Menu

strasznasztuka

Blog Izy Kowalczyk o sztuce i kulturze popularnej

Wpisy otagowane : kobieta-do-zjedzenia

Manie i obsesje - wystawa Adoracja słodyczy

izakow2

 

Wspomniałam ostatnio o czarującej wystawie w warszawskiej Zachęcie, a mianowicie o „Adoracji słodyczy”, której kuratorką jest Krystyna Piotrowska.  

Punktem wyjścia jest twórczość Krystiany Robb-Narbutt (1945-2006), artystki, która planowała wystawę pod takim tytułem, jednak ze względu na swoją przedwczesną śmierć, nie zdążyła jej zrealizować.

 

Krystiana Robb-Narbutt, bez tytułu, lata 90. XX wieku, fot. Krystyna Piotrowska, materiały prasowe Zachęty

 

W jej sztuce pojawiają się przedmioty zwyczajne, nietrwałe, z pozoru nieważne. Miały one jednak dla artystki znaczenie osobiste, poprzez te obiekty mówiła o biografii własnej oraz swojej rodziny. W pracy zatytułowanej „Fuga pamięci”, przy użyciu banalnych przedmiotów, artystka opowiedziała o historii zagłady żydowskich członków swojej rodziny.

 


 

Biografie rzeczy i ludzi wiążą się ze sobą. Rzeczy mają swoją historię, towarzyszą nam, na nich zostawiamy odciski naszych palców. Rzeczy zużywają się, niszczeją, ale jednak pozostają. Kiedy ludzie umierają, zostają po nich tylko rzeczy, które mogą stać się swoistymi wywoływaczami pamięci.

 

W sztuce tradycję zbieractwa zapoczątkował Kurt Schwitters w obrazach z cyklu „Merz” , wklejając banalne przedmioty będące odpadkami z życia jego i jego przyjaciół. Później jeszcze chował tego rodzaju znaleziska i pozostałości w Kolumnach Nędzy Erotycznej – Merzbau.

 

Niektórzy wykazują jednak przesadne przywiązanie do rzeczy, nie potrafią niczego się pozbyć, każda – najbanalniejsza rzecz jest dla nich ważna. Przeradza się to w swoistą manię zbieractwa, która bywa też przypadłością artystów, a z pewnością tę manię przejawiali zarówno Schwitters, jak i Krystiana Robb-Narbutt.

 


Nicolas Grospierre, Pracownia Krystiany Robb-Narbutt, 2010, materiały prasowe Zachęty

 

 

Ekspozycja stworzona przez Krystynę Piotrowską wskazuje właśnie na rozmaite natręctwa, manie, obsesje, między innymi seksualne oraz związane z jedzeniem. Chodzi więc o wszystko, co jest przyjemne, ale w nadmiarze może szkodzić, jak tytułowe słodycze.

 

Krystiana Robb-Narbutt zaczęła używać słodyczy w swoich pracach po roku 2000. Wykorzystywała pierniczki, cukierki, odpustowe ciastka, które mocowała na deseczkach i umieszczała w gablotkach. Sztuka do zjedzenia? Niekoniecznie, bo przecież nie można mieć ciastka i go zjeść. Ale z pewnością mamy tu do czynienia ze swoistą grą wyobraźni, z pytaniami o smak – w życiu i w sztuce, a zarazem o cielesne doświadczanie sztuki. Cukierki pojawiają się na wystawie także w pracy „Fred Flinstone z Knossos” (1995) duetu Kijewski & Kocur.

 

fragment

 

Zabawny Fred wykonany z cukierków malinek ukazany jest z rogami, przez co kojarzy się z diabłem. Przyjemne i zabawne miesza się tu z groźnym i niebezpiecznym. Podobnie dzieje się w pracy Doroty Podlaskiej, jaką jest zestaw przepięknych czekoladek, które po przyjrzeniu się bliżej ujawniają swoją zawartość – robaki, żuki, ćmy, coś, co raczej odrzuca i czego nie wzięlibyśmy do ust…

 

ador_podl2_ok

Dorota Podlaska, Czekoladki smaczne, zdrowe, fot. ze strony artystki

 

A może to tylko żart i owadzie odwłoki też wykonane są z czekolady? A może są pyszne? Chęć poznawania różnych smaków, smakowania świata również może stać się obsesją. Dorota Podlaska jest też autorką cyklu małych obrazków zatytułowanych „Wszystkiego najlepszego, Dorotko”, przywołujących mit słodkiego, niewinnego dzieciństwa, a może obsesję związana ze stworzeniem sobie takiegoż obrazu…

 

 

 

Z kolei u Zuzanny Janin mamy słodką dziewczynę i słodkiego chłopaka wykonanych z warty cukrowej. Ludzie do zjedzenia? Nawiązanie do kanibalizmu? Z tym ostatnim mamy przecież wciąż do czynienia w kulturze popularnej ukazującej pięknych ludzi, którymi mamy sycić nasze oczy. Nawet popularne metafory na to wskazują, według których atrakcyjne kobiety to babeczki, a przystojni mężczyźni to ciacha…

 


 

 

Manią, obsesją, która łączy wszystkich twórców jest mania tworzenia - kompulsywne przetwarzanie rzeczywistości, ozdabianie, malowanie, wycinanie, dzierganie...

 

Wisława Szymborska, autorska kadra pocztowa, 1995, fot. dzięki uprzejmości MOCAK, Kraków, materiały prasowe Zachęty

 

 

Przymus tworzenia ujawniają zabawne kolażowe pocztówki wykonywane przez Wisławę Szymborską. Pojawia się też charakterystyczny dla zachowań obsesyjnych nadmiar, na przykład w pracach Małgorzaty Dmitruk  - przepięknych swetrach ozdobionych ludzkimi twarzami, których nie sposób zliczyć. Te swetry tworzące krąg jakby nieobecnych osób, również działają obsesyjnie. A ja jestem przekonana, że gdzieś już je widziałam – tylko gdzie, a może raczej na kim?

 


 

Obsesję rysowania ludzkiej twarzy, w kółko takiej samej, przejawiał Edmund Monsiel, który zaczął rysować w czasie II wojny światowej, gdy ukrywał się na strychu. Nie przypadkiem Georges Didi-Huberman pisał o tym, że przymus tworzenia i próba utrzymania ludzkiego wizerunku w warunkach zagrożenia życia, a dokładnie w obliczu Zagłady, była próbą ocalenia człowieczeństwa. W setkach twarzy zapełniających całe kartki można również dostrzec zarysy postaci, również o powtarzalnym układzie.

 

 


Edmund Monsiel, Twarze, 1956, fot. Edward Koprowski, kolekcja Państwowego Muzeum Etnograficznego w Warszawie, materiały prasowe Zachęty

 

Sama Krystiana Robb-Narbutt odczuwała silny przymus tworzenia, niekiedy przybierało ono formę kompulsywną, jak w obrazach składających się z tysięcy punktów nanoszonych stalówką maczaną w ekolinie, które wykonywane były po śmierci matki artystki.

W wielu pracach pojawia się też dbałość o szczegół, o drobiazgowe wykańczanie najmniejszych elementów, jak na przykład w obrusie Katarzyny Józefowicz.

 


 

Nadmiar charakteryzuje też obrazy Magdaleny Shummer, odkrytej zupełnie przez przypadek przez Krystynę Piotrowską w Muzeum Etnograficznym w Warszawie.

 

Magdalena Shummer, Prehistoria, 2005, fot. Krystyna Piotrowska

 

Shummer, choć jest żoną Wojciecha Fangora, zaś sama skończyła historię sztuki, malarstwa uczyła się samodzielnie. Widać u niej fascynację sztuką naiwną, a przede wszystkim obrazami Henriego Rouseseau, zwanego Celnikiem. U niej, tak jak u Rousseau, pojawiają się sielskie krajobrazy, zaś ludzie żyją w symbiozie ze zwierzętami i z całą naturą. Inne obrazy ukazują pulchne kobiety i radość zmysłowego istnienia. Pojawiają się też sceny we wnętrzach, w których roi się od zwierząt, przede wszystkim kotów – magicznych i dostojnych, jak w kociej uczcie.

 


Magdalena Shummer, "Obiad kotów", 2003, fot. Muzeum Etnograficzne w Warszawie 

 

 

Zwierzęce szczęście przedstawia także film Izabelli Gustowskiej prezentujący ogonek jej jamnika. A zarazem praca ta prowokuje do pytań, czy zwierzęta także posiadają własne obsesje, czy okazywana przez psy miłość do ludzi nie jest w gruncie rzeczy obsesyjna?

 

Ciekawe są także dokonane przez kuratorkę zestawienia. Obrazy Shummer zostały zestawione z naturalnych rozmiarów figurami kobiet wykonanymi z drewna lipowego (a więc niczym figury świętych) przez innego „naiwnego” twórcę, Bogdana Ziętka. Powstały one w latach 60. i 70. XX wieku, a więc w czasach tęsknoty za amerykańską kulturą popularną. Czy zresztą te rzeźby nie sa cudownie pop-artowskie?

 

 

Autor ten mówi, że ma powołanie do pięknych kobiet, a one są dla niego całym światem. Nadaje więc tym figurom imiona, pielęgnuje je, ubiera. W jego obsesji ujawnia się magia sztuki, według której przedstawienia żyją własnym życiem, mają moc działania. I może dlatego jego miłość przypomina nieco mit o Pigmalionie i Galatei.

 

Bogdan Ziętek, Kobiety, lata 60.-70 XX wieku, fot. Grzegorz Piaskowski, materiały prasowe Zachęty

 

 

Obsesyjne uwielbienia dla kobiecości, a raczej kobiecej maskarady ujawnia się także w pięknych i tajemniczych zdjęciach Macieja Osiki, które towarzyszą pracom Shummer oraz Ziętka.

 


Maciej Osika, Autoportret 2, 2006, fot. dzięki uprzejmości Dolnośląskiego Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych, materiały prasowe Zachęty

 

 

Adoracja słodyczy zamienia się w adorację sztuki oraz życia. Zarazem wystawa nie jest ani przesłodzona, ani przegadana. Nie musimy obawiać się mdłości, raczej wychodząc z niej odczuwa się jeszcze niedosyt…

 

Ola Ska do zjedzenia

izakow2

 

Zachwyciły mnie zdjęcia Aleksandry Ska z jej performance pod tytułem "Osobisty akt artystyczny", który odbył się 6 października przy Muzeum Sztuki w Łodzi w ramach akcji "Sztuka raz".


 

Ska wykonała swój performance w ogrodzie, zaś jego tłem stał się film Natalii LL "Sztuka konsumpcyjna". Tym samym Ska stała się następna artystką, po grupie Sędzia Główny i Karolu Radziszewskim, wchodzącą w dialog z najpewniej jednym z najważniejszych dzieł polskiej sztuki nowoczesnej, jakim jest praca Natalii LL. Ponadto performance Ska wpisuje się w twórczość o zabarwieniu kanibalistycznym, odnoszącą się do pojawiającej się w kulturze figury kobiety do zjedzenia (by wspomnieć tylko o pracach Zuzanny Janin, Joanny Rajkowskiej czy Eli Jabłońskiej).

 

 

Aleksandra Ska, poznańska artystka o łódzkich korzeniach, tworzy instalacje, obiekty oraz filmy wideo. Jej sztuka odwołuje się do obszarów seksualności i podświadomości. Interesuje ją cielesność prezentowana poprzez formy odcisków ciała, szczególną uwagę przykłada do przedmiotów, takich jak np. stroje czy ubrania mające kontakt z ciałem. Sztuce tej artystki towarzyszy wysmakowana elegancja, przepych i zmysłowość. Ska wprowadza jednak do swych instalacji to, co niepokojące, budzące lęk, co pochodzi z obszaru podświadomości, marzeń oraz snów. Artystka odnosi się do fetyszyzmu, wskazując na to, co uwodzi, oczarowuje, przyciąga, ale niekiedy też – przeraża. Jej prace odwołują się nie tylko do zmysłu wzroku, ale także dotyku czy smaku. Tak było w przypadku filmu wideo "Fat Love", którego projekcja odbywała się w jednym ze sklepów mięsnych w Poznaniu podczas festiwalu „Urban Legends” w 2009 roku, o którym pisałam na blogu.

 

Tym razem artystka sama zamienia się w kobietę do zjedzenia, w karmicielkę oplecioną zwojem kiełbas, której zielona suknia jest zarazem stołem, na którym podawane jest jedzenie.

 

 

Mam wrażenie, że w ostatnim czasie sztuka odwraca się od wizualności w stronę docenienia innych zmysłów: smaku, dotyku, zapachu, słuchu. U Ska mamy do czynienia ze zmysłowym kuszeniem, z odwołaniem się do cielesnej przyjemności związanej z jedzeniem, jednak nie rezygnuje ona z odwoływania się do zmysłu wzroku. Fotografie ukazujące artystkę ubraną w ogromną zieloną suknię oraz w kiełbasy na tle jesiennego ogrodu oraz niemal ascetycznej w tym kontekście formy filmu Natalii LL są niesamowicie malarskie, barokowe. Tak, jak dawna sztuka, dostarczają przede wszystkim przyjemności estetycznej. Mogą przywołać też skojarzenia z płodnością natury czy nawet przepych tych przedstawień, których centralnym punktem są kiełbasy, może też kojarzyć się z holenderskimi martwymi naturami. Tak jak w tamtych obrazach, tak i tu, uchwycony jest wątek fizyczności egzystencji, ale i przemijania.

 

Film Natalii LL jest tu znakomitym kontekstem, artystka ta ukazała bowiem kobietę wyzwoloną, świadomą swojej seksualności, nastawioną na sprawianie sobie przyjemności. Ola Ska z jednej strony chce sprawiać przyjemność innym, ale swoista monstrualność jej wizerunku wskazuje też na coś przeciwnego. Film Natalii odczytywany był również jako groźba, banan jako substytut męskiego przyrodzenia, zjadany przez ukazaną na filmie dziewczynę, wskazywał na zagrożenie kastracją, na to, że kontrolę nad spojrzeniem, przyjemnością oraz regułami reprezentacji przejęła kobieta. W zdjęciach ukazujących Ska z wielkim nożem kryje się również coś przerażającego…

 

 

Wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony artystki na facebooku.

Wszyscy jesteśmy kanibaliami!

izakow2

 

W Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Sztokholmie odbywa się wystawa na temat stereotypów rasowych. Nie obyło się bez skandalu. Największe kontrowersje wzbudziła praca Makode Linde’go, artysty o afrykańskich korzeniach, tworzącego sztukę odnoszącą się do problemów w Afryce. Artysta stworzył instalację w postaci ciasta w kształcie korpusu czarnoskórej kobiety. W ten sposób chciał zwrócić uwagę na problem Afrykańskich kobiet, jakim jest ich brutalne obrzezanie. Praca została jednak odczytana jako rasistowska i powielająca stereotypy, wzbudziła protesty, informację o rzekomym podłożeniu bomby, żądanie dymisji minister kultury Leny Adelsohn Liljeroth, która pokroiła tort w ramach w ramach 75. rocznicy Szwedzkiej Federacji Artystów.

 

 

Osoby oburzające się na pracę Linde’go nie wzięły pod uwagę faktu, że w naszej kulturze ciało czarnej kobiety bardzo często przedstawiane jest w kontekście konsumpcji. Tradycyjnie czarna kobieta pojmowana jest jako karmicielka, ale też jej ciało ukazywane jest jako obiekt do zjedzenia, przede wszystkim w reklamach czekolady, a także w samych czekoladowych produktach.

 

 

Ta fotografia została wykonana przez Agatę Araszkiewicz w cukierni w Brugii.

 

Praca Linde’go odwołała się do tych tropów kulturowych, do pojmowania czarnego kobiecego ciała jako dostarczającego rozkoszy, przy jednoczesnym zapomnieniu o realnej przemocy doznawanej przez kobiety w Afryce. Również, a może przede wszystkim ich ciała traktowane są w sposób przedmiotowy, jako nienależące do nich samych, jako poddane brutalnym okaleczeniom w celu przekształcenia ich w ciała użyteczne, czyli pozbawione możliwości odczuwania własnej rozkoszy.


Ale jak zwykle łatwiej oburzać się na sztukę, niż na porządek społeczny sankcjonujący realną przemoc.


Kanibalizm kulturowy, o czym już kilkakrotnie pisałam, ma jednak różne oblicza. Gdy cała Polska żyła sprawą małej Madzi, najpierw jej poszukiwań, a potem śmierci, gdy przez media przetaczał się spektakl z osobami rodziców dziecka oraz słynnego detektywa w rolach głównych, wciąż kołatało mi w głowie zdanie „We are All Cannibals”. Karmą medialnych spektakli jest śmierć. Na niej żerują też wszyscy, którzy chcą przy tej okazji coś ugrać. Osoba zmarła powoli przestaje mieć znaczenie, jej śmierć zostaje skonsumowana przez media.


 

Byłam zszokowana, gdy zobaczyłam, że myśl o kanibalizmie w odniesieniu do małej Madzi została zwizualizowana na Demotywatorach. Najbardziej wstrząsające może być to, że śmierć staje się tu pretekstem do żartu, ale z drugiej strony, obrazek ten przedstawia właśnie ów medialny kanibalizm, nieznający granic, wykorzystujący śmierć na różne sposoby. W medialnych przekazach potęgowane są emocje, nie sposób uciec od napięcia, które wydziera z każdego komunikatu, nie sposób też chronić przed tym własnej wyobraźni, choć najlepiej byłoby: "Nie słyszeć, nie widzieć, nie mówić nic”, jak w przekazie z blogu Kruszki:


 

 

Ciężar związany z tego rodzaju przekazami medialnymi, przemoc wdzierająca się do wyobraźni, domagają się odreagowania, czego przykładem może być ów szokujący demotywator. I znowu powiem, że łatwiej oburzać się na twórców demotywatora, niż na medialne kanibalistyczne spektakle, których przecież wszyscy mniej lub bardziej jesteśmy odbiorcami.


Przy okazji warto dodać, że medialny kanibalizm w czasie sprawy małej Madzi ujawnił się też przy okazji innych śmierci. Śmierć w katastrofie smoleńskiej wciąż jest takim przykładem wykorzystania jej w zupełnie innych celach, niż pamięć i szacunek dla ofiar. Śmierć poetki Wisławy Szymborskiej stała się również okazją do zupełnie innych rozważań, niż te związane z żałobą.  Poużywano sobie na posłance, która przekręciła nazwisko noblistki, aby przy okazji wyszydzić słabość partii, którą reprezentuje.


Kanibalizm kulturowy może pojawić się również w wersji glamour, jak w przypadku mięsnej sukni Lady Gagi.


 

Przy okazji zresztą warto wspomnieć o dużo wcześniejszej pracy artystycznej Jane Sterbak „Vanitas: Flesh Dress for an Albino Anorectic” (1991):


 

Suknia Lady Gagi stała się zaś inspiracją dla „słodkiego” obrazu Marka Rydena:


 

Oczywiście w sukniach Sterbak i Lady Gagi wykorzystano mięso zwierzęce, ale jesteśmy przecież kanibalami również w całkiem zwyczajny sposób, zjadając swoich pobratymców, a więc zwierzęta. Jednych kochamy i dbamy o nie, innych zabijamy i zjadamy.


Można zastanawiać się z czego wynika nasz kanibalizm. Louis Vincent Thomas w książce „Trup”  wskazuje, że jest on jednym ze sposobów unicestwiania śmierci: „Jako wyzwanie dla śmierci, popęd kanibaliczny drzemie w głębi nieświadomości, która marzy o afirmacji przez zdobycie nieśmiertelności”.


 



Słodka i mokra

izakow2

Zaznaczam od razu, że mimo powyższego tytułu - będę przynudzać.



Wrócę do problemu zbieractwa, o którym pisałam ostatnio, czasami dotyczy ono obrazków bardzo różnych, niekiedy wręcz całkiem śmieciowych, drobnych, byle-jakich, jakichś etykiet, opakowań, naklejek, ulotek, gadżetów, pamiątek, magnesów na lodówkę, itp., itd. Właściwie nie bardzo wiadomo, co z takim materiałem zrobić, zwłaszcza, jeśli zafascynuje nas przedstawienie znajdujące się na ot – takim niewiadomo, czym.


Na szczęście jako historyczka sztuki mogę się zawsze podratować Aby'm Warburgiem (1864-1929). Ten hamburski uczony rozważał rozmaite formy wyrazowe przekazywane przez sztukę (nazywał je „formami patetycznymi”). Był przekonany o stałości i sile tych form w kulturze, składały się one według niego na stały repertuar wyrazowy w sztuce. Ten uczony twierdził, że sztuka może pełnić rolę historycznej pamięci ludzkości, a te formy wyrazowe odsyłają do prapoczątków tej pamięci. Ale interesował się nie tylko sztuką wysoką. Badał, też w jaki sposób stałe formy wyrazowe pojawiają się w innych produktach wizualnych. Można go uznać za prekursora dzisiejszych badań nad kulturą wizualną. Przyglądał się bowiem między innymi znaczkom, plakatom, fotografiom. Szkoda tylko, że sami historycy sztuki nie bardzo potrafią korzystać z takich dość niekonwencjonalnych propozycji.


Dzieło, nad którym Warburg pracował przez całe życie „Mnemosyne – Atlas” (katalog form wyrazowych, które przetrwały w sztuce od antyku) zostało opublikowane dopiero w 2000 roku, po żmudnej pracy wielu uczonych. Są to tysiące fotografii i reprodukcji. Piszę o tym, bo to zbieractwo obrazów (a także obrazków, widoków) to mania uporczywa i uciążliwa.


Przy czym, każdy, kto ją zna, zbiera coś specyficznego dla siebie. Ja mam na przykład słabość do reprodukcji dzieł sztuki, które pojawiają się na dziwnych gadżetach, np. na mydelniczce. Ale też nie mogę się niekiedy oprzeć właśnie swego rodzaju „śmieciom” kultury wizualnej, obrazkom do bólu kiczowatym, przedziwnym, a wręcz dziwacznym, czymś, co po angielsku określane bywa jako „cute”, a co z kolei Maurycy Gomulicki (zbieracz „pink”-ów) określa przy okazji opowiadania o pracy „The Best of the Rest” jako to, co „naj”.


Jeden znany artysta malarz podczas naszej wspólnej podróży na Biennale Weneckie, wyjął swój portfel, bo chciał mi coś pokazać i posypały się wtedy z niego „seksolotki” (z portfela oczywiście, a nie z malarza), czyli charakterystyczne ulotki agencji towarzyskich, które swego wręcz czasu zasypywały Warszawę. No i zaczął je pokazywać i objaśniać, wskazując właśnie na to, co w nich, i absurdalne, i niesamowite. Ale znam też feministkę, która takie seksolotki zbiera! To Agata Araszkiewicz, następna kolekcjonerka rzeczy dziwnych. Zbiera obrazki, które przedstawiają „kobiety do zjedzenia”. Jakiś czas temu napisałyśmy z Edyta Zierkiewicz tekst do „Kultury Popularnej” o różnych rodzajach „kanibalizacji”, dotyczącej obrazów kobiet w kulturze popularnej. A później dowiedziałyśmy się, że tym tematem, choć bardziej praktycznie, bo tworząc własną kolekcję, zajmuje się od dłuższego czasu również Agata.


Podesłałam jej jakiś czas temu „kobietę do zjedzenia” – Stara Bretonkę ze słoika po żurawinie.


Teraz natomiast mam „Słodką” – kobietę z jednorazowego opakowania z cukrem.



 

Chodzi o "słodką przyjemność", ale napis został tak umieszczony, że "Słodka" na kapeluszu wydaje się odnosić do ukazanej kobiety (stylistyka coś ok. lat 20 XX wieku), "przyjemność" zaś odnosi się do owych czerwonych usteczek. No i właśnie, czy chodzi o przyjemność, której ona doznaje (połykając cukier) czy o przyjemność, którą daje (słodkimi ustami)? Myślę, że i jedno, i drugie. Obrazek jest naprawdę "cute", a właściwie po prostu słodki. Znalezione - w bardzo przyjemnej cafeterii w Gorzowie, do której zaciągnęła mnie E.


Mam też „Mokrą”, a tak naprawdę "Grande Catalinę", pływaczkę, figurę, która umieszczona była przy jakiejś knajpie, nieopodal Grande Canale w Wenecji.



 

Catalina to oczywiście nawiązanie do galionów, a więc figur umieszczanych na dziobie statku, często odpowiadających nazwie żaglowca. Ta figura jest współczesna z 2000 roku, znajomi mówili, że gdzieś była jeszcze jedna. Ale nie znalazłam. W ogóle ciężko było mi poruszać się po tym raczej klaustrofobicznym mieście. Ale Catalina jest cudna. Przyznam, że bardziej mnie zafrapowała niż sztuka, która była wystawiona na Biennale (wiem, że to bluźnierstwo [historyczno-sztuczne], ale czasami dobre bluźnierstwo nie jest złe). Czyż ona nie jest „naj” ociekająca wodą, z tymi zamkniętymi oczyma i obciętymi rękoma, a może raczej odgryzionymi przez rekiny...


Smacznego!

Piersi - ale czy do zjedzenia?

izakow2

Wracając do tematu kobiety do zjedzenia:


„Deser” III, 1971 – to jedna z wielu niezwykłych prac Aliny Szapocznikow.


Fragmenty kobiecego ciała podane na pucharku - takim samym, na którym zwykle znajdują się lody, lub inne pyszności. Deser kojarzy się z przyjemnością, ale i z folgowaniem sobie. Deser to chwila zapomnienia, chwila dla siebie. Najważniejszy jest pierwszy moment, nim zaczniemy jeść. "Pożeramy" to, co znajduje się na półmisku wzrokiem. Forma ma niebagatelne znaczenie. (Najlepsze i najpiękniejsze desery są w "Morskim Oku" w Zakopanem. Mniam!)


W pracy Aliny Szapocznikow zamiast lodów, owoców i bitej śmietany umieszczone zostały kobiece piersi o zróżnicowanej kolorystyce: białe z intensywnie czerwonymi sutkami kojarzące się erotycznie, ale tuż obok nich umieszczone są dwie złożone niczym muszla różowe piersi z żółtymi sutkami. Jeszcze atrakcyjne pod względem swej formy, ale już przerażające. Kojarzą się nie z erotycznym obiektem, ale z chorą tkanką, z zepsuciem, a wręcz z czymś martwym.


Poprzez to przewrotne zestawienie, praca prowokuje pytania o znaczenie kobiecych piersi. Kobiece ciało jest chętnie prezentowane, jeśli spełnia określone wymogi atrakcyjności (jest zdrowe, młode, kształtne), jest wtedy ciałem przeznaczonym do wizualnej konsumpcji – metaforycznie: „ciałem do zjedzenia”.


Alina Szapocznikow chorowała na nowotwór piersi, nie przeszła jednak mastektomii. Choroba skazuje na odrzucenie, na wręcz symboliczne „wyrzucenie” poza możliwość reprezentacji.


Niezwykle ciekawe jest to, że artystka cały czas grała z tymi sprzecznymi znaczeniami przypisywanymi kobiecemu ciału, jakby pytając czy możliwe jest połączenie piękna i brzydoty ciała, jego atrakcyjności i ukrytej w nim grozy. Tym samym, jakby próbowała odkryć znaczenia cielesności, która wciąż oscyluje pomiędzy tymi dwoma biegunami: życia i śmierci.


Piszę o tym też w związku z niedawno wydaną książką: „Kobieta i (b)rak” (red. Edyta Zierkiewicz i Alina Łysak). To książka na temat kulturowych reprezentacji raka piersi oraz społecznej problematyce związanej z tą chorobą. Polecam!



 

A na marginesie zastanawiam się nad kulturowym konsumowaniem takich tematów, jak rak piersi...

© strasznasztuka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci