Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

Wpisy otagowane : gender

Manie i obsesje - wystawa Adoracja słodyczy

izakow2

 

Wspomniałam ostatnio o czarującej wystawie w warszawskiej Zachęcie, a mianowicie o „Adoracji słodyczy”, której kuratorką jest Krystyna Piotrowska.  

Punktem wyjścia jest twórczość Krystiany Robb-Narbutt (1945-2006), artystki, która planowała wystawę pod takim tytułem, jednak ze względu na swoją przedwczesną śmierć, nie zdążyła jej zrealizować.

 

Krystiana Robb-Narbutt, bez tytułu, lata 90. XX wieku, fot. Krystyna Piotrowska, materiały prasowe Zachęty

 

W jej sztuce pojawiają się przedmioty zwyczajne, nietrwałe, z pozoru nieważne. Miały one jednak dla artystki znaczenie osobiste, poprzez te obiekty mówiła o biografii własnej oraz swojej rodziny. W pracy zatytułowanej „Fuga pamięci”, przy użyciu banalnych przedmiotów, artystka opowiedziała o historii zagłady żydowskich członków swojej rodziny.

 


 

Biografie rzeczy i ludzi wiążą się ze sobą. Rzeczy mają swoją historię, towarzyszą nam, na nich zostawiamy odciski naszych palców. Rzeczy zużywają się, niszczeją, ale jednak pozostają. Kiedy ludzie umierają, zostają po nich tylko rzeczy, które mogą stać się swoistymi wywoływaczami pamięci.

 

W sztuce tradycję zbieractwa zapoczątkował Kurt Schwitters w obrazach z cyklu „Merz” , wklejając banalne przedmioty będące odpadkami z życia jego i jego przyjaciół. Później jeszcze chował tego rodzaju znaleziska i pozostałości w Kolumnach Nędzy Erotycznej – Merzbau.

 

Niektórzy wykazują jednak przesadne przywiązanie do rzeczy, nie potrafią niczego się pozbyć, każda – najbanalniejsza rzecz jest dla nich ważna. Przeradza się to w swoistą manię zbieractwa, która bywa też przypadłością artystów, a z pewnością tę manię przejawiali zarówno Schwitters, jak i Krystiana Robb-Narbutt.

 


Nicolas Grospierre, Pracownia Krystiany Robb-Narbutt, 2010, materiały prasowe Zachęty

 

 

Ekspozycja stworzona przez Krystynę Piotrowską wskazuje właśnie na rozmaite natręctwa, manie, obsesje, między innymi seksualne oraz związane z jedzeniem. Chodzi więc o wszystko, co jest przyjemne, ale w nadmiarze może szkodzić, jak tytułowe słodycze.

 

Krystiana Robb-Narbutt zaczęła używać słodyczy w swoich pracach po roku 2000. Wykorzystywała pierniczki, cukierki, odpustowe ciastka, które mocowała na deseczkach i umieszczała w gablotkach. Sztuka do zjedzenia? Niekoniecznie, bo przecież nie można mieć ciastka i go zjeść. Ale z pewnością mamy tu do czynienia ze swoistą grą wyobraźni, z pytaniami o smak – w życiu i w sztuce, a zarazem o cielesne doświadczanie sztuki. Cukierki pojawiają się na wystawie także w pracy „Fred Flinstone z Knossos” (1995) duetu Kijewski & Kocur.

 

fragment

 

Zabawny Fred wykonany z cukierków malinek ukazany jest z rogami, przez co kojarzy się z diabłem. Przyjemne i zabawne miesza się tu z groźnym i niebezpiecznym. Podobnie dzieje się w pracy Doroty Podlaskiej, jaką jest zestaw przepięknych czekoladek, które po przyjrzeniu się bliżej ujawniają swoją zawartość – robaki, żuki, ćmy, coś, co raczej odrzuca i czego nie wzięlibyśmy do ust…

 

ador_podl2_ok

Dorota Podlaska, Czekoladki smaczne, zdrowe, fot. ze strony artystki

 

A może to tylko żart i owadzie odwłoki też wykonane są z czekolady? A może są pyszne? Chęć poznawania różnych smaków, smakowania świata również może stać się obsesją. Dorota Podlaska jest też autorką cyklu małych obrazków zatytułowanych „Wszystkiego najlepszego, Dorotko”, przywołujących mit słodkiego, niewinnego dzieciństwa, a może obsesję związana ze stworzeniem sobie takiegoż obrazu…

 

 

 

Z kolei u Zuzanny Janin mamy słodką dziewczynę i słodkiego chłopaka wykonanych z warty cukrowej. Ludzie do zjedzenia? Nawiązanie do kanibalizmu? Z tym ostatnim mamy przecież wciąż do czynienia w kulturze popularnej ukazującej pięknych ludzi, którymi mamy sycić nasze oczy. Nawet popularne metafory na to wskazują, według których atrakcyjne kobiety to babeczki, a przystojni mężczyźni to ciacha…

 


 

 

Manią, obsesją, która łączy wszystkich twórców jest mania tworzenia - kompulsywne przetwarzanie rzeczywistości, ozdabianie, malowanie, wycinanie, dzierganie...

 

Wisława Szymborska, autorska kadra pocztowa, 1995, fot. dzięki uprzejmości MOCAK, Kraków, materiały prasowe Zachęty

 

 

Przymus tworzenia ujawniają zabawne kolażowe pocztówki wykonywane przez Wisławę Szymborską. Pojawia się też charakterystyczny dla zachowań obsesyjnych nadmiar, na przykład w pracach Małgorzaty Dmitruk  - przepięknych swetrach ozdobionych ludzkimi twarzami, których nie sposób zliczyć. Te swetry tworzące krąg jakby nieobecnych osób, również działają obsesyjnie. A ja jestem przekonana, że gdzieś już je widziałam – tylko gdzie, a może raczej na kim?

 


 

Obsesję rysowania ludzkiej twarzy, w kółko takiej samej, przejawiał Edmund Monsiel, który zaczął rysować w czasie II wojny światowej, gdy ukrywał się na strychu. Nie przypadkiem Georges Didi-Huberman pisał o tym, że przymus tworzenia i próba utrzymania ludzkiego wizerunku w warunkach zagrożenia życia, a dokładnie w obliczu Zagłady, była próbą ocalenia człowieczeństwa. W setkach twarzy zapełniających całe kartki można również dostrzec zarysy postaci, również o powtarzalnym układzie.

 

 


Edmund Monsiel, Twarze, 1956, fot. Edward Koprowski, kolekcja Państwowego Muzeum Etnograficznego w Warszawie, materiały prasowe Zachęty

 

Sama Krystiana Robb-Narbutt odczuwała silny przymus tworzenia, niekiedy przybierało ono formę kompulsywną, jak w obrazach składających się z tysięcy punktów nanoszonych stalówką maczaną w ekolinie, które wykonywane były po śmierci matki artystki.

W wielu pracach pojawia się też dbałość o szczegół, o drobiazgowe wykańczanie najmniejszych elementów, jak na przykład w obrusie Katarzyny Józefowicz.

 


 

Nadmiar charakteryzuje też obrazy Magdaleny Shummer, odkrytej zupełnie przez przypadek przez Krystynę Piotrowską w Muzeum Etnograficznym w Warszawie.

 

Magdalena Shummer, Prehistoria, 2005, fot. Krystyna Piotrowska

 

Shummer, choć jest żoną Wojciecha Fangora, zaś sama skończyła historię sztuki, malarstwa uczyła się samodzielnie. Widać u niej fascynację sztuką naiwną, a przede wszystkim obrazami Henriego Rouseseau, zwanego Celnikiem. U niej, tak jak u Rousseau, pojawiają się sielskie krajobrazy, zaś ludzie żyją w symbiozie ze zwierzętami i z całą naturą. Inne obrazy ukazują pulchne kobiety i radość zmysłowego istnienia. Pojawiają się też sceny we wnętrzach, w których roi się od zwierząt, przede wszystkim kotów – magicznych i dostojnych, jak w kociej uczcie.

 


Magdalena Shummer, "Obiad kotów", 2003, fot. Muzeum Etnograficzne w Warszawie 

 

 

Zwierzęce szczęście przedstawia także film Izabelli Gustowskiej prezentujący ogonek jej jamnika. A zarazem praca ta prowokuje do pytań, czy zwierzęta także posiadają własne obsesje, czy okazywana przez psy miłość do ludzi nie jest w gruncie rzeczy obsesyjna?

 

Ciekawe są także dokonane przez kuratorkę zestawienia. Obrazy Shummer zostały zestawione z naturalnych rozmiarów figurami kobiet wykonanymi z drewna lipowego (a więc niczym figury świętych) przez innego „naiwnego” twórcę, Bogdana Ziętka. Powstały one w latach 60. i 70. XX wieku, a więc w czasach tęsknoty za amerykańską kulturą popularną. Czy zresztą te rzeźby nie sa cudownie pop-artowskie?

 

 

Autor ten mówi, że ma powołanie do pięknych kobiet, a one są dla niego całym światem. Nadaje więc tym figurom imiona, pielęgnuje je, ubiera. W jego obsesji ujawnia się magia sztuki, według której przedstawienia żyją własnym życiem, mają moc działania. I może dlatego jego miłość przypomina nieco mit o Pigmalionie i Galatei.

 

Bogdan Ziętek, Kobiety, lata 60.-70 XX wieku, fot. Grzegorz Piaskowski, materiały prasowe Zachęty

 

 

Obsesyjne uwielbienia dla kobiecości, a raczej kobiecej maskarady ujawnia się także w pięknych i tajemniczych zdjęciach Macieja Osiki, które towarzyszą pracom Shummer oraz Ziętka.

 


Maciej Osika, Autoportret 2, 2006, fot. dzięki uprzejmości Dolnośląskiego Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych, materiały prasowe Zachęty

 

 

Adoracja słodyczy zamienia się w adorację sztuki oraz życia. Zarazem wystawa nie jest ani przesłodzona, ani przegadana. Nie musimy obawiać się mdłości, raczej wychodząc z niej odczuwa się jeszcze niedosyt…

 

Gender a historia sztuki

izakow2

Gdy przeczytałam list otwarty zaadresowany do pracowników nauki – sygnatariuszy Sprzeciwu wobec wykładu „Gender – dewastacja człowieka i rodziny”, a napisany przez moich kolegów historyków sztuki z poznańskiego UAM, najpierw zebrało mi się na śmiech. Później uświadomiłam sobie jednak, jak absurdalna jest ta sytuacja, w której historycy sztuki przywołując znaczenie uniwersytetu jako miejsca nieskrępowanej wymiany myśli, bronią wykładu księdza Bortkiewicza, który mówił między innymi o tym, że przyczyną rozpadu rodziny jest zatrudnienie kobiet, a przyczyną przemocy w rodzinie jest gender odwracający normatywność. Czy tego rodzaju stwierdzenia mają cokolwiek wspólnego z nauką? Czy może nią być głoszenie jawnej seksistowskiej ideologii? Czy można nazwać więc dyskryminacją, jak robią to sygnatariusze tego listu, sprzeciw wobec wygłaszania poglądów, które nie mają naukowego podparcia?


Moi koledzy po fachu, w tym moi byli wykładowcy, ale również studenci, podkreślają w liście, jak bardzo są otwarci na gender studies:

 

„Bez sprzeciwu z naszej strony były i są podejmowane prace badawcze posługujące się teorią gender, bez przeszkód powstawały też i powstają jednostki naukowe związane z gender studies. Czyniliśmy tak mimo tego, że wielu z nas do teorii gender odnosi się krytycznie, bowiem jest ona oparta na dyskusyjnych hipotezach. Ze zdumieniem stwierdzamy, że obecność gender studies na uniwersytecie staje się argumentem przekształcającym owe dyskusyjne hipotezy w powszechnie obowiązujące dogmaty. Jednocześnie niepokojące jest, że w imię teorii gender dokonywane są odgórne zmiany prawne wpływające na kształt edukacji i relacji społecznych. Mimo, wydawałoby się, szlachetnych haseł antydyskryminacyjnych, zmiany te prowadzą, w naszej opinii, do rzeczywistej dyskryminacji osób o innych poglądach”.

 

I to jest ten fragment, który wzbudza moje zadziwienie, a jednocześnie ukazuje hipokryzję sygnatariuszy listu. Panowie piszą tak, jakby łaskawie zgodzili się na to, aby wprowadzić pewne elementy gender studies na uniwersytet, choć nauka ta oparta jest na dyskusyjnych hipotezach.

 

Zastanawiam się przede wszystkim, co jest dyskusyjnego w teoriach o kulturowej tożsamości płci w kontekście historii sztuki? Nikt nie ma chyba wątpliwości, że przedstawienia kobiet i mężczyzn różnią się od siebie i związane są kulturowymi rolami, które przypisywano płciom. Utrwalone przez europejską sztukę nowożytną obrazy kobiecych aktów miały sprawiać przyjemność widzowi (męskiemu widzowi). Wiązało się z tym stereotypowe przekonanie, że to kobiece ciało jest piękne i estetyczne, ale przecież nie zawsze tak było, bo kultura się zmienia i warunkuje też nasze postrzeganie płci. Wystarczy przyjrzeć się sztuce antycznej, gdzie za ideał uchodziło ciało męskie, zaś kobiece uznawano za niedoskonałe i nieestetyczne. Ot, i ujawnia się tu ten straszny gender!

 

 

Sztuczne Fiołki: Konstantin Somow /Константин Андреевич Сомов (1869-1939) -rosyjski malarz i grafik, ilustrator książek, członek stowarzyszenia artystycznego Świat Sztuki i założyciel czasopisma wydawanego pod tym samym tytułem.

 

A może panowie powątpiewają w teorie feministycznej historii sztuki oraz fundujący ją esej Lindy Nochlin zatytułowany „Dlaczego nie było wielkich kobiet artystek”? Autorka w 1971 roku przedstawiła oczywiste już dzisiaj tezy na temat kulturowych uwarunkowań płci, które uniemożliwiły kobietom działalność artystyczną. Nochlin wskazała m.in. na kategorię geniusza, która w kulturze konstruowana była jako zdecydowanie męska. O geniuszu jako o kulturowym konstrukcie, o tym, jaki wpływ na artystów ma kultura, w której działają, choć nie w kontekście płci, pisał zresztą już wcześniej inny historyk sztuki – George Kubler.

Jeszcze inna historyczka sztuki Hillary Robinson analizując kulturową konstrukcję kobiecości, wskazała, że tradycyjnie kobiecość była wiązana znaczeniowo ze sferą prywatną oraz z biologicznymi procesami i dlatego była usytuowana na zewnątrz kategorii działającego w sferze publicznej „artysty”. Pojęcia „kobiecość” i „kobieta” wykluczały więc możliwość bycia „artystą”, „twórcą”, „geniuszem”. Z kolei Lynda Nead omawiając znaczenia aktów kobiecych wskazała, jak bardzo wpływały na nie relacje władzy oraz stereotypy płci. Nigdy nie słyszałam, żeby ktoś odrzucał te publikacje jako dyskusyjne czy niepewne naukowo.

 

A może dyskusyjne są tezy Griseldy Pollock, która ukazała choćby, jak bardzo sfery, w których poruszały się kobiety impresjonistki wpływały na tematykę ich obrazów, a jednocześnie powodowały marginalizację ich twórczości (bo główny nurt impresjonizmu preferował przestrzenie, które przypisane były mężczyznom, a do których kobiety z dobrych domów nie miały dostępu)?


Gdyby nie feministyczna historia sztuki o wielu dawnych artystkach, nie mielibyśmy dzisiaj pojęcia, a i sama sztuka współczesna, która odnosi się często do kulturowych konstrukcji płci, bez teorii genderowych nie zostałaby zrozumiana. Teorie kulturowej konstrukcji płci pozwalają też ukazać sztukę w zupełnie nowych kontekstach, jak działo się to choćby przy okazji wystawy zorganizowanej przez Bojanę Pejić „Gender Check” ukazującej twórczość Europy Wschodniej właśnie w kontekście ról i stereotypów przypisywanych obu płciom w byłym bloku wschodnim.

 

To wszystko wydaje się tak oczywiste, że aż wstyd o tym przypominać!

 

Jeśli jednak faktycznie stwierdzilibyśmy, że te tezy są dyskusyjne, to pojawiają się pytania, które warto byłoby postawić moim kolegom, czy na przykład uważają, że kultura nie ma wpływu na to, jak przedstawiana jest w sztuce płeć, albo, czy sądzą, że wielkich artystek nie było dlatego, że kobiety „ze swej natury” nie nadają się do tworzenia wielkiej sztuki, może nie są odpowiednio zdolne, a ich „natura” predestynuje je do zajmowania się domem, a nie sztuką? Bo takie hipotezy należałoby przyjąć, gdyby uznać, że kulturowa konstrukcja płci jest czymś wątpliwym.

 

A z tymi hipotezami wracamy do wieku XIX, kiedy toczyła się walka kobiet o ich prawa, w tym o prawo do edukacji artystycznej. Oprócz argumentów mówiących o tym, że kobiety nie nadają sie do tworzenia wielkiej sztuki, pojawiał się wówczas argument zagrożenia dla populacji i rodziny. Mówiono, że czynne artystycznie kobiety nie będą chciały rodzić dzieci, a nawet, że w wyniku stymulacji mózgu, wyschną im macice. Czy do tego rodzaju – prawdziwie ideologicznej – argumentacji mamy powrócić obecnie? Kojarzy się to jedynie z próbami zawracania rzeki kijem, a nie z naukową dyskusją. Rodzą się podejrzenia, że tak jak w XIX wieku akademicy bali się o utratę swej symbolicznej władzy, tak również dzisiaj panowie bronią swoich pozycji. Nie jest przecież przypadkiem, że list został napisany przez samych mężczyzn, a Instytut Historii Sztuki w Poznaniu jest jednostką wybitnie zmaskulinizowaną. Gender może tam gościć jedynie w bezpiecznej sferze marginalnych teorii.

 

Paradoksem tej sytuacji, a jednocześnie dowodem hipokryzji jest fakt, że niektórzy sygnatariusze tego listu z teorii genderowych sami nie raz korzystali. Z czasów swoich studiów pamiętam zajęcia, gdy wykładowcy z wypiekami na twarzy relacjonowali teorie Lindy Nochlin czy Griseldy Pollock. Wielu z nich miało okazję zapoznać się z tymi teoriami podczas pobytów na stypendiach w Stanach Zjednoczonych, gdzie uczestniczyli w kursach na temat Nowej Historii Sztuki. Przedstawiciele tej ostatniej, również ci najbardziej radykalni, tacy jak Douglas Crimp czy Griselda Pollock, gościli w Poznaniu z wykładami. Jakoś nie pamiętam, żeby moi koledzy mówili wtedy o jakichś wątpliwych hipotezach. Choć oczywiście nie brakowało dyskusji, które towarzyszyły też innym, przeciwnym zupełnie opcjom w historii sztuki, jak choćby hermeneutyce skupionej na poszukiwaniu w dziele absolutu. A swoją drogą kompletnie absurdalne jest zarzucanie teoriom dotyczącym kulturowej konstrukcji płci dyskusyjnych hipotez przez historyków sztuki, którzy wierzą, że w dziełach sztuki ukryty jest absolut (bo zapytać można od razu, czy nauka może być tożsama z wiarą?)! Wracając do korzystania z teorii genderowych, pisał o nich w swych publikacjach między innymi Mariusz Bryl, z kolei Stanisław Czekalski korzystał w książce o intertekstualnosci i malarstwie z teorii jednej z najbardziej radykalnych genderowych historyczek sztuki – Mieke Bal. Nie dalej jak wczoraj inny sygnatariusz tego listu – Piotr Bernatowicz wygłaszał na poznańskim Uniwersytecie Artystycznym wykład pt. „Koncepcja płci kulturowej (gender) w sztuce współczesnej”. Wydaje się, że panowie korzystają z tych ożywczych teorii niczym zombi. Może dzieje się tak dlatego, że uprawiana przez nich historia sztuki powoli staje się martwą historią sztuki.

 

Coś tu chyba nie gra, z wszystkim można dyskutować, do wszystkiego warto podchodzić krytycznie, ale zastanawia mnie, co może być wątpliwego w teoriach, które tu przywołałam? Czy można dzisiaj uprawiać historię sztuki tak, jakby teorie płci kulturowej nie istniały? Czy można uwolnić tę naukę od ideologii czy raczej tego rodzaju postulaty skrywają dużo głębszą ideologizację historii sztuki (której, w moim mniemaniu, bronią sygnatariusze listu)? Warto zresztą dodać, że gender w nauce nie jest żadną ideologią, jest natomiast teorią, bez której części sztuki dawnej i współczesnej, nie sposób w pełni zrozumieć. Co oczywiście nie oznacza, że do wszystkich badań nad sztuką teoria ta musi mieć zastosowanie. Gdyby była ideologią, musiałaby ciążyć nad wszystkimi badaniami, a tak nie jest.

 

A może wszystko to świadczy o tym, że koledzy historycy sztuki pogubili się w tym, czym się zajmują. Dlatego, abstrahując już od tego nieszczęsnego listu, można postawić bardziej ogólne pytania: Jaki jest model historii sztuki, którą chcą oni uprawiać? Czy interesuje ich sztuka, czy może bardziej – walka z wiatrakami? Dlaczego tak mało przyglądają się twórczości współczesnej, zaś niektórzy z nich nie robią tego wcale? Co wartościowego wnieśli do badań nad najnowszą sztuką polską? Wielcy historycy sztuki, od Dvoraka, przez Riegla, po księdza Dettloffa, wykazali swoimi badaniami, że dawną sztukę można zrozumieć, nie tracąc kontaktu i przyglądając się sztuce współczesnej. Wydaje się, że część poznańskiej historii sztuki zasklepiła się w swoim zamknięciu na współczesność, niczym w jakiejś skorupie. Czy taka historia sztuki ma w ogóle sens?

 

 

Konsola - przeciwko przemocy wobec kobiet

izakow2

 

Poznańskie Stowarzyszenie Kobiet Konsola wraz z fotografką Anną Kamińską przygotowało znakomitą kampanię fotograficzną w ramach Dni Przeciwdziałania Przemocy Ze Względu Na Płeć. Na każdej fotografii inna osoba trzyma w rękach hasło zwracające uwagę na problem przemocy wobec kobiet, jej lekceważenia oraz przemilczania. Bo właśnie w milczeniu tkwi największy problem.

 


Pewnie każdy i każda z nas słyszał/a o przypadkach przemocy dotykającej kobiety, np. o kobietach bitych przez swoich mężów. Czasami niewiele możemy zrobić, jeśli ofiara związana ze swoim oprawcą, nie pozwala sobie pomóc i nie chce zerwać przemocowej relacji. Wtedy najczęściej jest obwiniana przez otoczenie. Tyle tylko, że prowadzi to do jej jeszcze większego napiętnowania. Jackson Katz w książce „Paradoks macho” udowadnia, że przemoc wobec kobiet jest tak naprawdę problemem mężczyzn, choć niewielu z nich chce o tym w ten sposób myśleć. A więc nie na ofierze, ale na oprawcy powinna koncentrować się uwaga otoczenia, to on powinien usłyszeć, że to, co robi jest złe.

 


 

Pewnie też każdy i każda z nas słyszał/a też o przypadkach molestowania seksualnego, na przykład w szkołach, w klubach sportowych, na uczelniach, w pracy. Czasami przybiera ono formę ustnego nagabywania, niekiedy poklepywania po pupach, a zdarzają się też gorsze rzeczy. Najczęściej wiąże się to z układem zależności, dlatego też tak wiele uczennic, studentek, podwładnych zaciska zęby i nie chce mówi o problemie, czasami tylko zwierzają się tym, do których mają zaufanie. Ale nie chcą o tym mówić publicznie. Kiedy pewna polska wykładowczyni na jednej z uczelni postanowiła przerwać milczenie, wiedząc o przypadkach molestowania swoich studentek, skończyło się na tym, że to ona została napiętnowana jako aferzystka. Studentki niestety nie chciały o tym mówić, bały się, że może im to zaszkodzić nie tylko na studiach, ale też w dalszej karierze zawodowej.

 


 

To w gruncie rzeczy właśnie dlatego jest tak trudno przeciwdziałać przemocy wobec kobiet, jest ona bowiem, jak pisze Katz, przemocą systemową, w której ofiary ponoszą nie tylko jej bezpośrednie konsekwencje, ale też konsekwencje mówienia o niej, jej ujawnienia, wciąż są obwiniane, wyszydzane, wyśmiewane. Kulturowe wzorce i postawy sprzyjają w gruncie rzeczy tym, którzy takiej przemocy się dopuszczają. Dość wspomnieć o aktualnych atakach niektórych przedstawicieli Kościoła na tzw. ideologię gender, bo niszczy rodzinę. A teorie gender uświadamiają nam jedynie, że role płciowe są konstruowane przez kulturę, a więc również, że prawdziwej męskości nie trzeba udowadniać stosując przemoc, zaś kobieta, która doświadcza przemocy nie powinna być zmuszona do „dźwigania swego krzyża”, ale powinno jej się pomóc na wszelkie możliwe sposoby.

 


 

Wracając do kwestii milczenia na temat przemocy – bywa też tak, że molestowania dopuszczają się osoby znane i szanowane przez swoje otoczenie, znajomi również wolą milczeć w obawie przed popsuciem sobie dobrych stosunków z taką osobą, jak i przed stygmatyzacją otoczenia. Zdarza się również, że słyszymy niewybredne żarty czy pogardliwe opinie na temat znajomych kobiet. W takiej sytuacji, bojąc się ośmieszenia przed innymi, znowu milczymy, ignorujemy, bagatelizujemy.

 



Niekiedy przemoc ze względu na płeć bywa subtelna, mogą to być na przykład e-maile z dwuznacznymi treściami czy też seksistowskie treści pojawiające się na portalach społecznościowych. Samej zdarzyło mi się nadawcę tego rodzaju maili przerzucić do spamu, a wątpliwych znajomych usunęłam ze swojego grona. Swój problem rozwiązałam, ale przecież sprawę przemilczałam, bo w obawie przed ośmieszeniem się, nie chciałam robić awantur…

 



W tych wszystkich sytuacjach najczęściej nie wiemy, co robić i jak zareagować, jak pomóc doświadczającym przemocy kobietom. Nie zastanawiamy się nad tym, że nasze bagatelizowanie problemu może przyczynić się do tego, że jeszcze ktoś doświadczy takiej przemocy, że komuś innemu może być jeszcze gorzej. Zapominamy w ten sposób o naszych etycznych zobowiązaniach wobec innych, zwłaszcza słabszych.

 

 

Zdjęcia Ani Kamińskiej wykonane w ramach Akcji znakomicie pokazują, że przede wszystkim należy przełamać milczenie, ale też zerwać ze stereotypami, przestać obwiniać doświadczające przemocy kobiety, zerwać z tradycyjnymi stereotypami płci, ukazać pozytywne wzorce męskości, uczyć synów szacunku do kobiet. Ważne, że na tych zdjęciach pojawiają się również sami mężczyźni, w akcjach przeciwko przemocy nie chodzi bowiem o ich obwinianie, ale o ukazanie, że prawdziwi mężczyźni nie stosują przemocy, ale również nie pozostają wobec niej obojętni.

 


Dlaczego mężczyznom potrzebny jest feminizm?

izakow2

 

Będzie zaraz o mężczyznach, ale najpierw mały wtręt odnoszący się do poprzednich wpisów.


Pisałam ostatnio o cenzurze, zaznaczając, że nie zawsze mamy z nią do czynienia. Jakiś czas temu The Krasnals  podnieśli raban, że „Gazeta Wyborcza” nie opublikowała tekstu Andrzeja Biernackiego, o tym jak Dorota Jarecka zmieniła swoje podejście do sztuki. Tekst nie był jednak zamówiony, więc mówienie o cenzurze jest w tym przypadku nie na miejscu.


Co więcej, nawet w przypadku niepublikowania zamówionych tekstów trudno wprost stwierdzić, czy jest to cenzura. Gazety mają swoje redakcyjne polityki i nie wszystko im pasuje. Wiem, że moje teksty nie bardzo pasują do pism wysokonakładowych, ale nikt nie potrafi dokładnie wyjaśnić mi, dlaczego. Moja przyjaciółka uważa, że powinnam pisać właśnie dla tego rodzaju pism, a mi wciąż brakuje konkretnego argumentu, że może niekoniecznie. Dwa razy miałam sytuację, że zamówiono u mnie teksty i ich nie opublikowano, nie podając konkretnej przyczyny, ale mówiąc ogólnie, że to nie bardzo pasuje albo nic nie mówiąc.  Biernacki miał o tyle lepiej, że podano mu chociaż konkretne powody odmowy publikacji. A ja nie bardzo wiem, czy piszę kiepsko czy raczej zbyt radykalnie, a może za bardzo zawile? Może poruszam tematy, których nie powinnam? Już dość dawno temu kobiecy dodatek do poczytnego dziennika zamówił u mnie krótkie teksty na temat fajnych i nie fajnych wydarzeń w kulturze. Jako przykład negatywny podałam „100 Obiegu”, bo strasznie mi się nie podobał ten ranking i idący za nim sposób myślenia o kulturze (raczej bliższy sfery biznesu lub sportu). Może, dlatego to nie przeszło? Naprawdę nie wiem. Dziwię się jednak redaktorom, że nie potrafią podać przyczyn wprost. Podobny przypadek miałam niedawno. Zamówiono u mnie tekst do raczej niszowej gazety kobiecej. Miły pan redaktor bardzo się z tekstu ucieszył i napisał mi, że właśnie o coś takiego mu chodziło. Niestety później nie raczył mnie poinformować, że tekst nie poszedł do druku i już w ogóle nie odpowiedział na moje pytanie o to, czy w ogóle kiedyś pójdzie, bo jeśli nie, to chcę zamieścić go na swoim blogu. Nigdy nie myślałam o tych przypadkach jako o cenzurze, tylko raczej jako o wyzysku. Bo poświęciłam swój czas i stworzyłam coś na zamówienie, ale nie otrzymałam za to zapłaty. A marnowania czasu nie lubię. Dlatego chyba zresztą wciąż największą przyjemność sprawia mi pisanie tutaj, mimo całej grupy złośliwych czytelników. Ale im właśnie dedykuję tekst, który nie poszedł w „pewnej gazecie”:


Czy mężczyznom potrzebny jest feminizm?


Naczelny Antyfacet Rzeczpospolitej Polskiej (postać autentyczna!) ogłasza na swojej stronie program antyseksistowski. Pisze on, jak żyć, aby nie dać się dyktatowi seksizmu, uczynić swoje życie bardziej swobodnym i godnym. On sam, swoim wyglądem zaświadcza o odrzuceniu rygorystycznych norm płciowych.


 

To raczej niski i drobny mężczyzna z brodą, który nosi spódniczki i buty na wysokim obcasie. Przyjmuje więc atrybuty zarówno męskie, jak i kobiece. Przy okazji jestem pełna podziwu dla jego codziennego heroizmu. Sama, atrybut kobiecy, jakim są wysokie obcasy chowam w szafie na specjalne okazje. Gdy, jakiś czas temu trafiłam późnym wieczorem na dzielnicę Grochów w Warszawie, okazało się, że towarzyszące mi panie nie czuły się zbyt bezpiecznie. Byłyśmy tam na przedstawieniu, które towarzyszyło konferencji naukowej i nie znałyśmy za bardzo tego miejsca. Zdałam sobie sprawę z tego, jak bardzo ograniczały je obcasy, na których, w razie czego, nie mogłyby zbyt szybko uciekać. Moje niezawodne adidasy dawały mi komfort, którego one nie miały. A mówię o tym, bo wiem, że Antyfacet nie ma lekkiego życia, spotyka się z zaczepkami, jest wyśmiewany, pokazywany palcami, spotkał się już parę razy z przemocą fizyczną. Spódnica i szpilki nie zapewniają mu raczej poczucia stabilności, możliwości szybkiego biegu, zgrabnego uniku. Można by udowodnić teraz, jak bardzo noszenie spódnic i wysokich obcasów ogranicza kobiety, ale nie to jest moim zamiarem.


Zawsze zastanawiało mnie, jak to się stało, że kobiety wywalczyły sobie równouprawnienie przynajmniej w modzie, czego nie można powiedzieć o mężczyznach. My zakładamy spodnie, buty na płaskim obcasie, nosimy marynarki, a także garnitury; oni nie ubierają się w sukienki, spódnice, nie noszą pończoch, falbaniastych bluzeczek, nie zakładają też butów na wysokim obcasie.  Oczywiście są wyjątki, to między innymi Antyfacet; to również Michał Piróg, celebryta, znany z tego, że jest znany, ale również ze swoich zabawnych kreacji, wśród których pojawiają się spódniczki. To oczywiście również transwestyci. Ale, co zresztą?  Dlaczego normy dotyczące męskiego wyglądu są wciąż tak sztywne? A może facetom faktycznie brakuje równouprawnienia i to nie tylko w modzie, ale także i w życiu?


Z pozoru to dziwne pytanie, bo przecież kobiety wciąż są dyskryminowane, jeśli chodzi o zarobki czy możliwość realizacji własnej kariery. Z drugiej strony wypracowałyśmy sobie większą możliwość poruszania się między sferą prywatną a publiczną, między pracą a domem, między kobiecością a męskością. Męskość zaś, choć konotuje władzę, więzi ciasny gorset (a raczej: garnitur) uniemożliwiający odejście od tradycyjnej męskiej roli.


Mężczyźni nie mają lekko. Bombardują ich sprzeczne komunikaty mówiące o tym, co to znaczy być mężczyzną. Według polskiej tradycji mężczyzna to opoka, przewodnik stada, ojciec rodziny, zapewniający jej byt. Ma chronić i bronić wszystkiego, co do niego należy. Według czasopism dla mężczyzn – męskość to sukcesy i wieczne podboje. Według akcji społecznych – mężczyzna to czuły ojciec, któremu na samorealizację nie pozwalają kobiety. Według przekazów kultury popularnej – mężczyzna cierpi na depresję albo zmaga się z innymi fiksacjami i problemami (jak Tony Soprano, który z depresją trafia na fotel do psychoanalityczki, przez co upada mit macho; albo jak Gregory House, który jest złośliwcem, samotnikiem i ma problemy w relacjach z innymi – chociaż w nowszych odcinkach serialu to się zmienia…). Oprócz tego, chłopcu od dzieciństwa tłumaczy się, co to znaczy być mężczyzną – często poprzez porównywanie go do dziewczynek i kobiet, to bowiem w naszej kulturze zawsze mężczyzn deprecjonuje. „Nie płacz, nie jesteś babą”, „Nie baw się lalkami”, „Nie okazuj emocji, to nie przystoi chłopcu”, , „Bądź odważny, nie jesteś dzieckiem”, „Jedz grochówkę, jak prawdziwy żołnierz”. To ostatnie mówiła przedszkolanka mojemu synowi. Z tych komunikatów można odczytać następne: pogardzaj wszystkim, co wiąże się z uczuciami, odrzuć wrażliwość, nie okazuj słabości, bądź twardy i niczym się nie przejmuj, pamiętaj, że jesteś kimś wyjątkowym! Sukces, władza i siła – oto, co jest wyznacznikiem męskości. A gdy chłopcy dorastają, okazuje się, że świat nie jest taki prosty. Sukces i dominacja, do których byli wychowywani, nie przychodzą łatwo, a czasami nie przychodzą wcale. Dziewczyny, żony, partnerki żądają partnerstwa. „A jednak facet, który zostaje z dzieckiem w domu, podczas gdy kobieta idzie do pracy, nie jest traktowany jak prawdziwy mężczyzna” – powiedział na moich zajęciach student, przyznając, że męskość we współczesnej Polsce jest swego rodzaju więzieniem.


I dlatego mężczyznom potrzebny jest feminizm! Niech żądają równouprawnienia, które w tym przypadku może oznaczać – gorszą pracę, bo nie mają zamiaru gonić za karierą; pozostanie w domu z dzieckiem, bo dobrze czują się w tej roli; możliwość okazywania emocji, w tym: żalu i smutku. Nie muszą być we wszystkim najlepsi, nie muszą samodzielnie walczyć o byt swojej rodziny. Niech ich partnerki również zajmą się tym problemem. Niech one nie żądają od swoich mężczyzn, by byli twardzielami. Niech pozwolą im na słabość. Zamiast wyrzucać swojego męża na dwór, żeby wyrzucił śmieci, niech żona sama to zrobi, a jemu pozwoli w tym czasie ugotować obiad, przewinąć niemowlę czy umyć ubikację.  Mężczyźni zaś nie muszą wszędzie rywalizować i udowadniać swojej wyjątkowości, nie muszą być szefami, kierownikami, wpływowymi businessami czy znanymi politykami. Niech kobiety też zajmą się tymi, jakże ważkimi i ciężkimi, sprawami. Sprzyjać temu może ustawa parytetowa, o którą panowie w swoim interesie powinni walczyć. Ilu mężczyzn będzie miało lepsze życie! Odstresują się, odpuszczą sobie, uwolnią od tego ciągłego ciśnienia i wiecznego lęku o przyszłość. Dzięki temu będą mogli prowadzić zdrowsze życie, poczują się lepiej i będą żyć dłużej.

 

Męskość ranliwa

izakow2

Dzisiaj w WSNHiD w Poznaniu otwarta zostanie wystawa prac Bartosza Buszkiewicza połączona z prezentacją poezji Kuby Wojtaszczyka w ramach projektu nazwanego przez autorów Naczynie.


To niezwykła prezentacja stworzona przez studentów kulturoznawstwa, którzy w swoistym dialogu sztuk wypowiadają się na tematy dla nich ważne, wskazując między innymi na problematykę męskości, homofobiczne odrzucenie, poszukiwanie własnego miejsca w rzeczywistości, która wyznacza sztywne granice tożsamości.




 

Prace Bartka Buszkiewicza niepokoją, mogą drażnić, ale zarazem jest w nich dużo delikatności, intymności, odsłonięcia siebie. Odsłonięte zostaje jakieś zranienie, pęknięcie odnalezione we własnym „ja”. Ukazaną tu męskość określić można jako "ranliwą". Podziwiam za tę szczerość. I trzymam kciuki za artystyczny rozwój.




© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci