Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

Wpisy otagowane : Zofia-Kulik

Uroki władzy

izakow2

Proszę wybaczyć moje milczenie na blogu! 



Przygotowuję wystawę pt. "Uroki władzy (O władzy rozproszonej, ideologii i o widzeniu)", która odbędzie się w ramach poznańskiego Biennale Fotografii i mam z tym trochę roboty.


Otwarcie - 8 maja, o godz. 16, galeria Arsenał w Poznaniu. Serdecznie zapraszam!!!



A oto słów kilka na temat tej ekspozycji:


Podjęcie tematu ideologii i władzy niesie zawsze ryzyko uproszczonej interpretacji rzeczywistości. Jesteśmy skłonni widzieć władzę jako jawną dominację jakiejś grupy nacisku nad podległymi jej podmiotami. Tymczasem rozproszona władza i jej struktury pojawiają się wszędzie. Działają również w nas samych (choćby w naszym spojrzeniu), ujawniają się także w polityce obrazowania oraz w samej estetyce.


Warto odwołać się do myśli Jaquesa Ranciere’a, który wprowadza pojęcie polityki do rozważań nad estetyką, ale nie chodzi mu tylko o polityczne oddziaływanie sztuki czy polityczne zaangażowanie. Ranciere zajmuje się polityką wewnątrz obrazowości, bo – jak twierdzi – estetyka ma swoją własną politykę. Ta polityka wewnątrz estetyki ustanawia widzialność lub niewidzialność, zakłada hierarchię tematów, lub dokonuje demokratyzacji porządku estetycznego. W myśl tych rozważań, sztuka ma polityczną siłę wtedy, gdy sieje ferment, dokonuje zburzenia danego porządku reprezentacji, dokonuje rozsadzenia konwencji obrazowych. Ta polityczna wywrotowość w przypadku sztuki jest wyjściem z ramy, zerwaniem konwencji, utratą struktury, dotknięciem tego, co niesamowite.

Wystawa "Uroki władzy" będzie eksplorowała uniwersum polityczności w zupełnie inny sposób, niż popularne dziś narracje o bezpośredniej skuteczności sztuki w domenie polityki. Chodzi o to, aby ukazać przesunięcia w ramach samej obrazowości, zapytać, co może być prezentowane, a co znajduje się na marginesach reprezentacji. 



 

Często władza działa poprzez uporządkowaną strukturę (na co wskazywać może cykl prac Zofii Kulik pt. „Desenie”), a także poprzez niepisane reguły określające, co można pokazywać i o czym można mówić, a jakich tematów nie powinno się podejmować i co uchodzi za nieprzedstawialne. Prace, które będą prezentowane na wystawie łamią między innymi swoisty zakaz przedstawiania. „Mandale” Maurycego Gomulickiego ukazując w pięknej kwiatowej formie kobiece narządy płciowe, kwestionują podział na sztukę i pornografię.


 

Z kolei „Zmurzynienie – Historia pewnej metafory” Tomka Kozaka to pytania o rasizm (nie)obecny w dyskursie społeczno-politycznym oraz kulturowym. Chodzi więc w jego pracy o tropienie wyobrażeń, które kiedyś pojawiły się w kulturze i które odnosiły się do mitu „białego człowieka” (Kozak odnosi się do tekstów Ernsta Jüngera i Tadeusza Borowskiego). Artysta pyta, na ile te wyobrażenia wciąż oddziaływają na naszą wyobraźnię, skłania do namysłu nad dopuszczalnością i niedopuszczalnością pewnych obrazów. Część prac dokonuje delikatnych przesunięć w porządku obrazowym, po to by stworzyć wywrotowe znaczenia. „Męskość”, która jest przedstawiona w pracy „Gay, Innocent and Heartless” Zbigniewa Libery jawi się jako swego rodzaju zabawa w... męskość – zabawa w dużych chłopców w mundurach, którzy marzą o wielkich przygodach.


 

Sama męskość jawi się tu jako władza niepozwalająca wyrwać się z narzuconych ról. Libera pokazuje, że tylko na styku prawdy i fikcji możliwa jest dekonstrukcja tej władzy. Inne prace pytają o to, czy jest możliwe przedstawienie tego, co nieprzedstawialne, na przykład śmierci, jak w serii „Bestiarium” Oli Polisiewicz. Pojawia się również kwestia władzy spojrzenia, również spojrzenia autora, na co kierują prace Elżbiety Jabłońskiej i Izabelli Gustowskiej. Te artystki naprowadzają nas na kwestię władzy działającej w polu sztuki.


Prezentowane na wystawie prace pytają też o „potęgę obrazu” oraz o to, czym charakteryzuje się współczesna kultura wizualna i na czym polega jej siła. Obrazy, które pojawiają się w mediach same stają się narzędziem władzy. Media dominują we współczesnej zglobalizowanej rzeczywistości, współtworzą system panoptycznej kontroli, z jednej strony otaczając nas siecią kamer, tworząc sytuację wszechwidzialności, a z drugiej – kontrolując nasze marzenia i pragnienia Na te problemy naprowadza praca Izabelli Gustowskiej „She”, wskazując, jak łatwo poddajemy się kulturowym nakazom, tracąc jednocześnie swoją podmiotowość.


 

Media sycą się spektaklem, przekształcając weń każde mniej lub bardziej dramatyczne wydarzenie („Uroki buntu” Marioli Przyjemskiej), dokonują też estetyzacji przemocy, a przez to również jej neutralizacji (na ten problem może naprowadzać „Kronika” Bogny Burskiej). Obie te prace pokazują też, jak łatwo obrazy mogą wprowadzać w błąd. Coś, co wygląda jak pobojowisko po walce ulicznej okazuje się jedynie scenerią zabawy sylwestrowej (u Przyjemskiej), z kolei coś, co sprawia wrażenie kroniki policyjnej, okazuje się klatkami z filmów fabularnych (u Burskiej).


Chcę również poddać dyskusji wydzielanie we współczesnej kulturze osobnego gatunku, jakim jest fotografia (czy też fotografia artystyczna). Zależy mi na tym, aby ukazać, że obecnie granice między fotografią, filmem wideo, a grafiką komputerową są płynne. Współcześni artyści, którzy sięgają do tzw. nowych mediów, najczęściej posługują się fotografią jako jedną z technik. Często łączą w swoich wystawach czy nawet pojedynczych pracach fotografię z filmami wideo. Niekiedy dodatkowo opatrują swe wypowiedzi wizualne, komentarzami oraz tekstami, które odgrywają ważną rolę w budowie całego przedstawienia (np. teksty w książce Zbigniewa Libery „Gay, Innocent and Heartless”, podpisy w pracy „Kronika” Bogny Burskiej czy komentarze Tomka Kozaka dotyczące problemów zawartych w jego pracach). Ponadto, mamy do czynienia z fotograficznymi kolażami oraz stosowaniem, zarówno w filmach, jak i fotografii techniki found-footage. Fotografia bywa więc często zamrożonym kadrem filmowym, fikcyjnym obrazem, rodzajem mozaiki. Wideo zaś bywa ruchomą fotografią.


Wystawa „Uroki władzy” nie jest więc wystawą stricte fotograficzną, bo współcześnie myślenie o fotografii jako o wydzielonym gatunku artystycznym, nie daje się już dłużej obronić.


Chodzi więc zarówno o sproblematyzowanie znaczeń władzy, jak również o ukazanie jej ukrytych struktur, jej geometrii, a także jej uwodzącego i zniewalającego charakteru, oraz o odczarowanie fotografii (która obecnie jest równoprawnym gatunkiem sztuki i wchodzi w ścisłe interakcje z innymi mediami).



Izabela Kowalczyk


kuratorka wystawy


Prace prezentowane na wystawie:


Zbigniew Libera, “The Gay, Innocent and Heartless”, 2008
Zofia Kulik, „Desenie”, 9 x 120x120cm, 2007
Bogna Burska, „Kronika”, slide-show, fotografie found-footage, 2008
Mariola Przyjemska, „Uroki buntu”, 15 fotografii 44,5x59,5cm, 2009
Maurycy Gomulicki, „Mandale”, 3 fotografie (kolaż ) 1 metr średnicy, 2008 – 2009
Aleksandra Polisiewicz, „Bestiarium”, 2003 – 2009,
Izabella Gustowska, „She”, 2008 – 2009, (3 projekcje).
Elżbieta Jabłońska, - „Uroki władzy” , instalacja interaktywna , 2009
Tomek Kozak, „Zmurzynienie – Historia pewnej metafory”, 6 lightboxów + 3 filmy, 2006

Ogród Zofii Kulik

izakow2

Ogród kojarzy się zwykle z czymś pięknym, niezwykłym, tajemniczym. Z miejscem natchnienia, lub wytchnienia.


Ale ogród jest też po prostu miejscem, które nam czegoś dostarcza, gdzie coś hodujemy, albo wyrasta samo: proszone, albo i nie, chciane, lub niechciane. Mogą to być owoce, warzywa, kwiaty, chwasty, grzyby (moje ostatnie grzybobranie ograniczyło się w zasadzie do przestrzeni mojego leśnego ogrodu).


Ale czy może to być ludzkie ciało?



 

To pytanie pojawiło się w związku z cyklem prac „Ogród” Zofii Kulik, o którym przypomniałam sobie w związku z „Deseniami” i pytaniem o modela, które pojawiło się przy poprzednim wpisie.


Tutaj forma kwiatu została nałożona na wizerunek modela (tak, tak, wciąż tego samego).



 

Ale o czym to świadczy? Czy kwiat jest jak ciało, a ciało jest jak kwiat? Jaki kwiat? Szlachetny, polny, chwast? Choć o nie, pielęgnujemy, dbamy, i tak zwiędnie... Nieposłuszne i nieokiełznane, jak trawa i chwasty na ogrodzie, które mimo naszych wysiłków i tak mają nad nami przewagę.


Albo wątek 'genderowy' - bo kto by wpadł na pomysł porównania męskiego ciała do formy kwiatu? Czy nie jest to przewrotne, a zarazem perwersyjne?



 

Choć myślę, że artystka chciała jeszcze coś innego pokazać. Pokazać własny zielnik, w którym jak kwiaty kolekcjonuje ludzkie pozy.

Kłącza, anty-kłącza i inne

izakow2

Jakiś czas temu prowadziliśmy w Indeksie dyskusję na temat pojęcia „kłącza”. Ktoś zaproponował, aby nasze objazdowe Forum nazwać „Kłącza wolnej kultury”. Niektórzy trochę krzywili się na tę metaforę wziętą z Deleuze’a i Gauttari’ego. Ale zostało.


Ja bardzo lubię to pojęcie „kłączy” odnoszącą się do otwartego tekstu, rozrastającego się w sposób niekontrolowany dyskursu, połączonego w systemie poziomym rozmaitymi linkami, przechodzącego jeden w drugi, nie mającego początku, ani końca.


Można mówić o kłączeniu się tekstów i dyskusji. Właśnie ślady takiego rozkłączenia znalazłam na blogach: Ali i Tomka Kozaka, którzy wciąż prowadzą rozpoczętą tu dyskusję, wywołaną moim wpisem o „Zmurzynieniu”.


Nie ukrywam, że momentami dyskusja jest fascynująca, choć ogólnie trudno mi już ją ogarnąć.


Blog Tomka nosi tytuł „Idź na wojnę” i trudno oprzeć się wrażeniu, że dla tego artysty wojna to jego żywioł.


Zastanawiałam się też, czy istnieje wizualna figura „kłącza”.


Pomyślałam o pracach Zosi Kulik, a dokładnie o jej „Deseniach”. Dostałam od niej właśnie detale z „Deseni”. Są cudne.



 

Tu też wzory nie mają początku, ani końca, przechodzą jeden w drugi, a przy tym są doskonałe estetycznie. Gdzieś w to wszystko wpisana jest ludzka figura, odindywidualizowana, sprowadzona jedynie do roli detalu, elementu dekoracyjnego. Przez to wszystko te pozornie tylko dekoracyjne prace Zosi ukazują coś niebezpiecznego, groźnego, może wręcz totalitarnego (ta doskonale zorganizowana forma!).



 

A wiec to chyba jednak nie są kłącza, bo te powinny rozrastać się w sposób kontrolowany. Może to raczej swoiste anty-kłącza?


 Zastanawiam się też, jak bardzo w myśleniu o estetyce, tekście, obrazie, władzy i antywładzy, wracamy wciąż do myślenia strukturalnego.


Bo nie ma nic poza strukturą? ;-)

Wielkie mistrzynie na Documentach w Kassel

izakow2

Czy powinnam wytłumaczyć swoje długie milczenie? Powiem tak: powodów jest wiele i są całkiem prozaiczne.


Mniej prozaiczne jest może to, że wyprawa do Wenecji i Kassel trochę mnie przygniotła. Na razie napisałam o tym, co mnie zirytowało, a resztę trawię i pewnie trochę to jeszcze potrwa.


Bardzo dobre wrażenie zrobiły na mnie Documenta 12 jako cała wystawa. Bo organizatorzy zdobyli się na odejście od sztampy wystawienniczej. Dyskurs tej wystawy jest dyskursem anty-esencjonalistycznym (przy nazwiskach autorów nie są podane kraje pochodzenia, prace poszczególnych artystów są przemieszane, można je znaleźć w różnych miejscach). Ale zarazem dominuje sztuka, którą można wpisać w dyskurs postkolonialny. I choć najbardziej wyróżniają się prace odwołujące się do kultury nie-białego i nie-heteroseksualnego człowieka, to jednak nie jest to wystawa polityczna! Nacisk położony został przede wszystkim na formę. Wydaje się to niezwykle ważne, by spojrzeć na sztukę, pod której adresem stawiano zarzuty, że jest publicystyką czy polityką, własnie jako na sztukę (z całym zasobem formalnym, z bogactwem warsztatu, z osadzeniem w artystycznej tradycji).


A sama wystawa osadza współczesne prace w całej tradycji historii sztuki, pokazuje, w jaki sposób te prace odwołują się do dawnej ikonografii, jak żonglują podobnymi formami obrazowymi (genialna praca Luisa Jacoba, o której napiszę przy innej okazji), jak wciąż nieustannie odbijają się w sobie (ujawnia się tu derridiańska metafora gabinetu zwierciadeł).


Nacisk położony jest na międzyobrazowość, intertekstualność, ale zarazem ta wystawa to wielki pokłon w stronę sztuki współczesnej. Zaś widz zmuszony jest to odgadywania rebusów, poruszania się po wystawie niczym w labiryncie, wychwytywania wątków, których jest wiele i które ze sobą się przenikają.


Na razie wątek pierwszy, który roboczo nazwałam: Wielkie mistrzynie, albo też Heroiny sztuki współczesnej.

 

 

Tanaka Atsuko, Electric Dress, 1956 - to praca członkini grupy Gutai, artystki niekonwencjonalnej, która występowała w tejże niesamowitej sukni z żarówek.


 

 

 

Alina Szapocznikow, Fotorzeźba, 1971 - raczej mało znane (lub nieznane) prace tej jednej z największych polskich artystek. Prace pokazujące niesamowite wyczulenie na formę. Fotografie ukazują formy stworzone z gumy do żucia, odpoczynkowo, eksperymentalnie. "Kreacja leży pomiędzy marzeniem a codzienną pracą" - napisała w odniesieniu do tych prac ta mistrzyni formy.



 

 

 

Mária Bartuszová, rzeźby z lat 1970-87 - to czesko-słowacka (czy prościej: czechosłowacka) rzeźbiarka żyjąca w latach 1936-1996. Trudno oprzeć się skojarzeniu z pracami Aliny Szapocznikow: podobne zmaganie z formą i podobne wrażenie organiczności. Niesamowite prace, do których chce się wracać.


 

Martha Rosler, Hothouse, or Harem, 1972 - dobrze zrobiona lekcja feminizmu, zalew wizerunków kobiecych ciał, wszystkie kobiety są jedną kobietą; John Berger: ona usosabia spojrzenie patrzącego, patrzy dla widza, ona jest dla widza. Ale z drugiej strony jest to przede wszystkim znakomicie wykonany fotomontaż.


 

 

 

Mary Kelly, Love Songs, Sisterhood is Pow..., 2005 - bo kiedy już jesteśmy przy feminizmie, to trudno nie zauważyć, że na wystawie zgromadzono prace najważniejszych feministycznych autorek, jak choćby Mery Kelly. W przypadku tej pracy jest to ironiczny dialog z feminizmem, z jednej strony wskazanie na tytułową siłę siostrzaństwa, a z drugiej - na ograniczenie, zamknięcie w wąskich ścianach małego domku. Plus ironiczne cytaty. Ale wydaje mi się, że jednak jest to przede wszystkim hołd dla feminizmu.


 

Jo Spence, Terry Denett, Remodelling Photo History, 1982 - bo heroiny, to również kobiety zmagające się z własnym ciałem, z własną chorobą, jak Jo Spence, która dokumentowała z całą brutalnością zmiany, jakim podlegało jej ciało na skutek nowotworu piersi. To złamanie kanonów piekna, sposobów widzenia kobiecego ciała, jak w przedstawionym wyżej kolażu Marthy Rosler. A jednak bolesne dla oczu. Mam wciąż problem z patrzeniem na te fotografie...

 


 

Louise Lawler, fotografie 1996 - to mistrzyni fotografii, odwołująca się do tradycji malarstwa europejskiego, korzystająca z niego pełnymi garściami, a przy stosująca odwołania, cytaty do wielkich mistrzów, przetwarzająca ich obrazy na równi z innymi akcesoriami. Mistrzyni smaku.

 

 

 

Zofia Kulik, Wspaniałość siebie, 1997 - znakomita praca Kulik umieszczona pomiędzy obrazami Rembrandta. Genialne! Na otaczających obrazach podobna powaga, hieratyczność pozy i podobne atrybuty, jak we "Wspaniałości siebie". Ale jest coś jeszcze, co porusza. Znakomity dialog pomiędzy tymi pracami, choć byli i tacy, których to zestawienie szokowało... Ale byli i tacy, ktorzy mówili, że na Documentach jest wyjątkowo dużo kobiet-artystek. Trudno bylo mi się z tym zgodzić, nie liczyłam. Faktem jest, że było wiele prac wielkich mistrzyń.

Pogańskie święta?

izakow2

A’propos Wielkanocy – w najnowszej „Polityce” artykuł Joanny Podgórskiej o pogańskich korzeniach świąt chrześcijańskich oraz pogańskich elementach ludowej religijności w Polsce.


Co jakiś czas, najczęściej przy okazji świąt, ten temat wraca, traktowany raczej jako publicystyczna ciekawostka. Szkoda, bo przydałyby się bardziej wnikliwe badania.


Już w IV w. religia chrześcijańska opanowała elementy pogańskie, wchłonęła elementy pogańskiej ikonografii, przekształciła dawne pogańskie rytuały.


Dlatego ciekawe jest pytanie o to, na ile pogaństwo jest wciąż obecne; ile go wciąż jeszcze w naszej rzeczywistości?


Kiedyś podróżując po terenach Kujaw, Warmii i Mazur oraz tamtejszych kościołach, byłam pod dużym wrażeniem tego, ile pogańskich elementów jest tam wciąż obecnych (nawet w samych nazwach miejscowości, takich jak święta Lipka – pogańscy Prusowie czcili przyrodę, oddawali hołd drzewom, źródełkom), ale i w wyobrażeniach – na przykład Matki Boskiej z kłosami (a więc przejmującej atrybuty dawnej bogini płodności).


Te tereny dawnych Prus Wschodnich zasłynęły z wyjątkowego oporu przed przyjęciem chrześcijaństwa. Polska, nie dając sobie rady z chrystianizacją plemion Prusów (to właśnie z ich rąk zginął święty Wojciech), poprosiła w końcu o pomoc Krzyżaków (zostają sprowadzeni w roku 1224 przez Konrada Mazowieckiego, podbój Prus Wschodnich zaczynają w 1231). Krzyżacy podbijają Prusów, w zasadzie dokonując ich rzezi. Zakon kończy swą misję w 1283 i zakłada na tym terenie państwo krzyżackie, sprowadzając niemieckich osadników. Ciekawe jest to, że chrystianizacja łączy się tu z najazdem „obcych”.


Bardziej narodowo nastawieni historycy w krzyżackim panowaniu nad tymi ziemiami widzą coś w rodzaju pierwszego niemieckiego zaboru. Pomijają natomiast milczeniem, że to właśnie ci obcy wprowadzili na tych terenach chrześcijaństwo, a więc religię, która traktowana jest w Polsce jako „narodowa”. Wprowadzili tę religię nie w sposób pokojowy, nie dzięki misjom, ale przez wyrżnięcie niemal całych pruskich plemion. Nieliczni przedstawiciele tych plemion, którzy przetrwali, jeszcze w XV wieku byli wyznawcami pogaństwa.


Zresztą, jeśli chodzi o historię przedchrześcijańską tych terenów, również, jeśli chodzi o sztukę – informacje i badania są znikome. Trudno uzyskać rzetelne informacje.


Wracając do tamtej podróży – objazdu ze studentami – uderzyło mnie jeszcze kilka spraw, którymi być może zajmują się etnologowie (trochę im zazdroszczę, bo temat niezwykle ciekawy).


Niestety to, co najbardziej kłuje w oczy to bieda. Ponoć czym dalej na wschód, tym biedniej, ale zarazem tym bardziej ksenofobnicznie i nacjonalistycznie. Drugą uderzającą cechą jest religijność, ale raczej jest to religijność spod znaku Radia Maryja (religijność flag, emblematów, symboli, świętych obrazków).


Studenci zbierali po kościołach dziwne kartki o „służbie Bogu i Ojczyźnie” – dobrze służy Bogu ten, kto ma rodzinę wielodzietną (z wyjaśnieniem: rodzina wielodzietna to taka, która ma trójkę dzieci i więcej – bieda jest więc tu świadomie reprodukowana).

Bogu i Ojczyźnie, jak przeczytaliśmy, służy się również słuchając Radia Maryja i kupując „Nasz Dziennik”. Żałuję, że zgubiłam te karteczki, były naprawdę kuriozalne. Zresztą później moi toruńscy studenci długo jeszcze zbierali podobne kurioza. Na przykład jedna studentka przyniosła na zajęcia różaniec w formie karty kredytowej (wypustki służyły w nim jako oczka). Możnaby jeszcze wymieniać bardziej trywialne plastikowe Maryjki z odkręcanymi główkami, fosforyzujące krucyfiksy i tym podobne przedziwne przedmioty.


Na tym warmińsko-mazurskim objeździe przydarzyła nam się też dość ciekawa przygoda. Natknęliśmy się w którymś z kościołów na młodego, rzutkiego redemptorystę, który bardzo się ożywił widząc naszą grupę i przepytywał nas, czy wierzymy w Boga.


Kiedy powiedziałam, że ja nie wierzę, zaczął mi machać przed oczyma świętym obrazkiem. Być może odprawiał jakieś egzorcyzmy w wersji skróconej – krzycząc do mnie „spójrz w te oczy, spójrz w te oczy!” (chodziło o oczy na obrazku oczywiście, a że uczę między innymi o traktowaniu obrazów jako magicznych, to zdarzenie dostarczyło mi ciekawych przemyśleń).


W każdym razie studenci mieli niezłe przedstawienie. Młody redemptorysta opuścił nas wzburzony, że nie wzięłam od niego świętego obrazka.


Wcale nie zmyślam, ani nie ubarwiam, a studenci mi świadkami!


Zresztą a’propos egzorcyzmów – na moim uniwersytecie są ludzie, którzy zajmują się nimi naukowo. I nie chodzi o spragnionych ludowych ciekawostek etnologów. Egorcyzmami zajmują się... pedagodzy, gdyż uważają że to jedna z ważnych metod leczenia duszy młodych ludzi (hm - czy to metoda pedagogiczna???).


Znalazłyśmy kiedyś z Edytą w sieci (mimo, że ta jest przecież siedliskiem diabła!) referat jednego pana naukowca z UMK, który zalecał właśnie egzorcyzmy. Pisał, że należy je stosować, żeby przepędzić diabła z młodzieży, która została nawiedzona na przykład na skutek oglądania telewizji czy uczęszczania na zajęcia karate. Nie pamiętam więcej z tego artykułu, jak go odnajdę – zamieszczę link.


Reasumując – zastanawia mnie, że ta ludowa, pseudopogańska religijność tak dobrze miewa się właśnie na tych terenach dawnych Prus Wschodnich, na terenach tak opornych kiedyś na chrześcijaństwo. W dodatku połączyła się ona tu z postawami nacjonalistycznymi, ksenofobicznymi (uderza niechęć do obcych, zarazem do Niemców, których chyba nienawidzi się tu, jak nigdzie indziej oraz do Żydów). I to wszystko przetwarzane, uwspółcześniane, komercjalizowane - podane w nowoczesnej medialnej wersji przez Rydzyka i jego kompanów – rzutkich i szalonych redemptorystów (a tamten spotkany przez nas, to był nawet całkiem przystojny ;-).


Zastanawia mnie, że właśnie na tych terenach Polski taką popularnością cieszy się ta wynaturzona, zdegenerowana wersja chrześcijaństwa (na innych też, ale na pewno nigdzie indziej nie jest to tak bardzo widoczne, jak tu) – religijność ni to chrześcijańska, ni to pogaństwa (albo zarazem chrześcijańska, jak i pogańska). Wiele tu z magii, oddawania czci bożkom, zupełnie nieracjonalnych zachowań, ale i wiele biedy, beznadziei i wyrastającej na tym podłożu oraz politycznie sterowanej nienawiści do „innych”.



A może to zemsta pradawnych, pogańskich bóstw - zemsta za wybicie czczących je plemion, za ich zapomnienie, za zapominanie o tych ciemnych kartach chrześcijaństwa, kiedy w imię Boga wyżynano całe plemiona (a na marginesie - o podobnym problemie mówi w swej akcji dwaesha).
Gdy przestano oddawać im część, skończył się na tych ziemiach urodzaj. Dawna bogini płodności została przekształcona w pokorną, niewinną panienkę – służebnicę.


Może, żeby zapewnić tym terenom urodzaj i szczęście, trzeba by przywołać jakieś dawne Sheeele?



Sheela-na-gig z Kipeck w Anglii

 

Oj, kończę, bo teraz na mnie przeszło to magiczne myślenie. A właściwie, to ja chciałam tylko napisać o Scheelach, które niedawno przypomniała mi Edyta, a o których pisała Anna Kohli w swoim niezwykle ciekawym tekście pt. „Bogini jako wagina” zamieszczonym w jednym ze starych numerów "artmixa"



 

Warto przypomnieć ten tekst, choć zżarło tam zdjęcia. Podobnie jak inne artmixowe teksty o zbliżonej tematyce: o związkach Maryi z dawnymi boginiami w tekście Magdy Łazar – Massier, a o obrzędach maryjnych – w tekście Marty Jermaczek.


Anna Kohli połączyła z wizerunkiem Sheeli (ze względu na przedstawienie madorli - aureoli w kształcie migdała, być może odnoszącej się właśnie do kształtu waginy), "Autoportret z pałacem" z 1990 r. Zofii Kulik:



 

I na zakończenie warto przywołać jeszcze wspaniałą Madonnę Katarzyny Górnej (tu wraca to, co wyparte: cielesność i seksualność).




Przedstawienia, idee, wierzenia krążą, odbijają się od siebie i odbijają się w sobie...



Życzę obfitości, szczodrości i szczęścia (z okazji Świąt - jeśli jakiekolwiek Państwo obchodzicie i bez okazji, jeśli nie obchodzicie :-)

© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci