Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

Wpisy otagowane : Maurycy-Gomulicki

W Lublinie straszy

izakow2


Jestem fanką prac Maurycego Gomulickiego, czemu dawałam tu wielokrotnie wyraz. Jego najnowsza instalacja pt. "Fantom" została zrealizowana w Lublinie, na fasadzie zamku w ramach projektu "Open City" (kuratorka: Monika Szewczyk).





Praca jest niezwykle atrakcyjna wizualnie. Lubelski zamek zostaje ożywiony, ma twarz i wielkie czerwone oczy. Straszy.





Fantom to mara, widziadło senne, zjawa, przewidzenie. Fantomem jest też model anatomiczny używany do ćwiczeń medycznych. Mówi się też o bólu fantomowym, bólu odczuwanym najczęściej w amputowanej kończynie ciała.
A o jakie znaczenie może chodzić w przypadku lubelskiego fantomu?



Kompromisowe rozwiązanie konfliktu wokół CSW w Toruniu?

izakow2

Przerwa powinna jednak zostać przedłużona. Upał potworny, niby wakacje, a pracy tyle, że z niczym nie nadążam i znowu zaniedbuję pisanie blogu. A dzieje się sporo. W Warszawie - festiwal „Pomady”, w Poznaniu - Maurycy Gomulicki ustawił na Starym Rynku Różowy Obelisk.

 

Śliczny prawda? Robi się przewrotnie, kolorowo i trochę perwersyjnie.

Ale nie wszędzie. W toruńskim CSW wakacje zaczęły się w atmosferze konfliktu, część pracowników odmówiła współpracy z nowym dyrektorem, Pawłem Łubowskim. Powstała w tej sprawie petycja, zbierano podpisy poparcia dla protestu, zapowiedziano bojkot. W odpowiedzi niemal natychmiast pojawił się drugi list zbierający podpisy poparcia dla Łubowskiego.

Sprawa trudna i zawikłana, bo przede wszystkim w tego rodzaju instytucjach nie sprawdza się dyrektor od zarządzania, który nie zna się na sztuce oraz kurator programowy, a taki układ był do tej pory i, jak napisała Dorota Jarecka w „GW”, był to chyba jakiś błąd statutowy toruńskiej instytucji. W centrum sztuki współczesnej dyrektor powinien podejmować decyzje merytoryczne, co oznacza brać odpowiedzialność za program, który w tej instytucji jest realizowany. Musi znać się na sztuce i wiedzieć, co dzieje się w świecie artystycznym.

A jednak pracownicy CSW mogli poczuć się wprowadzeni w błąd – ogłoszono komkurs na dyrektora zarządzającego, a nowy dyrektor okazał się dyrektorem również od programu. Łubowski jednak, chyba słusznie, wycofał się z tego ogłaszając niedawno konkurs na nowego dyrektora programowego. 

Problem dotyczył chyba przede wszystkim programu - czy realizowany będzie dotychczasowy program, co z zaplanowanymi już wcześniej wystawami? Nie można przekreślać tego, co było do tej pory zrobione: kilku bardzo ciekawych i ważnych wystaw, planów na najbliższy okres, a także planów długofalowych. W tej sprawie powinny pojawić się jasne deklaracje, poprzedzone konkretnymi dyskusjami z kuratorami. Z oświadczenia nowego dyrektora wynika, że tak się dzieje.

Zresztą w ogóle programy oraz główne idee danej instytucji kultury, imprez artystycznych czy wystaw powinny być jawne (według mnie na tym też polega jawność kultury). Niestety niekiedy trudno znaleźć na ten temat jakiekolwiek informacje. Próbowałam dzisiaj dogrzebać się do informacji o głównej idei Mediations Biennale, bo dowiedziałam się, że nie pasuje do niej zaplanowana w mniejszej poznańskiej galerii (w dodatku prywatnej!) wystawa sztuki lesbijskiej. Tylko skąd wiadomo, że nie pasuje, jeśli o tej głównej idei slowa na stronach Biennale nie znajdziemy???

Wracając do Torunia - od początku ta instytucja ma jakiegoś pecha, ale przede wszystkim pożerają ją nieujawnione spory, brak odwagi i rozmachu (możliwe zresztą, że wynikało to z tego dziwacznego układu: dyrektor zarządzający i nieznający się na sztuce oraz kurator programowy odpowiedzialny za program wystaw). Nieustanne konflikty i konfrontacje stały się już jakąś polską przypadłością. Konflikt w warszawskim Muzeum Narodowym, konflikt w Toruniu. A gdyby tak nauczyć się demokratycznych zasad współpracy. Nie trzeba się zgadzać, aby współpracować, brak zgody, odmienne poglądy mogą być przecież atutem. Czy u nas rozwiązania kompromisowe są w ogóle możliwe? Łubowski ogłaszając konkurs na dyrektora programowego pokazał, że tak. Ciekawe, jak ta sprawa potoczy się dalej.

Tryskanie farbą i nie tylko

izakow2

Problem płynów fizjologicznych, a konkretnie mleka oraz związanych z nimi znaczeń symbolicznych, przypomniał mi kwestię konotacji pomiędzy energią artystyczną a energią seksualną oraz płynów fizjologicznych używanych przez niektórych artystów. Pewnie już o tym nieraz pisałam.


Renoir, gdy był już stary i schorowany, zapytany o to, jak to możliwe, że mimo artretyzmu wciąż maluje piękne akty, odpowiedział, że maluje swoim penisem. Kandinsky mówił, że traktuje płótno jak nagą dziewicę, którą zdobywa jak europejski kolonizator. Picasso dolewał ponoć do farby swojej spermy, ale najciekawszy w tym kontekście wydaje się Jackson Pollock, który rozkładał płótna na ziemi, obchodził je z wszystkich stron wylewając na nie farbę, paćkając je, tryskając, brudząc, rzucając na nie śmieci i odpadki (np. martwe osy w „Oczach w upale”). Problem jego tryskanych obrazów został przedstawiony przez Pawła Leszkowicza w tekście „Sexy Pollock”.



 

Pozwolę sobie przytoczyć fragmenty tego fascynującego artykułu. Leszkowicz zwraca uwagę na nową relację do pola obrazowego, na które patrzy się w dół, schodzi w dół ku tym wszystkim elementom, które uznaje się za niskie. Czasami, gdy zbliżymy twarz do pięknych abstrakcji, wydają się one pulsująco odpychające.



 

Wskazując na znaczenie tryskania, Leszkowicz przywołuje interpretacje feministyczne, które wyartykułowały to, co w malarstwie jest niewypowiedzianie oczywiste: smugi bieli przeplatające się wśród innych barw i linii wyglądają niczym wytrysk spermy. Całe te pomazane płaszczyzny mogą kojarzyć się z efektem seksualnego tryskania.


Nieświadomość, której dopatrują się w sztuce Pollocka liczni interpretatorzy, wydaje się ekspresją aktywności czystego libido. Jest to pierwotna nieświadomość związana z popędami i instynktem, stąd wynika jej energia oraz wymykanie się wszelkiemu znaczeniu. Pollock zanurzył wizualność w libidalnej lawie. Feministyczne analizy dotknęły sedna, określając sztukę Pollocka jako głęboko maskulinistyczną, jest to bowiem ekspresja męskiego libido, unikalny przykład jego artystycznego zmaterializowania, a nie tradycyjnej transpozycji objawiającej się w kobiecych aktach.


Pollock nigdy nie wypierał tego pogrążenia w instynktownej bazie. (...) W roku 1989 ukazała się kontrowersyjna książka Stevena Neifeha i Gregory White Smitha pt. "Jackson Pollock: An American Saga", dokładnie dokumentująca jego "ubikacyjne" zwyczaje i skandale.


Najsłynniejszy epizod miał miejsce na przyjęciu u Peggy Guggenheim, kolekcjonującej i wystawiającej dzieła Pollocka. Oburzony jej prośbą o przycięcie monumentalnego "Muralu" tak, by pasował na ścianę mieszkania, artysta nasikał na kominek w obecności swojej patronki i gości.


Autorzy biografii notują również częste przypadki oddawania moczu w miejscach publicznych, a także spektakularne "załatwienie się" na łóżku bogatej i sławnej Ms. Guggenheim. Przytaczane są również plotki głoszące, iż Pollock zwykł oddawać mocz na płótna przeznaczone dla dealerów i klientów, których nie lubił oraz, że w dzieciństwie on i jego brat byli obsikiwani przez pijanego ojca.


Analogia pomiędzy malarstwem akcji, polegającym na rozlewaniu farby na podłoże, a fizjologicznym gestem tryskania nasieniem lub moczem pogłębia rozumienie Pollocka opisywanego zazwyczaj jako artysty, który radykalnie zespolił malarstwo z energią psychiczną i cielesną. Ta cielesna podszewka wydaje się istotą aktu transgresji, z jakim mamy tutaj do czynienia. Akcentowanie tej instynktownej i wysoce indywidualnej strony sztuki Pollocka stanowi interesującą kontrinterpretację inspirowanej Jungiem wizji malarstwa archetypicznego, otwierającego się na uniwersalne mity z dna podświadomości.



 

Ciekawe, prawda?


Dla porządku warto jeszcze wspomnieć o lubującym się w płynach cielesnych Andreasie Serrano i choćby takiej pracy, jak „Frozen Sperm”.


 

 

Ale przede wszystkim chciałam zwrócić uwagę na jedną pracę współczesną, a mianowicie „Cream Pie” mojego ulubionego Maurycego Gomulickiego.


Dodam tylko, że określenie creampie używane jest w slangu pornograficznym, a co oznacza, to już domyślcie się sami, gdyż wynika to z tego obrazka.



 

Ta praca też wydaje się swoistą ekspresją męskiego libido, choć zupełnie inną, niż w przypadku Pollocka. Gomulicki rozsadza kategorie sztuki i pornografii, ale chyba zgodzicie się, że przedstawia niezwykle piękne, choć, w jakimś sensie, niebezpieczne formy. Co prawda to niebezpieczeństwo nie tyle wynika z tego, co przedstawione, bo przecież „róża jest różą”, ale raczej z dwuznacznego tytułu oraz tego, co jawi się w naszej wyobraźni (aż chciałoby się powiedzieć: naszej libidalnej wyobraźni, choć nie wiem, czy to prawidłowy termin).


Uroki władzy

izakow2

Proszę wybaczyć moje milczenie na blogu! 



Przygotowuję wystawę pt. "Uroki władzy (O władzy rozproszonej, ideologii i o widzeniu)", która odbędzie się w ramach poznańskiego Biennale Fotografii i mam z tym trochę roboty.


Otwarcie - 8 maja, o godz. 16, galeria Arsenał w Poznaniu. Serdecznie zapraszam!!!



A oto słów kilka na temat tej ekspozycji:


Podjęcie tematu ideologii i władzy niesie zawsze ryzyko uproszczonej interpretacji rzeczywistości. Jesteśmy skłonni widzieć władzę jako jawną dominację jakiejś grupy nacisku nad podległymi jej podmiotami. Tymczasem rozproszona władza i jej struktury pojawiają się wszędzie. Działają również w nas samych (choćby w naszym spojrzeniu), ujawniają się także w polityce obrazowania oraz w samej estetyce.


Warto odwołać się do myśli Jaquesa Ranciere’a, który wprowadza pojęcie polityki do rozważań nad estetyką, ale nie chodzi mu tylko o polityczne oddziaływanie sztuki czy polityczne zaangażowanie. Ranciere zajmuje się polityką wewnątrz obrazowości, bo – jak twierdzi – estetyka ma swoją własną politykę. Ta polityka wewnątrz estetyki ustanawia widzialność lub niewidzialność, zakłada hierarchię tematów, lub dokonuje demokratyzacji porządku estetycznego. W myśl tych rozważań, sztuka ma polityczną siłę wtedy, gdy sieje ferment, dokonuje zburzenia danego porządku reprezentacji, dokonuje rozsadzenia konwencji obrazowych. Ta polityczna wywrotowość w przypadku sztuki jest wyjściem z ramy, zerwaniem konwencji, utratą struktury, dotknięciem tego, co niesamowite.

Wystawa "Uroki władzy" będzie eksplorowała uniwersum polityczności w zupełnie inny sposób, niż popularne dziś narracje o bezpośredniej skuteczności sztuki w domenie polityki. Chodzi o to, aby ukazać przesunięcia w ramach samej obrazowości, zapytać, co może być prezentowane, a co znajduje się na marginesach reprezentacji. 



 

Często władza działa poprzez uporządkowaną strukturę (na co wskazywać może cykl prac Zofii Kulik pt. „Desenie”), a także poprzez niepisane reguły określające, co można pokazywać i o czym można mówić, a jakich tematów nie powinno się podejmować i co uchodzi za nieprzedstawialne. Prace, które będą prezentowane na wystawie łamią między innymi swoisty zakaz przedstawiania. „Mandale” Maurycego Gomulickiego ukazując w pięknej kwiatowej formie kobiece narządy płciowe, kwestionują podział na sztukę i pornografię.


 

Z kolei „Zmurzynienie – Historia pewnej metafory” Tomka Kozaka to pytania o rasizm (nie)obecny w dyskursie społeczno-politycznym oraz kulturowym. Chodzi więc w jego pracy o tropienie wyobrażeń, które kiedyś pojawiły się w kulturze i które odnosiły się do mitu „białego człowieka” (Kozak odnosi się do tekstów Ernsta Jüngera i Tadeusza Borowskiego). Artysta pyta, na ile te wyobrażenia wciąż oddziaływają na naszą wyobraźnię, skłania do namysłu nad dopuszczalnością i niedopuszczalnością pewnych obrazów. Część prac dokonuje delikatnych przesunięć w porządku obrazowym, po to by stworzyć wywrotowe znaczenia. „Męskość”, która jest przedstawiona w pracy „Gay, Innocent and Heartless” Zbigniewa Libery jawi się jako swego rodzaju zabawa w... męskość – zabawa w dużych chłopców w mundurach, którzy marzą o wielkich przygodach.


 

Sama męskość jawi się tu jako władza niepozwalająca wyrwać się z narzuconych ról. Libera pokazuje, że tylko na styku prawdy i fikcji możliwa jest dekonstrukcja tej władzy. Inne prace pytają o to, czy jest możliwe przedstawienie tego, co nieprzedstawialne, na przykład śmierci, jak w serii „Bestiarium” Oli Polisiewicz. Pojawia się również kwestia władzy spojrzenia, również spojrzenia autora, na co kierują prace Elżbiety Jabłońskiej i Izabelli Gustowskiej. Te artystki naprowadzają nas na kwestię władzy działającej w polu sztuki.


Prezentowane na wystawie prace pytają też o „potęgę obrazu” oraz o to, czym charakteryzuje się współczesna kultura wizualna i na czym polega jej siła. Obrazy, które pojawiają się w mediach same stają się narzędziem władzy. Media dominują we współczesnej zglobalizowanej rzeczywistości, współtworzą system panoptycznej kontroli, z jednej strony otaczając nas siecią kamer, tworząc sytuację wszechwidzialności, a z drugiej – kontrolując nasze marzenia i pragnienia Na te problemy naprowadza praca Izabelli Gustowskiej „She”, wskazując, jak łatwo poddajemy się kulturowym nakazom, tracąc jednocześnie swoją podmiotowość.


 

Media sycą się spektaklem, przekształcając weń każde mniej lub bardziej dramatyczne wydarzenie („Uroki buntu” Marioli Przyjemskiej), dokonują też estetyzacji przemocy, a przez to również jej neutralizacji (na ten problem może naprowadzać „Kronika” Bogny Burskiej). Obie te prace pokazują też, jak łatwo obrazy mogą wprowadzać w błąd. Coś, co wygląda jak pobojowisko po walce ulicznej okazuje się jedynie scenerią zabawy sylwestrowej (u Przyjemskiej), z kolei coś, co sprawia wrażenie kroniki policyjnej, okazuje się klatkami z filmów fabularnych (u Burskiej).


Chcę również poddać dyskusji wydzielanie we współczesnej kulturze osobnego gatunku, jakim jest fotografia (czy też fotografia artystyczna). Zależy mi na tym, aby ukazać, że obecnie granice między fotografią, filmem wideo, a grafiką komputerową są płynne. Współcześni artyści, którzy sięgają do tzw. nowych mediów, najczęściej posługują się fotografią jako jedną z technik. Często łączą w swoich wystawach czy nawet pojedynczych pracach fotografię z filmami wideo. Niekiedy dodatkowo opatrują swe wypowiedzi wizualne, komentarzami oraz tekstami, które odgrywają ważną rolę w budowie całego przedstawienia (np. teksty w książce Zbigniewa Libery „Gay, Innocent and Heartless”, podpisy w pracy „Kronika” Bogny Burskiej czy komentarze Tomka Kozaka dotyczące problemów zawartych w jego pracach). Ponadto, mamy do czynienia z fotograficznymi kolażami oraz stosowaniem, zarówno w filmach, jak i fotografii techniki found-footage. Fotografia bywa więc często zamrożonym kadrem filmowym, fikcyjnym obrazem, rodzajem mozaiki. Wideo zaś bywa ruchomą fotografią.


Wystawa „Uroki władzy” nie jest więc wystawą stricte fotograficzną, bo współcześnie myślenie o fotografii jako o wydzielonym gatunku artystycznym, nie daje się już dłużej obronić.


Chodzi więc zarówno o sproblematyzowanie znaczeń władzy, jak również o ukazanie jej ukrytych struktur, jej geometrii, a także jej uwodzącego i zniewalającego charakteru, oraz o odczarowanie fotografii (która obecnie jest równoprawnym gatunkiem sztuki i wchodzi w ścisłe interakcje z innymi mediami).



Izabela Kowalczyk


kuratorka wystawy


Prace prezentowane na wystawie:


Zbigniew Libera, “The Gay, Innocent and Heartless”, 2008
Zofia Kulik, „Desenie”, 9 x 120x120cm, 2007
Bogna Burska, „Kronika”, slide-show, fotografie found-footage, 2008
Mariola Przyjemska, „Uroki buntu”, 15 fotografii 44,5x59,5cm, 2009
Maurycy Gomulicki, „Mandale”, 3 fotografie (kolaż ) 1 metr średnicy, 2008 – 2009
Aleksandra Polisiewicz, „Bestiarium”, 2003 – 2009,
Izabella Gustowska, „She”, 2008 – 2009, (3 projekcje).
Elżbieta Jabłońska, - „Uroki władzy” , instalacja interaktywna , 2009
Tomek Kozak, „Zmurzynienie – Historia pewnej metafory”, 6 lightboxów + 3 filmy, 2006

Straszne bajki

izakow2

Uwaga na bajki dla dzieci! Bywają niebezpieczne! Promują homoseksualizm!


 

Ale oprócz queerowego Tinky-Winky z "Teletubisiów", który występuje z torebeczką, ma kolor fioletowy i trójkącik na głowie, również inne z pozoru niewinne postacie z bajek wydają się niepokojące, dziwne i przerażające. Na dodatek wdzierają się do sztuki!


Jak postacie z bajek na płótnach Roberta Maciejuka, które mają jakąś dziwną do określenia wieloznaczność. Sportretowane jak realne postaci. Można się zastanawiać zresztą, na ile są one realne dla dzieci?





Postacie z bajek, jak pokazuje z kolei Maurycy Gomulicki, wdzierają się przede wszystkim w naszą wyobraźnię wizualną. Każda i każdy z nas pamięta albo ulubione postacie, albo przeciwnie – postacie, których z jakichś powodów nie lubił. Ja miałam tak z dziadkiem piaskowym, który sypał piaskiem w oczy (wyrafinowane okrucieństwo :-()



Bywa i tak, że sami musimy być niczym bohaterowie naszych dzieci, co pokazała Elżbieta Jabłońska w pracy „Supermatka” .



I, żeby nie kończyć jeszcze tego mini-przeglądu, jak bajki wdzierają się do sztuki współczesnej, wspomnę o ulubionej serii bajek mojego młodszego syna "Baranek Shaun".



 

Tu odwrotnie – sztuka wdziera się do bajek (Mona Lisa jako owca!!).


Ale w „Baranku Shaun” pojawia się nie tylko sztuka plastyczna, ale i filmowa. Są tu bajki oparte na „Psychozie” Hitchcocka i „Rockym” z Sylwestrem Stallone.


Robi się coraz bardziej niebezpiecznie. Zresztą „Baranek Shaun” to serial oparty na jednym z filmów z Wallacem i Grommitem („Golenie owiec”). Tych samych twórców są też „Uciekające kurczaki” – a tu sceny niczym z obozu koncentracyjnego. Rozmawiałam ostatnio o tym z Moniką Branicką i zastanawiałyśmy się, co z taką wiedzą w ogóle zrobić? Jak to potraktować?


 

No i mamy jeszcze jeden przyczynek do ciągłej cyrkulacji obrazów, co zresztą świadomie wykorzystuje angielska wytwórnia „Uciekających kurczaków”, „Wallace’a i Grommita” oraz „Baranka Shaun”.


A pomysł ze sprawdzaniem przez psychologów orientacji Twinky-Winky jest żałosny. Nie warto nawet komentować. Bo dzieci, o czym już kiedyś pisałam, należy przede wszystkim chronić przed głupotą, a nie przed światem z całym jego zróżnicowaniem. Warto o tym pamiętać. Zwłaszcza, że zbliża się dzień dziecka.

© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci