pytając, co w jego pracach robią kobiety. Wciąż też z wielkim zainteresowaniem śledzę blog Magdy Ujmy, a szczególnie jej trafne komentarze na temat instytucji sztuki oraz krytyki artystycznej. Tylko niestety pisze ona dość rzadko. Jestem też fanką bloga Doroty Łagodzkiej oraz opisywanej przez nią problematyki ludzko-zwierzęcej w sztuce. ( http://niezla-sztuka.blogspot.com/ )


Niemal bez echa wśród polskich krytyków przeszło niezwykłe 6. Biennale w Berlinie kuratorowane przez Kathrin Rhomberg. Teksty polskich krytyków na temat tego Biennale uważam za kompletnie nietrafione (może z wyjątkiem krótkiego tekstu Stacha Szabłowskiego w "Przekroju"). Wszystkie artykuły podkreślały znaczenie tytułu: "Co nas czeka na zewnątrz?", wskazywano na potrzebę wyjścia na zewnątrz, spojrzenia na to, co dzieje się poza galeriami, na przestrzeń i ulice Kreuzbergu. Nie zwrócono jednak uwagi, że pytanie to należy traktować bardziej metaforycznie, raczej jako: "Co nas czeka na zewnątrz systemu?". Chodziło tu między innymi o nasz bezpieczny świat i o to, czy dostrzegamy to, co dzieje się poza nim. Chodziło o neoliberalizm i związane z nim problemy, o świat zmieniony przez rozwój technologiczny, globalną ekonomię, polityczne i społeczne kryzysy. Wszystko to ujawnia pęknięcia w naszej rzeczywistości, wskazuje na rozdźwięk pomiędzy światem, w który znamy i w który wierzymy a światem, który jest realny, ale, z którym nie mamy już prawie wcale kontaktu. Biennale było też bodźcem do namysłu nad tym, jak sztuka odpowiada na to, co dzieje się w samej rzeczywistości, nad najważniejszymi problemami społecznymi, gospodarczymi i politycznymi naszych czasów. Zresztą podobne zadanie postawił przed sobą również Artur Żmijewski, który został wybrany na kuratora 7. Biennale w Berlinie, co jest niewątpliwym sukcesem oraz stanowi ciekawe wyzwaniem dla tego artysty.


Ożywione dyskusje, choć niekoniecznie zbyt głębokie, wzbudziła wystawa "Ars Homo Erotica" przygotowana przez Pawła Leszkowicza dla warszawskiego Muzeum Narodowego. Była to pierwsza w Polsce (i nie tylko w Polsce) prezentacja usuniętej na margines homoerotycznej ikonografii, istniejącej w sztuce od czasów najdawniejszych. Z drugiej strony, wybór prac na wystawę był bardzo subiektywny, zmarginalizowana została problematyka lesbijska, zabrakło też wielu prac o jawnie homoerotycznym charakterze z obszaru dawniejszej sztuki polskiej (np. Vlastimila Hofmana czy Tamary Łempickiej).


Trudno nie wspomnieć przy tej okazji o konflikcie w warszawskim Muzeum Narodowym, o zamieszaniu wokół osoby dyrektora Piotra Piotrowskiego, który w październiku złożył dymisję w związku z odrzuceniem przez Radę Powierniczą stworzonego przez niego programu restrukturyzacji muzeum. W samym muzeum toczono z dyrektorem wojnę, pracownikom nie podobały się pomysły zmian, nie do przełknięcia była "Ars Homo Erotica", nie przekonywała ich idea muzeum krytycznego. Za najbardziej kompromitującą uważam wypowiedź Grażyny Bastek, która mówiła w "Przekroju" o ciekawostkach intelektualnych, które stały się za Piotrowskiego oficjalną wykładnią w muzeum (jako owe herezje wymieniła ona: "fascynację feminizmem, gender studies, teoriami queer, preposterioryzm, neomarksistowski poststrukturalizm"). Wraz z dymisją Piotra Piotrowskiego, zaprzepaszczona została szansa na zmiany w polskim muzealnictwie. Niestety polskie muzea wciąż nie są w stanie nadążyć za tym, co dzieje się we współczesnej sztuce, historii i historii sztuki. Sztuka prezentowana jest tam raczej w sposób sztampowy i tradycyjny. Muzeum krytyczne, którego zwolennikiem był Piotrowski, powinno prezentować sztukę w taki sposób, aby można było dostrzec obszar ideologii i stosunków społecznych, jak również pożądań i emocji, które w tej sztuce się kryją. Muzeum to miało włączyć sztukę w debatę nad aktualnymi problemami współczesności. Niestety na tego rodzaju zmiany musimy jeszcze poczekać. W ogóle rok 2010 był rokiem przetasowań na posadach dyrektorskich wielu ważnych instytucji, w tym Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie i Centrum Sztuki Współczesnej w Toruniu. Tej ostatniej zmianie również towarzyszył konflikt i wciąż trudno powiedzieć, jakie będą jej efekty. Zaniepokoiło mnie w przypadku toruńskiego CSW przesunięcie na czas nieokreślony planowanej tam wystawy Elżbiety Jabłońskiej. Nie bardzo rozumiem tez sytuację w Bunkrze Sztuki w Krakowie (o paradoksach wokół konkursu na stanowisko dyrektora pisała Magda Ujma).


Z ciekawszych wystaw warto wymienić jeszcze ekspozycję "Być jak Sędzia Główny" (w Galerii BWA Awangarda we Wrocławiu), podsumowującą działalność artystyczną Grupy Sędzia Główny (Karolina Wiktor i Aleksandra Kubiak) z lat 2001-2009. Wspomnieć warto również o wystawie "Smakołyki" w poznańskiej galerii "Arsenał" (kuratorka: Zofia Starikiewicz, artystki: Angelika Markul, Barbara Pilch i Elżbieta Jabłońska). Wystawa ta zwracała uwagę na doświadczenie rzeczywistości poprzez inne zmysły niż wzrok: smak, zapach, dotyk. Podkreśliłabym też znaczenie prac Maurycego Gomulickiego, który próbuje wprowadzać w obszar publiczny swoistą kulturę rozkoszy (np. warszawski "Światłotrysk" czy różowy "Obelisk" w Poznaniu), wprowadza też w obszar miasta malarskie myślenie (np. praca we wrocławskiej Renomie czy "Czerwony klin" w Kielcach), a także wciąż kultywuje róż - kolor erotyzmu i radości życia. Za najciekawsze debiuty natomiast uważam prace Julii Curyło, autorki głośnej realizacji "Baranki Boże" w warszawskim metrze oraz obrazy Pawła Matyszewskiego, które były między innymi pokazywane na "Ars Homo Erotica".

 

2009 - podsumowanie

izakow2

Podsumowanie roku 2009 jest już na „Obiegu”. 

 

Chociaż ja też, podobnie jak Magda Ujma, nie lubię podsumowań, tym razem przeczytałam wypowiedzi odnoszące się do wydarzeń artystycznych 2009 roku z dużym zainteresowaniem. Przede wszystkim zaskakuje duża rozbieżność opinii, od głosów optymistycznych wskazujących na to, że rok 2009 był bardzo dobrym rokiem dla polskiej sztuki (i nie sposób zliczyć tych fantastycznych wydarzeń, które miały miejsce) po wypowiedzi krytyczne (sama zresztą napisałam, że było więcej porażek niż sukcesów).

 

W tym podsumowaniu pojawiła się też sprawa tekstu Ewy Majewskiej Ponowoczesna kontrola w społeczeństwie obrazu. Na marginesie wystawy Jacqueline Livingston, który niedopuszczony do publikacji w „Obiegu”, został wydrukowany w „Artmixie”. Paweł Leszkowicz uznał ten tekst za najciekawszą publikację o sztuce w minionym roku, a sprawę tę opisuje też w gorzkim tonie Kuba Szreder.

Wyciągnęłabym z tego jednak wnioski ostrożnie optymistyczne. Kuba wskazuje: „Mam nadzieję, że obecne procesy w świecie sztuki zaowocują nową jakością. Musimy nauczyć się budować taką sferę publiczną, która oparta jest na różnicy i umiejętności prowadzenia sporów, a nie domniemanej, eklezjastycznej jedności pilnowanej przez różnej maści kapłanów”.

Oby tak się stało, pluralistyczne, pełne sprzeczności i wzajemnych zaprzeczeń głosy osób podsumowujących scenę artystyczną roku 2009, wskazują, że jest na to szansa.

 

Cieszę się również z tego, że w „Artmixie” udaje nam się publikować teksty, które są ważne, wzbudzają dyskusję, cieszą się dużą poczytnością (o czym świadczy też Top 25, gdzie znaleźć można kilka artmixowych tekstów)

 

A oto moje podsumowanie:

 

Sukcesy:

 

objęcie przez Piotra Piotrowskiego posady dyrektora w warszawskim Muzeum Narodowym (ważny krok do przodu w polskim muzealnictwie); wystawa Sanji Iveković w Muzeum Sztuki w Łodzi, wystawa Zbigniewa Libery w warszawskiej Zachęcie; poznański festiwal „Urban Legends”; ciekawe wystawy na temat męskości; powstanie obywatelskich inicjatyw na rzecz sztuki współczesnej i przejrzystości polityki dotyczącej jej zarządzania (czyżby wreszcie początek szerszego obywatelskiego ruchu na rzecz zmian we współczesnej kulturze?).

 

Porażki:

 

wystawa Łodzi Kaliskiej w CSW Zamek Ujazdowskim w Warszawie; smutne klimaty i cenzura pracy Romana Dziadkiewicza w CSW w Toruniu; ocenzurowanie pracy Aliny Żemojdzin przez CSW Łaźnia w Gdańsku; cenzura wystawy Rafała Jakubowicza w Galerii Wejście CSW Zamek Ujazdowski (według mnie, przypadek najbardziej paskudny); poznańska obsesja anty-minaretowa; zwolnienie Ryszarda Ziarkiewicza z posady dyrektora w Muzeum w Koszalinie; pozorne zakończenie procesu Doroty Nieznalskiej (sprawa znowu trafiła do sądu apelacyjnego); żenujące komentarze Jakuba Banasiaka dotyczące cenzury, przypadków Żemojdzin i Nieznalskiej; rozczarowanie związane z wystawami odnoszącymi się do dwudziestolecia okrągłego stołu – brakuje dobrych konceptualizacji dotyczących polskiej sztuki i demokracji; brak teorii i metodologii odnoszących się do badania sztuki ostatnich lat; Kongres Kultury, na którym zabrakło pytań o alternatywę a w zamian pojawiły się dążenia do większego skomercjalizowania kultury (oceniam to zaocznie, gdyż świadomie zbojkotowałam Kongres ze względu m.in. na wpisanie w jego program obrzędów religijnych oraz brak, w moim mniemaniu, merytorycznego – eksperckiego przygotowania).

 

Prognozy na 2010 – zapowiada się rok zmian personalnych i głośnych wystaw (ekspozycja sztuki homoerotycznej w Muzeum Narodowym w Warszawie już spowodowała wrzawę; liczę też na pozytywny odbiór wystawy „Gender Check”, która prezentowana będzie w warszawskiej Zachęcie). Oby ten rok przyniósł więcej prowolnościowych i prodemokratycznych działań.



Idę na wojnę i pytania do czytelników

izakow2

W sumie, gdy nie piszę nic na swoim blogu, to też jest ciekawie, bo uaktywniają się wtedy szanowni czytelnicy i czytelniczki, i okazuje się, że mają wiele do powiedzenia. A ja przynajmniej, zamiast pisać, mogę sobie z przyjemnością poczytać.


Jakoś ostatnio rzeczywiście nie chce mi się pisać. Męczy to, że trzeba by wciąż o tym samym. Wystawa Fussa w Pradze została zniszczona, ale on chyba zagrał trochę nie fair (zrównywanie katów i ofiar wydaje się dość przerażające, chociaż widzę w tym pewien ponury potencjał).


Wciąż coś nowego wysyłają Krasnale, cudny obrazek przysłali dzisiaj z okazji wykładów Žižka w Poznaniu, ale u licha mój blog nie jest po to, aby reklamować działalność The Krasnals. W końcu mają swój blog.


Jakiś czas temu wymyśliłam zjawisko artystycznego bazgrolizmu i chciałam połączyć sztukę Basi Bańdy (to przy okazji przyznania jej nagrody Arteonu, w czym miałam swój skromny udział), prace chłopców z Krechy z animacją „Włatców móch”, ale ci ostatni jakoś mi się znudzili, więc bazgrolizm znowu odłożyłam na później.


Nie jest to dobra praktyka, bo kiedyś na blogu pisałam właśnie o tym wszystkim, co odkładałam na później...


Jutro znowu rusza rozprawa Doroty Nieznalskiej i właściwie najbardziej bolesne dla mnie jest to, że pisanie o tej sprawie byłoby jakimś strasznym powtarzaniem się.


Nie chcę się tłumaczyć w tym przydługim wstępie z własnego znudzenia. Właściwie to chcę zadać wam kilka pytań, które dotyczą poniekąd zresztą sprawy Nieznalskiej i kwestii wolności tworzenia.


Jakub Banasiak opublikował w "Obiegu" przedziwny tekst zatytułowany szumnie „Z dziejów cenzury sztuki polskiej”. 


„Pierwsza była bitwa Roku Pańskiego 1993 o Piramidę zwierząt, ostatnia - potyczka Roku Pańskiego 2001 o Pasję. I choć wynik tej ostatniej jest ciągle nieznany, to dziś jest jasne, że całą wojnę wygrała sztuka. I to na wszystkich frontach”.


No i tu zdziwienie mnie dopadło i zaczęłam się zastanawiać, jak to jest, czy rzeczywiście sztuka zyskała na procesie Nieznalskiej i w jakim sensie? Jaka wojna i o co została wygrana? Czy rzeczywiście w obronie Nieznalskiej wszyscy, jak pisze Banasiak, zjednoczyli się? I co niby ta rzekoma solidarność dała?


Można zapytać by Dorotę, czy rzeczywiście czuła jakiekolwiek wsparcie polskiego środowiska artystycznego, z wyjątkiem paru zaprzyjaźnionych z nią osób? Czy czuła wsparcie, zwłaszcza od osób, którzy nazywali ją artystką od „chuja na krzyżu”, albo od Żmijewskiego, który w Manifeście twierdził, że nie umiała wykorzystać sytuacji (opisała to kiedyś dobrze Agata Jakubowska). Jak czuje się artystka, która nie jest zapraszana do publicznych galerii?


Czy mamy obecnie do czynienia z sytuacją, że respektowana jest wolność tworzenia? Czy nic tej wolności już nie zagraża? Dlaczego tak wielu niebylejakich artystów mówi, że do pewnych instytucji wstępu nie mają i mieć nie będą?Czy nagle sztuka, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, oddzieliła się od ideologii?


Rozumiem, że Banasiak zakwalifikował mnie już do tych weteranów, o których pisze tak:


„Da się jeszcze zrozumieć weteranów, którzy żyją dawnymi zwycięstwami i czarem wojaczki, a w kolejnych tekstach powtarzają już tylko w różnych konfiguracjach to, co pisali w latach 90. i na początku niniejszej dekady. Ale co z resztą? (...), co z widzami, którzy zamieszczają swoje opinie w Internecie? Dlaczego także oni uwięzieni są w języku sprzed ponad dekady?”


Rozumiem, że według Banasiaka, wszelkie przypadki cenzury (w tym ostatnia cenzura pracy Rafała Jakubowicza, mająca w końcu miejsce w instytucji, z którą Banasiak jest blisko związany, ja zresztą też, choć nie aż tak blisko...), my – weterani sami sobie wymyśliliśmy, kreujemy je, tworzymy, bo przecież nie mamy już o czym pisać (do czego zresztą przyznałam się już na początku tego wpisu)!


Albo inaczej, to wszystko były złe prace, a złe prace, jak wynika z logiki tego tekstu, który odnosi się przede wszystkim do sprawy Żemojdzin, można cenzurować.


Chciałabym jednak przypomnieć Banasiakowi fragment Konstytucji RP, mówiący o tym, że każdemu zapewnia się prawo do wolności twórczości artystycznej, prawo do badań naukowych oraz ogłaszania ich wyników oraz prawo do wolności korzystania z dóbr kultury.


Chodzi mi najbardziej o to ostatnie prawo, o prawo widzów do oceny, czy rzeczywiście praca Żemojdzin była zła. Ktoś podjął tę decyzję za widzów, niektórzy krytycy nie widząc pracy ogłaszają jej całkowity bezsens. Hm, nawet w prawie karnym, za skazanego uznaje się dopiero osobę po wyroku, wcześniej natomiast oskarżony ma prawo do własnej wypowiedzi. Zarówno Żemojdzin, jak i później Jakubowicz, prawa do wypowiedzi zostali pozbawieni, ale zostają uznani „winnymi” (stworzenia złych prac). Swoją drogą kompletne milczenie w „Obiegu” na temat sprawy Jakubowicza też wydaje się znaczące.


 „Jadwiga Charzyńska miała szansę dokonać małego przewrotu kopernikańskiego i zakwestionować zasadność pokazywania realizacji Żemojdzin w instytucji dotowanej z publicznych pieniędzy ze względu na jej artystyczny poziom, a nie fakt, że komuś coś się skojarzyło” – stwierdza autorytarnie Banasiak, on wie już, że niepokazana praca była zła, bo przecież mówienie w sztuce o kulcie piękna, dramatach anoreksji i bulimii, kanibalizmie naszej kultury jest już kompletnie passe. A kto tak stwierdza? Banasiak, który jak rozumiem, ma się teraz za autorytet  rozstrzygający, o czym się mówi w sztuce, o czym nie. A także, jakiego języka się używa. Ja jakoś nie zauważam nowego języka mówienia o sztuce. Jeśli natomiast „my” mówimy językiem sprzed dekady, to Banasiak mówi językiem sprzed dwóch dekad. Jakoś ten backlash wciąż daje się we znaki! Nagłe zawieszenie związków sztuki i ideologii, które postuluje Banasiak, nie jest żadnym wynikiem nowatorstwa, a jedynie konserwatywnym powrotem do idei sztuki wydzielonej z powiązań społecznych i ideologicznych (tak sztuka była rozumiana w PRL-u). Sama sztuka tkwi w tym układzie, albo nie. I to nie w zależności od swoich własnych pragnień, ale jedynie w zależności od języka, którym jest opisywana.


Wracając do tekstu - dyskutowanie o poziomie niepokazanej pracy wydaje mi się bez sensu, ja sama też podejrzewałam, że to praca wtórna, ale nie mam tyle bezczelności, aby ją ocenić, dopóki jej nie widziałam! Mówienie o tym, że praca jest zła, które ma być kontrargumentem dla przeciwników cenzury, to trafianie kulą w płot, albo manipulancki chwyt poniżej pasa.


Nie rozumiem też dramatycznego tonu tego tekstu, że wszyscy tak bardzo stracili na wydarzeniu związanym z pracą Żemojdzin. Raczej wszyscy tracą na decyzjach szefów instytucji, aby czegoś nie pokazywać; decyzjach kompletnie nieliczących się z widzami. Znowu widzowie traktowani są jak dzieci, niezdolne do jakiejkolwiek oceny (Pani Beato, to w tym właśnie tkwi największy problem, w impertynencji urzędników związanych ze sztuką i niektórych broniących ich krytyków!).


Oj, ale miały być pytania do czytelniczek i czytelników!


Jak to w takim razie jest, co straciliśmy, co zyskaliśmy na sprawie Nieznalskiej? Czy kwestia rozważań na temat cenzury jest już rzeczywiście przeżytkiem? Czy na pewno interes widzów, którzy w tym wszystkim w ogóle nie są brani pod uwagę, może tu w ogóle mieć jeszcze coś do rzeczy?


Ale, żeby nie było tak prosto: Ja też uważam, że nadużywa się pojęcia cenzura. Inną sprawą jest, czy można bronić wolności wypowiedzi w każdej sytuacji? Co ją powinno ograniczać? Czy wolność wypowiedzi może być uznawana za wartość samą w sobie? Jeśli tak, to czy powinniśmy bronić poglądów sprzecznych ze swoimi? Głupich, a może nawet nietolerancyjnych? Studenci UKS-u, którzy protestują przeciwko odwołaniu wykładu Camerona na temat zgubnych skutków homoseksualizmu, powołują się w końcu też na artykuł 73. Konstytucji RP. Czy np. Indeks 73 powinien włączyć się w obronę tejże dziwnej konferencji? Albo, czy powinien bronić Petera Fussa przedstawiającego faszystów z gwiazdami Dawida?


Nie wiem, czy w gruncie rzeczy można odpowiedzieć jednoznacznie na te pytania. Dlatego też uważam, że najciekawsze rzeczy w ogóle jeszcze w naszym środowisku nie zostały przedyskutowane, więc, jak ktoś będzie mnie nazywał weteranem, to ja idę na wojnę (sorry Tomek, że Ci podkradam tytuł ;-)!

 

P.S. Jeszcze jeden głos w dyskusji o sprawie Doroty Nieznalskiej - artykuł Doroty Jareckiej

© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci