Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

Wpisy otagowane : natura

Urszula Kluz-Knopek w galerii KontenerArt

izakow2

 

Skóra zdjęta z mamy – tak mówi się niekiedy o dzieciach, które są bardzo podobne do swych matek. To podobieństwo odkrywamy jednak z czasem, gdy dziecko dorasta i coraz bardziej usamodzielnia się. Niemowlę opuszczając bezpieczną wyściółkę matczynego ciała, żyje najpierw w symbiotycznej relacji z matką, spożywa jej pokarm i jest całkowicie od niej uzależnione. Stopniowo jednak zaczyna się od matki oddzielać, najpierw zauważając, że jest osobnym podmiotem (słynna faza lustra Lacana), a potem ucząc się samodzielnie funkcjonować. Powoli staje się coraz mniej zależne od matki, zaczyna funkcjonować wśród innych dzieci, a gdy dojrzewa, rówieśnicy stają się dla niego ważniejsi od rodziców. Matka musi zaakceptować ten moment oddzielenia i w sposób symboliczny odciąć pępowinę. Nie jest to wcale łatwe, dzieci dorastają zbyt szybko, by w końcu opuścić rodzicielskie gniazdo. Ich dorastanie uświadamia nam, jak szybko sami starzejemy się.

 

Ciekawe są cielesne i naturalne metafory pojawiające się przy okazji opisu tego procesu – zdjęta z mamy skóra, odcinanie pępowiny, odstawienie od cycka, opuszczanie gniazda... Ten język zastanawia zwłaszcza w kontekście teorii feministycznych zwracających uwagę na niedowartościowanie w naszej kulturze macierzyństwa oraz jego cielesnych aspektów. O symbolicznym matkobójstwie pisała Luce Irigaray, zauważając, że początki naszego życia to „ciało-w-ciało z matką”, jednakże to ciało zostało wykluczone z kultury. Francuska filozofka proponowała wynalezienie języka, który będzie towarzyszył ciału - słów, które nie przekreślą cielesności, ale będą cieleśnie mówić.  

 

Nie jest to łatwe w języku werbalnym, dużo bardziej adekwatny do mówienia o ciele wydaje się język wizualny. I takim właśnie cielesnym mówieniem są prace Urszuli Kluz-Knopek pokazywane aktualnie w galerii Cargo w poznańskim KontenerArcie: cykle „Powłoki” i „Niewydarzenia”.

 

 

Urszula Kluz-Knopek to jedna z tych młodych artystek, które w sposób odważny podejmują na nowo, wydawałoby się zarzuconą już, tematyką ciała. Towarzyszy temu namysł nad somatycznymi odczuciami i doświadczeniami, pamięcią ciała, ale też nad związkami pomiędzy cielesnością a całym światem natury.

 


 

Na wystawie prezentowane są projekcje wideo, fotografie oraz instalacja składająca się z półprzezroczystych, wykonanych z tetrowych pieluch, jakby cielesnych, powłok.

 

 

Trzeba wejść w tę instalację, odczuć ją na własnej skórze, zaś wiszące figury – poruszając się – sprawiają wrażenie ożywionych. Te figury pojawiające się na zdjęciach i animacjach sprawiają wrażenie zjaw albo też ciał pozbawionych tożsamości (co wynika z braku twarzy oraz cech płciowych). Wszystkie te prace odnoszą się do omówionego tu procesu zrywania symbiotycznej relacji z dzieckiem oraz tęsknoty za utraconą jednością. Mówią też o związkach z naturą oraz przemijaniu.

 

 

Zaakcentowane jest ono najbardziej w fotografii ukazującej przekwitłe, ogołocone z kwiatów i liści róże oraz w animacji, w której ukazany jest proces przekwitania i opadania płatków, choć nie następuje to zgodnie z naturalnym rytmem – momentami rozkwitniętym różom towarzyszy obraz płatków pod wazonem. 

 


 

Macierzyństwo to także rola, w którą się wchodzi, rodzaj stygmatu, który pozostaje na całe życie, ale też powłoka, jak wskazuje artystka. Te prace mówią również o pamięci ciała, o tym, jak zapisują się w nich nasze doświadczenia, jak wreszcie, wraz z kodem genetycznym przekazywane są one następnemu pokoleniu. I dlatego, choć Urszula ukazuje proces rozdzielania i przemijania, to zarazem akcentuje brak końca, ciągłość i powtarzalność, wpisanie nas samych, naszych ciał w cykle nieśmiertelnej natury.

 


 

Bo, jak pisze Rosi Braidotti: „Rozumienie siebie jako części natury oznacza dla podmiotu postrzeganie siebie jako wiecznego, to znaczy zarazem podatnego na zranienie i ulotnego. Zakłada to jednak również uwzględnienie wymiaru czasowego: to, czym jesteśmy, zależy od rzeczy, które istniały przed nami i od tych, które będą istnieć, gdy nas nie będzie”.

 

Animacje prezentowane na wystawie można obejrzeć na stronie Urszuli Kluz-Knopek.

Fotografie: Kamil Wnuk, Ewa Łowżył oraz ze strony artystki.


Mroźne obrazy Kowalskiego i Janiak

izakow2

Choć ogłosiłam przerwę, wracam na chwilę, bo zastanawiałam się nad tematem zimy w sztuce. Gdy poszukuje się w sieci czegoś na ten temat, przede wszystkim pojawiają się zimowe, dość tradycyjne, pejzaże.


Myślę jednak, że fascynacja zimą wiąże się z czymś jeszcze niż tylko z zachwytem nad pięknymi widokami, a mianowicie z niesamowitymi kształtami i wzorami, które rysuje sama natura.


To między innymi wspomniane w poprzednim wpisie płatki śniegu, drzewa pokryte szadzią, to również wzory, które rysuje na szybach mróz. To swoiste fraktale o uporządkowanej, choć bardzo zróżnicowanej, strukturze, będące częścią większej całości.

 


 

 

Do tych wzorów rysowanych przez naturę odwołują się Piotr C. Kowalski oraz Joanna Janiak w cyklu "Obrazów mroźnych", które powstały w latach 2009-2012. W tym przypadku pokryte farbą obrazy wystawione są na działanie mrozu, np. - 10 czy - 15 stopni (takie są też tytuły poszczególnych obrazów). Bardzo niskie temperatury powodują ścinanie się farby, przez co na powierzchni płótna tworzą się bajeczne, niesamowite wzory.

 


 

Ciekawe jest w tych działaniach to, że przekraczają granicę między kulturą a naturą, wskazując, że jest niepewna i iluzoryczna, a może również na to, że bez natury nie byłoby kultury, ale przecież i na odwrót - bez kultury nie byłoby naszego rozumienia natury i zachwytu nad nią. 

 

 

Jadąc wczoraj na narty biegowe, słyszałam w radio wypowiedź pewnego polskiego kolekcjonera sztuki (niestety nie dosłyszałam nazwiska), który mówił, że nie znosi natury i na swój ogród wychodzi tylko dwa razy w roku, aby pokazać ogrodnikowi, co należy przyciąć. I pomyślałam, że jego zachwyt nad sztuką, którą zbiera, jest nieco fałszywy, jeśli nie potrafi docenić niesamowitości przyrody. Myślę też, że gdyby Joanna i Piotr nie mieszkali z dala od miasta i nie mieli okazji, aby codziennie obserwować zjawiska naturalne, przemiany pór roku, a niekiedy i niszczycielską siłę przyrody (gdy trąba powietrzna zniszczyła im stodołę), nie byłoby też tych obrazów - obrazów bajkowych, kojarzących się choćby z opowieścią o Królowej Śniegu.

 

 

I jeszcze ciekawostka - podobną właściwość mrozu wykorzystała Bogna Burska w "Kryształach" (2005-2006), o których pisałam przy okazji innej zimy... W tym przypadku są to fotografie, ale artystka użyła tutaj krwi, przez co jej prace stają się bardziej niepokojące, naprowadzając na znaczenia przemijania, ulotności życia, a nawet śmierci. Bo przecież zima, choć jest piękna, tradycyjnie utożsamiana jest ze śmiercią, po której jednak następuje odrodzenie.

 


Przerwa zimowa i zimowa sztuka

izakow2

Nie myślcie proszę, że zapomniałam o blogu!

 

Ale jest piękna zima i w wolnym czasie jeżdżę na narty, a kiedy wracam odrabiam zaległości zawodowe. Dlatego trudno znaleźć mi czas na pisanie blogu. Ale postaram się wrócić w lutym.

 

A a'propos zimy i nart, zamieszczam prace Simona Becka z gatunku snow-art, będącego ciekawą pochodną land-artu (choć w odniesieniu do prac współczesnych należałoby mówić raczej o post-land-arcie, ale wciąż towarzyszy im próba ucieczki poza instytucjonalny świat sztuki).

 


 

 

 



 

Beck tworzy na stokach gór geometryczne wzory przypominające płatki śniegu, mandale, kwiaty... Te wzory zajmują nawet powierzchnię trzech boisk piłkarskich, a powstają przez "własnonożne" ugniatanie śniegu przez artystę.

 

 

 


 

W tej sztuce, wchodzącej w dialog ze zjawiskami natury, można odnaleźć też coś magicznego. Innym artystą z nurtu tego swoistego post-land-artu jest Jason de Caires Taylor, o którym już tu kiedyś pisałam, tworzący rzeźby przeistaczające się w sztuczną rafę koralową.

 

Ciekawostką jest natomiast, że na sztukę ziemi można natknąć się również przez przypadek i niekiedy tworzona jest ona nieintencjonalnie.

 

To fotografia, którą wykonałam w gęstej mgle nieopodal domu pewnego znanego poznańskiego artysty, który jednak nie był twórcą tych oto kręgów:

 


 

Fotografie prac Simona Becka zamieszczam za facebookową stroną ChillART-u, a czytelnikom i czytelniczkom spragnionym wieści ze świata sztuki gorąco polecam ich blog. Znaleźć tam można bardzo ciekawe wpisy dotyczące aktualnych wydarzeń artystycznych w Polsce.

Frida Kahlo - w uścisku życia i śmierci

izakow2

Wrócę jeszcze na chwilę do Fridy Kahlo (1907 – 1954) i jej niesamowitych obrazów, w których aspekty cielesne przeplatają się z formami natury, przez co powstaje wizja świata, gdzie ziemia, rośliny, zwierzęta i ludzie spleceni są w odwiecznym tańcu życia i śmierci.


Frida odwoływała się między innymi do wyobrażenia Matki-Ziemi.


 

 

W tym obrazie (The Love Embrace of the Universe, the Earth (Mexico), Diego, Me and Señor Xólotl, 1949) mityczna kobieta symbolizująca ziemię trzyma na kolanach Fridę, która z kolei obejmuje Diego, jakby przytulała niemowlę. Odnośnie wyobrażeń laktacyjnych, o których było we wcześniejszych wpisach, tu również z piersi matki ziemi kapie mleko (ziemia ukazana jest jako spękana, zniszczona, ale zarazem żyzna i płodna). Ta trójca obejmowana jest przez jeszcze jedną parę rąk: czarną i zieloną (a w tle majaczy się jeszcze jedna twarz, prawdopodobnie Xolotla - boga śmierci, pana światła i ciemności). Tym samym, Matka ziemia, Frida i Diego znajdują się tu w uścisku życia i śmierci.


(Ala, to jest ten obraz, którego kopię od Ciebie dostałam. Fantastyczny, prawda? Dziękuję raz jeszcze.)


Kahlo przedstawiała siebie nie tylko w bliskości ze światem natury, ale także jako fragment tego świata. Pojawiają się u niej formy ludzko-zwierzęce, jak autoportrecie, w którym ukazała siebie jako młodego, zranionego strzałami, jelonka (1946). Z dzisiejszej perspektywy jej obrazy odczytać można jako antygatunkowistyczne.



 

W naturze Frida widziała witalność życia, to przez jej formy ukazywała seksualność. W obrazie Kwiat życia z 1944 krytycy dopatrują się wyobrażenia przywołującego zarówno kobiece, jak i męskie organy seksualne, a także przedstawienia wytrysku. 



 

Poprzez wyobrażenia natury oddawała siłę życia (Słońce i życie, 1947).



 

Te symboliczne wyobrażenia witalności powstały, gdy Frida była już ciężko schorowana.  Natomiast w 1954 roku, krótko przed śmiercią, namalowała obraz z arbuzami Viva la Vida (Niech żyje życie).


 

 

Natura towarzyszy Fridzie do końca, jest źródłem radości, ale też więzi, uwiera (jak jej chore ciało), zadaje ból, rani, jak cierniowy naszyjnik w autoportrecie z 1940 roku.



 

Możliwe, że martwy koliber przyczepiony do tego naszyjnika symbolizuje jej nienarodzony płód, utracone dziecko, z którego stratą już do końca życia nie mogła się pogodzić.


W tym kontekście zresztą odczytać można także przywołany przeze mnie pierwszy obraz, gdzie Frida zamiast dziecka, trzyma na kolanach Diego.


 

 

Poronienie przedstawiła w obrazie Henry Ford Hospital z 1932 roku. Jest to wyobrażenie zupełnie niezwykłe w historii sztuki, dlatego, że przed Kahlo nie istniała żadna ikonografia dotycząca tego bolesnego tematu.


Podobnie w dawnej sztuce nie ma obrazów ukazujących poród w jego fizjologicznym aspekcie. W przypadku sztuki Fridy, również z 1932 roku pochodzi obraz My Birth.



 

Obraz odczytywany jest zarazem jako przedstawienie narodzin Fridy, jak i odwołanie do śmierci jej matki, jak i doświadczeń związanych z poronieniem. Na tym wyobrażeniu martwa jest rodząca matka, o czym świadczy przykryta białym materiałem twarz, a pusta przestrzeń wokół jej łóżka mówi o opuszczeniu i samotności.


Frida mówi w tym obrazie o własnej samotności, o utracie i żałobie. Ten rok był dla niej szczególnie tragiczny: straciła dziecko, zmarła jej matka, a Diego miał romans z jej siostrą Cristiną.


Poród przedstawiony jest tu w sposób niezwykle fizjologiczny, frontalność tego wyobrażenia nie pozwala naszemu spojrzeniu na ucieczkę. Jednak najbardziej niesamowite jest to, że opowieść o porodzie staje się tu opowieścią o śmierci.

Veruschka i Rospuda

izakow2

Zatęskniłam za pięknem i przypomniałam sobie fotografie z serii „Trans-figuracje” tworzone modelkę Verę vor Lehndorff (Veruschkę) i fotografa Holgera Trülzscha. Ale takie niezwykłe fotografie (podobnie jak niezwykłe obrazy) wywołują najróżniejsze skojarzenia.



 

Te postacie kojarzą mi się z tajemnymi duchami dzikiej przyrody, ujawniają zawartą w niej potencję. A jednocześnie jest w nich zawarta bezbronność, podatność na zranienie, delikatność.



 

Nie przypadkiem w dawnej sztuce, przedstawianie kobiet kojarzono z przedstawianiem natury, zaś ciało kobiece eksploatowano podobnie jak pejzaż. Bo w kulturze zachodnioeropejskiej liczyły się przede wszystkim tzw. agresywne „męskie” wartości: zdobywanie, zagarnianie, podbijanie, zysk, postęp, rozwój.



 

Może dlatego w tych fotografiach połączenie kobiecego wizerunku z elementami pejzażu wydaje się tak sugestywne.


Ale właściwie to chciałam napisać o „podatności na zranienie” przyrody w kontekście tego, co dzieje się wokół Doliny Rospudy.


To dlatego pojawiła się na moim blogu ta zielona wstążka. Na znak niezgody.


Z jednej strony jest delikatna, niezwykła, ale nieopancerzona przyroda, a z drugiej – urzędnicza bezduszność, małostkowość i obliczenie na zysk.


Na zimno i z cynizmem stwierdzono, że najłatwiej wybudować trasę, która przecina Dolinę Rospudy, bo ta ziemia należy do skarbu państwa, nie będzie więc żadnych kłopotów z nabywaniem działek itp. Poza tym to najkrótsza trasa. I ta bezduszność urzędnicza, a raczej kierujący się nią ludzie skalkulowali, że pewnie taniej będzie zapłacić kary, które nałoży UE, niż organizować nowe przetargi, płacić za nowe projekty, wykupywać działki i w końcu – wybudować dłuższą drogę. Zapłacą już inni.


Ponadto mają za sobą (owi urzędnicy) zmanipulowanych ludzi, którym wmówiono, że ekologowie to tacy idioci, którzy mają ludzkie życie za nic. A przecież tych ludzi także potraktowano w sposób całkowicie instrumentalny. Bo kto myśli o ich interesach?


A Augustów mógłby stać się pięknym miastem żyjącym z turystyki. Wystarczyłoby pomyśleć o tym wszystkim szerzej – obwodnicę przeprowadzić w innymi miejscu; chronić i Dolinę, i miasto; połączyć interesy przyrody i mieszkańców, pomyśleć o tworzeniu nowych miejsc pracy (i tak ogólny trend na rynku pracy wymusi powstawanie tych miejsc w takich działach, jak trzeci sektor użyteczności publicznej, agroturystyka, ochrona przyrody). Postawić na turystyczny marketing, który w Polsce leży, a za jakiś czas położy się tak polska gospodarka (z taką krótkowzrocznością i nieumiejętnością całościowego spojrzenia i zrozumienia, czym jest „zrównoważony rozwój”, który jest przecież wpisany do Konstytucji RP.)

Rospuda ma zostać przecięta, zgwałcona.

Ale jakoś nie dziwi mnie ta urzędnicza bezduszność, niskie i prymitywne podejście do przyrody, obojętność w kontekście całego publicznego dyskursu w Polsce i ogólnego podejścia w polityce.


Bo takie jest ogólne nastawienie w Polsce do inności, do słabszych, do tego, co wymaga ochrony. Takiemu podejściu hołduje nasz rząd. Na jego czele stoją tacy ludzie, jak Lepper, który uważa, że publicznie można opluwać kobiety, a w jego partii przyjęło się traktowanie ich jako nałożnic; jak Giertych, który uważa, że dzieci to potencjalni przestępcy i zamiast je wychowywać, należy je karać (albo inaczej, że wychowywanie to karanie), zwiększa się więc represyjność. To, co prowadzi do myślenia, a więc sztukę należy cenzurować. Innych (homoseksualistów) należy leczyć.


Zabić różnorodność, podporządkować, zniszczyć, uciszyć.


I dlatego niekiedy wstydzę się, że jestem Polką.

© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci