Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

Wpisy otagowane : meskosc

One Billion Rising w Poznaniu

izakow2

Akcja "One Billion Rising - Nazywam się miliard" - taniec-protest przeciwko przemocy wobec kobiet odbyła się między innymi w Poznaniu na Dworcu Głównym. Tańczyłyśmy pod znaczącym napisem: "Uwaga".


Bo przecież chodzi właśnie o to, aby zwrócić uwagę na problem przemocy wobec kobiet, ale też wobec dzieci, zwierząt oraz tych wszystkich, którzy ze względu na swą inność doświadczają różnego rodzaju upokorzeń. 


Jak pisze Jackson Katz w książce "Paradoks macho" przemoc jest uwarunkowana kulturowo i związana jest bezpośrednio z restrykcyjnym wzorcem męskości.


Przemoc ma płeć, ale, jak wskazuje Katz najczęściej tego nie zauważamy. Oglądałam dzisiejsze wiadomości, aby zobaczyć informacje z akcji "One Billion Rising". Wcześniej pojawiły się doniesienia o dziewczynie zabitej przez Pistoriusa czy zamordowanej teściowej Brunona K. W żadnym z tych doniesień aspekt płci nie został podniesiony, a jak udowadnia Katz, tego rodzaju zabójstwa również mają związek z kwestią płci.  


Przemoc, która nazywana jest najczęściej problemem kobiet, jest, jak podkreśla Katz, w gruncie rzeczy problemem mężczyzn - zarówno sprawców przemocy, niekiedy też ofiar, ale również zwyczajnych (dobrych) mężczyzn (których na szczęście jest chyba najwięcej), którzy kochają swoje matki, żony, partnerki, córki, dbają o nie i ich bezpieczeństwo. Bywa niestety czasami tak, że nie są w stanie ochronić ich przed różnymi rodzajami przemocą (od tych najgorszych, jak gwałt po mobbing, poklepywanie po pupach czy uszczypliwe żarty). Dlatego przeciwdziałanie przemocy leży nie tylko w interesie kobiet, ale również mężczyzn. Prawdziwie silny mężczyzna, jak pisze Katz, to taki, który otwarcie występuje przeciwko przemocy. Tym bardziej cenię tych, którzy włączyli się do dzisiejszej akcji i tańczyli z nami. I tym bardziej nie rozumiem tych, którzy, choć wiem, że kochają swoje kobiety, bagatelizują problem lub stać ich jedynie na złośliwe żarty. Czyżby ujawniał się opisany przez Katza paradoks macho?


W Poznaniu było nas dużo, była siła i niesamowita energia. Zobaczcie zresztą sami. To film Stowarzyszenia Kobiet Konsola, które znakomicie zorganizowało akcję, a szczególne podziękowania należą się Aleksandrze Sołtysiak-Łuczak. Olu, jesteś wielka!


 



 

Dlaczego mężczyznom potrzebny jest feminizm?

izakow2

 

Będzie zaraz o mężczyznach, ale najpierw mały wtręt odnoszący się do poprzednich wpisów.


Pisałam ostatnio o cenzurze, zaznaczając, że nie zawsze mamy z nią do czynienia. Jakiś czas temu The Krasnals  podnieśli raban, że „Gazeta Wyborcza” nie opublikowała tekstu Andrzeja Biernackiego, o tym jak Dorota Jarecka zmieniła swoje podejście do sztuki. Tekst nie był jednak zamówiony, więc mówienie o cenzurze jest w tym przypadku nie na miejscu.


Co więcej, nawet w przypadku niepublikowania zamówionych tekstów trudno wprost stwierdzić, czy jest to cenzura. Gazety mają swoje redakcyjne polityki i nie wszystko im pasuje. Wiem, że moje teksty nie bardzo pasują do pism wysokonakładowych, ale nikt nie potrafi dokładnie wyjaśnić mi, dlaczego. Moja przyjaciółka uważa, że powinnam pisać właśnie dla tego rodzaju pism, a mi wciąż brakuje konkretnego argumentu, że może niekoniecznie. Dwa razy miałam sytuację, że zamówiono u mnie teksty i ich nie opublikowano, nie podając konkretnej przyczyny, ale mówiąc ogólnie, że to nie bardzo pasuje albo nic nie mówiąc.  Biernacki miał o tyle lepiej, że podano mu chociaż konkretne powody odmowy publikacji. A ja nie bardzo wiem, czy piszę kiepsko czy raczej zbyt radykalnie, a może za bardzo zawile? Może poruszam tematy, których nie powinnam? Już dość dawno temu kobiecy dodatek do poczytnego dziennika zamówił u mnie krótkie teksty na temat fajnych i nie fajnych wydarzeń w kulturze. Jako przykład negatywny podałam „100 Obiegu”, bo strasznie mi się nie podobał ten ranking i idący za nim sposób myślenia o kulturze (raczej bliższy sfery biznesu lub sportu). Może, dlatego to nie przeszło? Naprawdę nie wiem. Dziwię się jednak redaktorom, że nie potrafią podać przyczyn wprost. Podobny przypadek miałam niedawno. Zamówiono u mnie tekst do raczej niszowej gazety kobiecej. Miły pan redaktor bardzo się z tekstu ucieszył i napisał mi, że właśnie o coś takiego mu chodziło. Niestety później nie raczył mnie poinformować, że tekst nie poszedł do druku i już w ogóle nie odpowiedział na moje pytanie o to, czy w ogóle kiedyś pójdzie, bo jeśli nie, to chcę zamieścić go na swoim blogu. Nigdy nie myślałam o tych przypadkach jako o cenzurze, tylko raczej jako o wyzysku. Bo poświęciłam swój czas i stworzyłam coś na zamówienie, ale nie otrzymałam za to zapłaty. A marnowania czasu nie lubię. Dlatego chyba zresztą wciąż największą przyjemność sprawia mi pisanie tutaj, mimo całej grupy złośliwych czytelników. Ale im właśnie dedykuję tekst, który nie poszedł w „pewnej gazecie”:


Czy mężczyznom potrzebny jest feminizm?


Naczelny Antyfacet Rzeczpospolitej Polskiej (postać autentyczna!) ogłasza na swojej stronie program antyseksistowski. Pisze on, jak żyć, aby nie dać się dyktatowi seksizmu, uczynić swoje życie bardziej swobodnym i godnym. On sam, swoim wyglądem zaświadcza o odrzuceniu rygorystycznych norm płciowych.


 

To raczej niski i drobny mężczyzna z brodą, który nosi spódniczki i buty na wysokim obcasie. Przyjmuje więc atrybuty zarówno męskie, jak i kobiece. Przy okazji jestem pełna podziwu dla jego codziennego heroizmu. Sama, atrybut kobiecy, jakim są wysokie obcasy chowam w szafie na specjalne okazje. Gdy, jakiś czas temu trafiłam późnym wieczorem na dzielnicę Grochów w Warszawie, okazało się, że towarzyszące mi panie nie czuły się zbyt bezpiecznie. Byłyśmy tam na przedstawieniu, które towarzyszyło konferencji naukowej i nie znałyśmy za bardzo tego miejsca. Zdałam sobie sprawę z tego, jak bardzo ograniczały je obcasy, na których, w razie czego, nie mogłyby zbyt szybko uciekać. Moje niezawodne adidasy dawały mi komfort, którego one nie miały. A mówię o tym, bo wiem, że Antyfacet nie ma lekkiego życia, spotyka się z zaczepkami, jest wyśmiewany, pokazywany palcami, spotkał się już parę razy z przemocą fizyczną. Spódnica i szpilki nie zapewniają mu raczej poczucia stabilności, możliwości szybkiego biegu, zgrabnego uniku. Można by udowodnić teraz, jak bardzo noszenie spódnic i wysokich obcasów ogranicza kobiety, ale nie to jest moim zamiarem.


Zawsze zastanawiało mnie, jak to się stało, że kobiety wywalczyły sobie równouprawnienie przynajmniej w modzie, czego nie można powiedzieć o mężczyznach. My zakładamy spodnie, buty na płaskim obcasie, nosimy marynarki, a także garnitury; oni nie ubierają się w sukienki, spódnice, nie noszą pończoch, falbaniastych bluzeczek, nie zakładają też butów na wysokim obcasie.  Oczywiście są wyjątki, to między innymi Antyfacet; to również Michał Piróg, celebryta, znany z tego, że jest znany, ale również ze swoich zabawnych kreacji, wśród których pojawiają się spódniczki. To oczywiście również transwestyci. Ale, co zresztą?  Dlaczego normy dotyczące męskiego wyglądu są wciąż tak sztywne? A może facetom faktycznie brakuje równouprawnienia i to nie tylko w modzie, ale także i w życiu?


Z pozoru to dziwne pytanie, bo przecież kobiety wciąż są dyskryminowane, jeśli chodzi o zarobki czy możliwość realizacji własnej kariery. Z drugiej strony wypracowałyśmy sobie większą możliwość poruszania się między sferą prywatną a publiczną, między pracą a domem, między kobiecością a męskością. Męskość zaś, choć konotuje władzę, więzi ciasny gorset (a raczej: garnitur) uniemożliwiający odejście od tradycyjnej męskiej roli.


Mężczyźni nie mają lekko. Bombardują ich sprzeczne komunikaty mówiące o tym, co to znaczy być mężczyzną. Według polskiej tradycji mężczyzna to opoka, przewodnik stada, ojciec rodziny, zapewniający jej byt. Ma chronić i bronić wszystkiego, co do niego należy. Według czasopism dla mężczyzn – męskość to sukcesy i wieczne podboje. Według akcji społecznych – mężczyzna to czuły ojciec, któremu na samorealizację nie pozwalają kobiety. Według przekazów kultury popularnej – mężczyzna cierpi na depresję albo zmaga się z innymi fiksacjami i problemami (jak Tony Soprano, który z depresją trafia na fotel do psychoanalityczki, przez co upada mit macho; albo jak Gregory House, który jest złośliwcem, samotnikiem i ma problemy w relacjach z innymi – chociaż w nowszych odcinkach serialu to się zmienia…). Oprócz tego, chłopcu od dzieciństwa tłumaczy się, co to znaczy być mężczyzną – często poprzez porównywanie go do dziewczynek i kobiet, to bowiem w naszej kulturze zawsze mężczyzn deprecjonuje. „Nie płacz, nie jesteś babą”, „Nie baw się lalkami”, „Nie okazuj emocji, to nie przystoi chłopcu”, , „Bądź odważny, nie jesteś dzieckiem”, „Jedz grochówkę, jak prawdziwy żołnierz”. To ostatnie mówiła przedszkolanka mojemu synowi. Z tych komunikatów można odczytać następne: pogardzaj wszystkim, co wiąże się z uczuciami, odrzuć wrażliwość, nie okazuj słabości, bądź twardy i niczym się nie przejmuj, pamiętaj, że jesteś kimś wyjątkowym! Sukces, władza i siła – oto, co jest wyznacznikiem męskości. A gdy chłopcy dorastają, okazuje się, że świat nie jest taki prosty. Sukces i dominacja, do których byli wychowywani, nie przychodzą łatwo, a czasami nie przychodzą wcale. Dziewczyny, żony, partnerki żądają partnerstwa. „A jednak facet, który zostaje z dzieckiem w domu, podczas gdy kobieta idzie do pracy, nie jest traktowany jak prawdziwy mężczyzna” – powiedział na moich zajęciach student, przyznając, że męskość we współczesnej Polsce jest swego rodzaju więzieniem.


I dlatego mężczyznom potrzebny jest feminizm! Niech żądają równouprawnienia, które w tym przypadku może oznaczać – gorszą pracę, bo nie mają zamiaru gonić za karierą; pozostanie w domu z dzieckiem, bo dobrze czują się w tej roli; możliwość okazywania emocji, w tym: żalu i smutku. Nie muszą być we wszystkim najlepsi, nie muszą samodzielnie walczyć o byt swojej rodziny. Niech ich partnerki również zajmą się tym problemem. Niech one nie żądają od swoich mężczyzn, by byli twardzielami. Niech pozwolą im na słabość. Zamiast wyrzucać swojego męża na dwór, żeby wyrzucił śmieci, niech żona sama to zrobi, a jemu pozwoli w tym czasie ugotować obiad, przewinąć niemowlę czy umyć ubikację.  Mężczyźni zaś nie muszą wszędzie rywalizować i udowadniać swojej wyjątkowości, nie muszą być szefami, kierownikami, wpływowymi businessami czy znanymi politykami. Niech kobiety też zajmą się tymi, jakże ważkimi i ciężkimi, sprawami. Sprzyjać temu może ustawa parytetowa, o którą panowie w swoim interesie powinni walczyć. Ilu mężczyzn będzie miało lepsze życie! Odstresują się, odpuszczą sobie, uwolnią od tego ciągłego ciśnienia i wiecznego lęku o przyszłość. Dzięki temu będą mogli prowadzić zdrowsze życie, poczują się lepiej i będą żyć dłużej.

 

Męskość ranliwa

izakow2

Dzisiaj w WSNHiD w Poznaniu otwarta zostanie wystawa prac Bartosza Buszkiewicza połączona z prezentacją poezji Kuby Wojtaszczyka w ramach projektu nazwanego przez autorów Naczynie.


To niezwykła prezentacja stworzona przez studentów kulturoznawstwa, którzy w swoistym dialogu sztuk wypowiadają się na tematy dla nich ważne, wskazując między innymi na problematykę męskości, homofobiczne odrzucenie, poszukiwanie własnego miejsca w rzeczywistości, która wyznacza sztywne granice tożsamości.




 

Prace Bartka Buszkiewicza niepokoją, mogą drażnić, ale zarazem jest w nich dużo delikatności, intymności, odsłonięcia siebie. Odsłonięte zostaje jakieś zranienie, pęknięcie odnalezione we własnym „ja”. Ukazaną tu męskość określić można jako "ranliwą". Podziwiam za tę szczerość. I trzymam kciuki za artystyczny rozwój.




Tryskanie farbą i nie tylko

izakow2

Problem płynów fizjologicznych, a konkretnie mleka oraz związanych z nimi znaczeń symbolicznych, przypomniał mi kwestię konotacji pomiędzy energią artystyczną a energią seksualną oraz płynów fizjologicznych używanych przez niektórych artystów. Pewnie już o tym nieraz pisałam.


Renoir, gdy był już stary i schorowany, zapytany o to, jak to możliwe, że mimo artretyzmu wciąż maluje piękne akty, odpowiedział, że maluje swoim penisem. Kandinsky mówił, że traktuje płótno jak nagą dziewicę, którą zdobywa jak europejski kolonizator. Picasso dolewał ponoć do farby swojej spermy, ale najciekawszy w tym kontekście wydaje się Jackson Pollock, który rozkładał płótna na ziemi, obchodził je z wszystkich stron wylewając na nie farbę, paćkając je, tryskając, brudząc, rzucając na nie śmieci i odpadki (np. martwe osy w „Oczach w upale”). Problem jego tryskanych obrazów został przedstawiony przez Pawła Leszkowicza w tekście „Sexy Pollock”.



 

Pozwolę sobie przytoczyć fragmenty tego fascynującego artykułu. Leszkowicz zwraca uwagę na nową relację do pola obrazowego, na które patrzy się w dół, schodzi w dół ku tym wszystkim elementom, które uznaje się za niskie. Czasami, gdy zbliżymy twarz do pięknych abstrakcji, wydają się one pulsująco odpychające.



 

Wskazując na znaczenie tryskania, Leszkowicz przywołuje interpretacje feministyczne, które wyartykułowały to, co w malarstwie jest niewypowiedzianie oczywiste: smugi bieli przeplatające się wśród innych barw i linii wyglądają niczym wytrysk spermy. Całe te pomazane płaszczyzny mogą kojarzyć się z efektem seksualnego tryskania.


Nieświadomość, której dopatrują się w sztuce Pollocka liczni interpretatorzy, wydaje się ekspresją aktywności czystego libido. Jest to pierwotna nieświadomość związana z popędami i instynktem, stąd wynika jej energia oraz wymykanie się wszelkiemu znaczeniu. Pollock zanurzył wizualność w libidalnej lawie. Feministyczne analizy dotknęły sedna, określając sztukę Pollocka jako głęboko maskulinistyczną, jest to bowiem ekspresja męskiego libido, unikalny przykład jego artystycznego zmaterializowania, a nie tradycyjnej transpozycji objawiającej się w kobiecych aktach.


Pollock nigdy nie wypierał tego pogrążenia w instynktownej bazie. (...) W roku 1989 ukazała się kontrowersyjna książka Stevena Neifeha i Gregory White Smitha pt. "Jackson Pollock: An American Saga", dokładnie dokumentująca jego "ubikacyjne" zwyczaje i skandale.


Najsłynniejszy epizod miał miejsce na przyjęciu u Peggy Guggenheim, kolekcjonującej i wystawiającej dzieła Pollocka. Oburzony jej prośbą o przycięcie monumentalnego "Muralu" tak, by pasował na ścianę mieszkania, artysta nasikał na kominek w obecności swojej patronki i gości.


Autorzy biografii notują również częste przypadki oddawania moczu w miejscach publicznych, a także spektakularne "załatwienie się" na łóżku bogatej i sławnej Ms. Guggenheim. Przytaczane są również plotki głoszące, iż Pollock zwykł oddawać mocz na płótna przeznaczone dla dealerów i klientów, których nie lubił oraz, że w dzieciństwie on i jego brat byli obsikiwani przez pijanego ojca.


Analogia pomiędzy malarstwem akcji, polegającym na rozlewaniu farby na podłoże, a fizjologicznym gestem tryskania nasieniem lub moczem pogłębia rozumienie Pollocka opisywanego zazwyczaj jako artysty, który radykalnie zespolił malarstwo z energią psychiczną i cielesną. Ta cielesna podszewka wydaje się istotą aktu transgresji, z jakim mamy tutaj do czynienia. Akcentowanie tej instynktownej i wysoce indywidualnej strony sztuki Pollocka stanowi interesującą kontrinterpretację inspirowanej Jungiem wizji malarstwa archetypicznego, otwierającego się na uniwersalne mity z dna podświadomości.



 

Ciekawe, prawda?


Dla porządku warto jeszcze wspomnieć o lubującym się w płynach cielesnych Andreasie Serrano i choćby takiej pracy, jak „Frozen Sperm”.


 

 

Ale przede wszystkim chciałam zwrócić uwagę na jedną pracę współczesną, a mianowicie „Cream Pie” mojego ulubionego Maurycego Gomulickiego.


Dodam tylko, że określenie creampie używane jest w slangu pornograficznym, a co oznacza, to już domyślcie się sami, gdyż wynika to z tego obrazka.



 

Ta praca też wydaje się swoistą ekspresją męskiego libido, choć zupełnie inną, niż w przypadku Pollocka. Gomulicki rozsadza kategorie sztuki i pornografii, ale chyba zgodzicie się, że przedstawia niezwykle piękne, choć, w jakimś sensie, niebezpieczne formy. Co prawda to niebezpieczeństwo nie tyle wynika z tego, co przedstawione, bo przecież „róża jest różą”, ale raczej z dwuznacznego tytułu oraz tego, co jawi się w naszej wyobraźni (aż chciałoby się powiedzieć: naszej libidalnej wyobraźni, choć nie wiem, czy to prawidłowy termin).


Koniec męskości?

izakow2

Bardzo nie lubię, kiedy ludzie powtarzają utarte opinie na temat kultury popularnej. Zdarza się to czasami moim studentom. Z iloma utyskiwaniami na kulturę popularną musiałam się zetknąć, czytając jakiś czas temu prace zaliczeniowe! I jak to wszystko obalić, zwłaszcza, gdy jako argument rzucają ci twoim własnym tekstem?! Ale ja swoje stare teksty skrytykowałabym w czambuł! Pastwiłabym się nad uproszczeniami czy niedostrzeganiem drugiego dna. Ludzie widzą w kulturze popularnej jedynie miałką papkę, manipulowanie odbiorcami, upraszczanie rzeczywistości, utwierdzanie stereotypów płci, itp. Tymczasem wcale tak nie jest. Teksty kultury popularnej są pełne konfliktów i sprzecznych ideologicznie treści. Zniewalają i wyzwalają zarazem. A przede wszystkim na różne sposoby mogą być odczytywane i interpretowane. Można z nich wyciągnąć treści subwersywne, niepokojące, a nawet wręcz otwarcie sprzeciwiające się tzw. dominującemu dyskursowi.


Oto przykład: obejrzałam dzisiaj ostatni odcinek ulubionego serialu moich synów pt. „Ranczo”. Oto wójtem gminy Wilkowyje została Amerykanka Lucy (która z natury jest społeczniczką, a także osobą zaprzeczającą społecznym konwenansom, o czym świadczy m.in. to, że ze swoim partnerem Kusym, wilkowyjskim freakiem, żyła na kocią łapę). Ten wybór pogrąża rywala Lucy i wcześniejszego wójta – Kozła w rozpaczy. Kozioł grał przeciwko Lucy nie fair, a jego spoty wyborcze były odzwierciedleniem języka LPR-u, Samoobrony oraz PiS-u (czyli totalna konserwa). Ale na tym się nie kończy. Lucy dobiła go, zatrudniając, jako zastępcę wójta, żonę Kozła, zaprowadzając tym samym w Wilkowyjach niepodzielne rządy kobiet. I co w tym momencie do Kozła mówi jego żona? „Kozioł, kluczyki!”. Rozumiem już powiedzenie mojego męża: „Kto ma kluczyki, ten ma władzę” (no i następna ciekawa, niby niepozorna, kwestia: kto jest głównym kierowcą?; jakim samochodem jeździ mąż, a jakim żona?; kto z doskoku, a kto na poważnie?; dlaczego kobiety wybierają małe auta, którymi przecież jeździ się naprawdę fatalnie? – jak bardzo świadczy to o relacjach płci w związkach!).


Ponadto, dzięki Lucy, ludzie współpracujący wcześniej z karierowiczem Kozłem, stają się lepsi, ona oduczy ich matactwa i wazeliniarstwa. Źli faceci dostają po łapach. Ci dobrzy, którzy wspierali Lucy w jej projektach, jak Kusy i ksiądz proboszcz, towarzyszą jej, przechadzając się z nią pod rękę po Wilkowyjach. Jakie to symboliczne! Koniec męskości w tradycyjnym wydaniu; początek męskości mądrej, dojrzałej do partnerstwa i otwartej  (dość przewrotne, że symbolem takiej męskości jest tutaj udomowiony freak oraz ksiądz). I odtąd w Wilkowyjach żyli długo i szczęśliwie!


No cóż, brzmi to jak feministyczna bajka. Cały ten odcinek to czysty feminizm. Nie wiem, jakim cudem, w serialu, z gruntu tradycyjnym, nastąpił taki przewrót! Choć jego symptomy były widoczne we wcześniejszych odcinkach. Ot, choćby, gdy prosta baba dorobiła się fortuny na lepieniu pierogów, przemieniając się nagle w swoistą wiejską businesswoman!


Co się właściwie stało z mężczyznami? Pytania o męskość co rusz stawiane są na rozmaitych konferencjach poświęconych męskości, męskość analizowana jest przez artystów. Nastąpił wręcz wysyp wystaw na ten temat. Nie mogłam niestety udać się do Szczecina na wystawę  zatytułowaną „Żebro Ewy” (projekt Gabrieli Jarzębowskiej i Evy Milczarek). Po przeczytaniu recenzji Grzegorza Borkowskiego, strasznie żałuję, że nie udało mi się tam dojechać. A najbardziej urzekł mnie obiekt Piotra Kurki:


 

Ten pan (bodajże to autoportret Kurki) siedzący w starodawnym wózku dla dzieci jest taki słodki (Cute! – jak mawiają Amerykanie). Czy mężczyźni naprawdę stali się aż tak bezbronni, ale wciąż domagający się niańczenia, pochwał i wożenia w wózeczkach?


E, chyba nie! Dojrzałość mężczyzn jest możliwa, wilkowyjska historyjka nie musi być bajką. Mężczyźni naprawdę potrafią być mądrzy, opiekuńczy, odpowiedzialni i otwarci. Może po prostu trzeba dać im szanse, żeby tacy byli? Mój świat to trochę świat wilkowyjskiej bajki, może nie ma w nim jedynie księdza proboszcza.


Jaka jest więc rzeczywistość? Taka, jaką napotykamy, czy taka, jaką tworzymy? Czy nie jest ona jak tekst do napisania?


Te fascynujące pytania pojawiają się w fantastycznej książce na temat seriali telewizyjnych „Telepłeć. Gender w telewizji doby globalizacji” Anny Nacher. Autorka proponuje właśnie czytanie tekstów kultury popularnej w sposób subwersywny. Specyfika telewizyjnego dyskursu nakłada się tutaj na kwestię konfliktowych treści. A przede wszystkim Nacher zastanawia się, w jaki sposób „czytamy” przekazy kultury popularnej, a może raczej, jak sami je stwarzamy.


Dla mnie, to wszystko jest bardzo fascynujące. Kultura popularna wyprzedziła w pewnym sensie rozważania naukowe i artystyczne. Przegania je o lata świetlne! A jak wy widzicie kulturę popularną oraz męskość?

 

© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci